INDIE – NEPAL

NAMASTE

LISTY Z INDII I NEPALU

 

 

 

03.07.2009 r.

 

Witaj!

Trudno jest pisać na tej hinduskiej klawiaturze, bo polskie literki są tylko podolepiane…

A u nas…

Dzisiaj wypadliśmy z hotelu w Delhi i pojechaliśmy na dworzec – syf dodaje klimatu – szukać „PKS-u” do Riszikesz. Stałem w kolejce do kasy chyba z godzinę tylko po to, żeby powiedzieli mi, że bilety są  u kierowcy. Kiedy poszedłem szukać autobusu, właśnie odjeżdżał, ale że jesteśmy tutaj jako biali ogromną atrakcją, zaczekał na nas i tak nieświadomi, bez śniadania, w pirackiej jeździe okrutnie porozbijanego i wiekowego autobusu spędziliśmy siedem godzin. Uwierz, że wasza Bova w Grecji to cud techniki
i nowoczesności wobec naszego trzybiegowego busa, a co najważniejsze i tak nie dojechaliśmy nim do celu, bo 20 km przed Riszikesz się zepsuł, więc dotarliśmy na miejsce niezastąpioną tutaj rikszą, tym razem nieco większą. Poznaliśmy w niej Australijkę, która przyjechała do Indii z Wrocławia. Miasteczko położone jest u podnóża Himalajów i stanowi światowe centrum jogi. Wszędzie świątynie i szkoły nauki jogi. No i oczywiście Ganges
i ablucje hinduskie. Przed chwilą weszliśmy na imprezę do Krisznowców – niezła jazda. Nie wiem, czy my tutaj dla hindusów nie jesteśmy większą atrakcją niż cokolwiek innego… Pogoda dopisuje i jest OK. Oby tak dalej. Idę kupić jakiejś wody i colę, żeby popić whisky.

Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie

 

Maciej

 

 

 

1

 

 

06.07.2009 r.

 

Witaj!

     Opisywać jest co, bo świat niezwykle różnorodny. Tych Hindusów jest wszędzie pełno
i nie można się od nich uwolnić. Poza tym powtarza się piękna prawda, że jesteśmy tutaj atrakcją i nawet zaczyna mnie to irytować, bo domagają się zdjęcia,  dopytują, skąd jesteśmy
i co robimy, no i oczywiście, czy mamy żony. Odpowiedzi znasz, więc nie będę Ci tego pisał. Przedwczoraj cały dzień spędziliśmy w ich autobusach, to niepowtarzalny klimat, ale na dłuższą metę wycięczający. Wczoraj chodziliśmy po Amritsar, oglądając Złotą Świątynię Sikhów. Ciekawa religia. Poza tym miasto niczego sobie, a w nim 1 mln mieszkańców. Skąd ich tutaj tyle, to nie mam pojęcia. Wieczorem pojechaliśmy na granicę z Pakistanem, by zobaczyć niesamowite przedstawienie zamknięcia granicy. Wojskowi dają taki teatr, że szok. Po obu jej stronach, niczym w amfiteatrze, siedziało pewnie 20 – 30 tys. ludzi po tej i tamtej stronie. Obserwowało historyczny zwyczaj jej zamykania. Co najciekawsze towarzyszyły temu niesamowite wojenne okrzyki ludzi. Raz po stronie indyjskiej, raz po stronie pakistańskiej. To naprawdę warto nie tyle zobaczyć, co doświadczyć. Potem wróciliśmy do naszego hoteliku za 400 rupii, czyli 9 dolarów za pokój. Stwierdzam, że kraj do włóczęgostwa jest jedyny, bo wszędzie można śmiało i tanio dojechać. Póki co ani hoteli, ani możliwości transportu nie brakuje, a i wszystko dla nas jest liczone w niewielkich kwotach. Dzisiaj zaprosiłem Pyrcza na urodzinowy obiad. Zjedliśmy pierwszy raz od tygodnia mięso, jakiegoś kurczaka. Zobaczę, czy noc będzie spokojna. Poza tym wypiliśmy po trzy  indyjskie piwa – dość dobre. A co najważniejsze, wszyscy chcą się z nami przyjaźnić. To miłe
i niespotykane. Wczoraj niedziela, więc nie zapomnieliśmy o obowiązku Mszy i wieczorem odprawiliśmy Eucharystię w mieście Sikhów.

Pozdrawiam cieplutko i trzymaj te rozczochrane e-maile.

 

Maciej

 

 

2

 

 

08.07.2009 r.

 

Witaj!
      Dziękuję bardzo serdecznie za pamięć i życzenia, są piękne i jak się okazało, wiele osób pamięta i je śle, czy to e-mailowo czy SMS-owo. Ze wszystkich bardzo się cieszę. Pamięć czyni człowieka wielkim, bo go dowartościowuje. Zresztą, odsyłam do Pamięć
i Tożsamość
Jana Pawła II.

Co do naszej podroży. Obecnie wyjeżdżamy z Bikaner, udając się nocnym pociągiem do Jaipuru, a potem na następny dzień do Agry czy słynnego Tadż Mahal. Tutaj jest sama pustynia, więc grzeje niemiłosiernie, co daje się szybko odczuć. Bez wody w ręku nie pospaceruje się długo, choćby się chciało. Tutaj nie trzeba jeść, tylko pić. Aby utrzymać jakąś równowagę, jemy raz dziennie, ale pijemy po podniesieniu się z łóżka całe wiadro i tak bez przerwy. Co więcej? Pijąc tyle, sika się raz lub dwa razy dziennie. Wszystko momentalnie wychodzi przez skórę z każdej części ciała. Wczoraj rano wyjechaliśmy autobusem
z Amritsar do Jalandhar, a potem 11 godzin tłukliśmy się spóźnionym pociągiem do Bikaner. O samej podroży pociągiem można powiedzieć wiele, bo pchamy się raczej w wagony dla Hindusów, a nie klimatyzowane dla wielkich turystów z Ameryki, czy bogatego zachodu Europy. Kontakt z tymi ludźmi potwierdza, że są bardzo otwarci nie tylko dlatego, że jesteśmy dla nich jakąś atrakcją, ale dlatego, że przez nas są ciekawi naszego życia. Swoje znają dobrze, ale naszego nie, może tylko z mediów, ale pewnie większość Hindusów jeszcze nie ma dużego kontaktu z codzienną lub tygodniową prasą, internetem, a nawet telewizją. Mieliśmy zarezerwowane miejscówki w bilecie kupionym przez agencję turystyczną, (agencję, dlatego że na kolei nie można kupić biletu na dzień przed odjazdem), ale jak wsiedliśmy do pociągu, na naszym miejscu siedziało pewnie z 6 osób, a skwar dorównywał niewielkiej bliskości słońca. No cóż, chylę tutaj czoła przed gościnnością hinduską. Pokazaliśmy swoje miejscówki i od razu znalazło się dla nas miejsce, a ci, co siedzieli, musieli wstać, bo jakiś życzliwy pan ich poprzeganiał. To miejsce jest ich i nie ma gadania. Nikt nie stawiał oporu ani nie kręcił nosem, nawet jeśli był od nas starszy. Na wiadomość, że wysiadają za 25 min., zgodziliśmy się postać. Nie było żadnego gadania. Siadamy, bo to nasze miejsce i tyle. Obok nas jechało kilku panów, którzy byli zaciekawieni każdą naszą rzeczą, moimi zepsutymi okularami, mapą Indii czy przewodnikiem, no i oczywiście zrobieniem sobie z nami zdjęcia, co tutaj jest niemałą atrakcją. Dzięki nim czuliśmy się bezpiecznie. Chronili nas przed chętnymi na nasze miejsca. Potem, kiedy zająłem moje górne miejsce do spania, gdzie duszność nie pozwoliła zmrużyć oka, zaczęło się naprawianie wiatraka. Hindus z sąsiedniego łóżka próbował rozpędzić go swoim grzebieniem, a potem uderzał w wiatrak. Kilka prób się udało, ale po jakimś czasie zawsze się zatrzymywał. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie kilogramy kurzu na wiatraku, a potem na grzebieniu. Poza wymiocinami gościa z następnego przedziału, dusznością ze spoconych ciał
i kolorowych nóg, nie ma co opisywać. Poza tym jeszcze ucieszyli się przy naprawianiu wiatraka, kiedy powiedziałem, że w Ameryce to byłby problem, a w Indiach nie ma problemu. Poczuli się dumni. I tak na pierwszą w nocy dojechaliśmy do Bikaneru. Rykszarz zawiózł nas do bardzo taniego i przyzwoitego hotelu. Dospaliśmy do rana, biorąc kąpiel,
a rano pojechaliśmy kupić bilety na Jaipur. Następnie pojechaliśmy 30 km motorikszą do świątyni szczurów. Czegoś takiego w życiu nie widziałem. Tyle szczurów czczonych
w jednym miejscu nie ma się okazji zobaczyć w codzienności. Oczywiście trzeba było zdjąć buty i wejść do środka, ale i tak obok tych chyba tysięcy szczurów, to my byliśmy większą atrakcją. Szczury łaziły wszędzie, miały swoje korytarze i nie reagowały na ludzi modlących się lub spacerujących po świątyni. Potem zwiedzaliśmy nigdy niezdobyty i okazały fort Bikaner. Rzeczywiście, było co widzieć i podziwiać. Następnie smaczny obiadek w mieście, gdzie ze świecą szukać restauracji z mięsem i alkoholem. Nie pozostało nic innego jak wegetariański posiłek. Spacerując po mieście, zaczepił nas pewien młody człowiek o imieniu Achmed i zaprowadził do swojego sklepu, gdzie jako wolontariusz pracował w czasie swoich wakacji, pomagając jakiejś pozarządowej organizacji. Za miesiąc sam wybiera się do swojego przyjaciela do Niemiec, do Lipska. Wypiliśmy czarną indyjską herbatę po raz pierwszy, bo trudno było odmówić takiej gościnności w tym sklepie. Potem jego kolega oprowadził nas po fantastycznym Old Bikaner. Miasto cudowne, ale, jak wszystko w Indiach, cholernie zaniedbane.

Pozdrawiam serdecznie i napiszę coś jeszcze przy następnej okazji

 

Maciej

 

 

 

 

09.07.2009 r.

 

Witaj!
      Nie wiem, czy pisałem o szczurach w Deshnoke, ale pierwszy raz coś takiego widziałem na oczy – żeby tyle szczurów w jednym miejscu, w dodatku świętych i nienaruszalnych.
A przed chwilą spotkałem pierwszego Polaka, którego wskazał mi jeden Hindus. Co ciekawe, są tutaj grupą 25 osób: 20 uczniów i 5 nauczycieli z chorzowskiego „Słowaka”. Prowadzi tę ekspedycję przez dwa miesiące ich dyrektor z liceum. Niesamowite. Zresztą spotkany przeze mnie uczeń wyraził się o nim, że to wspaniały człowiek. Dwa miesiące ciągania uczniów po Indiach – rzeczywiście niespotykane.

Dzisiaj zwiedzaliśmy Jaipur (Dżajpur). Rano poszliśmy do różowego miasta, bo z tego słynie Jaipur. Rzeczywiście, jak zwyczaj, a nawet prawo nakazuje, wszystkie budynki
– przynajmniej z fasady wymalowane na różowo. Ale trzeba przyznać, że to bardzo przyjemne miasteczko – zaledwie 2,5 mln mieszkańców. To chyba na indyjskie możliwości jeszcze niewiele. Potem poszliśmy coś zjeść i znaleźliśmy restaurację na dachu sklepów. Okazała się strzałem w dziesiątkę, bo weszliśmy do odkrytej kuchni, by dokładnie przyglądać się przygotowywanym posiłkom. Nie było wcale tak strasznie. Poza tym fajny piec zbudowany z gliny. I widzieliśmy, jak piecze zamówione, pyszne chleby, które później dostaliśmy ciepłe do spożycia.

Następnie przybyliśmy do fortu Amber – i tutaj brakło tchu z podziwu. Fort ogromny
i robiący niesamowite wrażenie. Słońce mocno dawało po plecach, rękach i nogach, ale czego się nie zniesie. Potem pojechaliśmy do świątyni znanej jako świątynia małp. Dlatego, że jest tam dużo małp. I tak jak w Deshnoke było sporo szczurów, tak tutaj było mnóstwo małp. Skakały po skałach i jakby pilnowały świątyni, nie przejmując się ludźmi rasy białej czy innej. Oczywiście całą trasę pokonaliśmy naszym niezawodnym pojazdem, jakim jest motoriksza. 500 rupii to dla pana niewielki zarobek, a dla nas wydatek 10 dolarów na dwóch. Wracając do hotelu, widzimy, że obok jest sklep z napojami wyskokowymi, więc nie pozostaliśmy obojętni na piwko i małe whisky, które wybieram się z Piotrem spożyć.

Co jeszcze – jutro jedziemy do Agry i znanego Tadż Mahal. Zobaczymy, czy jak wielu innym zabraknie mi z zachwytu tchu…

Pozdrawiam cieplutko

 

Maciej

 

 

 

3

 

 

 

11.07.2009 r.

 

Witaj!
      Życie naprawdę jest piękne… Możesz te moje szybkie wypociny poprawiać literówkami, bo ja jestem za leniwy, a Ty na państwowej posadzie. Siedzę sobie w kafejce internetowej
i rozmawiam z ładną panią, która tutaj obsługuje. 200 metrów za moimi plecami jest najbardziej rozpoznawalny indyjski budynek – Tadż Mahal. Żeby się tutaj dostać, jechaliśmy
z Bikaneru do Jaipuru nocnym pociągiem. W Jaipurze znaleźliśmy przyzwoity hotel za dobre 300 rupii. Panowała tam ogromna duszność i wielkie słońce. Dało się to odczuć na każdym kroku. To co najbardziej utkwiło mi w pamięci w Jaipurze, to fort Amber. Potęga, która powala na kolana, gdy się patrzy na majestatyczną górę obudowaną fortyfikacją – nigdy niezdobytą. Teraz miałbym chyba podpowiedź dla tych, którzy siedzieli w forcie. Odciąć ich od możliwości leżenia w cieniu i na pewno by się poddali! Poza tym sam Jaipur jest stolicą stanu Pandżab i największym miastem tego regionu. Stamtąd pojechaliśmy właśnie do Agry autobusem de lux. Czyli miało być lepiej i wygodniej. O 8.00 rano odjeżdża komfortowy autobus. Przyjeżdżając na stację odjazdu, spodziewałem się jakiegoś wypasionego volvo,
a tutaj nowsza tata, bo mniej poobijana i dwupiętrowa. Polega to na tym, że w środku jest jeden korytarz i są szerokie, bo tylko trzy rzędy miejsc siedzących, a nad głową mamy miejsca leżące. Z jednej strony podwójne, a z drugiej pojedyncze. Oczywiście, w tym upale jedyną klimatyzacją jest otwarte okno i jadący autobus. Miejsca sporo, co jest wygodą, ale widząc stan siedzeń, które ociekały czarną mazią nałożoną na welurową tapicerkę, to– choć nie jestem wymagający, walczyłem ze sobą, aby oprzeć głowę z potu i brudu. Okropność, ale nie da się jechać długo z głową w powietrzu. Po przyjeździe do Agry oczywiście kierowaliśmy się do hotelu. Tym razem wskazówką był przewodnik, który się spisał. Jest to nasz najtańszy hotel, bo za 500 rupii za dwie noce. (1 USD – 47 rupii). Po odpoczynku poszliśmy zdobywać miasto. Zaczęliśmy od czerwonego fortu Agra. Bardzo majestatyczny
i potężny, a przy tym bił swoją czerwonością, która dodawała mu wigoru i waleczności. Wróciliśmy piechotą, chcąc pozaglądać w niektóre zakamarki Agry. Wyzwaniem były usilne próby odpędzenia nachalnych rikszarzy, ale czego się nie zrobi dla wolności. Później spacerek przez park, który, jak na możliwości indyjskie, był nawet dobrze zachowany, bo nie śmierdziało tak strasznie odchodami, a poza tym było kilka miejsc, w których chłopcy rozgrywali mecze w popularnego tutaj krykieta. I co ważne dla nas, sporo małp w tym parku, które nawet chciały pozować do zdjęć, nic sobie nie robiąc z obecności człowieka. Miały raczej postawę, że to człowiek ma schodzić z drogi niż miałoby być inaczej. Spędziliśmy miły wieczorek, bo wyszliśmy na dach naszego hotelu, skąd rozciągał się piękny widok na Tadż Mahal. Naprawdę niesamowite. Oczywiście, zimne piwko w ręce i napawanie się widokiem. Po chwili dołączył do nas Nicol – Francuz, który okazał się bardzo
sympatyczną osobą. I tak przy kolejnych piwkach siedzieliśmy i gaworzyliśmy o Polakach,
o nas samych i oczywiście o podróżach, pewnie gdzieś do 10 p.m. Bardzo miło nas ucieszył, ale honorowo nie dał sobie wyrwać możliwości i drinkowanie on nam stawiał. Sam pracował na wyspie obok Sri Lanki jako przedstawiciel jednego z biur podroży francuskich. Był moim rówieśnikiem. Przyjechał tutaj z Bangladeszu, który bardzo chwalił za gościnność ludzi
i piękną przyrodę. I co najważniejsze, mówił, że nie ma tam turystów, a biały człowiek jest dla nich większą atrakcją niż słoń w Warszawie na ulicy. Noc była bardzo spokojna. Rano zjedliśmy pierwszy raz znaną i popularną tutaj pakorę. Nawet to smakowało. Piotrek odmianę wegeteriańską, a ja ziemniaczaną. Trzeba się jakoś ponapychać. Potem poszliśmy, zwiedzając słynny Tadż Mahal. Robi wrażenie i historia jego powstania jest pewnie marzeniem niejednej romantyczki. Następnie pojechaliśmy do tak zwanego małego Tadż Mahal i jeszcze gdzieś… Miejsce mam przed oczami, ale nazwy nie powiem, bo jak zwykle nie pamiętam. Zostało nam tylko sprawdzenie autobusu do Kadżuraho i – o zgrozo! – mamy go o 5.00 rano. Masakra, trzeba będzie wstać i co gorsze przetrwać 12 godzin podroży. Nie wiem, jak to zniesiemy
w niedzielę, ale nie ma wyjścia, trzeba jechać dalej.

Co dalej, postaram się napisać, bo lepiej mi się to robi na klawiaturze niż długopisem.

Pozdrawiam bardzo serdecznie

 

Maciej

 

 

 

4

 

 

 

14.07.2009 r.

 

Witaj!

    Wczoraj widziałem e-maila i czytałem go, ale nic nie pamiętam i nic z niego nie wiedziałem. Miałem zresztą prawo, trochę poczytaliśmy ze znajomym Francuzem, a ja chyba za bardzo wczułem się w rolę bohatera czytanej opowieści…

No to dalej nasze wojaże… Na czym skończyłem???

 Już wiem… Niedziela zapowiadała się tragicznie. Chociaż dzień święty w Polsce, tutaj tego
w ogóle nie widać. Wstaliśmy o 3.50, bo 4.05 mieliśmy umówioną motorikszę, żeby pojechać na autobus do Kadżuraho. Umówiony gość z rikszą nie przyjechał, bo i po co, ale o tej porze udało się znaleźć jakąś inną, nawet nie było to trudne i byliśmy świadkami małej kłótni o nas, czyli o wyczekiwaną białą klientelę. Powiedzieliśmy, że chcemy na dworzec, skąd jadą lokalne autobusy – o zgrozo! – do Kadżuraho. Oczywiście gość twierdził, że wie, bo jak inaczej. Pierwszy autobus mieliśmy mieć o 5.00 rano. Piszę mieliśmy, ponieważ kierowca zawiózł nas nie na ten dworzec, co trzeba. Potem musieliśmy, jak sieroty, przejechać na inny, a tam stał autobus podstawiony na godzinę 6.00. Po cichu spodziewałem się klasy de lux, ale nic z tego, zwykły obity lokalny bus, a nam jeszcze powiedzieli, że to express. No to jak na tutejsze standardy może i dość trzeba im wierzyć i z całą powagą szanować nawet poobijane expresy. Kierowca musiał przyjechać wczoraj wieczorem, bo widziałem zbliżającego się siwego człowieka w samych majtkach, który pewnie spał sobie na dachu autobusu lub na ławce na dworcu, żeby na drugi dzień ruszyć dalej. Wcale mu się nie dziwię, bo w środku busa nie da się spać. Za duszno. Zresztą, oglądając się po całym dworcu, wszyscy kierowcy spali sobie na dachach własnych pojazdów. Zresztą nie tylko kierowcy, bo i obsługa, czyli ludzie, którzy sprzedają bilety w czasie jazdy. Baliśmy się tylko jednego, że autobus będzie zatłoczony i ciężko będzie siedzieć w takiej duszności. Przed nami ponad 12 godzin jazdy expresem. Jeszcze jedna ważna informacja. W indyjskich samochodach najważniejszy jest klakson. Zresztą na wielu autach, zwłaszcza czarterowych, napisane jest na tylnej burcie  „please horn”. Nasz w autobusie był zepsuty i to nas cieszyło, ale kierowca poradził sobie sprytnie, ponieważ kabel od sygnału miał przymocowany przy swoich drzwiach, jeśli już chciał trąbić, to po prostu dotykał kablem o żelazne drzwi, co powodowało zwarcie i mocny sygnał. Trąbienie to było jak walenie w drzwi od środka – najkrócej mówiąc. Po dwóch czy trzech godzinach jazdy był ponadgodzinny postój i tutaj odważyliśmy się zjeść przy ich kuchni polowej. Ziemniaczana pakora okazała się pyszna. Na następnym przystanku też spróbowaliśmy, ale tym razem była bardzo ostra i podana w zawiniętej gazecie. Ta pierwsza w elegancko uplecionym liściu z drzewa w kształcie talerza. Punktualnie o 6.40, jak nam powiedziano, przyjechaliśmy naszym expresem na miejsce. Nie powiedziałem, ale po drodze była jedna przesiadka. Ta podróż pokazała nam też pewną prowincję Indii i dokładny stan
i wygląd dróg. Daję słowo, nie mamy, na co narzekać w Polsce. Tak jak się umówiliśmy, pojechaliśmy do centrum Kadżuraho, aby zobaczyć w internecie, gdzie jest zameldowany nasz kolega Nicol, ale niczym go włączyłem, wokół Piotrka było już pełno Hindusów, którzy mu powiedzieli, gdzie jest Nikol. To niesamowite. A propòs, na następny dzień wszyscy
w miasteczku już wiedzieli, że przyjechało kolejnych dwóch Polaków do hotelu Hormony. Ludzie żyli tutaj przyjazdami i odjazdami innych. Wiedzieli, kiedy piliśmy piwo
w restauracji, wiedzieli, kiedy i dokąd kupowaliśmy bilety, a poza tym wszyscy rikszarze,
i nie tylko, znali dokładnie rozkład jazdy w miasteczkach w promilu może 200 kilometrów. Połączenia gdziekolwiek mogli wymienić z głowy. Wieczorem posiedzieliśmy przy kolacji
i piwie w naszym hotelu. Był bardzo ładny i przyjemny, a gaworzyliśmy o podróżach
i naszych planach na przyszłość. Tutaj też muszę powiedzieć, że po kilku piwach jest się
w stanie wszystko powiedzieć po angielsku, nawet tłumaczyć polskie kawały i to do śmiechu. Na następny dzień poszliśmy zwiedzać tutejsze świątynie. Jak dla mnie niesamowicie piękne, budowane z piaskowca, na cześć kolejnych wcieleń ich bóstw. Na ścianach tych świątyń płaskorzeźby dotyczące różnych scen lub osób albo niebiańskie dziewice ubrane w klejnoty – tylko w klejnoty – albo sceny tańca religijnego, albo sceny z walk, albo, co najciekawsze
i najbardziej znane, sceny erotyczne z różnych pozycji stosunków seksualnych. Taka kamasutra na ścianach świątyń. Zdjęcia są lepsze niż opis. Na mnie te świątynie robiły ogromne wrażenie, gdyż oddawały niezwykłą prostotę i kunszt twórczy. Idąc do kolejnych świątyń, przyłączyli się do nas tubylcy, oferując pomoc w oprowadzaniu. To bardzo powszechne, ale i upierdliwe. Jeden chłopiec jednak zrobił na mnie wrażenie. Nie wiem, ile mógł mieć lat, może 10-12, świetnie mówił po angielsku i francusku. Chciał, żebym uczył go polskiego, bo jak wspomniał, coraz więcej polskich turystów tutaj przyjeżdża i nie ma ich kto oprowadzać. On byłby pierwszy. Ambitnie. Idąc do ostatniego kompleksu świątyń, przechodziliśmy przez stare Kadżuraho. Specjalnie weszliśmy w gąszcz wąskich ścieżek wijących się wokół domów mieszkalnych, żeby pozaglądać, jak oni żyją. Udało się nam luknąć do kilku i trzeba powiedzieć, że skromnie to za mało powiedziane, ale jedno rzuca się w oczy, żyją blisko przyrody i nie robią problemu z wielu niewyobrażalnych dla nas spraw. Zwierzęta w domu czy obok – no problem, ale trzeba też zaznaczyć, że pewnie nie są za bardzo pracowici. Ten spacer, podczas którego gubiliśmy się między tymi domami, pokazał prawdziwe oblicze Indii. Nie wspominając, że byliśmy ogromną atrakcją. Biały człowiek po naszej wiosce oznacza – czego może tutaj chcieć? Chyba tylko zbłądził. Po południu umówiliśmy się z Nicolem, że pójdziemy do niedalekiego parku z wodospadami. Wyposażeni w kilka piw i jak się okazało półlitrówkę, pojechaliśmy piknikować. Rzeczywiście, ciekawy ogrom skał – jakby boa ziemi,  której żywcem zdarto na siłę skórę. Widok tych czarno-czerwonych skał w gąszczu drzew na obydwu brzegach robił wrażenie krajobrazu puszczy. Jeszcze szerzące się i biegające małpy dodawały do pieca wyobraźni. Poszło mi w głowę
i tyle mogę powiedzieć, a tutaj zaczęło padać. Chmury pokazywały swoją siłę i myślałem, że pewnie monsun podrapie pazurkami, ale nie było tak strasznie. Wróciliśmy po 6.00, bo jest to godzina, o której zamykają ten park. Wstąpiliśmy jeszcze do restauracji i tam trzeba było dolać, zamówiliśmy talerz cebuli, frytek i chickeny. Imprezka bardzo wesoła. Potem już niewiele pamiętam, ale dzisiaj pozaglądaliśmy jeszcze do trzech pobocznych świątyń. Idziemy zjeść i o 2 p.m. mamy autobus do Satny, a 7.45 pociąg do Waranasi, to hinduska Częstochowa. Każdy Hindus raz w życiu chce być w Waranasi, tam się oczyścić w Gangesie, a na końcu żywota spalić swoje ciało i prochy wrzucić do rzeki – oto ich marzenie. Zobaczymy, jak będzie z nami.

Pozdrawiamy bardzo serdecznie

 

Maciej

 

 

 

 7

 

 

 

 

16.07.2009 r.

 

Witaj!

     I takie przygody muszą się zdarzać. Nie ma się co martwić. Pogoda jest wymarzona. Miało padać, a tak tylko dzisiaj padało pierwszy raz w dzień, chyba przez godzinkę, ale akurat siedzieliśmy sobie spokojnie na dachu guest hause i coś tam jedliśmy – coś tam, bo nie pamiętam.
Waranasi przywitało nas niezwykłym klimatem. Rzeczywiście, gdybyśmy wyjechali stąd po jednym dniu, nie dałoby się odczuć tego, co dzisiaj myślimy o tym świętym miejscu dla Hindusów. Ale po kolei… Poszliśmy na stację w Satnie, pociąg planowo miał odjeżdżać
o 7.45, a odjechał o 4.00, to takie powszechne w Indiach, a oni za grosz nie okazują ani irytacji, ani niezadowolenia. Ja natomiast kląłem jak szewc, bo pokazując bilet niejednemu Hindusowi dla upewnienia, żaden nic z niego nie wiedział. Szaleństwo – delikatnie mówiąc. Wydają bilety, a oni nic z tego nie wiedzą. Kazali już nam wsiadać do pociągu w przeciwną stronę tylko dlatego, że miał taką samą nazwę. Najpierw była zapowiedź przyjazdu pociągu
o 21.00, potem 22.00, potem 22.15, a kiedy przyjechał o 22.30, to odjechał godzinę później. Miejsca jak zwykle obok siebie, w drugiej klasie sleeper. Obok dziewczyny z Francji, które też jechały z Kadżuraho. One we trzy, na jednym miejscu, w innym, lepszej klasy wagonie, poznani na peronie Hiszpanie, którzy jechali w północno-wschodnie Indie, aby 22 lipca zobaczyć całkowite zaćmienie słońca. Poopowiadali trochę o tym. Rano, wsiadając
w motorikszę, pokazaliśmy kierowcy nazwę hotelu, do którego chcemy jechać, ale jak zwykle wszystkowiedzący zawiózł nas do swojego. No cóż, nie ma się co denerwować, ale za 200 rupii brać, co jest. Guest House Ganges – tak nazywał się nasz dom i leżał rzeczywiście niedaleko Gangesu, ale z głównej ulicy trafić do niego w labiryncie uliczek to była niemała sztuka. Wykąpaliśmy się i poszliśmy na miasto, wcześniej, z dobroci, szef naszego hotelu powyjaśniał nam, co można zobaczyć w Waranasi. Zaczęliśmy od świątyń. Trochę mam ich już dość, bo wszystkie jak dla mnie podobne. Potem pojechaliśmy za 150 rupii motorikszą zobaczyć fort zamieniony na muzeum, gdzie znajdują się zbiory bogatego maharadży
z Waranasi. Następnie do świętego kompleksu uniwersyteckiego, gdzie stała bardzo ładna
i zadbana, jak na ich warunki, świątynia. Trzeba przyznać, że tutaj były najładniejsze dziewczyny w całej naszej podróży. Chyba do tego uniwersytetu był casting, a nie egzaminy. Potem zaś jakieś świątynie, a nazw nie ma co ode mnie wymagać, bo i tak nie zapamiętam. Wieczorem zjedliśmy obiad i planując rozsiąść się na piwko, zdecydowaliśmy jednak pójść zobaczyć codzienną, liturgiczną imprezę arti. We właściwy sobie sposób, kilku może duchownych, albo tylko showmanów, machało swoimi rzeczami w różne strony, a przy tym towarzyszyły im przez godzinę muzyka, śpiew i bicie dzwoneczków; jest to niewątpliwie interesujące, ale trzeba znać te przedmioty i symbolikę gestów. Jak powiedziałem, imprez było kilka, my wybraliśmy największą. Potem mała kolacyjka i spanko, gdyż na piątą rano byliśmy umówieni na łódkę, aby dwie godziny popływać po Gangesie. Niestety, wschodu słońca nie udało się zaobserwować, bo chmury przysłoniły niebo, ale spacer łódką był niewątpliwie ciekawy. Jedząc chyba pierwsze śniadanko na naszej trasie, nie śpieszyło się nam, gdyż niemiło zaniosło się na niebie i zaczęło padać, ale popołudnie było już słoneczne. Zobaczyliśmy już prawie całe Waranasi i widzieliśmy też to, co dla mnie było najciekawsze –palenie zwłok. Wybraliśmy się na spacer wzdłuż Gangesu, by jeszcze raz zobaczyć rytuały palenia zwłok. Siedzieliśmy i obserwowalismy przez prawie dwie godziny, jak robią stosy, wnoszą rytualnie ciało, wpierw obmywając je w Gangesie, a potem kładąc na stosie, tak, aby głowa wystawała. Co bogatsi kupowali więcej drzewa i zwłoki były przykryte, ale niestety biedniejsi palili się przy paru polankach. Ogień musi się palić na stosie minimum trzy godziny, a zapach palonego ciała jest nie do opisania. Zapytałem Piotra, jak się na to zapatruje, bo ja z racji zawodu często uczestniczę w pogrzebach. Jednak widok wyrzucanych prochów ludzkich do Gangesu, sposób układania stosu, widoczne ciało, które się pali, nogi
i ręce, które się krzywią pod wpływem temperatury, jest zatrważający. Poza tym Ganges jest ich świętą rzeką, wrzucają tam prochy ludzkie, niżej kąpią i myją się dzieci, gdzieś pod krzakiem przykucnięty mężczyzna załatwia twardą potrzebę, jeszcze niżej chłodzi się
w wodzie stado krów, a wzdłuż brzegu rozstawieni ludzie z praniem. Ciekawie dostępna świętość. A mycie zębów w tej wodzie jest nie lada wyczynem, co było częstym widokiem. Ghata, bo tak nazywa się miejsce, gdzie palą te zwłoki, jest niesamowita. Niestety nie można tam robić zdjęć, ale to przechodzi ludzkie pojęcie. Ich marzeniem jest być spalonym właśnie tutaj i w Waranasi wrzuconym do wody. Jak opowiadał nam hotelarz, ludzie na starość przyjeżdżają tutaj i żyją, żebrząc na ulicach, bo tutaj chcą umrzeć, żyją w nędzy, ale napawają się tym marzeniem bycia z ich bogami. Niektórzy przyjeżdżają tutaj popełnić samobójstwo. Niewiarygodne, co krzywa idea świętości robi z człowiekiem. Teraz już pakujemy się na wieczorny pociąg o 00.30 i jedziemy do hmm… trzeba mieć głowę do nazw, ale w każdym razie już do granicy z Nepalem. Jutro powinniśmy zwiedzać Chitwan Park w Nepalu.

Zatem do zobaczenia i usłyszenia

Maciej

 

P.S. Dzięki za SMS-y, żyjemy i mamy się dobrze. Podróż przebiega zgodnie z planem i jest niezwykła, chociaż mam dość tych miast i tęsknię za parkiem i jazdą na słoniu. Do zobaczenia.

 

 

 9

 

 

 

17.07.2009 r.

 

 

Witaj!
             Powiem szczerze, że dla mnie to pisanie jest rzeczą fajną i przez to sam więcej zapamiętuję i próbuję przemyśleć. Przemyśleć, tzn. porównać i zdystansować się wobec wielu rzeczy, jakie u nas funkcjonują normalnie, a tutaj są nie do pomyślenia albo odwrotnie.

No więc idźmy dalej… Wczoraj, kiedy chciałem odebrać resztę poczty, po prostu zabrakło prądu, jak się okazuje w Waranasi jest to bardzo duży problem i dlatego każdy hotel musi mieć swoją prądnicę. Wyjechaliśmy o 00.30 z Waranasi w stronę granicy. Nad ranem wysiedliśmy w… no właśnie, nie pamiętam. I autobusem 4 godziny do granicy z Nepalem.
Z załatwieniem wizy i wymianą pieniędzy nie było żadnego problemu. Wizę za 25 USD mieliśmy po 10 minutach, a pieniądze wcześniej musieliśmy wymienić, ponieważ straszono nas, że czepiają się większych nominałów banknotów, bo często są podrabiane. Tak więc wymieniliśmy je na nepalskie. Od granicy chcieli nas zwinąć do agencji turystycznej, aby nam wszystko załatwić, ale się nie daliśmy. Tutaj my rządzimy się własnymi prawami, a nie ma żadnych agencji. Jednak zakupiliśmy i u nich bilet. Potem zgadaliśmy się z parą małżeńską z Australii i razem taksówką dojechaliśmy do Chitwan Parku. Po 18 godzinach podróży najbardziej smakował prysznic, coś niesamowitego. Zjedliśmy dobrą, nepalską kolację i wypiliśmy po Evereście, a na jutro rano zamówiliśmy  malutki spacer z płynięciem kanu po puszczy. Po południu zaś 4-godzinne safari na słoniu po parku. Potem planujemy wyjazd do Pokhary. Nepal marzył mi się od dawana i trzeba powiedzieć, że po wizycie
w Waranasi i oglądaniu ghat, gdzie widzieliśmy palące się ludzkie ciała, a obok syf, jakiego dotąd w życiu nie spotkałem, tutaj jest po prostu czysto, miło i są w miarę zadbane tereny, chociaż jest to bardzo ubogie państwo, które ma niedługą, demokratyczną przeszłość.
W każdym razie krótszą niż Polska. Jutro zapowiada się ciekawie, więc postaram się napisać więcej.

Serdecznie pozdrawiam

 

Maciej

 

 

 

11

 

 

 

18.07.2009 r.

 

Witaj!

     Na początek smutna informacja, chciałem zabrać się kiedyś za czytanie filozofii Kołakowskiego, a tutaj się dowiaduję, że zmarł. To był mądry agnostyk… Oby byli tacy wierzący. Wieczne odpoczywanie… Ja oprócz tego, co piszę Tobie, robię skromne notatki
w zeszycie i całą trasę mam zaznaczoną na mapie, więc jak mi się zechce, to coś z tego będzie. A i pewnie uda się jeszcze coś dopisać jako ogólne końcowe wrażenia. Piotrek cieszy się ze wszystkiego, jak ja. Może czasem mniej wyraża irytację, bo ja zajmuję się bankiem
i załatwianiem biletów. On ma z tym spokój, ale tak musi być. Jest nam dobrze, i zgadzamy się we wszystkim. To mi odpowiada. Jak pijemy piwo, to piwo, jak whisky, to whisky, jak jedziemy tym albo tym, to wygody nigdy nie są argumentem. Dlatego cały czas patrzymy sobie w oczy, zgadzamy i dogadujemy się – jest po prostu OK. Widziałem tylko, że mocno przeżywał widok palonych ciał. Ja chyba mniej to przeżywałem i byłem ciekawy mocnych wrażeń z widoku wnętrzności kipiących
w ogniu, ale ja w mojej pracy często spotykam się ze śmiercią i starością. On
z niepełnosprawnością, która chyba uczy ogromnego szacunku do ciała, mimo ułomności
i przemijalności. To chyba tyle…

A co dzisiaj. Dzień pełen wrażeń, bo rozpoczęliśmy pierwszy raz śniadankiem: wypiciem herbaty i zjedzeniem trzech tostów. Potem byliśmy umówieni z przewodnikiem, aby popłynąć kanu w dół rzeki i wrócić spacerem przez dżunglę. Kanu było niesamowite. Wydawało się jakby wycięte z jednego pnia i naprawdę trzeba było trzymać równowagę, siedząc w środku. Rzeka bardzo spokojna, a roślinność wokół bujna. Wyobraźnią sięgałem do namiętnie oglądanych przeze mnie filmów w dzieciństwie o wojnie w Wietnamie. Jakby scena z tego filmu, a w dodatku przewodnik ciemnej karnacji ze skośnymi oczami. Wsiadając do łódki, pokazali nam wystające oczy krokodyla, niesamowita sprawa. Niestety tylko oczy, ale zarys jego ciała dało się wypatrzeć, było zanurzone płytko w wodzie, która miała mętny kolor. Płynąc środkiem, panowała tu niezwykła cisza i cieszyłem się, że wreszcie wjechaliśmy
w przestrzeń przyrody, a nie indyjskich zakurzonych i zabrudzonych miast. W takim kontekście Nepal jawił się jako czysta Szwajcaria. Płynąc, nic się do siebie nie odzywaliśmy, bo cisza była najbardziej wymowna i odpowiadała nastawionym do polowania na dobre zdjęcie. Udało się, bo po chwili przewodnik wskazał palcem na brzeg, gdzie siedział błotny krokodyl. Widok jak z Jurassic Park. Oczywiście kilka upolowanych fotek było triumfem na miarę Robin Hooda. Ten krokodyl nadał jeszcze większego smaku naszej wyprawie, ale to nie był koniec. W pewnym momencie zobaczyliśmy ogromnego słonia z wielkimi kłami, który
z mocą wkroczył do wody jakieś 300 metrów przed nami. To był dziki słoń, bo podekscytowanie widzieliśmy także u naszych dwóch przewodników i wioślarza. Natychmiast odbił łodzią do brzegu i tak przeczekaliśmy ze dwie minuty, kiedy słoń przeszedł przez rzekę i skierował się w naszą stronę, ale po 100 metrach odbił w dżunglę. Tego się nie spodziewaliśmy. To był niesamowity widok i doświadczenie, a smaku przy tym dodawało podniecenie przewodników. Okazuje się, że dla nich widok wielkiego samca słonia na wolności to niecodzienne doświadczenie. Mógł swoją potęgą zrobić wszystko. Na pewno nie mielibyśmy żadnych szans na małej skorupce na środku rzeki z krokodylami. Dwie łodzie, które płynęły przed nami, natychmiast przybiły do brzegu i turyści musieli wysiąść
i przykucnąć w trawie. Można tylko wzdychać i Bogu dziękować za takie widoki
i doświadczenia. Chętnie popłynąłbym dalej, skoro nawet mętna rzeka funduje takie przeżycia i na jej powierzchni można zobaczyć takie skarby natury. Wysiadając z łodzi, rozpoczęliśmy nasz półtoragodzinny powrotny spacer, oczywiście oklepanymi szlakami, ale na początek przewodnik dał nam szkołę przeżycia. Wytłumaczył, jak się zachować, kiedy zobaczymy nosorożca, mamy wbiec na drzewo albo uciekać zygzakiem, bo to zwierzę, choć szybkie
i potężne, to w ogóle niezwrotne. Drzewo miało nas też ratować przed niedźwiedziem,
a małpy miały uciekać same. Nie do końca zrozumiałem, co mamy robić na widok tygrysa, ale w tym wypadku pewnie robić głęboki rachunek sumienia…

 

 

12

 

 

No cóż, nic z tych szkoleń się nie przydało, ale wędrując ścieżkami, które przedzierały się przez gąszcz puszczy, można było sobie wyobrażać, co kryje się w jej głębi, a nie tylko 200 czy 300 metrów od brzegu rzeki. Przewodnik świetnie naśladował pisk małp, nawet udało mu się poruszyć zaspane zwierzęta, które sprytnie wisiały na drzewach. Stado małp niesamowicie prezentowało swoje zdolności akrobatyczne i w tej dziedzinie na pewno nie mają sobie równych. Nieważne, czy małpa jest poczciwą babcią, czy niewielkim babies. Dalej w dżungli był tylko spokój. Oprócz turystów niczego nie widzieliśmy. Oczywiście nie można pominąć widoku zieleni, ale na tym to w ogóle się nie znam, poza mimozą, która po dotknięciu reagowała odcieniem. Tego tutaj nie brakowało, a wrażliwość jej dała się sprawdzić i okazała się nieugięta. Zresztą tak jak natura kazała. Wróciliśmy do brzegu rzeki, przepływając ją tym samym kanu, tylko już teraz w większej grupie osób, bo dosiadła się 4-osobowa załoga dziewczyn z Kanady. Prysznic i zimne piwko smakowały jak w barze z Krokodyla Dandy II. Było za co wznieść toast. O 10.30 przewodnik umówił nas na najbardziej oryginalny prysznic świata, bo woda tryskała z trąby słonia. Pierwszy raz siedliśmy na tego potężnego zwierza
i do wody. Był nieco oporny, ale ja mu się wcale nie dziwię. Służyć jako słuchawka od prysznica – to uwłaczające. Jednak dał się uprosić kilka razy i fontanna działała niezwykle orzeźwiająco. Największego śpiocha obudziłoby to ciśnienie wody wprost w twarz z trąby słonia. Potem jeszcze kilka razy udało się mu zanurzyć, a nam razem z nim. Jednak nie udało się utrzymać i woda zabrała nas jak obok pływające śniadanie słonia, przerobione przez jego organizm – delikatnie mówiąc. Słoń jako prysznic i statek podwodny – ciekawa wstawka
w naszej włóczędze. Nic nam nie pozostało, tylko się wysuszyć, co w takim słońcu jest procesem bardzo szybkim. Po lekkim obiedzie złożonym z burgera – o zgrozo! (Piotrek zamawiał) – czekał na nas słoń z przygotowanym fotelem na cztery osoby i miejscem dla kierowcy. Nie wziąłem ze sobą prawa jazdy, zresztą lewostronny ruch wymaga innych umiejętności. Dlatego kierowcą był Nepalczyk, a ja, Piotr i dwoje poznanych Australijczyków pasażerami. Przygoda w tym słońcu niewątpliwie nowa, ale też ogromnie niewygodna. Noga co chwilę drętwiała, ale w małej skrzynce cztery osoby to już coś. Jechaliśmy na słoniu przez całą miejscowość do granicy parku, gdzie nasz woźnica, nie schodząc ze słonia, pobrał bilety. Nie schodził, bo stanął sobie tylko na trąbie i to wystarczyło, żeby sięgnąć do okienka kasowego. Słoń, sapiąc i plując w moje nogi – chyba sobie je upodobał, bo robił to ciągle
w moją stronę – wiózł nas w nieznane. Co ciekawe, jego zapach zabija zapach człowieka
i naprawdę można się było spodziewać widoku dzikości fauny i flory Chitwan Parku Nepalskiego. Niestety, chodząc po parku godzinę albo i nieco więcej, nie udało się zobaczyć nosorożca, co pozostaje moją porażką i zapiskiem, żeby kiedyś na nosorożca tutaj wrócić. Jednak udało się z niewielkiej odległości zobaczyć sarny, jelenie i antylopy. Nigdy na wolności z tak bliska nie widziałem jelenia, jednak sprawdza się, że zapach słonia zabija zapach człowieka. Nie byłoby możliwe w obfitości tego zwierza w okolicach Birczy, zobaczyć go z tak bliska. Wróciliśmy do granicy parku, gdzie podjechał pod nas specjalny słoń stationes i mogliśmy wysiąść, nie zeskakując, ale schodząc. I chyba to było najgorsze, bo schodząc z tej wieży na ostatnim stopniu źle sobie stanąłem i teraz mam spuchniętą kostkę
i wolne kroki. Jakaś lekarka angielska mnie spotkała – utykającego białasa. Pooglądała kostkę i powiedziała, że skoro tutaj właśnie boli, to nic się nie stało, tylko ze cztery dni będzie spuchnięta. I sprawdza się to, że nie zawsze człowiek ma tyle, ile by chciał, jutro planowaliśmy jechać do Pokhary, a tam mały trekking. W tym momencie plany ulegają zmianie. Na jakie, jeszcze nie wiem. Wiem tyle, że zjedzona przed chwilą tutejsza tubka smakowała wyśmienicie. Co jutro, nie wiem, ale postaram się na pewno napisać, bo to pisanie wciąga i mnie. A was?

Pozdrawiamy

 

Maciej

 

 

 

22

 

 

 

20.07.2009 r.

 

Namaste!
Noga zdecydowanie lepiej, ale jeszcze nieco opuchnięta i nie da się jej forsować na jakieś trekkingi. Marzyło się i pewnie nadal w tej sferze pozostanie, ale na przyszłość będzie wiadomo, gdzie przyjechać na najlepsze szlaki świata.

A co dalej… Rano po miłym śniadanku gość z obsługi hotelowej zawiózł nas na autobus jadący do Pokhary. Z Souracha to jakieś 150 km, niedługa trasa, ale biorąc pod uwagę trudne do przewidzenia na tych drogach wypadki i w tych autach może być różnie i  z przygodami, dlatego już po 3 tygodniach można się nauczyć, żeby dokładnie nie planować czasu, podróżując po tej części świata. Autobus wypełniony w całości, ale na każdym siedzeniu obywatel innego kraju. Od Japonii, przez naszą Polskę, po Amerykę. Oczywiście królował język angielski, ale łatwo było w tym wszystkim wyłapać zlewające się mówienie japońskie. Widziałem, jak troje osiłków zdecydowało się na podróż na dachu. Przy tym upale w myślach życzyłem szczerze powodzenia, ale za nic nie zamieniłbym się z nimi. Potem, jak się okazało, widziałem chłopaczka, pewnie Amerykanina, który podróżował samotnie. Miał oparzoną twarz i ledwo trzymał się na nogach, podpierając stojący autobus na parkingu od strony cienia. Podaliśmy mu fenistil na oparzenia, nasmarował się oraz daliśmy mu resztę wody, jaka nam została, ale gość jakiś niedorobiony, mówię mu, że musi teraz dużo pić i tutaj obok jest sklep, niech sobie kupi wody, a on nic, no to pytam, czy ma pieniądze,
a on mówi, że ma i nic. Niech cierpi na własne życzenie, ale następnym razem przed taką przygodą trzeba dwa razy pomyśleć. Towarzystwo międzynarodowe szybko nawiązywało kontakty. Jak się okazało dziewczyna z Ameryki siedząca obok miała dziadka z Polski. I tak zawsze można dochodzić do jakichś koligacji. Zasada klimatyzacji przy tych upałach jest jedna – oby tylko autobus jak najmniej się zatrzymywał, bo przestaje wiać i nie ma czym oddychać, a człowieka w ciągu minuty oblewają litry potu, jeśli pomnoży się to przez liczbę pasażerów, to wyjdzie niezły związek zapachowy w jednej konserwie. Jadąc, obserwowaliśmy zachowanie kierowcy, bo takie manewry w Polsce po prostu by nie przeszły, ale tutaj panują inne zasady. Naraz coś gruchnęło i autobus 300 metrów dalej musiał odstać swoje, aż kierowca z pomocnikiem poradzą sobie z usterką. Mieliśmy zatem okazję na zjedzenie przy małym przydrożnym barze sotergo (?) makaronu z patelni, który, jak przyznam, smakował świetnie. I tak najcenniejsza tutaj jest woda. Nie ujechaliśmy daleko, bo za jakieś 20 minut kierowca zjechał do baru i powiedział, że pół godziny przerwy, aż nas zagotowało w tej międzynarodowej ekipie. Ale cóż, spacerek w dwie strony okazał się bardzo twórczy widokowo, bo udało się podpatrzeć pracujących w polu Nepalczyków. Podobno to jeden z najbardziej pracowitych narodów. Miałem okazję zobaczyć, jak umoczeni w błocie po kolana przygotowują poletka polne na kolejne uprawy ryżu. Mężczyźni za sterami jakiegoś pługu zaprzęgniętego w dwa małe woły, a kobiety zgięte w pół zbierały lub sadziły ryż. Oczywiście animuszu dodawał widok ogromnych słomianych kapeluszy na ich głowach. To po prostu jak z obrazka podręcznika do geografii w podstawówce. Widok niesamowity, ponieważ oddawał jakąś właściwość tego narodu i konkretną charakterystykę. Tak pewnie często kojarzymy niskich ludzi o ciemnej karnacji ze skośnymi oczami. Potem pojechaliśmy dalej, ale to nie koniec przygód, bo po dosłownie kolejnych 30 minutach, tym razem trzygodzinny postój. Najlepsze w tym, że nikt nie wie dlaczego. Coś wspominali o kontrolach pojazdów, ale nic nas nie kontrolowało, a ruch został całkowicie wstrzymany na te godziny
w dwie strony. To tutaj zrobiło nam się szkoda tego opalanego chłopaka. Postój wkurzał, irytował, ale mimo wszystko ogarniał człowieka jakiś spokój. To pewnie czas, kiedy zaczyna się uczyć tego narodu i możliwości, jakie może tutaj zastać. To, co jest niemożliwe u nas, niekoniecznie będzie i tutaj. Taka prosta filozofia pomaga zrozumieć i spokojnie poczekać. Jak każdy z tych Nepalczyków. Jednak zawsze podkreślić trzeba, że jesteśmy tutaj jako ludzie, białą nie lada atrakcją, najbardziej jeśli jemy w ich restauracjach i jeździmy ich komunikacją. Czasem nawet do tego stopnia, że dotykają nas, żeby pewnie strącić tę białą farbę. Po całym tym irytującym postoju pojechaliśmy dalej. Do Pokhary było jedyne 25 km. Dojechaliśmy wieczorem. Trasa przewidziana na 5–6 godzin okazała się trasą dziesięciogodzinną, ale już wspomniałem, że nie taka matematyka tutaj funkcjonuje. Tutaj ludzie z naszą mentalnością  by się pozabijali. Na szczęście myślą i robią po swojemu, a my jako goście mamy się przyglądać i naśladować, albo lepiej dystansować się do swojego pędzącego na oślep świata. Wieczorem zajechaliśmy na jakieś boisko, gdzie tabun naganiaczy do hoteli i sznur taksówek już na nas czekał. W końcu międzynarodowy autobus to nie lada okazja. Zabrał nas gość do guest house o wdzięcznej nazwie Pingwin. Bardzo przyzwoite warunki w fajnym miejscu i obiecał, że u niego nie będzie piwa po 200 rupii, ale po 140. Tak też było (75 rupii nepalskich to 1 USD). Wieczorkiem po kąpieli spacer i wreszcie spróbowaliśmy tutejszego lassi. To rodzaj jogurtu, który jest przygotowany na miejscu
w restauracjach. Okazał się bardzo pyszny, na początku mix, potem bananowy i czekoladowy. Stwierdziliśmy, że na noc z czymś takim możemy zaryzykować. I nic, zdrowi jak trzeba… Jeszcze przed wyjściem trochę pospieraliśmy się, jaki jest dzień, sobota czy niedziela. Okazało się jednak, że 19 lipca to niedziela, no i jak chrześcijański zwyczaj karze odprawiliśmy na hotelowym nakastliku Najświętszą Eucharystię. To miłe… Kolejny dzień, nawet nie spodziewaliśmy się, że rozpocznie się tak wspaniale. Kiedy wyszliśmy z pokoju, szef hoteliku pyta, czy widzieliśmy już widoki na góry. My na to, że nie, bo wybieramy się na śniadanie. A on popędził nas na dach hotelu, pokazując odsłonięte góry masywu Annapurny. Zatkał nas całkowicie. Patrząc na nas, mówił, że mamy ogromne szczęście, bo o tej porze roku tych gór nie powinno być widać. A my – jak to? Przecież to normalne. Nie, to nie jest normalne. Widać je częściej od października, ale w lipcu trzeba mieć ogromne szczęście. No to widać, że niemali z nas szczęściarze. Oczywiście szybka decyzja, rezygnacja ze śniadania
i taksówka na punkt widokowy. Trzy minuty wystarczyły, żeby to zorganizować i malutkim daewoo matiz jechaliśmy na polecany punkt widokowy Sarangot. Z dolnego punktu zdążyliśmy narobić zdjęć i pokręcić głową na takie widoki. To naprawdę niesamowite. Człowiekowi wiele razy śniła się Annapurna. Oczywiście nie w takim wydaniu, żeby na niej stanąć, ale przynajmniej zobaczyć 8 tys. metrów, a teraz jest okazja i to jak wysiedliśmy
z auta, wszyscy tamtejsi taksówkarze kręcili głowami i mówili, że „lucky”. Nie posiadałem się z radości i dla mnie ta przygoda w tych państwach może się zakończyć. Bo ten widok na 6, 7, czy nawet 8 tys. m n.p.m. jest niesamowity i żadne słowa nie oddają wrażenia.
Kiedy wspięliśmy się na sam szczyt Sarangot, wyprzedziły nas chmurki i już tylko widoki stawały się sekundowe, ale i to w tym krajobrazie było wielkie. Resztę dopisywała wyobraźnia bez granic, jak i te wielkie góry. Co więcej, trzeba tutaj wrócić, bo te góry wołają o człowieka i na pewno potrafią w chwilę nauczyć tego, czego w naszych szlakach życia się nie da. Sam na sam z taka potęgą to lekcja pokory, jakiej nigdzie indziej się nie dostanie. Powoli schodziliśmy, była już jedenasta, więc pasowałoby coś wrzucić na żołądek. Na górze nie brakowało restauracji, ale zaszliśmy do babci, która wybiegła przed swój lokal i pewnie się nie spodziewała, że zagraniczni goście akurat wejdą do jej skromnego barku. Zamówiliśmy sobie momo, czyli tutejsze pierożki i polecany w przewodnikach tybetański chleb, to w razie gdyby pierogi nie wystarczyły. No i oczywiście Everest beer, bo po takich widokach trudno inaczej. Babcia wzięła się do przygotowywania od podstaw tego, co zamówiliśmy. Mieliśmy więc okazję podpatrzeć. Jej szczerość i uśmiech naprawdę rodziły wielką sympatię. Podała nam to wszystko, jak najlepiej umiała. Potem, kiedy próbowałem trochę się targować o piwo, nie wiedziała, o co chodzi. Umiała tylko kilka cyfr po angielsku. Jak poprosiłem, żeby napisała, ona zaprotestowała, kiedy ja to robiłem, pokręciła głową. Pewnie nasza sympatyczna babcia nie umiała czytać ani pisać. O i po menu widać było, że sztubacko ktoś jej napisał je ręcznie. Zapłaciliśmy z nawiązką, bo honor wobec tej szczerości nie pozwalał zachować się inaczej. Na koniec kilka zdjęć z babcią i zaczęliśmy nasze schodzenie w dół. Tym razem pieszo. Słońce nas nie oszczędzało, ale po pewnie jakichś dwóch godzinach byliśmy na dole przed małym sklepikiem, gdzie wlaliśmy w siebie po litrze wody. Potem piechotką do centrum Pokhary i na łódkę. Pokhara leży nad jeziorem Phewa. Jest to bardzo malownicze jezioro wobec tych szczytów i z drugiej strony puszczy. Niedaleko od brzegu jest niewielka świątynia. Był to cel naszego pływania. Co oprócz gór nas dzisiaj zadziwiło? To wielkie serce i szczerość tych ludzi, sami od siebie się kłaniali i mówili nam dzień dobry – „namaste”. Nawet jeden chłopak, wracając ze szkoły, zapytał, skąd jesteśmy. Kiedy odpowiedzieliśmy, że z Polski, chcąc się nam pewnie podlizać, mówi, że to jego ulubiony kraj, ale jak zapytaliśmy o stolicę, to już nie wiedział. Jednak jego uśmiech mówił wiele, jak jest wychowany. Co trzeba dodać – wszystkie dzieci chodzą tutaj we wspaniałych mundurach i wygląda to niesamowicie. Wieczorkiem kolacja i spacerek, bo tak trzeba. A co jutro? Sam jestem ciekawy, zdecydowaliśmy się zostać nieco dłużej w Pokharze, bo miasto kusi, a nasze nogi i tak nie pozwalają na górskie trekkingi.

Pozdrawiam bardzo serdecznie

 

Maciej

 

 

 

21

 

 

 

22.07.2009 r.

 

 Namaste!
        To pięknie, że śledzisz nasze poczynania w necie i oglądasz zdjęcia. Dzisiaj łatwo się podróżuje. A co gorsza, można nawet być śledzonym, ale nam to nie przeszkadza.

A co dalej…

Na następny dzień rano nie ściągaliśmy się z łóżka za wcześnie. Zresztą, noc dla mnie była bardzo długa, bo nie mogłem spać. Jednak serca i myśli człowiek nie wykiwa. Poszedłem położyć się na balkonie naszego hoteliku, bo pokój był dla mnie sauną. Udało się tam jakoś zasnąć. Muszę przyznać, że na wszelkie myśli Piotr niechcący znalazł ukojenie w piosence Wójcickiego – Miejcie nadzieję, fantastyczne słowa i bardzo podnoszą na duchu. Rano zaplanowaliśmy spacer nad wodospad Devil Falls. Jest on o tyle ciekawy, że rzeka wypływająca z jeziora Phewa w Pokharze wpada z ogromnym hukiem w ziemię i znika. Po prostu zapada się, robiąc niesamowite wrażenie. Zapada się po to, by pojawić się na powierzchni za dwa czy trzy kilometry dalej. Bardzo ładne miejsce i warte zobaczenia. Stamtąd po małym śniadanio-obiedzie pojechaliśmy miejskim autobusem (proszę to sobie nieco inaczej wyobrażać) do dwóch świątyń (nazw jak zwykle nie pamiętam, ale kiedyś uzupełnię). Jako że świątyń w naszej podróży było wiele, te nie robiły na nas wielkiego wrażenia. Chociaż ta druga, mała świątyńka stojąca jakby w centrum ronda, gdzie samochody muszą ją objeżdżać, dokonując jakby rytuału buddyjskiego czy hinduskiego, ciekawa była pod tym względem, że na podporach, gzymsach były płaskorzeźby ze scenami erotycznymi, czyli kolejna kamasutra w świątyni. To zastanawiające i ciekawe do zgłębienia, jak oni traktują seks czy akty seksualne.

 

 

15

 

 

Stamtąd wróciliśmy miejskim autobusem do centrum, aby powłóczyć się jeszcze po miasteczku i tyle. Dzień bardzo relaksujący i spokojny. Kolejny mieliśmy zaplanowany na dwie możliwości pogodowe. Założyliśmy, jako że wieczorem bardzo mocno się zaniosło i spadł obfity deszcz, że rano powinno być czyste niebo. Zatem budzimy się przed szóstą i jeśli jest dobra widoczność, jedziemy taksówką na Sarangot pooglądać góry i przy okazji o 6.30 wielkie zjawisko XXI w., czyli najdłuższe zaćmienie słońca. Jeśli niebo nie będzie ładne, to jedziemy od razu do Katmandu. Wstaliśmy, jak to było zaplanowane. Niestety, niebo bardzo pochmurne, więc z widoków zero, co niewątpliwie nas zasmuciło, ale o tej porze roku, gdyby dwa razy udało się nam osiągnąć takie widoki, to albo bylibyśmy wielkimi szczęściarzami, albo anomalie pogodowe zaszłyby już za daleko. Skoro niebo nie było łaskawe,  poleciliśmy gościowi z hotelu, żeby kupił nam bilet i po spakowaniu poszliśmy na autobus. Co do zaćmienia mogę napisać tylko tyle, że zrobiło się nieco ciemniej, ale w sposób mało zauważalny i niestety słońca nie było widać wcale. Chmury wygrały i nie okazały się na tyle łaskawe, żeby pokazać, co kosmos ma do zaoferowania w swoich rzadkich występach. Tym razem nie mieliśmy takiego szczęścia, ale to nie koniec, machnęliśmy ręką na zaćmienie i widoki i zabraliśmy się do pakowania. Aż tu kolejna ciekawa nowina. Niestety, żaden autobus nie jedzie dzisiaj z Pokhary do Katmandu, bo maoiści, tzn. nepalscy komuniści, zrobili sobie na drodze strajk i zablokowali ją w stronę Katmandu. No cóż… Kolejny dzień relaksu. Pogoda zapowiadała się świetnie, ale nie ma planów i wszystko
w mieście obejrzane. Na dłuższe trasy spacerowe nie ma się co wybierać z taką spuchniętą nogą, a i Piotr utyskiwał na swoje kolano. No to głowa do zagłówka i tak zeszło do 11.00. Potem wyszliśmy na obiadek. Była to rybka podana w specyficzny hinduski sposób na dużym blaszanym talerzu, przypominającym raczej tacę do podawania herbaty dla kilku osób
i w małych, a nawet malutkich talerzykach kolejne rzeczy do połykania lub maczania chapati. Obiadek dość obfity. Do wieczora na pewno żołądek da mi spokój. Potem, obchodząc sklepy, zaznajamialiśmy się z tutejszymi cenami płyt CD, które kosztują nawet z zachodnimi wykonawcami 4–7 USD. Pytałem też o sprzęt w góry, jak np. kurtkę North Face za jedyne 50 USD. Takie ceny zupełnie nam odpowiadają i można zrobić świetne zakupy oryginalnych rzeczy. Zresztą, przewodniki też to polecają. W hotelu zagadnięty przez Andzela, synka pracownicy hotelu, pograłem z nim w sztole, podrzucając kamyki na sposób nepalski, tylko niektóre elementy były takie same, jak pamiętam z podstawówki. Zabawy co niemiara. Po tylu latach podrzucać kamyki w Nepalu… Wieczorem poszliśmy na Phewa Lake, wypożyczyliśmy łódkę i dwie godzinki upłynęły sielankowo, płynęliśmy sobie w dół przeciwległego brzegu i obserwowaliśmy skaczące po drzewach dzikie małpy. Rzeczywiście, las z drugiej strony wyglądał jak dzika puszcza, to i małpy jak najbardziej tam pasowały. Było po dziewiętnastej, kiedy żołądek zawołał o swoje, więc do tej samej restauracji, co wczoraj, wybraliśmy się na makaronik z chickenem. Tym razem pojawił się nasz znajomy pracownik hotelu i powiedział, że to jego siostra prowadzi ten skromny bar, od razu zaprowadził nas na pokoje. Pokoje, co to znaczy? Za małą kuchnią stały trzy łóżka, dwie szafy i telewizor. Ot, całe ich mieszkanie, ale mieliśmy kolacyjkę w domowej scenerii. Oczywiście, musiał włączyć telewizor i wiadomości indyjskie, gdzie podawano wszystko, co było związane z dzisiejszym zaćmieniem słońca. A jutro, mam nadzieję, że nie będzie żadnego strajku i pojedziemy prosto do stolicy Nepalu – Katmandu – na kolejne trzy dni. Jedno przychodzi mi do głowy. Nepal to niezwykle spokojne miejsce, gdzie widać, w jakim tempie inwestuje się w turystykę. Ludzie są bardzo przyjaźni, idąc ulicą, pozdrawiają nas, mówiąc „namaste”, a nawet zdarzyło się, że usłyszeliśmy „dzień dobry”. Nie da się ukryć, ludzie żyją tutaj każdym przyjeżdżającym. Szkoda tylko, że czasem ma się wrażenie, że biały człowiek to chodzące dolary, ale cóż, nawet i tutaj dotarła globalizacja i zżera to, co jest najbardziej wartościowe
i charakterystyczne w tej społeczności i w tym kraju. Za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat trudno będzie zobaczyć młodą dziewczynę w sari, ale wszystkie w dżinsach. I to nie służy, dlatego dobrze, że udało mi się jeszcze zobaczyć ten kraj pracujących kobiet na budowach, gdzie z koszem na cegły czy zaprawą na plecach, a w opaskach na głowach, dźwigają ciężary, gdzie niejeden Polak, by się po to nie schylił. To pewnie tyle na dziś… Zobaczymy, co jutro.

Pozdrawiam

 

Maciej

 

 

 

16

 

P.S. Co do naszego powrotu, to 29 lipca o 18.15 lądujemy w Warszawie. Niczym odbierzemy bagaże, pewnie będzie 19.00. Jeśli jest jakiś bus spod lotniska po 20.00, to zamów nam
i jedziemy jak najszybciej do domu na schabowego, bo miesiąc na wegetarianizmie to nie dla mnie…

 

 

 

 

 24.07.2009 r.

 

Namaste!

      Ostatnio musieliśmy zostać nieco dłużej w Pokharze przez strajk, ale na drugi dzień parking był pełen obcokrajowców z różnych stron świata. Wszyscy jechali do Katmandu, no może był jeden autobus do Chitwan Parku. Droga zleciała w miarę szybko. Wyjechaliśmy
o 7.30 i na zapowiadaną drugą byliśmy na miejscu. Kiedy rano przyjechaliśmy, czekał na nas turystyczny bus stationes. Spotkaliśmy Martę, wcześniej udało się ją widzieć w łódce, ale tylko przez kilka sekund. Tym razem naprawdę się cieszyłem, że można pomówić po polsku
z kimś innym niż tylko z Piotrem. Jechała też do Katmandu, ale innym autobusem, więc znowu westchnąłem, że nie wiem, czy w nepalskiej stolicy będzie okazja na spotkanie. I co się okazało, kiedy rozłożyliśmy się w Tara Guest House i wychodziliśmy na miasto, oni akurat tam się pakowali. Radość wielka i plany na polski wieczór snute od razu. Kak (nie mam cyrylicy), żeby inaczej? Marta podróżuje z kolegą z Nowej Zelandii. Zresztą zna świetnie angielski i hiszpański. Obydwa się przydają, bo w pokoju obok są znani nam od Waranasi Hiszpanie i pokój dalej Marta. Wjeżdżając do Katmandu, trochę się przeraziłem. Miasto w ogromnym kurzu i przypomniało raczej brudne miasta Indii. W obliczu czyściutkiej Pokhary na pierwszy rzut oka nie wypadał on najlepiej. Potem jego oblicze nieco się zmieniło, kiedy zaczęliśmy zaglądać w niektóre miejsca, ale pierwsze wrażenie niezbyt dobre. Wieczorem poszliśmy na spacer do dużej stupy, skąd rozciągał się piękny widok na całe miasto. Widać było, jak jest położone. Miasto bez żadnego wieżowca, a przecież stolica. Wąskie domki i gęste zabudowanie pozwalało zmieścić chyba 700 tys. ludzi na niewielkim obszarze. Stupa to miejsce święte ze świątyniami, w tym wypadku buddyjskimi i hinduskimi. To przykład, jak przynajmniej te dwie religie mogą ze sobą współgrać. Następne wcielenia konkretnych bogów w ogóle nie próbują ujadać ustami swoich wyznawców. Wszystkie
w wielkim zadumaniu i spokoju. Mnisi buddyjscy i święci ludzie hinduscy. Poza tym wokół stupy bardzo ciekawe zabudowania. Te chyba na mnie zrobiły większe wrażenie, bo przypominały nieco kamienice na przemyskim lub krakowskim rynku. Atrakcją dla nas było też to, że świątynia jest nazywana świątynią małp. Tych zwierząt też wokół sporo. Chodzą między ludźmi, wydzierając im jadło z rąk albo sprytnie przedostają się w niedostępne miejsca, gdzie mają jakiś apetyczny interes. Piotrkowi spuchł palec. Wdarło się jakieś zakażenie i ropa. To wszystko od słońca i maści, jakimi wcześniej smarował bolące kolano. Tak przynajmniej stwierdziła Marta, która jak się okazało, jest lekarzem ze specjalizacją medycyna ratunkowa. Przynajmniej mieliśmy fachową pomoc. Wieczorem w podzięce za operację na palcu Piotra, ponieważ nastąpiło odkażanie i nadcinanie palca, żeby ropa mogła sobie zejść, zaprosiliśmy sąsiadów Hiszpanów i Martę na buteleczkę czystej. Jak zapowiadali, że po polsku, to po polsku. Bardzo sympatycznie pogadaliśmy dłuższą chwilę o podróżach
i naszych planach na najbliższe dni. Rano, po godzinie brewiarzowej, pojechaliśmy taksówką do katmandzkich ghat. O ghatach wspominałem, pisząc z Waranasi. Miejsca, gdzie pali się ciała ludzkie, proch zmywa do rzeki. Jako, że przez Katmandu przepływa rzeka wpadająca do Gangesu, również jest uważana za świętą.

Kiedy wysiedliśmy z taksówki, zapach palących się ludzkich ciał uderzył w nos tak mocno, że nie dało się wytrzymać. Wstęp kosztował
(o zgrozo!) 500 rupii, ale jestem tutaj, to zapłacę. Oglądaliśmy świątynię wokół, bo do wnętrza nie mogliśmy wejść. Mogą tylko Hindusi. Trudno, spacer po obejściu też robił wrażenie. Można było tutaj fotografować ghaty. Jedna akurat, dymiąc, mocno się paliła. Widok nie do opisania, odczucia już dobrze znane, ale refleksja o świętości ludzkiego ciała, jaką głosi chrześcijaństwo, wkracza w umysły automatycznie. Ghat było siedem, każda poświęcona innemu bóstwu. Jakiemu? Nie jestem w stanie zapamiętać. Z drugiej strony mostu akurat dwóch synów, najstarszy i najmłodszy, ostrzyżeni do łysa i ubrani jedynie
w slipki, zmywało ghaty wodą do rzeki, tym sposobem zlewając z wodą prochy swojego spalonego przodka.

Towarzyszył temu specjalny rytuał, połączony ostatecznie w ubranie się tych synów w czyste białe stroje i wejście do świątyni. Obserwowaliśmy to z daleka, stojąc po drugiej stronie małego strumyka, ale proszę wierzyć, w tym smrodzie palącego się ciała, nie dało się długo stać. Stamtąd, z podpowiedzi taksówkarza, pojechaliśmy na lotnisko, by zapytać o cenę godzinnego lotu nad Himalajami. Okazała się taka sama jak w agencji turystycznej, więc nie namyślając się długo, zakupiliśmy za 150 USD bilety na 6.30 rano, by polecieć nad Everestem. Przynajmniej tak będziemy mogli zdobyć ten szczyt. Pozostaje jedynie mocna nadzieja i modlitwa o dobrą widoczność, ale chmury są niższe od szczytu,
a samolot leci ponad chmurami. Liczymy więc, że zdjęcia będą, a serce pełne przeżyć
z największych wierzchołków świata. Odwiedziliśmy jeszcze najważniejszą w mieście stupę Bodnath, jest najstarszą i największą w Nepalu. Miejsce bardzo zadbane i widok mnichów buddyjskich zawsze jest dla mnie ciekawy, ale wypatrzyłem spacerującego z dużą butlą wody jakiegoś mnicha o białym kolorze skóry. Ciekawe, co ludzie z innych miejsc świata szukają
i jak to robią we własnym życiu. Kiedy odwiedziliśmy wspomnianą agencję turystyczną, zaproponowałem, żeby przebukować bilet do Delhi. Zatem za 20 USD zostajemy dwa dni dłużej w Nepalu niż w Indiach.

 

Mnie to cieszy, bo Delhi zdążyłem zobaczyć, ale zdecydowanie wolę czystsze, milsze i nieprzeludnione Katmandu i nepalskich miłych ludzi. Piotr nie miał już sił spacerować, położył się po naszym obiadku złożonym z tybetańskiej zupy z makaronem i szpinakiem oraz momo, czyli tybetańskich pierożków. Ja chodziłem po sklepach i patrzyłem, gdzie przed wyjazdem można byłoby jeszcze zrobić jakieś zakupy. Ten, kto kocha sport łażenia po sklepach, miałby tutaj raj przy tych cenach. Dżinsy Lewisa za 50 PLN, chociaż nie wiem, ile ma to wspólnego z Lewisem oprócz metki. I tak dalej, co nie omieszkałem jedynie zapytać, chociaż to, że tylko pytałem, zawodziło wielu sprzedawców, bo te sklepy są dostępne tylko dla turystów i bogatszych Nepalczyków (?). I pokazują też, że do Nepalu trzeba przyjechać jak najszybciej, póki nie zje go gangrena globalizmu, połykając całą smakującą egzotykę. Póki co, plany snujemy dalej na Nepal, bo mamy dwa dni więcej… Teraz na kolację, a rano trzeba wstać na maleńki lot samolocikiem pod niebem pełnym najwyższych szczytów.

Pozdrawiam serdecznie

 

Maciej

 

 

 

27.07.2009 r.

 

Namaste!

    Rano, 25 lipca 2009 r., wstaliśmy jak było zaplanowane o 5.00 rano i poszliśmy szukać taksówki na lotnisko. Z tym tutaj nie ma żadnego problemu, gdyż sami się proszą o to, żeby jechać. Kwestia tylko, ile wytargujesz. Co więcej, jeden z kierowców powiedział, że za 300 rupii nepalskich  zawiezie, poczeka i z nami wróci. Chciałem, żeby sobie pojechał, bo pod lotniskiem nie brakuje taksówek, ale pewnie jak każdy taksówkarz znający angielski, jeśli dorwie białasów, to chce ich wozić jak najwięcej, bo za spokojną jazdę ma najlepiej płacone, a czasem decydują się na dalsze trasy.

Sprawdzanie, czy czegoś się nie wnosi, jak wszędzie, taki lotniskowy standard, nawet na tego typu lotach. Czekając na samolot, spotkaliśmy kolejnych Polaków. Tym razem z Sieradza. Lecieli do Lukli, skąd wybierali się do Base Camp pod Mount Everestem. Kosztowało ich to 500 USD i wychodzą na ponad 5000 m n.p.m. Na pewno zapowiada się ciekawie.

Yeti Airlines, czyli mały, zielony samolot, wzniósł nas na niewielką wysokość. Co najważniejsze, pogoda dopisywała i widoczność była wymarzona, tym razem znowu niebiosa sprzyjały, odsłaniając przed nami największe potęgi natury na tym świecie. Najpierw ja miałem widoki, bo góry były z mojej strony, natomiast wracając, to Piotr mógł się zachwycać pięknem gór. Okna w samolocie w odcieniu niebieskiego, więc nie wiem, jak zdjęcia będą wyglądały na komputerze. Każdy miał okazję wejść, a raczej włożyć głowę do kokpitu pilotów, żeby od przodu przez białą szybę zobaczyć góry. Niesamowite, całe pasmo 6-, 7- i 8-tysięczników. Miła pani stewardessa podchodziła i każdemu tłumaczyła, jaki mijamy szczyt. Ja mogę mówić o wielkim szczęściu, gdyż na moje wetknięcie głowy do kabiny pilotów, przypadł widok Mount Everestu. Bardzo widoczny, majestatyczny i pięknie prezentujący się sparowany wierzchołek, widok niesamowity. Trudny do opisania. Lot ten był bardzo dobrym pomysłem, bo skoro nie ma się na razie możliwości stanąć i zmierzyć z tym szczytem albo przynajmniej podejść pod niego, to taki widok jest sporym lekarstwem i niezłym zastępnikiem, ale trzeba to podkreślić – tylko zastępnikiem! Lecieliśmy w odległości kilku kilometrów od gór, to tak, jakby oglądając świętość, do której nie można się zbliżyć za blisko, bo nie wiadomo, jak się zachowa. Lepiej oglądać z bezpiecznej odległości. Prezencja gór była znakomita. Ubrane w białe, wieczne zmarzliny, czyste, srogie od wyobrażanego sobie zimna
i wiatrów, które ukochały najbardziej te góry i poczucia niebezpieczeństwa od pewnego pułapu. Tylko przygotowani, i to dobrze przygotowani, mogą podejść bliżej i się pokłonić, chociaż i to jest wielkim paradoksem, tygodnie wspinania, walki z górą i samym sobą, aby kilka minut cieszyć się na szczycie góry jej zdobyciem, jeśli ona na to pozwoli. Lot trwał 40 minut i to wystarczyło, żeby w dwie strony obejrzeć, jak na wystawie, najwyższe góry świata. Po wylądowaniu pojechaliśmy do naszego hoteliku i wspólnie z Martą poszliśmy na śniadanie. Restauracja Yak stała się naszą jadłodajnią w Katmandu. Całkiem dobre ceny, czystość restauracji i miła obsługa niewątpliwie przyciągały.

 

 

 

20

 

Potem chcieliśmy pojechać do Bhaktapur. Miasteczko położone jakieś 10 km od Katmandu. Oczywiście taksówkarz zawiózł nas na miejsce, skąd odjeżdżają busy, ale jak się okazało, to kolejny dzień strajku kierowców transportu publicznego. Kiedy dopytywaliśmy się, o co chodzi w tym strajku, nikt nie potrafił wskazać, ale pewnie zasada jest znana, jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Postaliśmy chyba ze 40 minut i zmieniając plany, pojechaliśmy taksówką do Patan, miasta przylegającego do Katmandu.

Wchodząc na główny plac tego miasta – Durbar Square – musieliśmy zapłacić chyba po 300 rupii. To niezła niesprawiedliwość. Opłaty nie obchodzą tubylców, ale biały człowiek jest rozpoznawany na kilometr i nie uda mu się wejść bez opłaty. Nawet wówczas, gdyby skracając drogę, chciał tylko przejść przez ten plac do swojego hotelu. Plac robił wrażenie umieszczonymi tam budowlami sakralnymi. Oczywiście, mówiąc plac, nie można sobie wyobrazić dużej przestrzeni, ale miejsce, gdzie stoi sporo świątyń, muzeów i swoiste kamienice, to wszystko ma swój smak i urok. Chociaż w wielu wypadkach wymaga odnowienia. Spacerując w dużym słońcu, oglądaliśmy wszystko, co prezentuje ten plac, także z nieodłącznymi scenami erotycznymi na gzymsach jednej ze świątyń. Potem wypiliśmy lassi
w małej przytulnej knajpeczce i pojechaliśmy na Durbar Square do Katmandu. Ja z Piotrem jeszcze tam nie byliśmy, ale Marta owszem. Kiedy taksówkarz podwiózł nas pod samo wejście, zapłaciłem i odważnie wkroczyłem na plac przy ścianie. Widząc policjanta, który zmierza w kierunku nowych białych, trochę odszedłem. Marta, będąc tutaj wcześniej, zapłaciła za wejście, mając dokument kilkakrotnego wejścia, więc okazała go, a policjant machnął ręką, żeby wchodzić, także i do Piotra. Zaoszczędzone chyba 500 rupii na osobę mogło przydać się na obiadek – przecież.

I ten plac prezentował się świetnie, choć w podobnym stylu jak poprzedni. Na tego typu placach można spotkać świętego człowieka. Jak się okazało, to tylko przebierańcy, a nie uczciwi, głęboko praktykujący hinduizm. I tym razem, widząc nas z daleka, machali, żeby zrobić im zdjęcie i za to zapłacić. Oczywiście taki czyn nigdy nie wchodził u nas w rachubę. Stanęliśmy z daleka z wyostrzonymi obiektywami, by złapać ich na zdjęciu, bo było warte zrobienia. Wyglądali komicznie, przedstawiając się, kto z nich to Wisznu, a kto jest Siwa. Siedzieli dalej i zasłaniali się ręką, żeby nikt za darmo nie mógł zrobić zdjęcia, ale dla Polaka rzeczy niemożliwe mają inną wartość. Oczywiście, że zdjęcie udało się zrobić. Potem poszedłem do nich, żeby zagadać. Chcieli zdjęcie, powiedziałem, że OK, ale bez płacenia. No to miny zrzędły i odsuwali się ode mnie, ale słowo do słowa i lody topniały. Podszedł do nas jakiś Nepalczyk i trochę z nich poszydził. Zatem przenieśli się naprzeciw. Poszedłbym i tam
z nimi pogadać, ale oni nie rozumieli angielskiego – zwłaszcza zapewne mojego angielskiego. Pośmialiśmy trochę, układając refreny typu: no money, one pictures, no money albo ich wersję – money, pictures, money. Wróciłem na swoje miejsce do Piotra i Marty. Kiedy machnąłem w ich stronę papierosem, oczywiście jeden natychmiast przyszedł sobie zapalić. Potem drugi, ale co się okazuje, częstując papierosem, bierze tylko jeden i podaje następnym. Jeszcze później też spotkałem się z tym zwyczajem. Kiedy zapalili, no to porobiliśmy sobie
z nimi zdjęcia. Wtedy zawołali pieniędzy, powiedziałem, że zapłacone papieroskiem. No, po przygodzie. Poszliśmy coś zjeść, oglądając prezentujące się świątynie na tym placu. Niektóre zachowania rzeczywiście przykuwają wzrok. Jak choćby widok siedzącego staruszka o białej skórze, gadającego po angielsku z kilkunastoletnim chłopcem, trzymając go mocno za rękę
w sposób, jak trzymają się kochankowie. To jest część tutejszego zwyczaju, że mężczyźni chodzą, trzymając się za ręce, ale nigdy w ten sposób. Obiadek był bardzo miły w knajpeczce na piętrze i zupka z chickenem i chomeini (makaron), smakowały jak głodnemu. Wróciliśmy do hoteliku, a wieczorkiem posiedzieliśmy trochę w naszym Yaku. Wychodziliśmy ostatni.

Na kolejny dzień zaplanowaliśmy przejazd do małego miasteczka w górach, a stamtąd spacer do Nomo Budda. Niestety strajk trwał w najlepsze, więc nie mieliśmy wyjścia, trzeba było te 30 km pojechać taksówką za 1000 rupii (jakieś 13 USD na dwóch), także i jazda taksówką jest tutaj opłacalna. Marsz przez wioski trwał ponad dwie godziny, ale widoki i klimat prowincji były niesamowite. I pewnie nasza podróż do Nepalu nie byłaby pełną, gdybyśmy ominęli taką prowincję. Ludzie żyją tutaj bardzo ubogo, ale są niesamowicie sympatyczni. Mijając prawie każdego, mówiliśmy jedyne znane nam słówko po nepalsku, czyli  „namaste”, ale zawsze odpowiadali z uśmiechem albo nawet to oni pierwsi nas witali w ten sposób.
W pewnym momencie skończył się asfalt. Droga, która wygląda jak polna, jest w większości na drogach po rozsianych nepalskich wioskach.

 

 

 

8

 

 

Widząc pracujących w polu przy uprawie ryżu ludzi, trudno było dostrzec mężczyzn. Same kobiety, pochylone w błotnistej ziemi, wydzierały ryż lub tylko go plewiły. Nie znam się na tej uprawie i ciężko to opowiedzieć. Pięknym widokiem było, kiedy zobaczyliśmy chyba z osiem kobiet pochylonych w polu, ubranych na charakterystyczny czerwony kolor. Kiedy jedna się poderwała, zapytała coś po nepalsku. Zrozumieliśmy tylko jedno słówko – chocolate. Niestety odmachaliśmy głową, że nie mamy czekolady, więc zapytaliśmy, czy możemy zrobić zdjęcie. Wszystkie się wyprostowały, mając niesamowity ubaw z tego, że fotografowaliśmy je stojące dumnie przy swojej pracy. Potem widok prowincjonalnej szkoły. Mimo że, jak rzekliby Polacy, dziura zabita dechami, dzieci moim zdaniem pięknie prezentowały się w mundurkach
i identyfikatorach. Kiedy podeszliśmy pod górę, na którą trzeba było wejść, dochodząc do Nomo Budda, zaczęło padać, więc schowaliśmy się w małej knajpce. Knajpce – to nieźle brzmi, kilka stolików, może cztery stoliki, jakie moja babcia miała do dojenia krowy
i lodówka, oczywiście z coca colą i jakieś ziarna, które przegryzali Nepalczycy.

 

 

 

23

 

 

Kiedy zasiedliśmy, kupując owe coca colę i mirindę, zeszło się kilku chłopów, tak samo chroniąc się przed deszczem. Częstując papierosem, znowu jeden odbierał i podawał reszcie. Dzięki temu otworzyły się usta i machając rękami i pokazując słowa, które chce się powiedzieć, gadaliśmy z nimi. Takie informacyjne kalambury. Podejście pod Nomo Budda pozwoliło wyparować ze mnie kilka dobrych kropli potu, ale wychodząc na górkę, dało się od razu słyszeć specyficzne rytmy bębna. Dochodziły z kaplicy, gdzie siedział jakiś lama, może dwóch mężczyzn obok
i mały chłopiec, który uderzał w bęben. Naprzeciw niewielkiego posągu Buddy kobiety
i trzech mężczyzn w półkolu uderzało czołem o podłogę, robiąc rytualne przysiady. Ale mają zdrowie w nogach. Miejsce bardzo urokliwe, cisza, spokój, kilka maleńkich, skromnych restauracji – o ile to słowo nie jest zbyt wyolbrzymione do określania tych jadłodajni, ale pora taka, żeby skorzystać. Zatem dla mnie mix tukhpa i chowemaini, a zupa wegetariańska
i również chowemaini dla Piotra. Z przygotowaniem trochę zeszło, bo pani miała nas jako jedynych klientów, ale wszystko świeże, bo przygotowywane od początku. Smakowało wyśmienicie, chociaż pewnie wiele osób, widząc wygląd kuchni, którą mieliśmy okazję sfotografować, nigdy nie wzięłoby łyżki do ręki. Potem schodziliśmy dalej, po drodze, co ciekawe, tak samo kłaniając się ludziom, niektórzy pytali, skąd jesteśmy. Po takim dopytywaniu widzimy, że biegnie za nami jeden mężczyzna i co się okazało, mówi nam, że za miesiąc jedzie do Polski na kontrakt do pracy w stadninie koni pod Warszawą. Szedł z nami do przystanku. Wymieniliśmy adresy e-mail. Nieźle mówił po angielsku i pytał, czy ludzie
w Polsce też mówią po angielsku. Nie wiedzieliśmy, co powiedzieć. Kiedy doszliśmy do przystanku, pytaliśmy, czy i tutaj strajkują, ale odpowiedzieli, że nie. Tutaj autobusy jeżdżą. Zatem po chwili podjechał jeden, ale na przystanku zaczęło uchodzić mu powietrze z koła. Kierowca jednak nie zmieniał opony, jechał dalej. Te ich pojazdy nie są robione na nasze wymiary. Stojąc, trzeba bardzo mocno w moim przypadku skłonić głowę, co wzbudza wielką radość u Nepalczyków. Poza tym droga kręta i szybka jazda po tej drodze rzucała nami
z boku na bok i nie dało się trzymać. Za jakieś 5 km kierowca jednak chciał zmieniać koło, ale nagle pojawił się następny autobus. Twierdzili, że do Katmandu, więc wsiedliśmy. Dojeżdżając do najbliższego miasteczka, Panera, kazali znów się nam przesiąść do kolejnego, zapełnionego, więc zwyczajem mężczyzn nepalskich wsiedliśmy na dach. Frajda niezła
i o wiele więcej można zobaczyć. Niestety, nie byliśmy sami i na innych autobusowych dachach było nawet bardzo tłoczno. Dojechaliśmy do Katmandu na ostatni przystanek, przesiadając się do środka busa, bo niebo było srogie i groziło deszczem.

Wieczorem miła kolacja z sąsiadami Hiszpanami i Martą.

A dzisiaj? Dzisiaj pierwszy raz pada nam od rana deszcz. Poszedłem „na internet”, a Piotr śpi. Plany wzięły w łeb, ale nic nie szkodzi, przecież jest to ostatni nasz cały dzień bez możliwości podróżowania i pierwszy dzień deszczu. W porze monsunu mamy wielkie szczęście i my również uśmiechamy się do niebios, że swój płacz powstrzymywały tak długo, by dać nam możliwość włóczęgi. Co dalej, pewnie już w domu. Jutro samolot po 15.00 do Delhi. A pojutrze do Polski. Szkoda, naprawdę szkoda, bo jest jeszcze wiele ciekawych i kuszących miejsc do zobaczenia
w Nepalu, nie mówiąc o sąsiednich państwach, jak Bangladesz – turystycznie dziewiczy, Laos – z wielkim sercem ludzi, Kambodża – z walecznością tamtejszych i mój wymarzony Tybet, z drugiej strony Himalajów.

 

Dziękuję wszystkim, którzy z ogromną cierpliwością to czytali.

Pozdrawiam bardzo serdecznie z Katmandu w Nepalu i do zobaczenia w Polsce.

 

Maciej

 

 

 

19

 

 

 

30.07.2009 r.

 

Witaj!

 

      Życie jest piękne a Indie i Nepal bardzo kolorowe i tajemnicze…

 

 

 

      Maciej Gierula

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

newsletter

newsletter

syberia

" Drugiego dnia podróży, do naszego wagonu wsiadła spora ekipa rosyjskich poborowych. Oprócz tego, że w mundurach i z wiktem i oprzyrządowaniem wojskowym, to niewiele się wyróżniali. Oczywiście..."

więcej

syberia

"Jedziemy, jedziemy (...) . Nikt się za specjalnie nie integruje, turystów nie ma w naszym wagonie w ogóle. Za to klimat robią rosyjskie hity ludowe lecące z nieściszanego głośnika. Wziąłem ze sobą swoją muzykę, ale w tym pociągu chyba jej nie posłucham..."

więcej

SONY DSC

"Idąc do kolejnych świątyń, przyłączyli się do nas tubylcy, oferując pomoc w oprowadzaniu. To bardzo powszechne...Jeden chłopiec jednak zrobił na mnie wrażenie. Nie wiem, ile mógł mieć lat, może 10-12, świetnie mówił po angielsku i francusku...."

więcej

zdjęcia45

System szkoły togijskiej różni się bardzo od systemu polskiego szkolnictwa. Jest on na pewno na dużo niższym poziomie, ale na tyle, na ile „potrafi”, tak sobie radzi. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, by dzieci w Afryce miały dostęp do szkoły...

więcej

afryka2

Wyprawa do Afryki - czyli Muzungu wokół Jeziora Wiktorii - CZĘŚĆ II. Kolorowy kurz dalej wdzierał się przez brakujące szyby i malował wszystkich pasażerów, zwłaszcza tych siedzących z przodu. Zęby od tego zgrzytały, a ślina przybierała gęstość czekolady...

więcej