Czerwona Ziemia – Madagaskar

Reportażowa podróż po największej wyspie Czarnego lądu -

 

Madagaskar – Sierpień 2013 r. –  część I.

 

 

 

PRZYJAZD

 

          Księżyc prezentował się dostojnie, mimo, że był okrojony w swoich kształtach. Towarzyszył nam przez całą drogę na lotnisko do Warszawy. Był jakiś czerwony, jakby nerwowo tracił okazałość kształtów. My natomiast zmierzaliśmy na samolot, by lecieć na czerwony ląd Madagaskaru. Kilka miesięcy planów z efektem takim, że im więcej informacji praktycznych, tym bardziej obraz wielkiej podróży się zaciemniał z powodu mniejszych możliwości komunikacyjnych oraz ogromnego i rozległego terenu. Na miejscu okazało się tak, jak wychodziło z zebranych informacji. Weryfikacją tego zajął się ks. Zdzisław Grad, pochodzący z Grodziska Dolnego koło Leżajska. Od dobrych kilku lat pracuje w stolicy Madagaskaru – Antananarywie. Razem z nim ustalaliśmy  trasę, korzystając z wiedzy, której nie można wyczytać w żadnych przewodnikach, albo relacjach tych, którzy zmierzyli się z jego bezdrożami. W końcu ponad dwadzieścia lat pobytu daje swoje możliwości. Przylecieliśmy koło godz. 23:00 francuskim Air France z Paryża.

Pierwsze, co bardzo zastanowiło, to widok ludzi w samolocie, ubierających się w kurtki. My nieświadomi niczego, w krótkich rękawach, a nawet w spodenkach, nie spodziewaliśmy się takiego zimna. Wychodząc z samolotu, wszystko było jasne. Zimny wiatr i pewnie jakieś siedem stopni odebrały skojarzenia i wyobrażenia o gorącej Afryce. Z płyty lotniska pieszo do hali odpraw, gdzie ponad pół godziny trzeba się było wystać w kolejce po pieczątkę. Od jakiegoś czasu nie ma już opłacanej wizy, tylko specjalna pieczątka „gratis”, która ma ułatwić przyjazd wielu turystom z bogatych krajów. Po wszystkich formalnościach i z lekkim oddechem, że plecaki są z nami, wyszliśmy z hali, gdzie ręczny napis „SVD Polska” zwiastował, że to pewnie do nas. Trzymał go Francois, jak się okazało pomocnik ks. Zdzisława, ale i sam misjonarz stał obok. Ciemna noc nie pozwalała za wiele widzieć, którędy i jak jedziemy z lotniska. Nasz gospodarz  tłumaczył tylko, jak żyje się na Madagaskarze i na co trzeba uważać, ale także to, co jest atutem tutejszych ludzi. Jego świadectwo o otwartości Malgaszów było miłe i na pewno prawdziwe. Choć ciemno, dało się wyczuć wyboistość dróg i gdzieniegdzie przy pozostawionej latarni ulicznej dojrzeć charakterystyczne dla tej części świata drewniane sklepiki, sklecone z kilku desek jako rodzinny biznes, mający za zadanie utrzymać liczną familię. Klimat dobrze  znany nam z Afryki, czy biedniejszych krajów Azji. Refleksje te prysły w momencie, kiedy o. Zdzisław zajeżdżał pod swój dom i pokazał oświetlone bramy swoich sąsiadów. To sami dyplomaci ze świata, jak i obecny prezydent Madagaskaru. Wieczorem po ofiarowaniu przywiezionych prezentów i wymianie kilku zdań z podróży, poszliśmy spać, bo nieprzespana noc i odsiedzenie dziesięciu godzin  w samolocie dawało się mocno we znaki.

 

     

           Rankiem wszystko było widać jak na dłoni, niewielki dom z małym zapleczem duszpasterskim, to pozostałość po jednej z organizacji charytatywnych, wyjeżdżających z Madagaskaru i za niewielką sumę odsprzedających posiadłość. To, co stanowiło prawdziwą perełkę misji o. Zdzisława to ogród, bardzo duży i niesamowicie zadbany. O każdym posadzonym przez siebie drzewie wiele opowiadał. Jeśli dobrze zapamiętałem, to było kilka bananowców, nie mówiąc o drzewach, czy krzewach ozdobnych. Cały ogród przekopany niewielkimi kanałami melioracyjnymi, bo w porze deszczowej jest tutaj bardzo dużo wody. Dwa doły głębokości może dwóch metrów sporo jej zbierały, także z tym nie miał najmniejszych problemów.

Kiedy usiedliśmy przed mapą, żeby zaplanować dokładnie trasę, okazało się, że praktyczne informacje gospodarza weryfikują niejedną czerwoną kreskę wskazującą drogę. My ambitnie kreśliliśmy plany, a on tylko uśmiechając się, mówił, że tędy nie ma przejazdu, albo to droga przez busz, albo jeszcze, że to trasa na trzy dni, a nam wychodziło z odległości może kilka godzin. Sami nie wiedzieliśmy co robić, czy śmiać się, czy płakać, bo plany według przewodników i relacji tych, którzy gościli tutaj przed nami, nie pokrywały się z ponad dwudziestoma latami pracy o. Zdzisława Grada. Jednak trzeba było coś ustalić. Wstępny plan powstał na jakieś dwadzieścia dni, potem krótka weryfikacja przed Internetem, co do funkcjonowania komunikacji. Busy jeżdżą codziennie i wszędzie, ale z jedną linią kolejową bywa już różnie, to samo z wewnętrznym samolotem. Jak widać znowu nie da się dokładnie zaplanować. My, Europejczycy mamy zegarki, a ludzie w Afryce mają czas, jak zwykło się mawiać na taką rzeczywistość. My tylko miesiąc urlopu, a chciałoby się zobaczyć jak najwięcej.

 

          Po południu współpracownicy o. Grada zabrali nas, żeby nam pokazać miasto. Pierwszą sprawą był zakup biletów na busa do Fianarantsoa. Jadąc na specjalny dworzec busowy, odsłaniała się nam stolica Madagaskaru z ogromnymi sprzecznościami. Kilka eleganckich samochodów z czarnymi szybami i ludzie pchający wózki z różnorodnym towarem. Jakieś ogrodzone wille i ogrom domów oblepionych jedynie gliną, albo zbudowanych z poskładanej, niewypalonej glinianej cegły. Zresztą produkcja tego budulca trwała w najlepsze na obrzeżach miasta, a nawet sięgała do centrum, gdzie tylko można było wydobyć jakąś glinę. Ten widok produkcji cegły będzie nam towarzyszył przez wiele dni podróży przez Madagaskar.

Na ogromnie zatłoczonym dworcu, gdzie można było kupić wszystko i wszystko przetransportować na dachach niewielkich busów, kupiono nam bilety. Pewnie dobrze, że zrobili to przyjaciele o. Zdzisława, a nie my, bo dla białych cena byłaby o wiele wyższa za ten sam standard, co wszystkich. Jak się okazało później, Antananarywa wcale nie miała wiele do zaoferowania. Co prawda pobieżnie, ale objechaliśmy samochodem miasto. Na zobaczenie zachwycających pokolonialnych budynków, albo innych zabytków, nie było co liczyć. Poza jednym zamkiem na wzgórzu, który wzniosła królowa Madagaskaru. Ogromna konstrukcja niedawno temu odbudowana po pożarze sprzed kilku lat. Wytargowany przewodnik opowiadał  jego historię oraz historię Madagaskaru, że sama nazwa państwa oznacza „miasto tysiąca wojowników”. Nie ukrywam, że nie powaliło mnie to, ale za to z miejsca na wzgórzu, gdzie stoi zamek, rozpościerał się piękny widok na całą stolicę. Można było podpytać naszych towarzyszy, gdzie mieszczą się jej strategiczne budynki. Potem małe samochodowe tournee, dla przybliżenia, jak funkcjonuje wszystko widziane z daleka.

 

     

          Bilet na busa wykupiliśmy na godzinę 6:00, ale według wskazówek o. Zdzisława, spokojnie mieliśmy o tej godzinie dopiero podnieść się z łóżek, żeby tak koło 7:00  na niego wyjechać. Dzieląca nas odległość drogi zajmowała około pół godziny, ale według niego wszystko działa po afrykańsku, mimo, że Madagaskar według wielu to nie Afryka, i spokojnie wyjedziemy o 9:00.  Tak nas zapewniał. Dokładnie co do minuty tak się stało. Po przyjeździe na stację busa gdzieś przed 8:00, czekaliśmy i tak ponad godzinę, żeby zebrać pełen stan i dopiero wtedy mogliśmy wyjechać.

Miejsca mieliśmy zaraz za kierowcą i pewnie dla długości naszych nóg, to spore szczęście. Żadne inne nie gwarantowało takiego komfortu, z tym, że tego pojęcia używam w całkiem innym znaczeniu, niż jakikolwiek komfort europejski. Niewielki Hyundai dawał sobie radę nie tylko z piętnastoma pasażerami, ale i z całym dachem bagażów. Jechaliśmy już pewnie ze trzy, czy cztery godziny, a kierowca ani myślał zatrzymywać się nawet na toaletę. Nie wytrzymując już sam, zaproponowałem postój, z którego w przydrożnym lesie wszyscy skorzystali. Droga na całej trasie nie była najgorsza. To w miarę zachowujący swą jakość asfalt, po którym najczęściej poruszały się busiki i co jakiś czas większa ciężarówka.  Pasażerami busa oprócz nas był jeszcze jeden mężczyzna, a reszta to cztery kobiety i dzieci. Nawet na późniejszych kilku przystankach udało się jakoś zabawiać te dzieciaki, maluchy bez skrępowania wyciągały ręce, żeby choć trochę je ponosić. Mamy bez oporów oddawały swoje pociechy w ręce białych, mając przy tym niesamowity ubaw. Mała Szu Szu bawiła się z nami, łapiąc nas za ręce. Była to ciemnoskóra dziewczynka o rozczochranych włosach, w zupełności pasujących do jej imienia. Cała droga miała 500 km odległości, liczone na jakieś dziesięć godzin jazdy. Ale ze względu na nasze przygody, jechaliśmy dokładnie dwanaście. Pierwszy przystanek zaproponowany przez kierowcę był w przydrożnym barze, gdzie odważyliśmy się zjeść po dwie kanapki i malgaską czekoladę. Następne były wymuszone przez uciekające powietrze z tylnego koła. Kierowca uparł się, żeby jechać na kapciu. Kiedy zaczął przyśpieszać, w pewnym momencie na zakręcie tak zarzuciło samochodem, że mało co się nie przewrócił i pewnie moglibyśmy spaść w przepaść pod drogą. Zatrzymał się, próbował nawet zmienić koła, ale poddał się i dalej jechaliśmy na kapciu do momentu, kiedy zjeżdżając z niewielkiej górki całkowicie rozerwało oponę. Ostatecznie został zmuszony do zmiany, ale jak się po chwili okazało, zapasówka też nie miała za wiele powietrza i była w takim stanie, że o jakimkolwiek bezpieczeństwie mówiło się w kontekście ryzyka. Jadąc jakieś 20 km/h, dojechaliśmy do pierwszej wulkanizacji. To mała przydrożna buda zbita z desek, gdzie kilku stojących mężczyzn świetnie się bawiło swoją obecnością. Dobiliśmy powietrza, ale okazało się, że ono nadal uchodzi. Nie mając wyjścia, snuliśmy się przed siebie ze ślimaczą prędkością. W najbliższym miasteczku zaliczaliśmy każdy zakład wulkaniczny i sklep z oponami, ale nie wiadomo dlaczego, kierowca ani nic nie kupił, mimo dostępności towaru, ani nie dopompował opony, która była na kole. Wreszcie przy wyjeździe z miasteczka, targował się o zupełnie łysą oponę. Jedyny jej plus był taki, że nie miała widocznych drutów, a poza tym była kompletnie bez bieżnika. Widać, że nawet taki towar jest bardzo chodliwy i nadaje się jeszcze do sprzedaży. Pewnie coś takiego jak badania techniczne pojazdów tutaj nie istnieje. Inaczej pracę straciłoby wielu przewoźników, a podejrzewam, że ponad połowa samochodów przewożących ludzi, nie byłaby dopuszczona do ruchu. Nagle nasz kierowca zatrzymał jakiegoś busa, który podarował mu zapasowa oponę. Ruszyliśmy wtedy z całym impetem do celu, próbując nadrobić stracony czas. Jednak z przygód z trzęsącym się Hyundaiem to nie wszystko. Było już zupełnie ciemno, kiedy słyszymy w samochodzie ogromny syk. Wszyscy westchnęli z rezygnacją stwierdzając, że to kolejna opona, ale tym razem chodziło o przegotowaną wodę w chłodnicy. Jakimś szalikiem koloru białego, kierowca próbował zatamować wyciekającą wodę przez jej wlew. To może by mu się udało, ale mu jej brakowało, żeby uzupełnić zapasy do chłodzenia silnika. Świeciłem kierowcy latarką i po kolei odstępowaliśmy butelki wody do picia, żeby tylko można było jechać dalej. To na szczęście była ostatnia usterka.  

 

 

          Dojechaliśmy dokładnie na godzinę 21:00, czyli po dwunastu godzinach. Na miejscu w Fianarantsoa byliśmy umówieni z o. Marcelem, pochodzącym z Popradu na Słowacji, że zabierze nas na nocleg do siebie. Czekał na nas o godzinie planowanego przyjazdu, ale nie mogąc się doczekać, pojechał z powrotem do domu. Po godzinie 21:00 wracał się po nas. O. Marcel jest wykładowcą teologii dogmatycznej w tamtejszym Interdiecezjalnym Seminarium Duchownym. Jest Werbistą i mieszka na misji tego zakonu, gdzie przy okazji prowadzony jest dom formacyjny dla kandydatów do najbardziej misyjnego katolickiego zgromadzenia.

 

 

 

FIANARANTSOA

 

 

          Tym razem w nocy nie musieliśmy się wcześniej zrywać. O godzinie ósmej odprawiliśmy Mszę świętą i zjedliśmy śniadanie. Miejscowy przełożony o. Jeremy – z pochodzenia Filipińczyk – odwiózł nas do miasta, żebyśmy mogli sobie kupić bilety na zaplanowany pociąg jadący do Manakara, na zachodnim wybrzeżu Madagaskaru. To jedyna czynna i działająca linia kolejowa na całej wyspie. Dzisiaj bardziej staje się już tylko atrakcją turystyczną, niż środkiem komunikacyjnym. Bez żadnego problemu kupiliśmy bilety w pierwszej klasie, będąc ciekawymi, co to jest pierwsza klasa w tutejszym znaczeniu. Potem pojechaliśmy do miejsca, które jest bliskie Polakom, do misji założonej przez bł. o. Jana Beyzyma, jezuitę, apostoła trędowatych. Miejsce wzgórzem oddalone od miasta i malowniczo położone  w lesie na zboczu góry. Ogrodzone wysokim murem, jakby tamą przed rozprzestrzenianiem się choroby miejscowych pacjentów. Wchodząc na dziedziniec tego szpitala, powitał nas starszy kapłan pochodzenia malgaskiego, który pełni rolę kapelana dla czterech sióstr pracujących w tym ośrodku. Po jakimś czasie odnaleźliśmy siostrę, która byłą chętna oprowadzić nas po szpitalu. Wizytę zaczęliśmy od kaplicy, którą wybudował sam bł. o. Jan Beyzym. Zakonnica wskazywała na tabernakulum, które miał sporządzić sam apostoł trędowatych. Jego krypta była z tyłu kaplicy. Chwila modlitwy uświadamiała poświęcenie się tego Polaka na dalekiej czerwonej wyspie. Jego odwagę i determinację po prawie stu latach, można podziwiać choćby w próbie wyobrażenia sobie tego, co robił tak daleko od własnego domu rodzinnego. Szpital był podzielony na dwie części: męską i żeńską. Obecnie przebywało tam razem około trzydziestu osób chorych na trąd. Ich skromne sale zawierały tylko łóżka poustawiane w rzędzie obok siebie. Kilku mężczyzn siedziało na ławeczce, na dziedzińcu swojej części i odważnie uśmiechało się do przybyłych gości, pozwalając także na zdjęcie. Obok uwijały się młode pielęgniarki, dezynfekując instrumenty medyczne po jakichś opatrunkach. Mieli swoją własną kuchnię, było to może pięć stanowisk z paleniskami. Swoją strawę gotowali jak pierwotni ludzie nad ogniem, tak samo czynili z najprostszymi sprawami, jak choćby zaparzenie sobie wrzątku. Kuchnia od czasów o. Jana Beyzyma nic się nie zmieniła, a przecież trędowatych dość sporo ubyło. Dzisiaj ta choroba już nie jest takim problemem jak kiedyś. Zresztą, sama liczba pacjentów miejscowego szpitala jest tego dowodem. Nigdy nie widziałem osoby chorej na trąd, ale nie wypadało z bliska przypatrywać się utraconym palcom u ręki, czy nogi, tym, którzy byli na utrzymaniu odwiedzanego szpitala. Historia tutaj zatrzymała się jak w czasach wyjazdu na misje błogosławionego jezuity. Oprócz skromnych łóżek i kuchni, było kilka niewielkich warsztatów, jak choćby ten z możliwością wyrabiania butów dostosowanych do długości nogi i stopy ludzi chorych. Mimo, że ta długość posiadanej naturalnie nogi może się zmienić w wyniku choroby, obuwie wykonywane z drewna pasowało dla każdego. Nieodwracalny los ludzi, wytracających części swojego ciała był przygnębiający, ale imponujące było to, że Polak tak zajął się potrzebującymi na większą skalę. Obok szpitala za murami było niewielkie szpitalne osiedle zawierające może kilka domków jednorodzinnych, mieszkały tam rodziny, z których choćby jedna osoba była chora i wymagała opieki i dozoru lekarza w każdej chwili. Niezwykłe jest to, że ludzie dla ratowania najbliższych decydują się pójść do swoistego getta chorych, byle tylko mieć medyczna opiekę. Kobiety pilnowały dzieci i skromnego domostwa, a mężczyźni, jak dało sie zauważyć, w tym momencie pracowali przy obróbce drewna. To nie tylko osiedle dla rodzin, ale to jedna wielka rodzina, której nie szczędził los, zsyłając chorobę najbliższej osoby. O. Jan Beyzym ma w obrębie szpitala swój pokój pamiątkowy, co na pewno przyczynia się do jego nieśmiertelności w tym, co zrobił dla mieszkańców Madagaskaru.

Wybierając się na tutaj, szukaliśmy jakichkolwiek kontaktów u polskich misjonarzy, żeby zebrać informacje, które pozwolą realnie ocenić możliwości zwiedzania. Między innymi przez o. Pawła Dyla z Gruzji, pisałem do Kamilianów na Madagaskarze. Prowadzili właśnie szpital w Fianarantsoa. Nie mając zwrotnego e-maila, podjechaliśmy pod ich dom zakonny. Brama była zamknięta i nikt nie dawał znaku życia. Zatem w odwrocie zajechaliśmy do szpitala , który jest obok klasztoru. Należy on do państwa, ale pracują w nim m.in. Kamilianie. Trudno przepuścić okazję, żeby zobaczyć jakiej jakości jest służba zdrowia na Madagaskarze. Mając obraz szpitala trędowatych, ten miejski wcale nie poprawił oceny jej sytuacji. Ogromne obejście, kilka budynków z wypisanymi oddziałami, a każdy przykrej jakości. Sale z odrapanymi ścianami, korytarz to jakby przejście pomiędzy halami produkcyjnymi w dużej fabryce. Niewielu chorych i pewnie na szczęście, bo nie wyobrażam sobie, przyjeżdżając z Polski, jak można skutecznie leczyć, pomijając wymagania higieny i jakiekolwiek zasady sanitarne. W największym budynku, gdzie była sala przyjęć, przewijało się kilka osób, ale dla mnie wyglądali bardziej na odwiedzających niż pacjentów. Zaglądnąłem do jakiejś sali lekarskiej, ale bardzo delikatnie, żeby nie zostać wyproszonym. Obecny był miejscowy lekarz z pacjentem. Wszystko odbywało się na zasadzie dialogu i jakichś konsultacji, a nie zabiegu leczenia, wykonywanym na ciele pacjenta. Niebieskie brudne ściany, malowane pewnie jeszcze wtedy, jak wybudowano ten szpital, wołały mocno o odnowienie, ale nikomu to nie przeszkadzało. Spotkani ludzie chodzili boso, jak zresztą większość napotkanych mieszkańców Madagaskaru, co pewnie dla nich było normą, ale mnie pozostawiało wiele do życzenia.

 

          

          Po wizycie, która było nieco przygnębiająca widokiem trędowatych i odwiedzinach w miejskim szpitalu, o. Jeremy odwiózł nas na miasto i zostawił. Chcieliśmy nieco sami pomyszkować po nieznanym mieście Fianarantsoa. Nasze doświadczenia spaceru okazały się potwierdzeniem, że Malgasze to ludzie niezwykle sympatyczni i radośni. Mający swoje poczucie wartości i jak nigdzie dotąd na świecie nie przeszkadzało im, że robimy zdjęcia, nakierowując obiektywy prosto w twarz. Musiało to być poprzedzone uśmiechem i jakimś żartem, np. powtarzając jakieś malgaskie słowa, które od nich usłyszeliśmy. U miejscowych wywoływało to salwy śmiechu, a dla nas okazja do robienia zdjęć. Zresztą niewielu vazahów – tak nazywa się biały człowiek w ich języku, spacerowało po mieście. A mówiąc dokładnie oprócz jednej pary w restauracji, do której zaglądnęliśmy, nie spotkaliśmy nikogo. Była już pora popołudniowa, więc zaczęliśmy szukać jakiegoś baru, żeby coś zjeść. Po drodze zaglądaliśmy, gdzie tylko można. A to pytając w napotkanym hotelu recepcjonistkę, czy przyjęłaby trzech Polaków do pokoju i za ile, ona oczywiście przyjmując nas z uśmiechem, otwierała szeroko ręce, że wszystko da się załatwić. Warunek nasz był taki, że wszystkie pokoje oddzielne i ona śpi z nami. Na to nie poszła, ale przysporzyło jej to tak wiele radości, że kiedy mijaliśmy jeszcze to miejsce, dwukrotnie machała z daleka i pokazywała, że jednak zaprasza. Jakby poczucie humoru było wpisane nie tylko w jej radosne serce, ale wszystkich Malgaszów. Pozwoliliśmy sobie obserwować niewielki warsztat napraw telefonów komórkowych. Wyglądał on w ten sposób, że w otwartych do góry drzwiach niewielkiego busa, siedziało dwóch techników przed laptopami i wgrywało oprogramowania. Zasilaniem do tych komputerów była niewielka prądnica spalinowa. Przed wejściem do tego busa siedziało może pięciu speców z małymi śrubokrętami, którymi rozkręcali nieodgadnione wnętrzności małych telefonów komórkowych. Jak było widać, klientów im nie brakowało, można zatem wnioskować, że byli w tym najlepsi.

 

         Mijając kolejne restauracje, poszliśmy wzdłuż drogi zaczynającej się od stadionu miejskiego. Cały chodnik dla pieszych był targowiskiem, a tutaj najprzeróżniejsze towary i gdyby nie przyjrzeć im się z bliska, to można pominąć coś, co jest niespotykane nigdzie na świecie. Po raz pierwszy spotkałem się z tym, że można jeszcze handlować pustymi butelkami, w Polsce mamy raczej kłopot, co z nimi zrobić, a tutaj wszystko ma swoje wtórne użycie. Nie mówiąc o tonach przeróżnej garderoby chińskiej, kocach, zabawkach. Można było zobaczyć takie wynalazki, jak niewielką deszczułkę długości trzech okrągłych baterii, a przy tym kabelki z wyłącznikiem doprowadzone do żarówki. Jednak z oryginału miała tylko szklaną część, bo w środku zlepione trzy małe diodowe lampeczki. To jest na pewno pomysł warty Nobla, że nawet żarówka ma swoje wtórne zastosowanie i po wyprodukowaniu, wyświeceniu swojego limitu, może jeszcze bardzo długo służyć swoim światłem. Kolejną sprawą, która wzbudziła zainteresowanie, a według obserwacji jest bardzo powszechna na Madagaskarze, to drewniane wózki specjalnej konstrukcji. Niewielkie drewniane cztery kółka z gumową obwolutą, drewniana „paka” na towar. Przednia oś bardziej wysunięta, bo od niej prowadził drewniany patyk doprowadzony do drugiego pionowego z tyłu, zakończonego zwyczajną kierownicą. Na mieście na tych wózkach można było zobaczyć worki mąki, ryżu, blachy i wiele innych towarów do sklepów i miejscowych hurtowni. Droga obok stadionu wiodła na niewielkie wzniesienie, co wykorzystywali młodzi chłopcy, wyprowadzając taki wózek do góry i w kilku przy ruchu ulicznym, zjeżdżając z zatrważającą szybkością, co u miejscowych wzbudzało niebywałą radość.

 

 

 

          Obiad zjedliśmy wreszcie niedaleko targowiska, wybierając w ciemno trzy różne malgaskie potrawy. Mnie dostał się miejscowy rosół – o ile mogę to tak nazwać – z ziołami i micha ryżu. Jak na  pierwszy eksperyment, to nie było tak źle. Mieliśmy jeszcze sporo czasu do godziny 17:00, bo tak byliśmy umówieni z o. Jerrym, że ma po nas przyjechać w umówione miejsce. Byliśmy niemałym zainteresowaniem, ale domyślam się, że nie wynikało to z braku białych ludzi w tym miejscu, ale bardziej z życzliwości miejscowych. Uśmiechając się do ludzi, próbowaliśmy zagadywać na ile tylko było to możliwe, podchodząc do dziewczyn grających w piłkę nożna na stadionie. One akuratnie były za bardzo zajęte sportem i nie zwracały zbytnio uwagi na trzech vazahów. Przy dużych stoiskach z owocami oglądaliśmy rzeczy, których nie ma w Polsce i dopytywaliśmy, jak się nazywa owoc o kształtach, widzianych przez nas po raz pierwszy w życiu. Oczywiście malgaskie nazwy były dla nas  nie do wypowiedzenia, co od razu wzbudzało śmiech nie tylko u handlarzy, ale i całego targowiska. Podobnie na rynku pirackich płyt DVD, próbowano znaleźć coś dla nas po angielsku, ale były to filmy z poprzednich epok, typu Bruce Lee, czy Rambo. Zobaczyliśmy także targ mleka. Przywożone w dużych kanach, przelewane było do małych butelek po napojach i każdy kupował według swojego uznania. Mleko na pewno od miejscowych krów zebu. Przechodząc obok przedszkola, zainteresował nas bardzo miły wystrój. Jakby dowód globalizacji i jednolitego wystroju wszystkich przedszkoli świata, nawet tych w najbiedniejszych  krajach. Niestety dzieci już nie było, ale siedziały jeszcze cztery panie przedszkolanki ze swoją dyrektorką. Szefowa miała kosmetykami podkreślone usta, oczy i brwi, co rzadko się spotyka u miejscowych kobiet. Weszliśmy i usiedliśmy sobie w małych plastikowych dziecięcych krzesełkach, żeby chociaż z paniami porozmawiać. Trudno było się dogadać językowo, ale przy ilości żartów i śmiechu wszystko było jasne. Żegnając się mile, poszliśmy dalej, śmiejąc się do siebie nawzajem, że albo wszyscy nas już tutaj znają przez nasze bezpośrednie zachowanie, albo z drugiej strony, że zaraz ktoś może dać nam w zęby za naszą bezpośredniość. To drugie się nie spełniło, a niektórzy mijając nas, pokazywali palcem, jakby wskazując, że przy ich stoisku z mlekiem, pomidorami czy żarówkami już byliśmy. Na koniec zawitaliśmy na małe piwo do baru, który prowadził człowiek przypominający bardziej Chińczyka, niż Malgasza. Nasze przeczucia nas nie myliły. Jego ojciec przyjechał z Chin na Madagaskar. On już tutaj się urodził. Ma dwie córki, które wyjechały na studia do Francji i musi na nie zarobić. O dziwo, poznał naszą narodowość po języku. Jak się okazało, często przychodził do niego jeden z Kamilianów Polaków, pracujących w niedalekim szpitalu.

Po powrocie do misji werbistowskiej, był jeszcze jeden akcent dnia, świętowanie urodzin jednego z księży, który z pochodzenia jest Malgaszem. Mały tort i dla nas zupełna nowość, kilka kieliszków malgaskiego narodowego napoju, jakim jest rum. O. Jeremy specjalizuje się w robieniu takich nalewek, a skoro nie ma za wielu amatorów na ten napój wśród Werbistów, korzystaliśmy jak tylko pozwalali, cmokając przy tym w zachwycie, że takie dobre nalewki. Może dlatego, że w środku w butelce były owoce, których nie spotkamy w Polsce i to nadawało im niebywale dobrego smaku. Pomiarkowaliśmy w momencie, kiedy powiedziano nam, że to ma 42 % alkoholu. Z niedowierzeniem odkładaliśmy kieliszki. Piło się to po prostu jak smakowity syrop.

 

 

 

POCIĄG DO MANAKARY

 

          Zapewniano nas, że pociąg ruszy jak każde przedsięwzięcie afrykańskie, czyli dwie godziny po czasie, ale nic podobnego w tym względzie. Spóźniony był jedynie piętnaście minut, co przy tutejszych warunkach jest równe punktualności godnej podziwu. Przed nami było dwanaście godzin stukotu starej, wysłużonej lokomotywy i pewnie jeszcze starszych wagonów. Także można sądzić, że pociąg będzie jeździł, dopóki będzie działała ta czerwona spalinowa lokomotywa. Pewnie trzeba jeszcze dodać, że dopóki nie rozsypią się wagony. W skład pociągu wchodziło dodatkowo pięć  wagonów pasażerskich. Pierwsze klasy to ostatnie dwa, gdzie z miejscówkami siedzieli sami „białasi”. Na pewno wszyscy zapłacili za bilety więcej niż trzy poprzednie, gdzie przeładowanie Malgaszów było wyrazem tradycji, że wszystko, co wozi ludzi, musi być załadowane na full, bo inaczej nie rusza się z miejsca. Trasa liczyła 200 km. Trudno może obliczać średnią prędkość, bo pociąg zatrzymywał się w każdej mijanej wiosce. Poza tym, nie wiadomo dlaczego, mieliśmy dwa godzinne postoje, zresztą, nikt nie dopytywał, akceptując w pełni zasady gospodarzy, że oni rozporządzają czasem swoich gości i nie myślą nic zmieniać w swoich praktykach organizowania komunikacji.

 

        W każdej wiosce ten sam scenariusz. Ludzie czekali na pociąg ze swoim drobnym handlem bananami, orzechami, pieprzem w trzech kolorach: czerwonym, czarnym, zielonym i z wieloma innymi tutejszymi towarami, które pochodziły z uprawy miejscowych farmerów. Wszyscy handlujący w ubogich, brudnych strojach i oczywiście mało kto posiadał buty, a jeśli już miał, to tylko plastikowe japonki. Najlepsze w tym były dzieciaki, jak mógł jakiś dźwignąć cokolwiek do handlu, już zajmował się drobnym biznesem. Umorusane, na bosaka biegały w błocie wokół pociągu, wzbudzając podziw, a może bardziej zlitowanie vazahów. Były niezwykle sympatyczne i uśmiechnięte, jakby chciały głośno i wyraźnie powiedzieć, że bieda, w której się urodziły i na którą zostały skazane przez los, wcale im nie przeszkadza i jakoś potrafią odnaleźć się w tym świecie. Mają swoją wartość i poczucie godności,  potrafią nawet biegać i śmiać się, jak każde dziecko na świecie, które pokazuje swoją beztroskość i szczęście. Tego akuratnie nie można im odmówić i trzeba przyznać, że w swojej otwartości mają więcej do pokazania i zaprezentowania, niż niejedno rozpieszczone europejskie dziecko. Można śmiało powiedzieć, że uśmiech na ustach tych biednych dzieci, gości częściej niż w niejednym polskim przedszkolu. Dzieci, które może nie dojadają i zdane są na siebie od małego, wiedzą, które krzewy przynoszą pożywienie i na których drzewach można szukać zaspokojenia głodu. Takie lekcje to swoista mądrość przekazywana od pokoleń. Musiały one same stworzyć sobie zabawki, żeby spędzić swoje dzieciństwo w twórczości wyobrażeń. Na końcu dwóch kijów mieli wycięte kółka z dużego, okrągłego owocu drzewa chlebowego, co dawało im zabawę w jakiś pojazd. Ta kreatywność akuratnie była godna podziwu i uznania. Poza tym, dzieci zajmowały się dziećmi. Małe dziewczynki, rzadziej chłopcy, nosili na rękach swoje młodsze rodzeństwo, które w młodych ramionach brata, czy siostry, czuło się bezpiecznie. Jeśli nawet trzeba było biegnąć, bo jakiś vazaha wpadł na pomysł, żeby rozdawać cukierki, nigdy nie zostawiali swoich młodszych. Kiedy jakaś nastoletnia dziewczyna trzymała dziecko na rękach, pytaliśmy, czy to jej, rzadko kiedy była odpowiedź przecząca. Tutaj dziewczyny mające siedemnaście, czy osiemnaście lat, rodzą już dzieci i jest to powszechna reguła, od której raczej nie ma odstępstw. Prawie każda dwudziestoletnia kobieta ma jedno, albo nawet dwoje pociech. To powszechność malgaska, że młode dziewczyny szybko rodzą dzieci. Zresztą, co tu wiele mówić, tak natura wyznacza rytm jako najlepszy do tego czas, to tylko bogaci Europejczycy próbują z różnych względów powstrzymywać biologiczny zegar.

 

       

          Stacje, na których zatrzymywał się pociąg, były bardzo obskurne i na pewno dobrze pamiętały czasy kolonialne. Szyny, kiedy dobrze się im przyjrzeć, poszarpane bokami, jakby wołały o zmianę, ale skoro jeszcze utrzymują mały skład, jadący codziennie raz w jedną, a na drugi dzień w drugą stronę, to jeszcze może jechać. Co do rozwoju infrastruktury kolejowej na Madagaskarze, nie ma co liczyć. Kraj górzysty nie nadaje się do budowy kolei. Dało się to odczuć w naszym składzie, kiedy pociąg wyraźnie wspinał się do góry, sapiąc przy tym ze wszystkich sił, albo pokonując ostre zakręty przy maksymalnym zwolnieniu, jakby wagony musiały byś przesuwane, żeby wyrobić na zakręcie i nie wypadły z toru jazdy. Zgrzyt przy tym przyprawiał o dreszcze, ale pokazywało to, jak bardzo maszynista zna swoją dwustukilometrową trasę.

 

         W naszym wagonie towarzystwo z całej Europy, Niemcy i Francuzi, Hiszpanie i Włosi oraz nasza trójka Polaków. Jak dało się wyczuć, dla wszystkich doświadczenie biedy i radości małych dzieci było bardzo mocne i przejmujące. Niektóre grupki turystów miały swoich malgaskich przewodników. Ci, wprawieni w wyjaśnianiu zasad zachowania się wobec miejscowych ludzi, machali palcem na niektóre zapędy europejskiej litości. Dojechaliśmy już ciemną nocą do Manakary. Hotel znaleźliśmy, idąc za dwiema Francuzkami, które miały już zamówione pokoje. My spontanicznie, ale i dla nas znalazło się lokum. Po zimnym prysznicu, zjedliśmy kurczaka z ryżem w pysznym pomidorowym sosie. Co prawda tego mięsa nie było za wiele, ale sos smakowo nadrabiał w tym daniu.

 

 

 

RANOMAFANA

 

          W Manakarze nie chcieliśmy się zatrzymywać. Jest to nadmorska miejscowość, która pewnie wiele oferuje, ale nie za bardzo nas to interesowało. Wcześnie rano spakowani, poszliśmy na taxi brousse, tym razem w marszu daliśmy się skusić na pousse-pousse, czyli małe riksze, ciągnięte przez ludzi. Takie taksówki, gdzie miejscowi przy niewielkiej inwestycji, mają własny interes. Pruss pruss po francusku znaczy „pchać pchać”. Co prawda byliśmy ciągnięci, ale nazwa tego typu usług wzięła swój początek, gdy wożono tęższych, białych dygnitarzy. Powożący wołali: „pchać pchać” i tak do dzisiaj pozostało. To mały wózek dwukołowy na resorach, z siedzeniem zdolnym pomieścić tylko jednego białego, ale już kilku Malgaszów oraz jakiś leżący w nogach bagaż. Niewielkie zadaszenie nad głową i czasem spuszczana z przodu folia, mająca chronić przed deszczem. Niestety, mój „taksówkarz” nie posiadał takiej ochrony i kiedy zaczęło dość mocno padać, zmokłem doszczętnie na długości całych nóg. Trudno mi było przełknąć widok ciągnącego mnie młodego człowieka na bosaka, ale kiedy wyraziliśmy zainteresowanie taką usługą, właściciele tych dwukołowych pojazdów wręcz się o nas bili. Jest to trudne do zaakceptowania i wzbudzające litość, ale dla nich to zwykła praca i codzienne wypatrywanie klientów, tym bardziej białych, bo od nich można dostać o wiele więcej, niż od miejscowych.

 

         Załadowany w pełni bus już czekał, znalazły się dla nas trzy miejsca w trzecim rzędzie. Co prawda trochę ciasno, ale przynajmniej jechaliśmy. Droga była dość dobra, zatem kierowca pozwalał sobie przyciskać gazu. Momentalnie w pojeździe zrobiło się wesoło, a to za sprawą religijnego śpiewu, rozpoczętego pięknym głosem przez młodą dziewczynę, siedząca za mną. Była to znana melodia pieśni kościelnej- „Być bliżej Ciebie chcę…”. Znając trochę słowa, podjęliśmy się śpiewania, także przy jednych dźwiękach, mieszał się śpiew polski i malgaski. Oczywiście ich damskie, delikatnie głosy, bo mężczyźni raczej się nie podejmowali i nasze grube, ryczące chrapanie do wspólnej melodii. Jak się okazało, pasażerowie jechali na jakiś kongres swojej sekty, pokazywali nam nawet ulotki, prezentujące proroka, założyciela tej wspólnoty religijnej. Próbowali też opowiadać niezwykłe historie, podkreślające nadprzyrodzoność zawartą w proroctwach swojego guru. Droga minęła szybko i w dość sympatycznej atmosferze.

Kiedy dojechaliśmy do Ranomafana, pogoda nie napawała optymizmem, to znaczy, niebo było zaniesione i co chwila padał deszcz. Zakwaterowaliśmy się w domkach bungalowych przy jakimś klasztorze żeńskim. Była już pora popołudniowa i nie wybieraliśmy się do parku narodowego, zostawiając sobie spacer na jutrzejszy dzień. Miejscowość była niewielka, więc spokojnie obeszliśmy ją całą w niedługim czasie. Odwiedziliśmy ciepłe źródła z apetytem na kąpiel, ale oferowana jakość odstraszała. Może wody i zdrowotne, ale grzybica, albo inne choroby skóry murowane. Poddaliśmy się z kąpielą, ale zahaczyliśmy o knajpkę, gdzie pani świetnie mówiła po angielsku , wypiliśmy THB, czyli Three Horses Beer. Trzeba przyznać, że bardzo dobre piwo. Od tego czasu towarzyszyło nam już codziennie. Potem mały obiadek i niestety zimno wypędziło nas do pokoju na nocną drzemkę.

 

       Rano padał mocny deszcz i niebo było bardzo zachmurzone. Zrezygnowaliśmy z  pójścia do parku i odmówiliśmy przewodnika, który miał nam towarzyszyć w wędrówce po nim. Spakowani, zaczęliśmy wyczekiwać busa, który mógłby nas zabrać do Fianarantsoa. Trafił się jeden, który według nas był zapełniony po brzegi, ale nie według miejscowych, bo jeszcze znaleziono trzy miejsca. Była to wysłużona zielona mazda. Przyszło mi siedzieć na oparciu własnego siedzenia, bo było złamane i nie dało się o nie opierać. Jakoś dojechaliśmy, po drodze zmieniając koło. Kiedy kierowca je zmieniał, przystanąłem przy młodych chłopcach, którzy grali w piłkarzyki przy specjalnie zespawanym stole. Próbując z nimi zagrać, nie miałem najmniejszych szans, ale byłem pełen uznania i podziwu dla kowala, który wykonał ten stół zabawy.

W Fianarantsoa mieliśmy mieć busa o 14:00, ale po malgasku odjechaliśmy o 15:35, w stronę parku Isalo, do miejscowości Ranohira. To dystans 237 km. Droga była bardzo dobra i udało nam się zajechać na miejsce koło 22:00, będąc podwiezionymi pod same drzwi hotelu, który mieliśmy z polecenia Elizy, Francuzki, poznanej w pociągu do Manakara. W ogóle to ciekawa historia tej dziewczyny, mieszka tutaj już kilka miesięcy i zajmuje się uaktualnieniem tłumaczenia Biblii na język malgaski. Jechała pociągiem tylko dlatego, że odwiedziła ją koleżanka z Francji. Kiedy zajechaliśmy, nie było niczego widać. Tutaj noce są niezwykle ciemne, ale i zarazem niezwykle gwiaździste niebo. Wzięliśmy dla siebie jeden domek bungalowy i poszliśmy spać. Dopiero rankiem okazało się, jak malowniczy jest teren, w którym zakotwiczyliśmy przynajmniej na najbliższe  dwa dni.

 

     

          Udaliśmy się do siedziby Parku Narodowego Isalo, żeby zebrać informacje o możliwościach odwiedzin tego miejsca. Opłata wcale nie była mała i po kwocie można od razu stwierdzić, że malgaska inicjatywa tworzenia parków narodowych i otwieranie ich na zwiedzanie, to tylko propozycja dla białych. W cenie mieliśmy dwa dni zwiedzania, taksówkę, która dowozi na miejsce i przewodnika, którym był bardzo sympatyczny, 29-letni Tudii, który biegle mówił po angielsku i włosku. 150 tys. Ariary, to cena za nasze zwiedzanie, także ubyło z milionów wymienionych w stolicy. W pierwszy dzień odwiedziliśmy dwa kaniony, zresztą, cały ten wąski a długi park, był bardzo górzysty. Kaniony nie zrobiły wielkiego wrażenia, miejsce typowo turystyczne, więc nie ma się co rozpisywać. Tym, co najbardziej wzbudziło zainteresowanie, był pierwszy widok białych lemurów. Wreszcie zobaczyliśmy zwierzęta charakterystyczne dla tej wyspy. Robią ogromne wrażenie, są płochliwe i bardzo zwinne. Ich skoki z gałęzi na gałąź to wyczyn akrobatyki i sprytu. Mają przyjemną i czystą sierść,  a mordka wzbudza sympatię, że chciałoby się przytulić i pogłaskać.

 

          Wróciliśmy dość wcześnie. Po odpoczynku, wybraliśmy się na spacer po wiosce. Kilka hoteli i biedne domy ułożone wzdłuż drogi. Jak wszędzie przed domami prywatne biznesy z warzywami, albo jakimś jedzeniem, na poczekaniu pieczonym w misce z olejem na niewielkim palenisku. Wszystko przywoływało skojarzenia pierwotnych osad. W centralnym miejscu tej wioski, zatrzymywały się wszystkie samochody, rowery i inne pojazdy. Stali tam cały dzień mężczyźni, próbujący wsadzić kogoś do taxi brousse i zarobić przy tym parę groszy. Były też dwa dobrze zaopatrzone sklepy i dwa hotele, jeden z wyglądu dość ekskluzywny, drugi, powiedzmy już nie takiej klasy. Prowadził go Francuz, Bernie, który miał 85 lat. Spędził tutaj całe życie, po zamordowaniu jego rodziców w chwili wyzwolenia Madagaskaru spod panowania kolonii francuskiej. Zafundowaliśmy sobie tam kolację w miłej atmosferze. Bernie, w swojej restauracji miał swoje naczelne miejsce. Rozpalał ogień w kominku, bo wieczorami robiło się całkiem chłodno i poganiał swoją obsługę. Jeśli ktoś zamawiał deser, podchodził z buteleczką alkoholu i spryskiwał jedzenie, ciesząc się płomieniami, jakie dzięki temu rozjaśniały i gdzieniegdzie straszyły konsumentów. Miał z tego nie lada ubaw i wzbudzało to zainteresowanie całego baru. 

Na kolejny dzień mieliśmy zaplanowane obejście nieco dłuższej trasy w Parku Isalo. Pojechaliśmy wysłużonym peugeotem 404, który na moje oko mógł mieć skończoną czterdziestkę. Tutaj te samochody trzymają się bardzo dobrze i Bóg raczy wiedzieć, ile jeszcze posłużą mieszkańcom. Tego dnia trasa w parku była dokładnie liczona, co 50 metrów mała tabliczka informowała o długości przejścia. Przewodnik poinformował o trasie piętnastokilometrowej, stąd tabliczki mijały dość wolno, nasz oprowadzający nie chciał trzymać tempa, które próbowaliśmy narzucać. Kilka okazów roślin, o których opowiadał, wzbudzały zainteresowanie, jak choćby niewielki krzew, mający niewinne z wyglądu liście, ale według przewodnika zawiera w sobie toksyny, powodujące szybką śmierć. Jeden listek dorzucony do herbaty, mógłby wyeliminować kogoś z tego świata. Pasmo skał miało  barwy zielono- żółte, cudowna mieszanka. W takiej przyrodzie nie sposób się było nudzić. Na koniec, doszliśmy do niewielkiego wąwozu z kaskadami i  parkowej restauracji, znajdującej się pomiędzy drzewami i biegającymi rodzinami lemurów. Odmiana ta była całkiem inna od spotkanych wcześniej. To według amatora zoologii najpopularniejszy przedstawiciel tego gatunku, z wyprostowanym ogonem w szare paski. Można się domyślać, że ta rodzinka malgaskich lemurów często bywała w owym barze, bo były do ludzi bardzo przyzwyczajone. Przechodziły obok nogi, co wzbudzało niemałą trwogę w pierwszym kontakcie z czworonogami, ale nie były agresywne. Po prostu to był ich świat, my tylko byliśmy gośćmi.

Po obfitym obiadku w parkowym barze, wróciliśmy do hotelu. Niestety, wcześnie rano musieliśmy się spakować, bo nasz domek miał rezerwację. Zatem trochę obrażeni na recepcjonistę, wzięliśmy plecaki i poszliśmy do centrum wioski łapać taxi brousse do Toliary. To portowe miasto, oddalone jakieś 240 km. Wszyscy stojący mężczyźni, zawodowo zajmujący się pakowaniem ludzi do taxi brousse, ostrzegali, że dzisiaj nic takiego nie złapiemy, ale my uparci, albo bardziej wierzący we własne siły bez liczenia się ze światem, staliśmy uparcie, wypatrując, kiedy nadjedzie busik z trzema wolnymi miejscami. Trochę wzbudzaliśmy w ten sposób uśmiechy na twarzach specjalistów od taksówek, ale trwaliśmy przy swoim. Było gdzieś po 15:00, do całkowitego zaciemnienia mieliśmy trzy godziny. Postanowiliśmy pójść sobie szukać noclegu i rano znowu próbować. Mała kolacja u Berniego i powtórka jego show z ogniem, gdy tylko pojawiała się okazja zamówienia deseru przez kogokolwiek. Na końcu wzięliśmy u niego nocleg. Okazało się, że najtańszy jest pokój bez łazienki, ale nie było nam to potrzebne do szczęścia. Mała toaleta „na sucho” w zupełności wystarczała.

 

          Wcześnie rano obudziły nas krzyki naszych panów od łowienia taxi brousse. Zerwaliśmy się i zaczęliśmy w pośpiechu pakować rzeczy. Jak się okazało samochód już czekał. Pewnie był to jakiś nocny kurs z Fianarantsoa. Tym razem był to mercedes sprinter z wyższymi siedzeniami, gdzie można było oprzeć głowę, ale jak zwykle załadowany po brzegi. Oczywiście to tylko moje słowa, bo granice możliwości dla miejscowych są bardzo często przesuwane tam, gdzie tylko może sięgać nasza wyobraźnia. Jechaliśmy na kolejny etap podróży do Toliary. Nie obyło się i tym razem bez awarii ogumienia i znowu to, co u nas niedopuszczalne, tutaj w normie funkcjonowania przesunięte bez żadnych przeszkód. Koło musiało pęknąć, bo nie tylko w oponie były pozrywane druty konstrukcyjne, ale już jakiś biały materiał, jakby dętka. W niewielkim busie prawie czterdzieści osób, ale o bezpieczeństwo nikt tutaj nie pyta. Przejeżdżaliśmy przez niewielką młodą miejscowość Ilakaka, która powstała jakieś dziesięć lat temu, zjechali tam wszyscy chętni na szybkie bogactwo, gdyż znaleziono tam szafiry. Gdybyśmy nie wiedzieli, że jest to miasto istniejące tylko kilka lat na pustyni, wcale nikt by się nie domyślił, że taka jest jego historia. Wszystko wyglądało jak w każdym innym miejscu.

 

 

 

TOLIARA

 

        Do Toliary dotarliśmy przed południem. Otoczeni naganiaczami na kolejne oferty, twardo trwaliśmy przy swoim, że pytamy o możliwość taxi brousse do Morombe, a stamtąd jedziemy do Morondavy. Wszystko planowane spontanicznie z dnia na dzień. Pierwotnie chcieliśmy złapać samolot, który według internetowego systemu sprzedaży lata w piątki. Przeszło nam, dowiadując się, że jest możliwość przejazdu lądem. Do Morombe wykupiliśmy bilet na starą zdezelowaną indyjską tatę. Oprócz takiej odmiany autobusów, jeżdżą tam także ciężarówki, mające zrobione i przykryte plandeką siedzenia na pace. Poruszają się tam tylko takie duże pojazdy, bo cały dystans to niespełna 300 km drogą polną, bez grama asfaltu.

 

          Dzień miło spędziliśmy na spacerze po Toliarze, zapoznając się z tym portowym malgaskim miastem. Odkryciem był fakt, jak wielu mieszka tutaj białych ludzi, robiących swoje małe interesy, jak Niemiec, prowadzący przyzwoitą knajpę, gdzie goszczą się przede wszystkim biali osadnicy i śmiało mogą przychodzić tutaj na zarobek miejscowe prostytutki, szukające większych pieniędzy od „białasów”.      

Oczywiście, chodząc ulicą, mieliśmy za sobą sznur błagających rikszarzy, którzy chcieli wyłudzić od spacerowiczów więcej pieniędzy, niż mogą zarobić od miejscowych. Nasz eksperyment, polegający na tym, że kazaliśmy siadać kierowcom pousse-pousse na zadaszone siedzenia, a my pedałowaliśmy, wzbudzał niezwykłą radość, że biali wożą Malgaszów, a przy tym nic nie płaciliśmy za tego typu taksówki. Żart udawał się za każdym razem, bo był lekcją wielkiego śmiechu dla miejscowych. Poza tym, jedna dziwna sprawa, która nas spotkała. Próbując zapuścić się na spacer po ułożonym z kamieni molo, chcąc przy tym obserwować przychodzący przypływ oceanu, zostaliśmy zatrzymani przez dziewczynę, która tłumaczyła, że idąc dalej, możemy zostać napadnięci, ograbieni i mogą odebrać nam życie. Potem podbiegł jakiś pan w średnim wieku, z widłami w ręku i pokazuje nam, przecinając palcem szyję, że nie wolno dalej pójść, bo mogą nas zabić. Trudno nam było w to uwierzyć, ale poddaliśmy się. Pewnie nie chodziło o żadne zabójstwo ani jakiekolwiek niebezpieczeństwo, ale wierzeniowe Fado dla Malgaszów. Każde plemię posiada takie wierzenia, że są zwierzęta, zjawiska, czy ludzie, określane takim mianem jako złe albo niebezpieczne, tego w ogóle nie próbują się nawet dotykać. Takim podstawowym przykładem jest pies. Dla Malgaszów jest on Fado, czyli jego się ani nie dotyka, ani nie hoduje, a tym bardziej, nawet w przypadku głodu, nie można by go było zjeść. Każde plemię ma swoje Fado i ściśle się tego trzyma, jak konstytucji o najwyższym znaczeniu. Mimo, że prawo niepisane, ale tradycja dla tutejszych mieszkańców to rzecz święta.

 

 

          Wieczorem miasto pokazywało swoją imprezową twarz, kiedy ruszały bębniące muzyką nadmorskie, dyskotekowe bary. Niestety, nie miały za wielu entuzjastów poza kilkoma „białasami”, kręcącymi się od klubu do klubu i próbującymi coś złowić prostytutkami. Miejscowi jakby nie mieli ochoty płacić krocie za wypicie piwa, czy drinka, albo jakiś taniec przy europejskich lub amerykańskich rytmach muzyki popularnej.

Rano byliśmy na umówioną 6:30 pod wskazaną tatą, pakując swoje bagaże. Pojazd zapełniony był do granic możliwości. To już znaliśmy dobrze. Tylko tym razem był to seryjny i prawdziwy autobus na wysokich kołach. Jego wygląd wzbudzał wątpliwości, czy damy radę nim dojechać do celu, po bezdrożach zachodniego wybrzeża Madagaskaru. Większa w nas była wiara w ich zapobiegliwość jakimś problemom, bo u nich dzieją się rzeczy, które u nas w Polsce są naprawdę już niemożliwe, nawet przyzwyczajeni do pewnego luksusu, wyrzuciliśmy z pamięci zatłoczone autobusy, dowożące ludzi w dzień targowy na uzupełnienie domowych zapasów potrzebnych do codziennego funkcjonowania. Po niespełna piętnastu minutach, zatrzymaliśmy się przy stacji benzynowej na dobre pół godziny, nie tylko na tankowanie, ale przede wszystkim na podział łupów z tego kursu. Kierowca dzielił się z bagażowymi. Targując się przy tym i wykłócając o każde ariary. Drobne pieniądze jak się okazało był potrzebne, żeby przepłacić każdy patrol policji i wojska, ustawionym najczęściej przy wjeździe do miejscowości. Przy trasie o takiej długości, mógł się z tego uzbierać nie lada majątek. Siedząc przy kierowcy nad warczącym silnikiem, miałem okazję dokładnie to zaobserwować. Stawki były z góry wiadome i ustalone, bo przy wręczaniu do kontroli tylko tego dokumentu, nikt się nie targował, a wszyscy byli ukontentowani.

 

        Asfalt rzeczywiście skończył się przy granicach miasta, a przed nami drogi tylko dla ciężarówek, albo samochodów z napędem 4×4 i to dobrym mechanizmem. Ostrzeżono nas, że mamy przed sobą niecałe 300 km i około dwunastu godzin jazdy. Nasza wiara w godzinowe obliczenia była już mocno osłabiona. O ile kilometry można śmiało sprawdzić z mapą, to czasu przejazdu w tutejszych warunkach po prostu się nie da. Nie byliśmy sami, bardzo sympatyczny kierowca Rafiki, który uśmiechał się do nas i machał głową, kiedy po krótkim postoju trzeba było wsiadać i kontynuować jazdę. Poza tym każde miejsce wypełnione, uwzględniając przy tym także przejście środkiem autobusu. Były tam dospawane siedzenia, także w jednym rzędzie od ściany od ściany mogło pomieścić się nawet dziesięć osób, wliczając w to dzieci. Twardo pilnowaliśmy swoich miejscówek, żeby nikt nie próbował rozłożyć się bardziej na siedzeniach szerokich vazahów. Zresztą, tak właśnie pokazali nam ludzie, że jesteśmy dla nich i wysocy i szerocy. Nie mylili się. Malgasze to ludzie o niezbyt wysokiej posturze i żeby spotkać otyłego, trzeba by go było wypatrywać ze zmysłem myśliwskim oraz dużą cierpliwością. Po prostu na ulicy ich nie ma. Kiedy pojawił się otyły Malgasz z częstotliwością co kilka dni, od razu był przez nas wskazywany i wyróżniany. Do pasażerów autobusu trzeba dodać jeszcze tylko po pięć osób stojących w obydwu drzwiach.

 

       

         Na początku droga przynosiła jakąś frajdę. Przejeżdżaliśmy przez prawdziwy Madagaskar, bardzo biedny, bez asfaltu, bez murowanych domów, ze strzechami patykowej konstrukcji i z błotnym tynkiem. Madagaskar ludzi bosych, o garderobie jednej koszulki i jednej pary spodenek. Madagaskar z dziewczynami, oblepionymi maseczką tabakową dla wybielenia cery. Madagaskar mieszkańców, jedzących dużo ryżu i ziół. Zmierzaliśmy do miejsca, gdzie deszcz nie padał od czterech miesięcy i nie będzie jeszcze padał przez najbliższe przynajmniej trzy. Jechaliśmy przez tereny niedostępne dla białych ludzi, bo na trasie nie spotkaliśmy nikogo, ale była to jazda z ludźmi ściśniętymi w zakurzonym autobusie, z perspektywą kilkunastu godzin jazdy po ciężkich bezdrożach, ale nienarzekającymi na warunki. Ludźmi uśmiechniętymi, jakby w pełni akceptującymi własny los i to, co się dzisiaj dzieje w ich życiu, pełnych wiary w jutrzejszy dzień, że będzie okazja do odpoczynku i kolejnych radości. Skoro nie ma okazji do zmiany takiej rzeczywistości, to trzeba ją w pełni przyjąć i wierzyć, że jutro też będzie dobry dzień. Mieliśmy dojechać po dwunastu godzinach, a dotarliśmy po piętnastu. Kiedy zaczęło się ściemniać, pytaliśmy bagażowych, jak daleko jeszcze, ku radości powiedział nam, że 18 km. Pełni nadziei i uradowani, że co najwyżej została godzina jazdy, zaczęliśmy śpiewać dla całego autobusu, próbując wymóc, że piosenka polska za piosenkę malgaską. Okazaliśmy się bezkonkurencyjni. Nikt z Malgaszów nie podjął śpiewu, a my lecieliśmy z naszym repertuarem. Umilaliśmy sobie czas, całkowicie świrując po ponad dziesięciu godzinach jazdy, a miejscowi pasażerowie mieli z nas nie lada ubaw. Obiecane 18 km przerodziło się przy kolejnym pytaniu o dystans w osiemdziesięciu. Miny trochę zrzedły, ale dwie godziny przed celem prawie wszyscy wysiedli, udało się zatem w trzęsącym autobusie, jadącym po polnych drogach, zasnąć ze zmęczenia, rozkładając wreszcie długie nogi na całej szerokości siedzeń. Tam, gdzie przed chwilą mogło siedzieć siedem, osiem, a nawet dziesięć osób, byłem już tylko ja. Było już grubo po północy, kiedy kierowca podwiózł nas pod sam hotel. Udało się znaleźć recepcjonistkę i nawet nie pytając o cenę, wpadliśmy do starego hotelowego pokoju, obłożonego boazerią. Noc była szybka i krótka, bo zmęczenie okropne. Prysznic był bardzo wymarzonym zajęciem, który przyniósł ogrom ulgi, bo odpowiednie kolory spływały z naszych ciał, jakby walka błotna została zakończona.  

 

 

- Maciej Gierula

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

newsletter

newsletter

syberia

" Drugiego dnia podróży, do naszego wagonu wsiadła spora ekipa rosyjskich poborowych. Oprócz tego, że w mundurach i z wiktem i oprzyrządowaniem wojskowym, to niewiele się wyróżniali. Oczywiście..."

więcej

syberia

"Jedziemy, jedziemy (...) . Nikt się za specjalnie nie integruje, turystów nie ma w naszym wagonie w ogóle. Za to klimat robią rosyjskie hity ludowe lecące z nieściszanego głośnika. Wziąłem ze sobą swoją muzykę, ale w tym pociągu chyba jej nie posłucham..."

więcej

SONY DSC

"Idąc do kolejnych świątyń, przyłączyli się do nas tubylcy, oferując pomoc w oprowadzaniu. To bardzo powszechne...Jeden chłopiec jednak zrobił na mnie wrażenie. Nie wiem, ile mógł mieć lat, może 10-12, świetnie mówił po angielsku i francusku...."

więcej

zdjęcia45

System szkoły togijskiej różni się bardzo od systemu polskiego szkolnictwa. Jest on na pewno na dużo niższym poziomie, ale na tyle, na ile „potrafi”, tak sobie radzi. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, by dzieci w Afryce miały dostęp do szkoły...

więcej

afryka2

Wyprawa do Afryki - czyli Muzungu wokół Jeziora Wiktorii - CZĘŚĆ II. Kolorowy kurz dalej wdzierał się przez brakujące szyby i malował wszystkich pasażerów, zwłaszcza tych siedzących z przodu. Zęby od tego zgrzytały, a ślina przybierała gęstość czekolady...

więcej