Kolorowe Filipiny

 Część I

 

Witam!

Pomysł na Filipiny powstał już wiele miesięcy temu, bilety samolotowe zostały zakupione w sierpniu i zaczęło się odliczanie. W październiku miało miejsce trzęsienie ziemi na Bohol, wyspie tuż koło tej, do której leciałyśmy, natomiast na dobę przed naszą podróżą w Filipiny uderzyła Yolanda. Dzień wylotu to sms-y i telefony, wszystkie w tym samym tonie – no chyba zrezygnujecie z wyprawy, jeśli tam jest teraz tajfun. Rzecz w tym, że Filipiny to około siedem tysięcy wysp, a okolice do których zmierzałyśmy podobno zostały ominięte, postanowiłyśmy więc zobaczyć jak się sprawy mają na miejscu.

Lot z Londynu przez Seul do Cebu City na wyspie Cebu raczej bez większych emocji, może poza turbulencjami podczas drugiego lotu i Ania, która mając słuchawki na uszach, krzyknęła na cały samolot – „it’s our last meal”, zapominając, że większość Filipińczyków mówi po angielsku.Wkrótce napięcie rozładował jeden z lokalnych pasażerów, który beknął przeciągle i pełnymi płucami, dając do zrozumienia, że nawet jeśli to ostatni posiłek, to zdecydowanie smaczny. Jeszcze w Seulu, dzięki darmowemu Wi-Fi, dowiedziałyśmy się, że hotel wktórym miałyśmy rezerwację skancelował ją, twierdząc, że po huraganie nie ma w mieście prądu ani wody i że skończyła im się czysta pościel. Szybko zabukowałyśmy inny hotel, mając nadzieję, że chociaż będzie dach nad głową. Lądowanie w Cebu spokojne, było kilkanaście minut po północy. Odprawa paszportowa szybka, pani w okienku lekko znudzono-obrażona, ale nie ma się co jej dziwić. Było późno, 30 stopni Celcjusza, wilgotność ponad 90%, a pani makijaż, łącznie z różową szminką, nieskazitelny. Odprawa celna, czyli grzebanie w torbach też bez problemu, bo pan celnik powitał nas okrzykiem- „how are you beautiful” i zadowolił się krótką konwersacj.

 Taksówka zawiozła nas przez tętniące życiem, mimo późnej pory, miasto, bez żadnych śladów zniszczeń. Nowy hotel stał nietknięty, przy wejściu obwąchał nas i nasze bagaże czarny labrador- Diesel, który pozwolił się w nagrodę za niewywąchanie niczego złego pogłaskać. Zameldowałyśmy się i poszłyśmy spać. Pokój na czternastym piętrze, które jest tuż nad dwunastym. Trzynastego piętra nie ma, bo to przynosi pecha:)

 

Pierwszy dzień w Cebu upalny. Miasto pod względem architektonicznym przypomina miasta Indonezji, dużo betonowych kolców oraz chatek skleconych naprędce z bambusowych i ratanowych mat. Brudnawo, ale bez przesady.Większość pięknych, postkolonialnych budynków stoi opuszczona i popada w ruinę. Jako główny cel dnia obrałyśmy sobie Jumalon Butterfly Sanctuary. Błądząc ulicami w poszukiwaniu miejsca, skąd możemy złapać jeepneya (ichniejsze minibusy, dostosowane do rozmiaru 160 cm), Ania dokonała cudu -podszedł do nas mały chłopak o kulach, prosząc o datki, koleżanka spojrzała na niego odmownie, poszłyśmy dalej, a już po chwili chłopiec bez kul biegł za nami radośnie, niestety dalej prosząc o pieniądze.

 

 Dojazd do sanktuarium motyli skończył się na dwóch jeepneyach, a to tylko dlatego, że kierowca pierwszego nie miał zielonego pojęcia, gdzie chcemy jechać, drugi z kolei trafił bezbłędnie. Na końcu małej, zabłoconej uliczki, znajdował się niewielki domek, otoczony ogrodem z latającymi wokoło motylami. Po domu/muzeum oprowadzała nas córka zmarłego już pana Jumalona, który był z zamiłowania kolekcjonerem motyli, a z wykształcenia artystą-malarzem. Jumalon zasłynął z techniki malarskiej, która zwie się lapido-mosaic, a polega na wyklejaniu obrazów z fragmentów skrzydeł umarłych motyli. Po obejrzeniu wszystkiego, wyruszyłyśmy z powrotem do centrum miasta. Tym razem złapanie jeepneya poszło nam łatwo. Cebu nie ma ścisłego centrum ani pasa nadmorskiego. Przy morzu jest droga i port, wszystko odgrodzone płotem. Z zabytków jest tzw. Krzyż Magellana, czyli pomnik ku czci tego podróżnika (odgrodzony taśmą, bo sie rozpada) i bazylika, będąca pierwszym katolickim kościołem na Filipinach (także odgrodzona taśmą, bo się rozpada i wierzcie mi, wyglądało na to, że Yolanda do tego raczej się nie przyczyniła). Najlepszym momentem całego pobytu w Cebu była wieczorna kolacja w Pablito’s Sea food Restaurant, będąca mieszanką domu i antykwariatu. Dania serwują tamw salonach pełnych starych, drewnianych mebli z lat 20-tych XX wieku, kolekcji porcelany, starych sukien, świętych figurek i popiersi Jezusa. Jedzenie było znakomite. To, co rzuca się w oczy w tym mieście, to niezliczona ilość kościołów, relatywny brak zwiedzających i niebywale duża ilość sex turystów (panowie między 50-70 rokiem, choć zdarzają się dużo młodsi, głównie Angole i Niemcy z lokalnymi paniami w wieku niewiele ponad 18 lat).

 

Następnego ranka opuściłyśmy Cebu i lokalnym samolotem (gdzie w trakcie lotu był quiz z nagrodami!!) poleciałyśmy na wyspę Palawan do PuertoPrincesa. Z wydarzeń na lotnisku warto tylko wspomnieć pana, przy check-in wydającego karty pokładowe, który zapytał mimochodem „czy któraś z pań w grupie jest w ciąży?”, co zbiło nas ciut z tropu, bo nieprzygotowane na pytanie trochę się zacięłyśmy, zanim odpowiedziałyśmy- nie. Lot raptem godzinny, więc dotarłyśmy wczesnym popołudniem. Miasto do pięknych raczej nie należy, niska betonowa zabudowa, blaszane dachy, zwisające kable z każdego słupa, ogrom kościołów i tysiące samochodów, motorów i tricykli (tutejsza taxi – motor, na który nałożono karoserię z siedzeniem, dodatkowo, w zależności od giętkości i rozmiaru klienta, może pomieścić od dwóch do czterech pasażerów). Ludzie mili, znalazła się też promenada. Większość z domów w slumsach udekorowana jest już w trend bożonarodzeniowy, koty i psy są przyjazne, lecz zagłodzone. Wieczorem wybrałyśmy się do restauracji z owocami morza, położonej na podeście wśród lasu mangrowego z widokiem na morze, który pewnie doceniłybyśmy bardziej, gdyby nie było już całkiem ciemno (zachód słońca o 17:45).

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie, następne maile będą krótsze i bardziej konkretne.

Buźka

M.

 

 

 

Część II

 

Pierwsza noc w Puerto Princesa była bezsenna. Knajpa sąsiadująca z hotelem urządziła imprezę z zespołem, do czwartej nad ranem zawodził covery powszechnie znanych piosenek. Tak sobie myślę, że wszyscy rodzimy się z zakodowaną liczbą kiepskich coverów hotelu california, których możemy wysłuchać w przeciągu życia. Mój limit już się wyczerpał. O szóstej rano z trudem zwlokłyśmy się  z łóżka, bo już o 6:45 odbierał nas van na wycieczkę do Puerto Princesa Underground River w Sabang, czyli podziemnej rzeki, zaliczonej niedawno do siedmiu nowych cudów świata. Dwugodzinna podróż do Sabang krętymi drogami wokół wzgórz i rozlewisk, wiodła przez maleńkie wioski i lasy palmowe. Z Sabang łódką rybacką przewieziono nas na położoną kilka kilometrów dalej plażę, gdzie ujście rzeki łączyło się z morzem. W lasku biegały grupy niewielkich małp, czekających na chwilę nieuwagi, by móc wyrwać turystom choć niewielki kawałek dobytku, w nadziei, że nadaje się do jedzenia. Tam też miałyśmy okazję zobaczyć wielkie filipińskie jaszczurki, będące jednak mini wersją waranów z Komodo (i nawet w połowie nie tak niebezpieczne).

 

 Underground River ciągnie się przez 16 km w głąb skały wapiennej, tworząc jaskinie pełne stalaktytów i stalagmitów, miejscami ich sufit dochodzi do 65 metrów. Każda łódka wpływająca w głąb jaskini zaopatrzonajest w reflektor, gdyż światło słoneczne tam nie dociera, a jedyne żywe stworzenia, to kilka gatunków nietoperzy. Turystom wolno wpłynąć tylko 1,5 km w górę rzeki, ale i tak ta krótka podróż robi wrażenie. Lunch to szwedzki stół pełen lokalnych smakołyków, głównie mięso, ale są i ryby oraz niewielka ilość warzyw. Po południu robimy mały trekking pod górkę wzdłuż klifu skalnego, by następnie zjechać 800 metrów wzdłuż plaży na zip-line. Fajne, ale widać, że konstrukcja sklecona lokalnie i wszystko wygląda tak, jakby się zaraz miało rozpaść. Biznes jednak to biznes i przy samym końcu lokalni panowie robili nam cyfrowe zdjęcia, które oczywiście możemy kupić. W Underground River podobnych sesji zdjęciowych było z sześć. Wracamy do Puerto Princesa, obiad – Ania próbuje lokalny przysmak żuchwę tuńczyka, który jak się okazuje smakuje tylko wybranym, a my do wybranych nie należymy. Wracamy do hotelu na chwilę przed uderzeniem Zoriady, kolejnej burzy tropikalnej, która nawiedza Filipiny w krótkim czasie. Niebiosa się otwierają i ściana deszczu zalewa miasto. Tej nocy w knajpie obok, smętnie zawodzi wlasną interpretację jazzu jakaś młoda panienka i daje się nawet tego słuchać. Ulewa przedwcześnie kończy występ. Czemu nie mogło tak lunąć poprzedniej nocy…?

 

Wstajemy o 6:00. Nadal leje. Przed hotelem kałuże zamieniły się w jezioro.Wody co najmniej po kostki. Po 7:00 łapiemy pana na tricyklu, który zawozi nas na dworzec autobusowy, gdzie wpadamy prosto w ramiona dworcowego głupka, który co prawda wrzuca nasze bagaże do dobrego autobusu, ale chwilę potem ugania się za lokalnymi dziewczynami, drąc się- „I love you”. GdyAnia wyszła przed autobus, pan ten właśnie sikał i w tym samym czasie próbował wdać się z nią w konwersację.  Autobus zwie się Roro-roro. Wyrusza punktualnie o 8:00, półpełny, więc ścisku nie ma, w środku panuje dziwny zapach mokrej sierści, ale szybko się przyzwyczajamy. Niedługo po wyruszeniu, kierowca podjeżdża pod szkołę podstawową i wybiega dać swemu dziecku poduszkę, później na trasie będzie jeszcze przystanek dla biletera w przemaleńkiej wiosce, by mógł przytulić niemowlaka (zakładam, że jego). Są też dwie przerwy na jedzenie i toaletę,każda równiuteńko po 15 minut. Droga do El Nido zbudowana jest w 80%. Na 10% jest samo błoto, a na kolejnych 10% tylko jeden pas. Na szczęście jest mały ruch, więc ryzyko kolizji niewielkie. Większość dnia leje, także mejscami droga zamienia się w rzekę, ale naszemu kierowcy nic niestraszne i dzielnie prze do przodu. Przez całą drogę z radia lecą największe hity lat 80-tych i 90-tych, momentami większość autobusu podśpiewuje. Za oknem głęboka zieleń, od czasu do czasu przecięta niewielką wioską, samotną krową lub prześwitem morza. Punktualnie (znów co do minuty), o 14:00 docieramy do El Nido.

 

El Nido to niewielkie i raczej mało urocze miasteczko, położone tuż przy plaży. Każdy budynek jest inny, część w permanentnej budowie i jak w wielu innych wioskach trzeciego świata, zabudowania powoli wgryzają się w plażę, pozostawiając jakieś 2/3 piasku. Na szczęście wokół El Nido jest kilka pięknych plaż, do których bez problemu można dojechać tricyklem. Po znalezieniu noclegu, obchodzimy lokalne uliczki. Chcemy też zobaczyć, gdzie dokładnie jest hostel „el gordo’s”, opisany przez kogoś w Internecie jako najlepszy hostel na Filipinach. Na jednej z wąskich uliczek znajdujemy drogowskaz, kierujący do „el gordo’s”. Podążamy za strzałkami. Droga powoli się kończy i wkraczamy na waską, usłaną śmieciami ścieżkę. Chwilę później przebijamy się przez lokalne slumsy, próbując nie wywrócić się na zalegających wszędzie pustych butelkach po whisky i innych odpadach. Jakieś 200 metrów dalej, w głębokiej otchłani slumsowiska, stoi niewielki murowany domek – „el gordo’s”. Nawet nie wchodzimy zapytać o pokoje.

 

 Następnego dnia z rana łapiemy tricykla, który zawozi nas na plażę Las Cabanas. Z niej widok na kilka skalisto-drzewiastych wysp, morze turkusowe, ciepłe i przejrzyste, fale niewielkie, a piasek drobny i biały. I do tego wszystkiego na całej plaży turystów można zliczyć na palcach obu rąk. 

 

Po południu zostawiam Anię i wracam do miasta w poszukiwaniu jedzenia. Wybieram lokalną jadłodajnię, gdzie na plastikowe, kolorowe talerzyki pani nakłada mi zdrową porcję warzyw z krewetkami i kawał tuńczyka. Cena w porównaniu do Londynu dobra, £1.50, czyli jakieś 7.50 pln. Podczas wieczornego posiłku spotykamy parę z Kanady, którą poznałyśmy na Underground River. Dają nam cenne wskazówki dotyczące Manili i Boracay.Wieczorem idziemy do lokalnego „biura podróży/kafejki internetowej”, gdzie pani, raczej nieobeznana w obsłudze komputera, przez prawie godzinę usiłuje zabukować nam loty do Manili. Nie dość, że kobieta nie bardzo wie w co klikać, to jeszcze zdaje się mieć silną wadę wzroku, bo co chwila przytula twarz do ekranu, próbując rozszyfrować, co jest napisane. Po pewnym czasie cierpliwość nam się kończy, przejmujemy klawiaturę z myszką i rezerwujemy bilety.

 

Piątek upłynął nam pod hasłem Island Hopping, czyli pływanie łódką od wyspy do wyspy. Są tu do wyboru cztery toury: A, B, C i D. My wybrałyśmy C.Codziennie rano z plaży wypływają dziesiątki łódek na przeróżne wyspy.Wszystkie są niezamieszkane (oprócz psów (!!)), zbudowane z ostrych kamieni, porośniętych palmami. Każda z nich ma niewielką plażę, czasami ukrytą między skałami oraz przybrzeżną rafę (na maksa zniszczoną), przy której można nurkować. Najlepszym momentem wyprawy byl lunch, przyrządzony na łódce przez rybaka i przewodnika, składający się ze smażonych ryb, sałatki warzywnej, pieczonego zielonego bakłażana, ryżu i żółtego arbuza na deser. Na jednej z wysp, które odwiedziłyśmy, znajdowała się stara katolicka kaplica i opuszczony budynek, wyglądający na połączenie seminarium duchownego (sala modlitewna z ołtarzem, pokoje nazwane imionami świętych) i hotelu (ramy od wielkich łóżek i łazienki z narożnymi wannami). Budynek ten kilka lat temu został opuszczony (podobno właściciel wyspy wrócił do USA) i rozgrabiony prawie doszczętnie, ale co dziwne, sala, gdzie znajduje się ołtarz jest prawie nietknięta, nadal leży na nim figurka Dzieciątka Jezus, stoją nadpalone świeczki, a tubernakulum jest nadal zamknięte.

 

I teraz na zakończenie wspomnę krótko o religijności na Filipinach. A więc tak – kościoły są na każdym rogu, zazwyczaj są to najnowsze i najokazalsze (choć nie najładniejsze, bo tutaj lubują się w majtkowych odcieniach) budynki w mieście. W niedzielę kościoły pełne od rana do wieczora. Na co dzień jednak Filipińczycy żyją bardziej świecko. Legalne jest tu bycie lady-boyem i duża część kelnerek do tej grupy należy. Z drugiej strony parokrotnie widziałyśmy już nastoletnich chłopców z makijażem i z pomalowanymi paznokciami, wracających ze szkoły, czy to na obiedzie z rodziną. Widać, że zarówno rówieśnicy, jak i rodzina ich wspiera. Prostytucja z kolei jest nielegalna, ale wszyscy zdają się przymykać na to oko, może z nadzieją, że związek ich nastoletniej córki z 70-letnim Europejczykiem, to sposób na wyrwanie się z biedy.

 

I już na samiutki koniec – dróg może na Palawanie nie ma, ale za to w Puerto Princesa (300 tys. mieszkanców) centrum handlowe postawili takie, że Klif w Gdyni się nie umywa!

 

 

Pozdrawiam gorąco, dziękuję za wszystkie maile – zawsze miło się czyta, do usłyszenia.

M.

 

 

 

 

 

Część III

 

Witam!

Po powrocie z łódki kiwało mną całe popołudnie, następnego dnia postanowiłyśmy więc pojechać na plażę. Tym razem wybrałyśmy się na Nagpang Beach, położoną około 25 km od El Nido. Z rana wynajęłyśmy tricykla i wdrogę. Pierwszy przystanek to wodospad Nakalit-Kalit. Wysiadłyśmy przy drogowskazie skierowanym ku dżungli z napisem – „this way to the waterfall”. Jako, że nie było widocznej ścieżki, nie pozostało nam nic innego, jak wynająć przewodnika z przydrożnej chaty. Prowadziła nas Tricia – 20-letnia dziewczyna, całe 150 cm wzrostu, która w japonkach pokonała 45-minutową trasę pod górkę w trzydzieści minut. Ścieżkę raz po raz przecinała rzeka i trzeba było brodzić po kolana na drugi brzeg. Mimo, że z początku było mi ciężko (temperatura ponad trzydzieści stopni), udało się dotrzymać Tricii kroku. Wodospad okazał się wodospadzikiem, 5-6 metrów wysokim, z niewielkim oczkiem wodnym, w którym chłodzili się europejski emeryt z obwisłym brzuchem i piersią wraz z nastoletnią, lokalną partnerką. Udało nam się ich na chwilę wypłoszyć i wykąpać się, a następnie bieg z powrotem w dół rzeki za przewodniczką.

 

Kolejne dwadzieścia minut w tricyklu i dojeżdżamy na iście rajską plażę. Jakieś 200 metrów białego piasku ciągnie się wzdłuż zatoczki. Na plaży może z dziesięć osób. Na całej jej długości co kilkanaście metrów, stoją małe lokalne knajpki, przed którymi na stołach i hamakach leżą lokalesi, chłodząc brzuszki i czekając, aż jakiś turysta zechce kupić choćby butelkę wody. Biorąc pod uwagę, że stosunek turystów do lokalesów jest jak 1:5, to większość ma szansę porządnie sobie wypocząć. Znajdujemy lekko ocieniony kawałek piasku i idziemy popływać. Gdy wylegujemy się na plaży, podchodzi do nas właścicielka pobliskiej knajpki i stwierdza, że „dużo tu śmieci, bo jak przyszła Yolanda, to sztorm wyrzucił je na brzeg”, wzdycha i odchodzi dalej leżeć na hamaku. Od Yolandy minął już tydzień i szczerze mówiąc, nie problem byłoby wysprzątać plażę…

To miejsce staje się pożywieniem dla muszek piaskowych. Te kilkumilimetrowe potwory tną jak szalone. Żadne repelenty zdają się nie działać. Gdy na plaży jemy obiad, mam wrażenie, że i one ucztują w najlepsze. W drodze powrotnej mijamy pana, który  wraz ze swoją córeczką jedzie jak kowboj na bawole. Na głowie słomiany kapelusz, w ustach papieros, jedną ręką dzierży uzdę, drugą przytrzymuje dziecko. Żałuję, że nie udało mi się zrobić zdjęcia.

 

Wieczorem, lekko podpieczone wracamy do El Nido. Kolacja w lokalnej knajpce, to gotowane warzywa i smażona ryba. Zaczepiają nas tam dwaj Francuzi w wieku 60+, będący w towarzystwie dwóch młodych Francuzek. Grzecznie dajemy im do zrozumienia, by sobie poszli. Jakąś godzinę później, gdy pijemy drinka w niewielkiej restauracji, dosiadają się. Łamaną angielszczyzną pytają, jak długo zostajemy w El Nido, bo oni w poniedziałek wynajmują łódkę i możemy z nimi popłynąć, a te dwie młode Francuzki to nie ich dziewczyny i raczej ich nie będzie. Uprzejmie odmawiamy i zmykamy do hotelu.

 

Niedziela dla mnie to dzień nurkowy. A i dobrze, bo rano odkrywam dziesiątki różnokształtnych ukąszeń. W wojnie insekty vs. Marta, wyraźnie przegrywam. Wybrałam Palawan Divers, bo mają najładniej wyglądający budynek i są tuż naprzeciw hotelu. Divemasterzy lokalni, ale mówią bardzo dobrze po angielsku. Wypłynięcie z portu zajmuje nam ponad godzinę, bo dwa dni temu w związku z rozpoczęciem sezonu, wprowadzono nowe opłaty i ścisłe kontrole każdej łódki, by upewnić się, że każda jedna osoba tej opłaty dokonała. Na plaży przed portem kłębi się tłum turystów, wypływających na nurkowanie i zwiedzanie wysepek. W cieniu rozstawione są zadaszenia, pod którymi siedzi rząd oficjeli i sprawdza papiery. Przed 10:00 wypływamy. Nurkuję z grupą trojga młodych Francuzów, którzy zdają się mówić wyłącznie po francusku. Na szczęście, na łódce są jeszcze Niemiec i Belg, którzy chętnie komunikują się po angielsku. Pierwsze nurkowanie pozwala nam zobaczyć żółwia, stingray i setki kolorowych rybek. Drugie, godzinę później – na rafie Miniloc, miejscu odkrytym przed laty przez Jacques Cousteau’a. Pływamy wśród lawin ryb i po raz pierwszy w życiu widzę „cabbage coral”, czyli koralowce wyglądające jak rozłożone liście kapusty. Jestem z siebie dumna, bo po raz pierwszy w mym nurkowym życiu nie jestem pierwszą osobą, która zużywa cały zapas powietrza. Jeden z Francuzów hiperwentyluje i gdy wynurzamy się po czterdziestu minutach, nadal mam pół butli w zapasie. Lunch na łódce, potem powolny powrót do El Nido.

 

 Nasz ostatni wieczór w tej miejscowości świętujemy rybą w sosie kokosowym, bakłażanem zapiekanym w panierce jajecznej i różnymi gotowanymi warzywami. Po obiedzie, około 19:30, gdy pijemy pożegnalne piwko, znów pojawiają się wczorajsi Francuzi, porządnie już wstawieni, jeden z nich odstawia piruety na ulicy i podszczypuje przechodzące młode Filipinki. Wkrótce zatacza się w naszą stronę. Przedstawia się jako Jean-Bernard, czyli „JB jak whisky”, co w tym przypadku pasuje jak ulał. Często powtarza: „I don’t speak English well”, co nie powstrzymuje go od nawijania bez przerywania na oddech. Opowiada nam jak to organizuje imprezy dla Putina i Abramowicza, co siedzący za jego plecami młody Holender komentuje, że pewnie „bunga-bunga”. W pewnym momencie JB oznajmia: „I know everything” (wiem wszystko), po czym resetuje się na kilka chwil i zapada w milczenie, by niedługo potem oznajmić nagle – „sometimes, sometimes” (czasem, czasem…) i ponownie zamilknąć. Gdy po chwili zatacza się ku innemu stolikowi, udajemy się z powrotem do hotelu.

 

Autobus Roro-Roro, do którego wsiadamy w poniedziałek rano, jest dowodzony przez ten sam zespół – kierowca-bileter, co w drodze do El Nido. Jest też kontroler kontrolera, który sprawdza, czy kontroler nr 1 dobrze wydziurkował wszystkie dziurki w bilecie (a jest ich ponad dziesięć w każdym!!!). Muzyka ta sama, co poprzednio, tyle że nie pada i autobus wypchany po brzegi. I znów punktualnie o 14:00 docieramy do Puerto Pincesa. Obiad i ruszamy na lotnisko, choć o wyprawie na nie, trudno w tym przypadku mówić, bo pas startowy położony jest równolegle do jednej z głównych ulic miasta. Kontrola bagażowa na lotnisku to żart. Wszyscy wnoszą wodę, Ania wniosła cały zestaw do manicure razem z nożyczkami. Znudzony celnik patrzy na wszystko, z wyjątkiem stojącego przed nim ekranu. W poczekalni jest team masażystów. Dwie młode panie i dwóch raczej starszawych panów w siatkach na włosach i czarnych okularach przeciwsłonecznych a la Jaruzelski. Interes się nie kręci, więc okulary dobrze kryją fakt, że obaj panowie śpią, dopiero, gdy zaczynają w dziwnych pozach zwisać z krzeseł, ich sekret się wydaje.

 

W Manili przed lotniskiem, atakuje nas taksówkowa mafia z „ustalonymi cenami”, na szczęście mamy już jako takie rozeznanie i wiemy, że próbują nas naciągnąć. Znajdujemy więc normalną taksówkę z licznikiem i dojeżdżamy do hotelu za jedną czwartą proponowanej na lotnisku ceny. Następnego dnia wyruszamy na miasto – z dzielnicy Malakati, w której mieszkamy, łapiemy najpierw jeepneya do metra, potem metro do stacji UN Avenue i dalej piechotą do Intramurales, czyli pozostałości starego fortu hiszpańskiego, w którym zachowało się kilka postkolonialnych budynków. Największe wrażenie robi stary kamienny kościół, pełen obrazów, figurek Jezusa i Maryi, używanych w procesjach religijnych. Niestety duża jego część jest obecnie w rekonstrukcji, podobnie jak katedra, ogród botaniczny i relikwiarz w starym forcie. Budynków postkolonialnych dużo nie ma i są raczej w marnej kondycji, ale wygląda na to, że miasto zaczyna inwestować w ich naprawę. Następnie przeszłyśmy się wzdłuż rzeki do China Town, które oprócz paru ozdobnych bram i dużej ilości napisów po chińsku, niczym się nie wyróżniało, a stąd do kościoła Quiapo, wokół którego rozciąga się gigantyczny rynek uliczny, na którym można kupić dosłownie wszystko. Ozdoby świąteczne, majtki, podróbki okularów przeciwsłonecznych, ciuchy, paski, zabawki, owoce i warzywa, suszony kryl, świeże ryby, konglomerat dźwięków, kolorów i zapachów. Każdy sprzedaje, co może i nagabuje potencjalnych klientów. Kupiłyśmy owoce i „solone” jajko – jakiś lokalny przysmak, czyli jajko na twardo w skorupce barwionej na fioletowo, które w jakiś dziwny sposób jest już „posolone” i niestety nie przypadło nam zbytnio do gustu. Po południu pojechałyśmy do Coconut Palace, okazałego budynku postawionego na życzenie Imeldy Marcos, w związku z przyjazdem na Filipiny Jana Pawła II. Jednak, gdy papież dowiedział się, że Imelda wyrzuciła na jego budowę 37 milionów dolarów (zamiast wydać to na potrzebujących), ku rozpaczy pani Marcos, postanowił zmienić trasę pielgrzymki i pałacu nigdy nie zobaczył. Obecnie jest to pałac wiceprezydenta Filipin.

 

Manila jest miastem przeciwności – bogata Manila to pięciogwiazdkowe hotele, rezydencjalne ulice, oddzielone bramą z uzbrojonymi ochroniarzami, drzewa, ustrojone tysiącami światełek, parki pełne biegaczy, centra handlowe, sprzedające produkty najdroższych marek, a niecałe dziesięć minut piechotą od tego wszystkiego, pojawiają się slumsy, malutkie chatki, zbudowane z metalowych blach i kartonu, całe rodziny śpiące na ulicach, kalekie dzieci żebrające wzdłuż ulicy, machając kikutami kończyn, zapach zgnilizny i moczu, mieszający się z zapachem spalin. To tak, jakby dwa niezależne miasta i cywilizacje funkcjonowały na tym samym terenie i próbowały sobie nie wchodzić zbytnio w drogę. Manila to także wiecznie zakorkowany moloch, typowe gigantyczne azjatyckie miasto, co nigdy nie śpi, bo jak bogacze kończą imprezować, to pojawiają się biedni, by pozbierać, co się ostało. Ulice są wiecznie zakorkowane, transport publiczny pęka w szwach (stąd w metrze strefa tylko dla kobiet, bo w takim tłoku z facetami mogłoby być niezręcznie), przedmieścia ciągną się w nieskończoność. Zieleni nie ma dużo, nie ma też typowych nadmorskich promenad, życie socjalne przeniosło się do centrów handlowych. Miasto, które łatwiej znienawidzić niż pokochać. Pomnik postawiony rozpuście na zgliszczach rozpaczy.

 

Ściskam wszystkich gorąco

M.

 

 

 

Część IV

 

Witam!

Jeden dzień w Manili wystarczył, więc następnego dnia rano wyruszyłyśmy do Tagatay, miasta położonego na brzegu krateru, powstałego po wybuchu wulkanu Taal. Dołączył do nas młody Australijczyk – Kieron, którego poznałyśmy w hotelu. Najpierw wyprawa taksówką na jeden z wielu dworców autobusowych, położonego oczywiście przy centrum handlowym. Stąd półtoragodzinna wyprawa autobusem, w którym klimatyzacja tak chłodziła, że co lepiej przygotowani lokalesi siedzieli w pikowanych kurtkach. Nam pozostało tylko marznąć. W Tagaytay wysiedliśmy w złym miejscu, głównie dlatego, że kierowca zatrzymuje się tu, gdzie popadnie, wystarczy cmoknąć, czy popukać czymś w metalowe barierki, niestety trzeba wiedzieć kiedy cmoknąć, czy stukać, a my po raz kolejny tego dnia okazaliśmy się nieprzygotowani. W Tagaytay znaleźliśmy kierowcę tricykla, który zgodził się (za opłatą) zawieźć nas w głąb krateru, na brzeg wulkanicznego jeziora, do malutkiej wioski rybackiej, skąd kursują łódki do położonego pośrodku jeziora stożka wulkanu. Jest ono wielkości małego morza, więc przeprawa do najmilszych nie należała. Silny wiatr wzburzał fale, które odbijały się od boków łódki i wlewały się do środka. Biedny Kieron siedział z przodu, więc chcąc nie chcąc, większość fal trafiała w niego. Mimo to, gdy dobiliśmy do brzegu, wszyscy byliśmy przemoczeni do cna. Na wyspie dołączyła do nas grupka turystów – Mirek z Polski, Matias z Argentyny/USA, Renske z Holandii i Lily z Niemiec i na trekking na szczyt wulkanu wyruszyliśmy razem (tyle, że dziewczyny na kucykach). Trasa technicznie łatwa, przejście zajęło nam jakieś trzydzieści minut. Wzdłuż ścieżki, gdzieniegdzie spomiędzy kamieni wydobywała się pod ciśnieniem wrząca para wodna. W środku wulkanu znajdowało się kolejne spore jezioro, wydzielające charakterystyczny zapach siarki. Widok dookoła powalający.

 

 Dzień z początku słoneczny, powoli szykował się do burzy. Wzmógł się wiatr,niebo zaciągnęło się chmurami, a że ubrania na nas jeszcze nie wyschły, zaczęło nam być zimno. Powrotna przeprawa łódką nie była już tak zabawna, bo przy braku słońca kubły zimnej wody, wlewające się do łódki, już nie cieszyły. Wkrótce zaczęło padać. Gdy wracaliśmy tricyklem na brzeg zewnętrznego krateru, w tym samym momencie świeciło słońce i padał deszcz. Nagle nad brzegiem pojawiła się potrójna tęcza, a deszcz padał coraz mocniej. Przemoczeni i przewiani, usiedliśmy w lokalnej knajpce, aby coś przekąsić, a następnie trzęsąc się z zimna, złapaliśmy kolejny przeklimatyzowany autobus do Manili.

 

Następny dzień upłynął pod hasłem podróży. Pobudka o 6:00, pakowanie, śniadanie, taksówka na lotnisko (taksówkarz całą drogę wydawał różne dźwięki niezadowolenia, że jest korek, a wydawałoby się, że pracując wManili, powinien się przyzwyczaić), samolot, minivan, łódka, tricykl i jesteśmy na Boracay. Jadąc vanem wzdłuż północnego krańca wyspy Panay z Kalibo do Caticlan, skąd odchodzą łódki na Boracay, przez okno widać powalone słupy elektryczne i połacie lasów palmowych. Niektóre ratanowe budynki stoją teraz pod kątem 45 stopni. Murowane domy wydają się jednak nietknięte, więc ta okolica miała dużo szczęścia podczas uderzenia Yolandy.

 

 Boracay ma jakieś 8 km długości, jest kształtu kości udowej i wzdłuż obu podłużnych części wyspy, ciągną się białe plaże. Docieramy około 13-tej i spędzamy następne 2,5 h, szukając miejsca na nocleg. Hoteli/hosteli/resortów są tu tysiące. Te drogie- nie na naszą kieszeń, supertanie – brudne i śmierdzące grzybem, a te w średnim przedziale cenowym – pełne. Całą drogę towarzyszy nam lokalna pani, z nadzieją, że jeśli wybierzemy jakiś hotel, który nam wskaże, to dostanie komisję. Na szczęście jest lekkie zachmurzenie i udaje się nam porzucić plecaki w jednym z hoteli, bo inaczej byłoby ciężko. Lokalna pani w pewnym momencie nie daje już rady, pot z niej się leje i wachluje się, czym się da. W końcu, już bez „pomocy” pani, znajdujemy ładny hotel, utargowujemy cenę, zrzucamy plecaki i idziemy „zwiedzać wyspę”. Cztery kilometry plaży, zwanej White Beach, wzdłuż różnego pokroju hotele, restauracje i sklepy. Z turystów dominują Koreańczycy i Rosjanie. Ceny może nie jak w Londynie, ale blisko, kuchnia raczej mieszana i gdyby człowiek nie wiedział, że jest na Filipinach, to pewnie by się nie domyślił. Chodząc po plaży, ciągle słyszy się nawoływanie – massage ma’am, pearls, sailing boat, massage… Wiele restauracji i szkół nurkowania ma napisy tylko po koreańsku lub rosyjsku, każdego wieczoru jest muzyka na żywo (niestety typowe zawodzenie do kotleta, czyli różnej jakości covery czego się tylko da). Wieczorem, w barze nieopodal hotelu poznajemy grupkę ludzi, głównie obcokrajowców mieszkających tu od miesięcy (lub lat), którzy wprowadzają nas w niuanseżycia na wyspie. Pierwszy cały dzień na Boracay, to dzień plażowy. Słońce świeci, woda w morzu ciepła, typowe życie kurortowe. Dzień później od rana leje – tropikalne galony deszczu zalewają plażę. Z opalania nici, więc gdy ulewa zelżała, postanowiłyśmy przejść się na drugą stronę plaży, gdzie jest siedziba kitesurferów. Ścieżka, którą obrałyśmy, różniła się diametralnie od tego, co otacza White Beach. Zniknęły kurorty i wykwintne restauracje, zniknęli też turyści – byłyśmy w prawdziwym Boracay. Ukryte po „drugiej”stronie wyspy było całe miasteczko slumsów. Niewielkie, krzywe, drewniane domki z dachem zrobionym z wielu kawałków falowanej blachy, położone wśródwielu błotnistych kałuż, w deszczu wyglądały wyjątkowo mizernie. Na podwórku w kałużach taplały się dzieci i prosiaki. Położona tuż obok plaża, pokryta była śmieciami i gnijącymi glonami. Na pasie, pomiędzy dzielnicą slumsów a plażą, zaczęto stawiać luksusowe wille, które pławią się w oparach ścieków, odprowadzanych parę metrów dalej, grubą rurą prosto do morza.

 

 Na Boracay gdzieniegdzie widać leżące pod palmą lub w rozpadających się chatkach, odizolowanych jednak od reszty slumsów, rodziny pierwotnych wyspiarzy. Jest to plemię Akibo, z wyglądu zbliżone do Aborygenów. Negroidalne rysy, rozjaśnione słońcem loki, tuzin brudnych dzieciaków. Pierwotni właściciele wyspy, zepchnięci przez cywilizację na sam kraniec łańcucha pokarmowego, niżej jeszcze od przyjezdnej biedoty. Ich dzieci nie chodzą do szkoły, z powodu próchnicy szybko tracą zęby i mają rozdęte z głodu brzuszki. Niestety, nie ma tu żadnej lokalnej fundacji, co by wzięła ich pod opiekę. Gdy tutejsze dyskoteki próbują zwabić turystów, twierdząc, że część pieniędzy uzyskana z biletów zostanie przekazana na poczet ofiarYolandy, dzieci Akibo leżą wieczorami nago na piasku pod palmą z wyciągniętą rączką i głodnym wzrokiem. Różnica w tym jednak taka, że o zniszczeniach Yolandy słyszał cały świat, a o nich pewnie nikt nie usłyszy.

 

 Już zapowiadam, że będzie część V, bo dziś wydarzyło się dużo przedziwnych rzeczy, ale potrzebuję dnia lub dwóch, by to opisać.

Pozdrawiam wszystkich, co czytają.

M.

 

 

 

Część V

 

Witam!

Dzień po wielkiej ulewie znów zaświeciło słońce. Rano byłyśmy umówione na nurkowanie do Dive Gurus, szkoły nurkowej poleconej nam przez poznanych tu nurków – Ania postanowiła zobaczyć jak to jest i zrobić nurkowanie wstępne, czyli Discover Scuba. Gdy ona ćwiczyła na płyciźnie, ja korzystałam ze słońca. Na nurkowanie wypłynęliśmy około 11:00, punkt nurkowy to Angol Point, technicznie bardzo łatwe, bo maksimum do dziesięciu metrów. Korale i rybki przepiękne i mogłyśmy zostać pod wodą aż nam się zrobi zimno. Zaraz po zanurzeniu otoczyła nas ławica kolorowych rybek, podpływając dosłownie na kilka centymetrów od maski, woda była przeźroczysta, przez tafle dochodziły promienie słoneczne i widoczność była rewelacyjna. Szkoła nurkowa fajna – nasz instruktor to Chris z Durbanu w RPA (z wykształcenia prawnik!), bardzo sympatyczny i wyluzowany. Po nurkowaniu znów plażowanie, bo trzeba korzystać, zanim znów zacznie padać, po czym postanowiłyśmy wypróbować parasailing, czyli przejażdżkę spadochronem ciągniętym przez motorówkę. Najpierw wywieziono nas kawałek od lądu, potem zmieniłyśmy motorówkę na większą, założyli nam uprzęże, podpięli do spadochronu i unosimy się. Widoki z góry nieziemskie, choć biorąc pod uwagę, że byłyśmy jakieś 30-50 metrów nad wodą, nie jest to sport dla ludzi z lękiem wysokości.

 

Po tej dawce adrenaliny przeszłyśmy się wzdłuż plaży, załatwiając kilka spraw i w drodze powrotnej do hotelu, wpadłyśmy do szkoły nurkowej na kilka piwek z Chrisem. Oprócz niego była tam Suzy – Brytyjka, która zamierza robić jutro Discover Scuba oraz australisjski dziwak Shane, o aparycji wsiowego głupka i twarzy niezmąconej myślą, którego miałyśmy już okazję poznać wcześniej, jako faceta, który środkowy paznokieć lewej ręki pomalowany ma na fioletowo i jak się upije, to sika na innych facetów. Shane należy do grupy ekspatów, czyli białych, co mieszkają tu po kilka miesięcy. Sam przyznaje, że jest nieco prosty, ale szczęśliwy i trzeba przyznać, że uśmiech mu z twarzy nie schodzi, serce ma ze złota, a większość czasu próbuje ludzi rozśmieszać. Poza nim poznałyśmy Freda z RPA, który jest tu od dwóch lat i obwozi grupy Koreańczyków łódką po okolicznych wyspach, Chelsea z Anglii, który od trzech miesięcy rozkręca jakąś fundację dla dzieci z Boracay, ale głównie siedzi w knajpach i imprezje, Fabiana, byłego modela z Niemiec, który pracuje w szkole międzynarodowej jako nauczyciel niemieckiego, kilkoro Angoli, tak nudnych, że nie warto o nich nawet wspominać, Tima z Australii, który robi kurs na instruktora nurkowania oraz Tosh’a – urodzonego w Hong-Kongu – pół Hinusa, pół Taja, który jest tu od trzech miesięcy, non stop się uśmiecha, jakby był na grzybkach halucynogennych, choć twierdzi, że nie, jest kumplem wszystkich, dużo gada, głównie o sobie i teoretycznie robi kurs na żeglarza.

 

 Rano towarzystwo ekspatów wrze. Tosh zniknął. Spakował rzeczy i ewaporował, pozostawiając na wyspie długi w hotelach, restauracjach, przekraczające 4000 funtów. Anglik Tom, któremu Tosh podnajmował łóżko w swoim pokoju, został wyrzucony z hotelu i spędził noc na plaży podczas ulewy. Powoli wychodzi na jaw więcej szczegółów – okazuje się, że Tosh lubi kokainę i jest nałogowym uciekinierem bez płacenia rachunków. Zazwyczaj w końcu komuś udaje się skontaktować z jego ojcem w Hong Kongu, który spłaca długi. Wyspa plotkuje jednak, że tym razem ojcu cierpliwość się skończyła.

 

Od rana znów plażowanie, więc raczej mało ekscytująco, oprócz momentu, gdypodeszła do nas rodzinka z Filipin. Dwie młode dziewczyny, dzierżąc aparat,zapytały – „czy możemy?”, bo to „urodziny tatusia”. Na co stojący obok okrągły tatuś w żółtym podkoszulku, uśmiechnął się od ucha do ucha. Ania podniosła się z ręcznika, by przejąć aparat, na co córeczki ostro zaprotestowały, dając nam do zrozumienia, że to my mamy być na zdjęciu z tatusiem. No i obfotografowały nas stojące po obu jego bokach – w końcu to jego urodziny.

 

We wtorek rano ponownie nurkowanie – tym razem głęboko schodzimy do wraku statku Camea. Woda błękitna i widoczność jest rewelacyjna. Powoli zanurzamy się przy linie. Na 25 metrach puszczamy linę i płyniemy przed siebie.Chwilę później ukazuje nam się zarys wraku. Jesteśmy pierwszymi nurkami, spokojnie opływamy statek, podziwiając porastające go korale i pływające wokół ryby. Po raz pierwszy w życiu przestaję koncentrować się na oddechu i totalnie oddaję się chwili. Podwodny świat wciąga ilością kolorów, mnogością form życia i cudowną ciszą. Niestety chwilę później ze wszystkich stron zaczynają podpływać grupy nurków i robi się tłoczno. Wpływamy do maszynowni i zapalamy latarki – silniki pokryte są grubą warstwą korali. Opływamy dookoła statek, aż robi się zimno i po czterdziestu minutach powoli wynurzamy się na powierzchnię. Stopniowo robi się cieplej, jaśniej i zaczyna dobiegać do nas odgłos silników. Podwodne królestwo zostawiam za sobą i wracam do rzeczywistości.

 

 Jude, pan pracujący w naszym hotelu, pojawia się po dwóch dniach nieobecności i wygląda na strapionego. Pojechał na wyspę Panay (tuż poniżej Boracay) do rodzinnej wioski. Opowiada nam, że jego osada została mocno zniszczona przez Yolandę i że ludzie zaczynają głodować. Pytamy o pomoc międzynarodową lub z Manili – bo wszędzie widać zbiórki ubrań, ryżu. Jude odpowiada, że żadna pomoc do nich nie zmierza – wszystko przeznaczonejest na najbardziej zniszczony Tacloban. I znów okazuje się, że media kreują rzeczywistość. Wioski Jude w telewizji nie pokazali, więc pomocy nie będzie i ludzie muszą sobie dawać radę sami.

 

Nasz instruktor ze szkoły nurkowej, powiedział nam jak dotrzeć na lokalny market rybny. Idziemy wieczorem wybrać kolację. Pada na kalamary i rybę -red snapper. Dogadujemy cenę i niesiemy towar do jednej z pobliskich knajp, gdzie rybę i kalamara przyrządzają według naszego uznania. Następnego wieczoru próbujemy trzech rodzajów małży – w sosie z białego wina, w sosie curry, w słodkim chilli oraz kolejną rybę o nieznanej nazwie.

 

Nasz ostatni dzień na Boracay to ponowne nurkowanie – tym razem płytko i na rafie – udaje nam się zobaczyć dwa żółwie i setki kolorowych ryb. Resztędnia spędzamy na plaży i o zachodzie słońca już tradycyjnie idziemy do Dive Gurus na sunset beers. Pożegnalny obiad jemy w grupie znajomych w lokalnej restauracji zwanej Smoke (Dym), co idealnie pasuje, bo kuchnia jest w tym samym pomieszczeniu gdzie stoły. Pojedyncza sala jest gęsto zasnuta biało-szarym dymem i skroplona wodą z tłuszczem. Jedzenie za to znakomite -zamawiamy siedem różnych dań, mięsnych i wegetariańskich, by zadowolić wszystkich i każdy wybiera sobie, co chce. Po obiedzie pożegnalne drinki z grupą ekspatów, z którymi przez te kilka dni udało nam się zaprzyjaźnić.

 

Ostatni dzień podróży to jedna wielka przeprawa z Boracaydo Cebu. Tricykl, łódka, van, samolot z Kalibo do Cebu, taksówka, spacer po Cebu i obiad w Paolito’s Sea food House, ponownie taksówka i powrót na lotnisko.

 

Filipiny wspominać będę dobrze, bo ludzie są serdeczni i ufni, jedzenie jest super, widoki zapierające dech w piersiach, rajskie plaże, a morze ciepłe i błękitno-turkusowe. Jest to kraj wielu kontrastów, absurdów i podobnie jak w innych krajach południowej Azji, setek ludzi, których praca polega na przerywaniu na pół papierka, który sprzedał ktoś inny. Jest to kraj, w którym każdy turysta witany jest (po sto razy dziennie) okrzykiem”yes ma’am” lub „yes sir”, a czasami dla ułatwienia „yes maamsir” lub „yes daddy” (choć to głównie dla specyficznej grupy i w bardzo określonym celu). Kraj pełen kościołów i ladyboyów, którzy są w pełni akceptowani przez społeczeństwo. Kraj wulkanów, trzęsień ziemi, tajfunów, który mimo wszystko zdecydowanie warty jest odwiedzenia.

 

Marta Sowa

 

 

newsletter

newsletter

syberia

" Drugiego dnia podróży, do naszego wagonu wsiadła spora ekipa rosyjskich poborowych. Oprócz tego, że w mundurach i z wiktem i oprzyrządowaniem wojskowym, to niewiele się wyróżniali. Oczywiście..."

więcej

syberia

"Jedziemy, jedziemy (...) . Nikt się za specjalnie nie integruje, turystów nie ma w naszym wagonie w ogóle. Za to klimat robią rosyjskie hity ludowe lecące z nieściszanego głośnika. Wziąłem ze sobą swoją muzykę, ale w tym pociągu chyba jej nie posłucham..."

więcej

SONY DSC

"Idąc do kolejnych świątyń, przyłączyli się do nas tubylcy, oferując pomoc w oprowadzaniu. To bardzo powszechne...Jeden chłopiec jednak zrobił na mnie wrażenie. Nie wiem, ile mógł mieć lat, może 10-12, świetnie mówił po angielsku i francusku...."

więcej

zdjęcia45

System szkoły togijskiej różni się bardzo od systemu polskiego szkolnictwa. Jest on na pewno na dużo niższym poziomie, ale na tyle, na ile „potrafi”, tak sobie radzi. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, by dzieci w Afryce miały dostęp do szkoły...

więcej

afryka2

Wyprawa do Afryki - czyli Muzungu wokół Jeziora Wiktorii - CZĘŚĆ II. Kolorowy kurz dalej wdzierał się przez brakujące szyby i malował wszystkich pasażerów, zwłaszcza tych siedzących z przodu. Zęby od tego zgrzytały, a ślina przybierała gęstość czekolady...

więcej