Kolumbia – Kraj rdzennych Indian

 

KOLUMBIJSKA ODMIENNOŚĆ

 

 

Część I

 


Witam wszystkich!

 

          Od pięciu dni podróżuję po Kolumbii. Jako, że Azja powoli zaczęła mi się nudzić, a zawsze z zapałem wspominałam mój pobyt w Peru i Boliwii, postanowiłam dla odmiany po raz kolejny w życiu zanurzyć się w latynoskie klimaty. Pierwszy przystanek to Bogota. Jedyną przewagą stolicy nad innymi miastami, jest posiadanie międzynarodowego lotniska – gdyby nie to,  większość turystów pewnie by tam nie zajrzała. Bogota położona jest na 2600 m.n.p.m. i wiecznie spowita jest chmurami. Miasto nieprzemijającej wiosny, jak mawiają miejscowi. Stare miasto nie zachwyca – kolonialne domki są, ale jest ich niewiele, w dodatku część w dużej potrzebie szybkiego odrestaurowania. Centralny plac – Plaza de Bolivar, wylany jest betonem, bez skrawka zieleni, za to ulany gołębiami i ich wydzielinami. Katedra też nie zachwyca, choć niektóre inne kościoły na starym mieście powalają na kolana. Tak naprawdę jedynym, innym miejscem wartym zwiedzenia jest Muzeum Złota, które posiada setki eksponatów z poprzednich 3000 lat. Moj pierwszy dzień w Bogocie nie odbył się bez przygód – około południa próbowałam wybrać pieniądze z bankomatu, ale bez powodzenia. Jeden bankomat, drugi, piaty i nic. Na szczęście udało mi się znaleźć lokalny oddział mojego banku, gdzie weszłam z lekką paniką w oczach i powiedziałam pani, że karta nie działa. A pani na to, czy poinformowałam bank o wyjeździe do Kolumbii, bo jeśli nie, a karta była już użyta ( była na lotnisku), to pewnie zablokowali. Połączyła mnie z Anglią, gdzie zaiste okazało się, że kartę zablokowali, by zabezpieczyć moje fundusze i niechybnie popsuć mi urlop. Po półgodzinnej rozmowie i nerwowym przypominaniu sobie kodów dostępu, których nigdy nie używałam, pani obiecała mi, że karta została odblokowana, poszłam wiec do bankomatu…. i nic.  Na szczęście pani w banku posłużyła pomocą i pozwoliła mi wybrać zwariowane ilości gotówki, posługując się polskim prawem jazdy (paszport był w hotelu) i odciskiem palca. Jak widać, kiedy trzeba to jednak można.

 

     

            Drugiego dnia pobytu, celem ucieczki z szarej stolicy wraz z parą poznanych dzień wcześniej Amerykanów i pewnym Angolem, udaliśmy się to Zipaquiry, gdzie mieści się kopalnia soli, a w niej katedra. Dojazd na miejsce pozwolił nam zakosztować uroków lokalnego transportu – tłoku i korków w tym 7 mln mieście. Ale mimo to poszło sprawnie. Potem 30-minutowy trekking do katedry – dwie godziny spędzone pod ziemią, wliczając w to prawie godzinne doświadczenie, jak to jest być górnikiem, czyli chodzenie w kaskach i bez czołówek po ciemnych korytarzach. Następnie obiad w lokalnej knajpce i powrót do Bogoty. Wieczorem jeden z hosteli na starym mieście organizował kurs salsy, więc poszliśmy – nie dziwię się teraz, że taki taniec jak salsa nie powstał w Europie. Nikt z obecnych białasów nie potrafił tak kręcić tyłkiem, jak nasz latynoski instruktor. Czym dalej w las, tym nasze podrygi wyglądały żałośniej, aby nadać ciałom giętkości, wspomagaliśmy się dużymi ilościami piwa. Instruktor nie był jednak zachwycony.

 

         

           Wieczorem na miejsce dotarła Magda, poszłyśmy na grupowe piwo a potem spać, by następnego dnia z rana wybrać się w ośmiogodzinną podróż do San Gil, w rejonie Santander. Reszta będzie później, bo póki co głód skręca i słońce praży.

Marta

 

 

 

 

 

Część II

 

Witam ponownie!

 

          Ostatni mail zakończyłam na wyjeździe z Bogoty. Tyle się wydarzyło od tego czasu. Ale po kolei. Autobus do San Gil wygodny, bilety kupuje się na dworcu, żadnych koników czy oszukiwania. Na dworzec dotarłyśmy po 8:00 rano i za 20 minut był autokar. Droga kręta i górska, wiła się zakrętami, a za oknem cudowne widoki zielonych lasów, pięknych przełęczy z wijącymi się w dole rzekami. Po 16:00 byłyśmy na miejscu. Hostel znalazłyśmy bez problemów i udałyśmy się na zwiad miasta. San Gil to urocza mieścina, położona na zboczu wzgórza i przedzielona na pół rzeką. Pośrodku miasta znajduje się plac Bolivara z obowiązkową katedrą. Wieczorem miasto wyludniło się, ale znalazłyśmy jakąś restaurację i wypiłyśmy lokalne piwo. Następnego dnia z rana zjadłyśmy szybkie śniadanie z resztek pozostałych z dnia poprzedniego, zakrapiane chińską herbatką znalezioną w szafce pt. „rzeczy darmowe”, a następnie udałyśmy się na dworzec lokalnych autobusów i pojechaliśmy do Barichary. To jedno z najpiękniejszych miast kolonialnych w Kolumbii. Białe domki z czerwonymi dachami ciągną się wzdłuż wąskich, wyłożonych kamieniami uliczek. Lokalesi uprzejmi, z leniwymi uśmieszkami i flaszeczką piwa w ręku siedzą przy domach i się relaksują. Taki mały raj na ziemi. Zakupiłyśmy i objadłyśmy się lokalnymi serami, które są lekko niedojrzale i nadal pachną krową. Po południu wróciłyśmy do San Gil i przeszłyśmy do  mini wodospadu Pozo Azul, gdzie miejscowi  moczą się w niedzielne popołudnia, aby chwilkę popływać i się ochłodzić. Jako, że na miejsce trzeba było dojść piechotą wzdłuż drogi, dostałyśmy pozdrowienia klaksonem od każdego kierowcy ciężarówki i okrzyki z okna od przejeżdżających policjantów . Już od południa bolał mnie brzuch, Magdę również, co wczesnym popołudniem skończyło się na kilku wizytach w toalecie. Zwaliłyśmy to na resztki spożyte na śniadanie, że niby nie były już takie świeże. Wieczorem w towarzystwie nowopoznanego Kanadyjczyka, poszliśmy na kolację do lokalnej restauracji, gdzie za 15 PLN zjadłyśmy obiad z trzech dań, a następnie udałyśmy się na Plaza de Bolivar, gdzie zgromadziło się pół miasta. Wszyscy  stali i pili piwo, była sobota, wieczór. Dołączyłyśmy więc do tej miłej, sobotniej praktyki.

           Drugiego dnia z rana, poszłam szybko do kuchni, bo coś mi nie grało z tą chińską herbatą z dnia wczorajszego. Wyjęłam pudełko, spojrzałam a tu proszę – chińska herbatka dietetyczno-przeczyszczająca, idealna po obfitych posiłkach. I tak zemsta Kolumbijczyka okazała się zemstą Chińczyka, a nasze brzuchy powróciły do normy! Następnie znów lokalnym busem pojechałyśmy do wodospadu Cascada de Juan Curi – co ma niby 180 metrów wysokości. Wysiadłyśmy przy drodze i przez fermę królików, koni i indyków przeszłyśmy  20 minut pod górę, do podnóży wodospadu. Jeszcze tylko trzeba było wspiąć się na czterometrową kamienną ścianę i byłyśmy przy oczku wodnym, do którego wpada wodospad. Na miejscu tylko Kolumbijczycy, żadnych turystów oprócz nas. Wykąpałyśmy się, porobiłyśmy zdjęcia i postanowiłyśmy wracać. Schodząc w dół kamiennej ścianki, tuż u podnóża jakiś lokalny pan tak bardzo chciał mi pomóc w zejściu i potrzymać za rękę, że zdecydowałam się zeskoczyć z 30 m. i bosymi stopami wylądowałam na pokrytych glonami kamieniach i przewróciłam się, jak długa na plecy. Muszę przyznać, że impet był taki, że przez chwilę zastanawiałam się, czy jeszcze wstanę. Ale jakoś się udało. Nogi się ruszają, choć krzyż boli niemiłosiernie przy każdym ruchu. Powrót do miasta już bez większych emocji. Popołudnie leniwe, bo na dworze szalała burza z piorunami, a o 19:30 miałyśmy autokar nocny do Cartageny. W drodze na dworzec udało mi się spaść z trzech krawężników, co nie pomogło na kręgosłup, ale dostarczyło Magdzie sporo radości. Około 20:00 zaopatrzone w bułki i lokalny ser, w strumieniach deszczu i błyskach piorunów za oknem wyruszyłyśmy do Cartageny. Ale o tym następnym razem.

Marta

 

 

 

 

 

 

 

Część III

 

Witam!

            Jako, że mam kilka dni zaległości, postaram się teraz nadgonić z pisaniem. Autobus do Cartageny wyruszył w środku burzy. Siedzeń było około trzydziestu, rozkładane tak, że siedziało się wygodniej niż w samolocie. Jako, że było ciemno, wszyscy od razu poszli spać. Po jakichś trzech godzinach podróży, kierowca postanowił wzbogacić ofertę, puszczając na pełen regulator film – Avatar – bite 2,5 godziny krzyków po hiszpańsku. Klimatyzacja rozkręcona była na max, więc spałyśmy w długich spodniach, skarpetkach, bluzkach termicznych i pod kocami. Para Niemców za nami spała w kurtkach z kapturami zaciągniętymi szczelnie na głowy. Reszta nocy bez emocji. Około 9:00 byliśmy u wybrzeży morza karaibskiego. Część ludzi wysiadła w kierunku na Santa Martę, my ruszyłyśmy dalej. Jeszcze w San Gil, pytając, o której dojdziemy, otrzymałyśmy odpowiedź, że tak między 8:00 a 10:00, tymczasem o 11:00 ledwo doczłapaliśmy się do Barranquilli, gdzie kazano nam się przesiąść (nasze plecaki zostały przesadzone długo przed nami) i wyruszyć w kolejną dwugodzinną podróż do Cartageny. Już na miejscu taksówka do centrum (następne 45 minut w korkach) i około 14:00 dotarłyśmy dopiero na miejsce.

 


             

         Cartagena jest pięknym miastem kolonialnym. Większość starego miasta jest odnowiona. Domki są w różnych odcieniach radosnych kolorów, od bieli przez żółć i pomarańcz, do błękitów z kontrastującymi drewnianymi balkonami, obwieszonymi paprociami i kolorowymi kwiatami. Z murów obronnych starego miasta roztacza się widok na morze i nową Cartagenę, która jest mieszanką drapaczy chmur – biurowców i apartamentów. Mieszkańcy Cartageny różnią się dużo od mieszkańców Bogoty – w stolicy dominują Latynosi, tu Kreole, Mulaci i Murzyni. Wszyscy bardzo przyjaźni i uśmiechnięci, ale podobnie jak w pozostałych miejscach, prawie nikt nie mówi po angielsku. Wieczorem spotkałyśmy się z Amerykanami poznanymi w Bogocie i poszliśmy na obiad i zimne piwo. Chłopaki uparli się, że znajdą dobrą cevicherię, więc z mapą w ręku wyruszyli przodem, my grzecznie za nimi. Po około trzydziestu minutach, gdy po raz trzeci przechodziliśmy przez ten sam plac, przejęłyśmy mapę i wkrótce udało się nam znaleźć jakieś dogodne miejsce na wieczorny posiłek. Następnego dnia z rana w towarzystwie Davisa i Mike’a (Amerykanie), poszliśmy do fortecy San Felipe, która mimo, że dużo sobie liczy za wstęp (10 USD), to daje możliwość zobaczenia panoramy miasta. Jako, że wyruszyliśmy po 8:00, przed 10:00 forteca była zwiedzona. Pogoda była wykwintna, postanowiliśmy więc popłynąć na Playa Blanca – najpiękniejszą plażę przy Cartagenie. Na nabrzeżu zaczepili nas jacyś naganiacze i chwilę później wraz z dwudziestoma innymi osobami, siedzieliśmy na motorówce. Droga na plażę bez emocji, 45 minut i byliśmy na miejscu. Złocisty piasek, turkusowa woda, pelikany nurkujące po zdobycz, trzy godziny pełnej rozpusty. O 2:30 odchodziła łódka powrotna do miasta. Już przy wsiadaniu ludzie rzucili się jak dzicy, walcząc o miejsca. Na nic się to nie zdało, bo wiatr był porywisty, dach złożony i przy każdej fali wszyscy zalewani byli wiadrem zimnej wody. Z początku motorówka płynęła wolno, co oprócz mokrego prysznica, nie niosło ze sobą więcej konsekwencji. Po jakichś 20 minutach wypłynęliśmy na pełne morze, sternik odpalił silniki i zaczęła się walka z falami, łódką rzucało z lewa na prawo, w górę i w dół.

 

 

           

             Z tłumu raz po raz wydobywał się krzyk, a tuż po nim nerwowy chichot. W pewnym momencie z lewej burty podeszła nas ponad dwumetrowa fal. Koniec końców przeżyliśmy, łódka się nie wywróciła i szczęśliwie dopłynęliśmy do brzegu, a kto przed podróżą był niewierzący, to się nawrócił. W nagrodę za przeżycie zaserwowaliśmy sobie dotychczas najlepszy posiłek w Kolumbii – zupę warzywną, ceviche (surowa ryba z limonką i cebulą) oraz filet rybny plus świeżo wyciskany sok z owoców w malutkiej restauracji w centrum miasta, prowadzonej przez pewną lokalną rodzinę. Wieczorem znów piwo, tym razem jeszcze w towarzystwie Anglika Paula i Rosjanki Tatiany, która była zaprzeczeniem stwierdzenia, że Rosjanki są ładne, za to miała czelność powiedzieć mnie i Magdzie, że obie wyglądamy na Rosjanki. W odwecie, gdy Tatiana zapytała mnie, czy wygląda na Polkę, odparłam, że co jak co, ale na Polkę to ona nie wygląda. I tym nacjonalistycznym akcentem żegnam wszystkich do jutra.

 

Marta

 

 

 

 

Część IV 

 

Witam!

 

            Trzeci dzień w Kartagenie upłynął nam pod znakiem kąpieli błotnych. Z rana wraz z Amerykanami i Anglikiem, wyruszyliśmy do Volvan de Lodo el Totumo. Na miejscu czekał nas mikro-wulkanik, wielkości przerośniętego kopca termitów, czyli około 10 metrów. Na szczycie błotniste bajorko o wymiarach ok 2,5×2,5 metra z tuzinem wymazanych błotem ciał zanurzonych po szyję. Między nimi lokalni panowie robili tzw. masaż, czyli wygniatali ubłocone ciała i przepychali je z miejsca na miejsce. Błoto jest ciepłe i gęste. Zanurzony w środku człowiek lewituje jak spławik, przy czym nie da się zanurzyć głębiej niż do wysokości pach. Jeśli ktoś się przechyli i wyporność wypchnie do góry tyłek, to potrzeba pomocy paru osób, by znów powrócić do pozycji spławika. Poruszanie się z miejsca na miejsce zajmowało dużo czasu i wiązało się z nie lada wysiłkiem fizycznym. Jak już się cali umazaliśmy błotem, to czwórka lekarzy z naszej piątki ku lekkiemu zaniepokojeniu Paula, zaczęła się błotkiem strzelać i taplać, chichrając się jak dzieci. Czasem myślę, że ten zawód zdecydowanie ogłupia. Po godzinie kazali nam wychodzić. Przy wyjściu lokalny pan wycisnął każdego z błota i ruszyliśmy się obmyć do pobliskiego jeziora. Tam już czekały lokalne panie (tak dla odmiany) z wiadrami, gotowe pomóc w myciu, zwłaszcza panom i zwłaszcza poniżej pasa.
              Już czyści zostaliśmy wywiezieni na plażę na lunch, który w naszym przypadku składał się z chleba ze świeżym serem, owoców boroja, pitaya i bananów. Boroja jest bardzo gęste i smakuje jak nieposłodzona śliwka węgierka, z dużą ilością pestek wielkości soczewicy. Pitaya to żółta odmiana spotykanego w Azji i Ameryce dragon fruit, z białym słodkim miąższem i malutkimi, czarnymi pestkami. Wieczorem znów jedzenie i picie i zwiedzanie okolicznych lokali, gdzie wiekowi Kolumbijczycy siedzą, paląc cygara i popijając piwko.

 

 

        Następnego dnia rano, po leniwym poranku wyruszyliśmy w pięciogodzinną podróż minibusem do Tagangi. Jest to mała nadmorska miejscowość, jakieś 15 minut drogi od Santa Marty. Położona w uroczej zatoczce, składa się z czternastu ulic i dwóch przecznic. Większość życia toczy się przy plaży, gdzie miejscowi są równie liczni, jak i przyjezdni. Po znalezieniu hostelu, udało nam się pójść jeszcze na plażę i dwie godziny wygrzać się na słońcu. Kolejny dzień w Tagandze upłynął nam pod znakiem nurkowania. O 8:00 rano pojawiłyśmy się w szkole nurkowej, gdzie dobrano nam pianki (5mm długie rękawy i nogawki), gumowe buty i gumowe czapeczki, bo woda podobno zimna. O 9:00 wypłynęliśmy w morze. Woda w zatoce spokojna, za winklem pojawił się wiatr i fale. Razem z nami oprócz instruktora Jahani’ego nurkował też 60- letni Anglik, Malcolm, który dopiero co zrobił licencje, ale że ma jacht oraz dużo na nim pływa i często jest okazja do nurkowania, to postanowił nauczyć się nurkować. Rafy koralowe w tej części morza karaibskiego nie są tak kolorowe, jak np. w Morzu Czerwonym, ale za każdym zejściem pod wodę widzi się coś nowego, np. konika morskiego, czy węgorzowate stworzenia, zwane tu morena de arena, które siedziało zakopane w piasku. Po krótkiej przerwie na lunch, na stałym lądzie drugie nurkowanie i powrót do Tagangi. Jahani pokazał nam lokalną restaurację z rybami i owocami morza, gdzie po nurkowaniu poszliśmy się zastołować i gdzie pójdziemy i dziś. Wczorajszy dzień upłynął nam na leżeniu na plaży, pływaniu i jedzeniu. Podobne plany mamy na dzisiaj. Każdy dzień rozpoczynamy od kubka świeżo wyciśniętego soku z owoców. Wczoraj na lunch jadłyśmy koktajl z krewetek – krewetki lekko sparzone w sosie pikantnym pomidorowym, ze świeżą cebulką drobno posiekaną, rewelacja. Ale nie będę zanudzać plażą i jedzeniem. Jutro ruszamy do parku narodowego Tyrona, by spędzić trzy dni, śpiąc w hamakach pod palmami. Odezwę się jak wrócę. Tymczasem pozdrawiam wszystkich serdecznie i dziękuje za maile. Jak ktoś ma jakieś pytania dotyczące Kolumbii, to proszę pytajcie.

 

Marta

 

 

 

 

Część V

 

Witam!

 

               Po trzech dniach spędzonych na pograniczu plaży i lasu tropikalnego w Parku Narodowym Tyrona, powróciliśmy do rzeczywistości. Ostatni dzień w Tagandze upłynął nam na planowaniu wraz z połową społeczności Tagangi – plaża w Kolumbii to miejsce bujnego życia społecznego. Przychodzą całe rodziny wraz z psami (Kolumbijczycy ubóstwiają swoje czworonogi!), panie tańczą salsę, chłopaki urządzają sparingi bokserskie, ktoś gra na gitarze, inni podśpiewują. Wieczorem znów poszliśmy do „naszej” restauracyjki, gdzie właściciel Yani, który pochwalił nam się, że już wie, że jesteśmy z kraju Karola Wojtyły i Lecha Wałęsy, upichcił nam cevichę.
Podróż do Parku Narodowego rozpoczęła się od rozkraczonego autobusu. Nie dość, że napchano pięcioro turystów ponad limit, to ledwo wyjechaliśmy z Santa Marty i pojechali do supermarketu na ostatnie zakupy, to minibus umarł. Kierowca, co prawda próbował coś zmajstrować śrubokrętem, wszedł nawet pod podwozie, stukał w coś i dyszał, ale koniec końców poddał się i zadzwonił po mechanika, który w przeciągu kilku minut przywrócił busa do życia. Do parku Tyrona jechaliśmy nieco ponad godzinę. Przy wejściu strażnicy parkowi zaczęli zabierać ludziom plastikowe torebki, ale tylko te, co były na widoku, że niby nie wolno wwozić do parku (a jak w parkowym sklepiku się coś zakupi to w czym dają? W plastikowej torebce?). Opłata za wstęp, zaobrączkowanie, powrót do busa, który podwiózł nas na parking, a stamtąd już na piechotę dalej. Wokoło las tropikalny z palmami pełnymi kokosów, mangowcami, kaktusami i śpiewem ptaków w tle. Po prawie dwóch godzinach trekkingu, z czego jakieś pół godziny wzdłuż plaży i wzburzonego morza, dotarłyśmy do Cabo San Juan de Guia – naszej noclegowni. Wzięliśmy sobie po hamaku – dwa z rzędu około 30 wiszących koło siebie pod palmowa strzechą.

 

 

 

               Po południu spacer po plaży, gdzie każda rozciąga się nad małą zatoczką, utworzona z wielkich głazów, dzięki czemu fale rozbijają się i wymierają kilkadziesiąt metrów przed dotarciem do plaży. Wieczorem obiad i kilkanaście rund w karty z parą z Holandii, Sarą i Ingmarem, których poznałyśmy w busie oraz z Tonym, Sarah i Simonem z UK/Australii, którzy na co dzień mieszkają w Bogocie i nauczają angielskiego dla British Council. Następnego dnia postanowiłyśmy wraz z Anglo – Australią zrobić mały trekking to, tzw. pueblocito. Okazał się on niemalże wspinaczką skałkową, bo trasa przecinała jaskinię przepaścią i musieliśmy się wspinać na okrągłe kamloty wielkości 3×4 metry, z których ześlizgniecie się wiązało się ze spadkiem w kilkumetrową szczelinę. Po ponad godzinie pełzania, wspinania się i bycia wciąganym, dotarliśmy do ruin starożytnej cywilizacji znajdujących się pośród tropikalnej puszczy. Pomiędzy kamieniami siedziała mała indiańska dziewczynka i sprzedawała chłodzoną colę. Po małym odpoczynku ruszyliśmy tą sama trasa w dół (co okazało się tylko ciut prostsze), ale z myślą, że u podnóży góry czeka nas lunch, zimna kąpiel i zimne piwko. Popołudnie upłynęło na relaksie, plaży i kartach oraz wpatrywaniu się w rajskie widoki roztaczające się przed nami. Zmrok zapada tu po 18-tej, więc około 22:00 wszyscy idą spać. Śpimy w rzędach około 30-tu hamaków tak, że jak ktoś się mości na swoim, to hamak obok się kołysze. W nocy roznoszą się dźwięki ryczących osłów, a od piątej drącego się koguta. To ptaszysko jest na tyle wredne, że codziennie około 6:00 przechadza się między hamakami, wskakuje na plecaki i pieje, póki ktoś się nie przebudzi, na tyle, by go przegonić. Pogoda w parku raczej średnia, wilgotno, ale przez większość dnia niebo zakryte jest chmurami, a morze wzburzone na tyle, że gdyby nienaturalne zatoczki, to nie dałoby się pływać. Trzeciego dnia w parku w ramach relaksu, obeszłyśmy wszystkie dostępne plaże i zrobiliśmy mały trekking w dżungli, celem wypatrzenia innego futrzaka niż obrośnięty turysta. Niestety, póki co ilość gatunków wypatrzonych zwierząt nie jest imponująca, widziałyśmy jednak pająki wielkości dłoni (wliczając w to nogi), 15-to centymetrowe patyczaki, niezliczone ilości motyli, piaskowe kraby na plaży i błękitne w głębi lasu gekony (pod prysznicem) i jaszczurki.
               Nasz ostatni dzień w Tyronie powitał nas przepiękną pogodą, więc spędziłyśmy dzień na plaży, grając w freezbie z poznanymi ludźmi. Dwugodzinny trekking przez las tropikalny doprowadził nas do cywilizacji i busikiem powróciliśmy do Tagangi, gdzie czekał na nas prysznic z drzwiami, łóżko, co się nie rusza, dobry obiad i… pobudka przez koguty o szóstej rano. Dziś wybieramy się do Santa Marty. Jutro Magda powraca do Polski, a ja ruszam na pięciodniowy trekking do Ciudad Perdida.
Pozdrawiam serdecznie

Marta

 

 

 

 

 

 

Część VI

 

Witam ponownie!

               W środę po południu wynurzyłam się z dżungli po pięciu dniach chodzenia pod górę i z górki, w sumie na dystansie 46.6 km. Trasa do Ciudad Perdida, czyli zaginionego miasta prowadzi przez wilgotne lasy tropikalne przecinane od czasu do czasu uprawą kawy (które rząd popiera) lub koki (które rząd próbuje zwalczać). Dojazd na początek szlaku zajął nam ponad dwie godziny. Po zapoznaniu się z grupą (mała, bo tylko siedem osób, ale jest tzw. poza sezonem) i przewodnikiem Edwinem oraz lunchu, około drugiej wyruszyliśmy w pierwszą ośmiokilometrową trasę. Nasza grupa składała się z pary amerykańskich prawników – Julie i Willa, młodego Amerykanina Davida, Anglika Tony’ego, taksówkarza z Włoch – Oscara i 70-cio letniego Niemca, Wernera z chorobą serca i na lekach przeciwkrzepliwych, który nie mówił ani po angielsku ani po hiszpańsku, więc nasze rozmowy z nim ograniczyły się do „gut?”, „ja gut”. Trasa z początku szeroka i błotnista, wiła się tysiącem zakrętów wpierw parę kilometrów pod górę, potem parę kilometrów w dół i tak ponownie. Aby podwyższyć stopień trudności, co jakieś sto metrów trasa usiana była plackami osłów i mułów, na których przy odrobinie nieuwagi można się było poślizgnąć. Z początku było gorąco i wilgotno, po około dwóch godzinach wilgotność przekroczyła 100% i dalej maszerowaliśmy już w rzęsistym deszczu. Co kilka kilometrów przystawaliśmy na odpoczynek i posiłek z pomarańczy, bananów i arbuza. Po drodze jeszcze krótka przerwa na pływanie w rzece i około 17:00 po czterech godzinach trekkingu, dostaliśmy się do pierwszej bazy. Towarzysząca nam kucharka Diana szykowała już posiłek, a my zrzuciliśmy plecaki i rozlokowaliśmy się na hamakach. Po osiemnastej było już ciemno, więc po obiedzie przy świecach, graliśmy w szarady polegające na rozpoznawaniu tytułów filmów, dopingując się lokalnym rumem. Pierwszej nocy wytrwaliśmy aż do 20:00.
               Pobudka po szóstej. Wrzuciliśmy na siebie mokre ciuchy, bo przy tej wilgotności nic nie schnie i około ósmej ruszyliśmy dalej. Dzień drugi jest dniem relaksu, raptem cztery godziny marszu i już w porze lunchu byliśmy na drugim kempingu. Znów pływanie w rzece i relaks. Wieczorem nasi przewodnicy ostro dali popalić, pijąc i drąc się do drugiej nad ranem. Nasz główny przewodnik Edwin, który pracuje w tym zawodzie od 18 lat, w 2003 roku zasłynął, gdy ośmiu z trzynastu prowadzonych przez niego turystów zostało porwanych przez bojowników Guerilla i przetrzymywanych przez trzy miesiące w niemiłych warunkach. Edwin, który nie został porwany, opowiadał o tym z takim zapałem, że mimo woli nasuwała się myśl, jaki dokładnie miał on udział w tym porwaniu. Teraz okolice Ciudad Perdida są bezpieczne, a wzdłuż Sierra Nevady porozrzucane są bazy wojskowe. Trzeciego dnia z rana trasą, która nagle zamieniła się w leśną ścieżkę usianą kamieniami i korzeniami oraz błotnistymi zjeżdżalniami, dotarliśmy do ostatniego kempingu u podnóża zaginionego miasta. Po drodze czekały nas dwie przeprawy przez rzekę, po kolana w wodzie, co w przypadku niektórych skończyło się kąpielą w wodzie. David, przechodząc przez rzekę, stracił równowagę, zgubił buty, wywrócił się do wody z całym plecakiem, co leżący na drugim brzegu lekko skacowany Edwin skomentował – ej gringo, co ty w tej rzece robisz? złota szukasz? Po lunchu, jako że pogoda sprzyjała – czyli nie lało, jeszcze ruszyliśmy do zaginionego miasta. Dwudziestominutowy trekking po zboczach skalnych ledwie szerokości stopy (nie dla ludzi z lękiem wysokości), kolejna przeprawa przez rzekę – tym razem bujającym się mostem i dotarliśmy do podnóża 1200 stopni, które zaprowadzić nas miały do Ciudad Perdida. Wspinaczka była monotonna, ale nie za długa, niestety nasz przewodnik zapomniał powiedzieć, że jak już dotrzemy do pierwszych tarasów zaginionego miasta, to czeka nas jeszcze kolejne tysiąc stopni by zobaczyć resztę. Ciudad Perdida rozciąga się na obszarze ponad 2 km2, do 1600 roku było centrum kultu dla ludu Tyrona, który został wybity przez Hiszpanów i przyniesione przez nich choroby. Obecnie są to porośnięte trawą tarasy, w miejscach, gdzie kiedyś stały domy i świątynie. Powyżej najwyższego tarasu znajduje się baza wojskowa postawiona tam po porwaniach z 2003 roku, by „chronić” turystów. Przez trzy miesiące znudzeni żołnierze wysiadują w zaginionym mieście i raz lub dwa razy dziennie gapią się na małe grupki turystów, które z kolei gapią się na nich. Żołnierze prowadzą mały sklepik, w którym niestety było tylko piwo, a na nie nikt nie miał ochoty, bo przed nami był jeszcze powrót na dół. Po pół godziny gapienia się na siebie, gdy postanowiliśmy wyruszyć z powrotem do kempingu, jeden z żołnierzy krzyknął za nami z żalem – „mogliście chociaż coś kupić!!!” Cóż, jak nie ma już bojówek Guerrila, jakoś trzeba wypełniać wolny czas.

 

 

 

            Droga powrotna pobiła wspinaczkę pod względem trudności. Wąskie schodki, na których ledwo mieściła się stopa, były mokre i porośnięte mchem. Każdy krok wymagał wysiłku i precyzji. Schodziliśmy wpatrzeni w ziemię, mięśnie łydek naprężone, ręce wyciągnięte na boki, by utrzymać balans. Jakieś 200 schodków przed końcem poślizgnęłam się i upadlam, dziarsko wstałam, przeszłam kolejne dwadzieścia stopni i pofrunęłam z łomotem. Tym razem już nie wstałam, tylko usiadłam, by odpocząć, bo choć do podnóża zostało nieco ponad sto stopni, nie zamierzałam pokonać tego jednym krokiem. Werner, nasz 70-cio letni Niemiec, też się wywrócił, sturlał się z kilkunastu schodków, wszyscy pomyśleli, że połamał biodra, ktoś krzyknął „Werner gut????”, na co on uniósł kciuk do góry, odpowiedział, ” ja, gut”, spionizował się i umazany błotem pomaszerował dalej. Po powrocie do bazy wszyscy byli podekscytowani, niekoniecznie widokiem samego miasta, ale faktem, że doszliśmy oraz zeszliśmy i to cali, zdrowi i niepołamani. Wieczorem znów padało, a my laliśmy w siebie rum i zaśmiewaliśmy się przy świetle świeczek.

              Czwarty dzień przywitał nas pełnym słońcem, co choć było miłą odmianą pogody, oznaczało niestety zasuwanie z powrotem (ta sama trasa – góra /dół, 14km) w palącym słońcu. Nadal było ślisko i niebezpiecznie, ale z godziny na godzinę błotne kałuże zamieniały się w bagna, a tropikalny las w Saharę. Czwarty dzień polegał głównie na marszu, od czasu do czasu przerywanym poślizgiem i upadkiem w błocie. Po drodze spotykaliśmy dużo Indian, którzy przyglądali nam się raczej z niechęcią niż zainteresowaniem. No bo i czym tu się interesować, jak dzień w dzień kilkunastu turystów zasuwa im między domami z aparatami na wierzchu, gotowymi uchwycić jakikolwiek kawałek autochtona. Indianie Kogi, zamieszkujący okolice Ciudad Perdida nie lubią być fotografowani, ale aby ich zachęcić i przekupić, Edwin dawał im… biały chleb tostowy!!! Zadziwiające, że ze wszystkich „zdobyczy” cywilizacji Indianom przypadł do gustu jeden z najmniej wytwornych produktów. Jednak dla przewodników to idealny wręcz układ, bo jednym „bochenkiem” chleba można uszczęśliwić całą wioskę.

               Piątego dnia, po krótkim trekkingu powróciliśmy do cywilizacji – znaczy łóżka, co się nie huśta i prysznica z letnią, a nie lodowatą wodą. Moje ostatnie chwile w Santa Marcie spędziłam na plaży, delektując się słońcem, sokami ze świeżych owoców i owocami morza. Jako, że wylot do Anglii był z Bogoty, dzień przed planowanym powrotem do domu, przyleciałam do stolicy. Na miejscu spotkałam się z Tonym i Simonem, para Anglosasów poznanych w Tyronie, co mieszkają i pracują w Bogocie. Wieczorem poszliśmy do tzw. Zona T – czyli imprezowej części Bogoty, która tak naprawdę niczym nie różniła się od centralnego Sopotu czy Warszawy – młodzi, dobrze ubrani ludzie, knajpy i restauracje, muzyka i dużo alkoholu. Miałam okazję spróbować lokalnego specyfiku zwanego aguardiente – 29% napój spirytusowy o smaku anyżu (ale tylko z początku) i niestety pozostawiający posmak taniej, weselnej wódki.
              Ostatniego dnia pojechałam do Monserrat, świątyni postawionej na wzgórzach otaczających Bogotę – jakieś 3200 m.n.p.m., by po raz ostatni (w tym roku) spojrzeć na to 7-milionowe miasto, które zdawało się rozciągać po sam horyzont. Słońce niechętnie przebijało się przez chmury, a po południu lunęło jak z cebra, co oznaczało, że czas wracać do domu bo w Londynie wiosna pełną parą.
             Maila dokończyłam już w domu, bo ostatnie dni w Kolumbii były tak intensywne, że nie było czasu pisać. Podróżnikom  polecam Kolumbię, bo zdecydowanie warto. Zdjęcia zostaną wrzucone w sieć.
              Pozdrawiam i do następnej podróży.

 

 

Marta Sowa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

newsletter

newsletter

syberia

" Drugiego dnia podróży, do naszego wagonu wsiadła spora ekipa rosyjskich poborowych. Oprócz tego, że w mundurach i z wiktem i oprzyrządowaniem wojskowym, to niewiele się wyróżniali. Oczywiście..."

więcej

syberia

"Jedziemy, jedziemy (...) . Nikt się za specjalnie nie integruje, turystów nie ma w naszym wagonie w ogóle. Za to klimat robią rosyjskie hity ludowe lecące z nieściszanego głośnika. Wziąłem ze sobą swoją muzykę, ale w tym pociągu chyba jej nie posłucham..."

więcej

SONY DSC

"Idąc do kolejnych świątyń, przyłączyli się do nas tubylcy, oferując pomoc w oprowadzaniu. To bardzo powszechne...Jeden chłopiec jednak zrobił na mnie wrażenie. Nie wiem, ile mógł mieć lat, może 10-12, świetnie mówił po angielsku i francusku...."

więcej

zdjęcia45

System szkoły togijskiej różni się bardzo od systemu polskiego szkolnictwa. Jest on na pewno na dużo niższym poziomie, ale na tyle, na ile „potrafi”, tak sobie radzi. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, by dzieci w Afryce miały dostęp do szkoły...

więcej

afryka2

Wyprawa do Afryki - czyli Muzungu wokół Jeziora Wiktorii - CZĘŚĆ II. Kolorowy kurz dalej wdzierał się przez brakujące szyby i malował wszystkich pasażerów, zwłaszcza tych siedzących z przodu. Zęby od tego zgrzytały, a ślina przybierała gęstość czekolady...

więcej