Kraj Tysiąca wzgórz – Rwanda

 

MAŁY KRAJ O WIELKICH ZBRODNIACH

POWOJENNE WZGÓRZA I KOLORY ZIEMI

RWANDY 24.01  – 02.02.2014

 

 

 

            W Polsce żegnała mnie zima. Nawet nieco dziwna bo bez większej ilości śniegu. Ledwie zabielone pola.   Od miesiąca nie świeciło mocniejsze słońce, aby dodać duchowej otuchy. Pozostawały tylko marzenia, aby przenieść się w letnie zakątki świata. A kolejka do odwiedzenia takich miejsc jest dość spora. Rwanda „siedziała” we mnie od czasu, kiedy przeczytałem kilka książek i artykułów związanych z ludobójstwem. Nie była to tylko zwykła ciekawość miejsca i ludzi tam żyjących, ale ciekawość doświadczenia jak rzeczywiście radzą sobie mieszkańcy, żyjąc obok siebie przeszło 20 lat po strasznych chwilach. Zbierając materiał na wyjazd w Internecie nie wiele jest opisów kraju tysiąca wzgórz, kraju z parkami gdzie chodzą dziko w stadach Goryle i gdzie ludziom odbiera się plemienną tożsamość na rzecz państwowej. To wszystko skupia się wokół ciężkich doświadczeń ludzkiego serca i rozumu Rwandyjczyków.

            Kraj wielkości województwa mazowieckiego, gdzie żyje 11 mln ludzi. Jeden z najbardziej zagęszczonych krajów świata w przeliczeniu mieszkańców na kilometr kwadratowy. Kraj naznaczony górami, co daje jego piękną wizytówkę i ogromną zachętę odwiedzenia. Miejsce, gdzie najbardziej człekokształtna małpa żyje w stadach pod ścisłą ochroną, bo zostało ich już niewiele. Gdyby nie te zabezpieczenia Parkowe, dawno tubylcy zjedliby i Goryla. Kraj, gdzie 20 lat temu rozegrała się jedna z największych masakr morderczych w historii człowieka. Szacuje się, że zginęło około miliona ludności w większości z plemienia Tutsi. To niezbyt długi czas aby do końca zaleczyć rany. Do dzisiaj Tutsi upominają się o to, że nie mogli opłakać zmarłych, że nie dano im na to specjalnego czasu w uszanowaniu prawodawstwa państwowego. Zaraz po ludobójstwie rozpoczęto sądzenie zbrodniarzy, a że było ich setki,  tysiące, dziesiątki tysięcy,  niestety nie dano rady wszystkich osądzić. Poza tym więzienia nie były w stanie pomieścić tyle morderców. Na mocy amnestii prezydenckiej z 2003 roku wszyscy wyszli na wolność spędzając jedynie 9 lat w wiezieniu. Kiedy ocaleli Tutsi chcieli własnych sądów zagrożono im, że zajmą miejsce Hutu w więzieniach. Ogłoszono, jako państwowy projekt społeczny amnezję na pamięć rodzącą chęć odwetu i tak chroniono zabójców. Ale z drugiej strony musiało do tego dojść bo choć trudno sobie wyobrazić indywidualne przebaczenie na mocy dekretu państwowego za zabicie męża, syna, ojca, dziadka i wielu najbliższych. Zresztą, to tylko słowa pisane z pozycja dalekiej od jakiekolwiek osądzania i pewnie do czego trzeba się przyznać – rozumienia sprawy. Bo takiej rzeczy chyba nikt nie będzie w stanie zrozumieć.

           Wylądowałem nocą na lotnisku w Kigalii. Odebrał mnie ks. Zdzisław Prusarczyk pochodzący z pod Łomży Pallotyn, od 16 lat pracujący w Rwandzie.  Nocą przejazd przez Kigali nie dał za wiele widoków poza jednym wrażeniem, które odniósłby każdy, było tu niezwykle czysto. Na ulicy nie można było znaleźć żadnego papierka. Takiego widoku jak śmiecie,  oszczędzono. Poza tym niewielkie grupki młodych ludzi, którzy na ulicy spędzają ze sobą czas, zresztą jak to bywa wszędzie na świecie.      

         Jak się okazuje jest tutaj bardzo bezpiecznie. Kilka lat temu przy pomocy niezbyt humanitarnych metod pokazano złodziejom i opryszkom gdzie jest ich miejsce. Stąd nawet najwięksi zawadiacy zaczęli się bać o siebie i odłożyli swoje rzemiosło napadów i kradzieży. Na pewno nie jeden europejczyk z poziomu własnego wygodnego fotela, choćby tylko w Polsce rzuciłby niesprawiedliwe hasło o dzikości Afryki. Ale w pierwszym wrażeniu to my wychodzimy na nieco dzikich. Zresztą to tylko pierwsze wrażenie, zobaczymy jak będzie gdy wstanie słońce.

            Po dwóch nocach z rwanym snem na siedząco, wreszcie jakieś łoże gdzie można zapaść w błogi sen. Ale to nie takie proste bo kręgosłup od siedzenia tyle godzin, daje swe znaki. Zmęczenie jednak wygrywa. Ale przyzwyczajenie budzi mnie o siódmej rano, siła która mogłaby ustąpić w takich momentach a nie upierać się przy swoim. Po małym śniadanku obeszliśmy misję pallotyńską. Centrum rekolekcyjne w którym się zatrzymałem, okazało się świetnym budynkiem oddanym do użytku niecały miesiąc temu a poświęconym zaledwie kilka dni przede mną. Okazały i piękny nowoczesny budynek zdolny przyjąć 68 osób. To nie całe wrażenie polskiej gospodarności w Rwandzie, bo można sie zachwycić działającą od 30 lat drukarnią pallotyńska Pallotti Press, gdzie znalazło pracę 30 miejscowych. Obok przychodnia zdrowia i parafia. Wszystko stanowi jedną misję. Kilku ojców i dwóch braci zakonnych w tym jeden z Polski a dokładnie pochodzący z podbrzozowskiej Przysietnicy –  br Zdzisław.

 

        

               Trafiłem akuratnie na niezwykły dzień prac społecznych w całej Rwandzie. W pierwszy mój dzień pobytu, w tym niewielkim kraju afrykańskim wszyscy mają pracować społecznie na rzecz Państwa. Jak to wygląda i jak to się odbywa postaram się jeszcze popytać i zobaczyć, ale idea jest niezwykła i pewnie niespotykana już na świecie. Kiedyś Polacy pamiętają taki czas czynu społecznego, albo pracy na rzecz ojczyzny ludowej kiedy musieli poświęcać się pracom społecznym dla upiększenia własnego kraju i utwierdzania idei Polski ludowej. Rwandyjczycy robią to wpisując się w politykę jedności zaproponowaną przez rządzących. Poza tym drukarnia pallotyńska na zlecenie organizacji rządowych drukuje dla wszystkich mały notatnik z okładką, gdzie jest napisane „ndi umunyarwanda” to znaczy: jesteś Rwandyjczykiem. Ma to być działanie, które ma zniwelować podziały plemienne w jednym niewielkim kraju a obudzić tożsamość na zasadzie przynależności krajowej. Bez plemiennych podziałów jesteś Rwandyjczykiem co gwarantuje ci równość, tak w skrócie wygląda rządowa idea. Tym sposobem chce się zażegnać kłótnie i zadry wyryte w sercu Tutsi i Hutu, ale pewnie  nie jest to takie proste i nie da się tego jednym czynem społecznym w nawet najbardziej szczytnych zadaniach popartych najbardziej szczytnymi ideami. Jedno jest pewne,  nieporadność nie tylko Państwowa na poziomie politycznym i nieporadność na poziomie środowiskowym w małych wioskach czy miasteczkach jest wynikiem ogromnych przeżyć związanych z ostatnią historią tego kraju. Przecież obecnie mieszkają obok siebie mężczyźni którzy gwałcili swoje sąsiadki i  dzisiaj mają sobie codziennie mówić „dzień dobry”, chodzić na modlitwy do kościoła i kupować  w tych samych sklepach. Trudno pisząc te słowa wyrokować, ale nawet w takiej wersji pisarskiej nie można sobie tego wyobrazić i trzeba podziwiać tych ludzi całkowicie skłaniając głowę. Jeśli żyje w jednej wiosce wiele kobiet, które straciły swoich mężów, synów i ojców przez ścięcie głów, albo wbicie maczety w serce i wszyscy wiedzą doskonale kto to zrobił,  to jaki może być widok oprawcy pijącego piwo w sklepie, albo zabawiającego się na wiejskiej potańcówce. Nie wiem, trudno z tym się zmierzyć puszczając nawet wodze wyobraźni, to okropnie przeraża człowieka i mrozi krew w żyłach. Dziwnie w tym wypadku przychodzą myśli do głowy i pewnym jest to, że człowiek nie wiedziałby jak się zachować w takich sytuacjach. Jak żyć z takim poczuciem i jak budować świadomość, że jestem Rwandyjczykiem równym wszystkim, a nie pokrzywdzonym Tutsi. Okropność sprawy przerastająca wyobrażenie oblewa zimnym potem i człowiek staje się mały w obliczu doświadczeń prostych ludzi zajmujących się wypasem bydła i uprawiających ziemię. I pomyśleć, że wszystko co najbardziej tragiczne zaczęło się od zestrzelenia samolotu…

 

            

            Ojciec Zdzisław zaprowadził mnie do niewielkiej zakonnej kaplicy. Właśnie wykorzystując zawodowe zamarcie społeczne w Rwandzie ze względu na prace społeczne Pallotyni odbywają swój dzień skupienia. Kaplica była świeża, czysta i widać, że nie dawno odbudowana. Klęknąłem i odmówiłem „zdrowaś Maryjo…” kiedy wstałem z kolan, ojciec szeptem zwrócił się do mnie mówiąc, że ta kaplica była spalona w czasie ludobójstwa. Spłonęło tutaj kilkanaście osób. Siły uszły ze mnie. Ten mały niepozorny kościółek też chciał ukryć ludzi i niestety nie okazał się warowną twierdzą. Próbowałem chwilę pomilczeć… zresztą tak naprawdę nie wiedziałem co zrobić. Świadomość takiej informacji czyni człowieka bezradnym i totalnie małym. Uchodzą wszelkie głoszone ideały stając się małymi w obliczu takiego losu ludzkiego. Myślenie o ucieczce i schronieniu zaprowadziła ludzi do niewielkiego kościółka w którym głoszono im Bożą naukę i tutaj pod skrzydłami Boga chcieli się schronić i spłonęli. Pozostaje tylko kanonizować ich w swoich myślach i modlitwie i wierzyć z taka samą siła w jaką człowiek wierzy w Boga, że i oni stoją dzisiaj obok Niego jako męczennicy, którzy uciekali się do niego a on przyjął ich na swój własnym sposób, zabierając całkowicie do siebie. Dlatego w nagrodę są najbardziej szczęśliwi ze wszystkich. Po obejściu misji wróciłem już sam do tej kaplicy i zamiast pomodlić się, uklęknąłem i oglądałem podłogę, a myśli łzawiły w oczach. Jakbym czegoś szukał wyobraźnią… jakbym próbował przenieść się w czasie i to wcale w nieodległe lata… jakbym chciał zapytać Boga, czy ten napis nad tabernakulum że „Bóg jest Miłością” to prawda objawiona także dla tych którzy widzieli te słowa po raz ostatni konając w mękach zadawanych przez ogień… To tylko ludzkie spojrzenie i ludzkie myślenie. Gdyby spocząć tylko na tym, to zamiast modlitwy usprawiedliwione byłoby przeklinanie i buntowanie się, ale wiara jest próbą spojrzenia oczami Boga na człowieka i jego los. Zdecydowanie wygląda człowiek lepiej w takim kontekście i daje więcej szans na taki sposób spojrzenia. Oni podzielili los Chrystusa, który do dzisiaj mieszka w tej kaplicy chcąc przyjąć kolejnych uciemiężonych do siebie, utożsamili się z Nim w najbardziej z możliwych sposobów.

 

           

         Ludzkie spojrzenie w takich chwilach odebrałoby jakiekolwiek perspektywy i tłumaczenie sprawy. Emocje zaćmiłyby rozum i stałoby się kolejną przyczyną do krzywdy ludzkiej. Podobnie wyglądał schemat przyczyn ludobójstwa rwandyjskiego. Zresztą pewnie nie tylko mordowania w tym miejscu, ale dzisiaj w wielu zakątkach świata. Stąd Bóg musi być sędzią sprawiedliwym i upominającym, że pierwszym darem Duch Świętego jest rozum, a za nim mądrość i nic tam nie ma o emocjach w dalszej kolejności.  W tej kaplicy prawda śmiało wyrzuca ludziom, że bez Boga potrafimy krzywdzić się a rozumność wykorzystać do opracowywania strategii zniszczeń. „Bóg jest Miłością”, ma ostateczne słowo i daje ostateczną nagrodę. Dziwna ta modlitwa, ale z mocnym doświadczeniem,  kiedy ja byłem w liceum snując plany na swoją przyszłość życiową tutaj ginęli ludzie nawet w kościele. A Dzisiaj tutaj żyją ludzie obok siebie ocierając się ramionami w przeludnieniu tego terenu i patrzą sobie w oczy w tajemniczy dla nas sposób, ale co widzą …

          Popołudniową porą odwiedziłem parafię prowadzoną także przez pallotynów niedaleko Kigali. Obecnie jest to sanktuarium Miłosierdzi Bożego. Ksiądz Stanisław pochodzący z Polski jest od początku istnienia tego Sanktuarium a w Rwandzie czyli od 1981 roku.  Opowiadał cała teologiczną sprawę ułożenia budynków, począwszy od Betlejem, prezentowanym przez kaplicę z tradycyjną szopką bożonarodzeniową mówiąca o tajemnicy Wcielenia przez drogę krzyżową i ciemnicę prezentującą tajemnicę kenozy Chrystusa a skończywszy na niewielkim kościółku sanktuaryjnym prezentującym zmartwychwstanie jako zwycięstwo. W niewielkiej kaplicy prezentującej ciemnice, czyli grób Pański obok figury Chrystusa złożone są narzędzia zbrodni pochodzące z ostatniego ludobójstwa. Maczety, motyki, buławy, kosy. Każde po jednej sztuce, jak zostało wyjaśnione przez kustosza, to tutaj grzech ma swój finał. Chrystus wziął to na siebie potem jest tylko zwycięstwo w miłości Boga do ludzi. Trzeba przyznać, że wszystko zostało dopracowane w szczegółach. A te narzędzia zbrodni robią mocne wrażenie i same są w stanie wiele powiedzieć.  Jest też najstarszy budynek czyli kościół parafialny budowany z charakterystycznym pochyleniem jak w sali widowiskowej, ale dzięki temu nabiera swojej praktyczności. Moją uwagę przykuły instrumenty liturgiczne, dwa duże bębny zrobione z beczek po paliwie czy oleju silnikowym. Na dwa końce beczki została naciągnięta skóra. Te instrumenty mają swój sposób  strojenia. Skórę naciąga się nad ogniskiem i w ten sposób następuje strojenie instrumentu.  Pewnie taki muzyk ma niezwykle strojne ucho, żeby nad ogniem doprowadzić instrument do właściwego brzmienia.

 

           

             Niedaleko tego sanktuarium pracują polskie siostry od Aniołów. Dwie Polki i jedna Białorusinka. Siostry nie noszą habitów a zajmują się prowadzeniem hospicjum. Jest to pierwsze takie hospicjum na terenie Rwandy. Nikt w tym kraju poza rodziną nie zajmuje się umierającymi. Siostra zakonna pochodząca z Białorusi jest z wykształcenia stomatologiem i mając tutaj swoją klinikę przyjmuje na dwa gabinety miejscowych ludzi. Będąc ciekawy podjechaliśmy zobaczyć nowe hospicjum otwarte we wrześniu 2013 roku. Jak wspominała siostra Barbara, przełożona,  mieli już kilku pacjentów którzy z czasem odeszli do wieczności, ale przynajmniej umierali w godnych warunkach. Przed wejściem przywitał nas mały Fabian, chłopiec o niezwykle miłej twarzy i z uśmiechem na twarzy. To dyżurny witający wszystkich przyjeżdżających do tego hospicjum. Chłopiec mający zaledwie 4 lata przytulał się do każdego w geście powitania, co wzbudzało radość u każdego i stawało się niezwykłym wstępem do miejsca gdzie ludzie mają godnie umierać. Inaczej wchodzi się w takie miejsce. Chłopiec ma swoją historię bardzo smutną, bo nie ma ojca a matka jest psychicznie chora. Trafił do sióstr niecały rok temu i wzbudził taką sympatię, że nie miały serca go nie przyjąć jak zaświadcza s. Barbara. Jest jeszcze jedno,  kiedy trafił do sióstr przebadano go i stwierdzono ze cztero letni Fabian jest chory na AIDS. Najprawdopodobniej urodził się z tą chorobą. Ale nie przeszkadza mu to rozweselać wszystkich i być pociechą dla starszych pensjonariuszy tego miejsca mimo, że pewnie sam nie dożyje takiego wieku. Obecnie znalazła się rodzina bezdzietna która chce wziąć go na wychowanie i zapewnić dach nad głową, jedzenie i rodzinną opiekę. To duże szczęście i ogromna miłość tych ludzi, że nie boją się żyć z taka chorobą pod jednym dachem. To powiedziałabym, że cud – mówi s. Barbara.  Poza tym jedno co przychodzi do głowy w takim wypadku to zdecydowanie za młody pensjonariusz domu służącego tylko do jednego. Przygotowania na śmierć. Jeśli pójdzie ten chłopiec do adopcji będzie pierwszy z pensjonariuszy  który wyszedł żywy z hospicjum.

 

 

Niedziela 26.01.2014 r.

 

           Po rannym śniadaniu poszedłem odprawić Msze w miejscowej pallotyńskiej parafii. Pierwsza była już o szóstej i obudziły mnie głośne śpiewy i jak dało się słyszeć mocne zaangażowanie wiernych w liturgię. Msza trwała dwie godziny i kazanie było dość długie, ale połączone ze świadectwami mężczyzn podchodzących do ambony i mówiących kilka zdań na temat przeczytanej ewangelii. Nie mówiąc o świetnym chórze do którego dołączali w śpiewie wszyscy w kościele, a także pięcio osobowej grupce dziewczyn specjalnie ubranych, które przed samym ołtarzem tańczyły w rytm każdej wykonywanej liturgicznej pieśni czy melodyjnych odpowiedzi jak choćby „Alleluja”. Ten akcent był zachwycający. Stad też kiedy na końcu zostałem poproszony o kilka słów do ludzi po angielsku a główny celebrans tłumaczył na język suahili – bo w takim języku byłą sprawowana Msza – powiedziałem na zasadzi porównania, że w Polsce ludzie przychodzą do kościoła i parzą w sufit i ziemię a wy tutaj pięknie tańczycie i śpiewacie. W Polsce sądzą, że kto tańczy na Mszy jest „Crazy” a wy jesteście szczęśliwi z tego powodu. Wywołało to salwę śmiechu, ale żywotność  liturgii nie ma sobie równej i wiara ma więcej okazji żeby wychodziła z ludzi jako świadectwo.

           Po obiedzie przyszedł czas na pierwszą wyprawę po poza miasto. Wynajętą taksówką z Cloudem i Marii Claire, która służyła jako przewodniczka  pojechaliśmy w stronę Nyamaty. Mieliśmy w planie odwiedzić dwa miejsca naznaczone ludobójstwem w sposób najbardziej tragiczny i najbardziej straszny w Rwandzie. Obydwa miejsca to kościoły katolickie w których próbowali się chronić ludzie Tutsi w czasie napadu i ścigania przez Hutu. Pierwsze miejsce prezentuje niewielki ceglany kościół z małą zakrystią gdzie zatrzymywał się ksiądz przychodząc na nabożeństwo z Nyamaty a z drugiej strony kościoła gliniane mieszkanie z rozburzoną jedną ścianą i pozostałością w środku tak, jak z 1994 roku kiedy mieszkańcy tej błotnej lepianki musieli uciekać i schronić się w sąsiednim kościele. Niestety wychodząc  domu do kościoła nie przeżyli. Obok tego domu niewielka salka katechetyczna z bardzo niskimi siodełkami od razu można się domyślić ze to dla dzieci. Obok miejsca gdzie wisiała tablica była dziwna plama na czerwonych cegłach ściany tego budynku. To miejsca gdzie rozbijano głowy dzieciom Tutsi.  Wchodząc do kościoła, który został obudowany wiatą stalową, żeby nie zniszczał jako miejsce pamięci ludobójstwa, widać kilka półek z wyłożonymi czaszkami i zebranymi kośćmi ludzi, którzy stali się ofiarami w tym kościele i tutaj zakończyli żywot w tragiczny sposób. Reszta kościoła to rozścielone ubrania tych samych ludzi a w prezbiterium zebrane rzeczy które mieli w ręku, kilka egzemplarzy swoistych dowodów osobistych z podkreśloną  przynależnością do plemienia Tutsi, oprócz tego jakieś pary okularów spora ilość różańców, fajka i wiele innych przyborów mieszczących się w kieszeni. Na dole leżała jedna maczeta, to ona przykuwała wzrok jako pozostałość zbrodniarza i wina całej wystawy w tym kościele. Nie sposób opisać odczucia i wyobraźni, najbliżej człowiekowi wtedy do złości, ale i najgorsze co mogłoby się przydarzyć to przez złość wzniecić kolejne ludobójstwo.

 

            Zaledwie 5 kilometrów dalej jest słynne miasteczko Nyamata, które wita ogromnym placem budowy dużego hotelu. Miejsce pamięci pozostaje też wpisane w możliwość robienia interesu i pewnie turystyka zacznie się rozwijać w Rwandzie, choćby ze względu takich miejsc pamięci. Kolejny kościół ku pamięć tamtych okrutnych wydarzeń był na końcu miasteczka . Obok budowana właśnie kolejna parafialna świątynia,  bo tamta pozostała już miejscem pamięci i pewnie nie  chciałoby wejść w tamte progi, aby zanosić modlitwę o nadzieję do Boga. Ludzkie ułomności  byłby bardziej pielęgnowane niż Boża łaska. Obok także spora szkoła prowadzona przez miejscową parafię. Tym razem w miejscu pamięci nie było przewodniczki a umundurowana strażniczka z dużym maszynowym karabinem. Wpuściła nas w ogrodzenie i zamknęła przed nami drzwi wejściowe do kościoła, ale po to aby przeczytać instrukcję wstępu. Z wyłączonym telefonem, bez zdjęć i z zachowaniem ciszy. Kiwając głową,  że akceptujemy weszliśmy do środka. Rozstawienie kościoła było w trakcie trójkąta ,ostry bok tworzył prezbiterium gdzie na ołtarzu leżały, jak w poprzedniej świątyni rzeczy należące do ludzi, wyjęte z ich kieszeni, zaraz po zamordowaniu. W tabernakulum nieco zniszczonym leżał jakiś dokument, guziki i fajka. Wszystkie ławki były zawalone odzieżą zdjęcia  ludzi wymordowanych w tym kościele. Trudno sobie wyobrazić, ale po ilości ubrań można stwierdzić, że kościół musiał być zapakowany w całości, gdzie ofiary stały stulone jeden obok drugiego. Ogromna ilość ubrań nieco już zaparzonych. Pewnie od 20 lat nikt tego nie rusza i nie przekłada. To relikwie ludzi, którzy ginęli za to tylko, że należeli do konkretnego plemienia. Nic innego nie było powodem. Wcale nie różnili się wyglądem ani zamożnością, tylko i wyłącznie powód był zupełnie niezależny od nich, czyli przynależność do plemienia. To jakby wydać wyrok śmierci za to, że w ogóle są ludźmi, albo że są czarni , albo że są właśnie Tutsi.

                Pod posadzką kościoła, była mała piwnica, gdzie w szklanych półkach złożono trochę czaszek i kości ludzkich. Obok tej świątyni grub włoszki, która długo umierała w męczarniach jeszcze 2 lata przed ludobójstwem. Natomiast za kościołem dwie duże piwnice, w których zebrano wszystkie kości i czaszki ludzi zamordowanych. Nie było przewodnika, aby zapytać ile tego jest, ale nie pomyliłbym się jakbym powiedział,  że blisko tysiąc. Ogrom zbrodni jednego miasta był przerażający i pokazywał rozmiar tragizmu sprzed 20 laty w tym nieszczęśliwym Państwie. Ludzie, którzy kiedyś zajmowali się wypasem bydła i uprawiali tą ziemię dzisiaj leżą w niej obok siebie. Złożone kości w jednym miejscu wzbudzają litość i pozostaje tylko kręcić głową z niedowierzania, że w ogóle do czegoś takiego mogło dojść. I że człowiek był w  stanie zgotować drugiemu  taki właśnie los.

              Wróciliśmy do Kigali, aby obejrzeć Katedrę miejscową. Cloud od razu mnie ostrzegł, aby nie robić zdjęć bo obok katedry mieszka prezydent Rwandy, zresztą można się było tego domyśleć po ilości wojska uzbrojonego pod murem domów. Kiedy dopytywałem Marii Claire co jeszcze ciekawego proponuje w Kigali do zobaczenia, wymyślała jakieś małe miejsca, ale nie były one interesujące. O zakupach nawet nie myślałem, to przecież strata czasu i nie zamierzam póki co zmienić zdania. Śmiała się kiedy mówiłem, że ja odwiedzam sklepy z ciuchami raz do roku. Kupuję wszystko co mi potrzebne na dany rok i mówię „do zobaczenia za rok”. Pewnie każdej kobiecie na świecie takie myślenie nie spodobałoby się, ale ja pozostanę wierny swojemu.

             Na koniec dnia chciałem zaproponować im mały poczęstunek. Prosiłem tylko aby pojechać do pubu, gdzie przesiadują sami Rwandyjczycy. Ja nie chce widzieć tam białego człowieka, chce być jedyny na cały bar – deklarowałem. Ale dla nich nie było do chyba zrozumiałe. Podwiózł nas pod jakąś nie wykończoną budowlę, która wyglądała dość elegancko. Z kierowcą chciałem  się założyć, że jeśli w tym barze, do którego mnie przywieziono, będą jacyś biali, zapłaci mi milion franków rwandyjskich. Ciekawe jest to, że nie mogli uwierzyć, iż  biały chce iść do zwykłej rwandyjskiej speluny zobaczyć, jak spędzają czas miejscowi, pijąc swojego „Primusa”, albo być może jakieś inne przysmaki alkoholowe. Cóż z moich próśb, i tak kolor mojej skóry stał się przewodnikiem, mimo usilnych nalegań i zakładu. Jedyne co pozostało nagrodą w tej knajpie to widok na sporą cześć wzgórza Kigali.

             Wieczorem mała niespodzianka, kolacja z mała grupą polaków którzy wrócili z Kibeho do Kigali, aby przepakować się i wrócić do Polski. To miłe, że coraz więcej naszych rodaków zagląda w małych grupkach w tak egzotyczne miejsca.                  

 

*

 

        Dzisiaj był pierwszy dłuższy wyjazd poza Kigali. Rano miłe śniadanie z grupą czterech Panów z północnej polski, którzy zjechali już na ostatni dzień swojego rekonesansu w  Rwandzie, do hotelu Pallotynów. Mogłem przynajmniej posłuchać ile zobaczyli, co widzieli i czym najbardziej się zachwycali . Towarzyszył mi mój sąsiad z Polski- br. Zdzisław. Jadąc w stronę Kibeho mogłem dokładnie sprawdzić twierdzenia wielu ludzi będących tutaj przede mną, odnośnie terenu tego kraju.  Sam przekonałem się, że Rwanda jest Państwem tysiąca wzgórz. Trasa wiodła na południe od Kigali, raz pod górę raz w dół i co ważne każdy skrawek ziemi był zagospodarowywany, nic nie leżało w  nieużytku. Zresztą sama liczebność Rwandyjczyków mówi sama za siebie i wymaga aby każdy kawałek ziemi wydawał swoje plony dla wyżywienia ludności. Rwanda jest jednym z najbardziej zaludnionych krajów świata, a na pewno najbardziej zaludniona w Afryce.  Przy drodze przechodzi mnóstwo ludzi pchających swoje rowery rzadko kiedy puste, ponieważ jest to transport dla innych ludzi lub miejsce do przewożenia przeróżnych towarów, niczym samochody ciężarowe. Czasami są to także jakieś patyki na podpałkę z lasu, albo szynę stalową, albo worki z herbatą lub węglem drzewnym albo nie wiadomo co jeszcze…

      Dojechaliśmy do Muzeum Króla Rwandy. Muzeum prezentowało ogromny słomiany „wigwam” jako pałac, obok mieściły się dwie mniejsze chaty jak się domyślałem, dla poddanych. Obok zachowany murowany pałacyk ze zdjęciami króla w oryginalnym plemiennym stroju a także  garniturze podczas wizyty w Belgii. Wiele pokoi i wystroju zachowało swoją oryginalność po dzień dzisiejszy.  Za pałacem ujrzałem małe stado miejscowych krów, z ogromnymi rogami. Czegoś takiego jeszcze nie wiedziałem, nawet najdłuższe kły słonia nie mogą się równać tym rogom. Zwierzęta nie były zbytnio  płochliwe, widziałem, że  dostały trawy do żłobu na swoim wybiegu i to pochłaniało ich uwagę.  Ale nie ukrywam, robiło to wrażenie.

 

       

            Jadąc dalej na południe cały czas obserwowałem ten sam krajobraz gór z pięknymi widokami poletek uprawnych. Na wielu pracowała spora grupa ludzi, używając jedynie ręcznych narzędzi rolniczych do swojej uprawy. Duża mocna motyka służyła jako pług i maczety, mające tutaj niechlubną przeszłość, jako kosy do trawy i ryżu. W wielu miejscach trwał zbiór ryżu w sposób znany i praktykowany na całym świecie.  Ogromne plantacje herbaty a wszystko to na czerwonej ziemi kojarzonej przeze mnie już tylko z Madagaskarem.

 

 

           Następny przystanek był u kolejnego Polaka. Ks. Stanisław pochodzący z Wielunia zbudował za sprawą cudownych wydarzeń jak sam zaświadczał, Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Teraz je prowadzi. Opowiada o tym miejscu jako niezwykłym wyjściu ku potrzebom ludzi z tego terenu. Początkiem każdego miesiąca na nocnych adoracjach potrafi tutaj być 20 tys. ludzi, czasami nawet więcej. Na święto Miłosierdzia uczestniczy około 50 tys. wiernych. Sam ks. Stanisław w Rwandzie jest już ponad 30 lat. W czasie ludobójstwa jak opowiada, w tej miejscowości nie zginął żaden człowiek. Mimo, że obok siebie żyli Tutsi i Hutu. On nie wyjechał w tamtym czasie, ale trwał jako Proboszcz swojej parafii, chroniąc około 500 osób w swoim kościele. Uratował go jeden kapitan Hutu, który widząc dzieło miłosierdzia tego księdza w pewnym momencie niebezpieczeństwa kazał wyjechać wojsku Interhamwe, które specjalnie przyjechało ciężarówkami aby wywieźć ukrywających się w kościele ludzi. Sytuacja według opowieści księdza była dość prozaiczna, bo raz wychylił się poza bramę parafii odprowadzając człowieka, który dał mu pieniądze aby nakarmić ukrywających się ludzi. Wtedy rozegrała sie ta cała scena z przystawieniem pistoletu do brzucha księdza. Nikt nie zginął a wojsko odjechało. Dzisiaj sam tłumaczy to jako dzieło Opatrzności i po całej sytuacji  sam leżał krzyżem długą chwile w kościele dziękując za ocalenie nie tylko siebie, ale tych wszystkich ludzi. Na jego oczach mógł rozegrać się dramat ludobójstwa a do niego nie doszło. Czy to nie jest cud? Rozmawialiśmy jeszcze chwilę o sytuacjach z tamtego czasu, ale pewnie nie wymagają one publikacji. Głos księdza Stanisława zawieszał się kilkakrotnie kiedy o tym mówił.

             Kolejnym etapem było zwiedzanie dobrze zorganizowanego Muzeum Etnograficznego Rwandy. Bardzo ciekawe eksponaty z najstarszych lat, ale i te które prezentowały kulturę odległą o 100 lat a dającą światło na tamte czasy. To różnica jakby cofnąć się o 1000 lat albo jeszcze więcej. Dzidy, łuki, skóry jako ubrania, domostwa i wiele innych zdjęć i eksponatów prezentowało bogactwo życia Plemion na terenie Rwandy. Muzeum jest nowym budynkiem i nie można się go powstydzić. Jest bardzo dobrze zorganizowane i polecałbym wstąpić do niego każdemu.

            W mieście gdzie było muzeum, skończyła się droga asfaltowała, zresztą miasteczko mimo asfaltu miało zaczerwienione drogi, bo samochody zwoziły na oponach ziemię z pobliskich dróg. Centrum miasta miało zwinięty asfalt, ale nie przeszkadzało to, aby życie tętniło jak zawsze i  miało swoje miejskie tempo. Czerwoną szutrową drogą jechaliśmy na ostatni etap dnia dzisiejszego do Kibeho. Miejsca objawień maryjnych sprzed 3o laty. Z pięknymi widokami uprawnych paletek górskich wokół nas, dotarliśmy na miejsce afrykańskiego sanktuarium Maryjnego po 16:00. Z Kigali jest tutaj dokładnie 170 km, przynajmniej tak nam pokazał licznik samochodowy.  Niestety nikogo znajomego nie zastaliśmy, bo polecany nam zakonnik pojechał właśnie w przeciwną stronę do Kigali. Kibeho, to miejsce położone na wzgórzu, tutaj też wznoszą sie dwa kościoły parafialny i kościół – Sanktuarium,  jako uczczenie objawień. To drugie prowadzą Pallotyni. Wokoło wiele domów ubogich jak wszędzie, w całej Rwandzie. Ale jest tutaj jedno miejsce wyjątkowe, które mieliśmy okazję zobaczyć a ma ono mocny akcent Polski. Otóż parę kroków za kościołem parafialnym stoi brama za którą nic nie widać, a jest to niezwykłe miejsce, bo zbudowane przy pomocy polskiej ambasady w Nairobi i Polskiego Ministerstwa Spraw zagranicznych. Prowadzą to miejsce siostry z podwarszawskich Lasek i jak można się domyśleć zajmują się niewidomymi dziećmi z całej Rwandy. Obecnie przebywa tam 134 dzieci, a wśród nich wiele albinosów afrykańskich, co bywa rzadko kiedy akceptowane przez rdzennych mieszkańców Afryki.  Ośrodek założyła siostra Rafaela. Niesamowita historia i charyzmat tej kobiety. Podobny ośrodek założyła już  w Indiach, przejęła taki ośrodek w RPA i tutaj budowała to od podstaw w Rwandzie. Co jeszcze dokona ta siostra zakonna nie wiadomo, ale dzięki temu dzieło 134 dzieci na dzień dzisiejszy, ma ogromną pomoc. Kiedy wszedłem do ośrodka przywitała mnie na parkingu razem z wolontariuszką z polski. Zeszliśmy na dół aby zobaczyć kilka budynków tej misji. Ja nie wiedziałem z początku, że są to dzieci niewidome, po raz pierwszy przemknęła mi dziewczynka albinos o niezwykłej białości skóry. Okazuje się z tą wadą idzie zawsze problem ze wzrokiem. Dopiero kiedy dzieci trzymając się za ręce szły na posiłek, trzymały się ściany i za rękę prowadziły obok swoją koleżankę lub kolegę, kiedy brakło ściany w miejscu na drzwi gdzie ja stałem dzieci obcierały rączkami po moich kolanach, jakby kontynuując przewodnictwo ściany. Poraziło mnie i mówię do siostry: to dzieci niewidome! Tak, odpowiedziała  siostra, tylko takie tutaj mamy. Jednemu chłopaczkowi zrobiłem zdjęcie i chcąc mu je pokazać na aparacie przytknął sobie aparat do nosa i okiem jeździł po całych małych konturach swojej osoby na niewielkim ekraniku z aparatu fotograficznego. Nie byłem w stanie mu odebrać tylko co chwila włączałem zdjęcie kiedy gasło, ale siostra podniosła mi rękę z aparatem i powiedziała,  że on tak może zwiedzać oczami do jutra  i nie ma się co dziwić. W ośrodku tym pracują cztery siostry z Polski, m.in.  Rafaela, Bogusława, i Bogumiła. Oprócz  nich są trzy wolontariuszki z Polski, Ania, Natalia i Zosia. Wszystkie po studiach zapragnęły pomocy ludziom w odległych zakątkach świata. Dzieci miały kilku osobowe sale utrzymane w bardzo dobrym porządku. Pomagały sobie nawzajem sprzątać i myć się. Robiły to przechodząc z miejsca na miejsce. Kiedy wszystkie usiadły do kolacji, dało się słyszeć dalekie dźwięki uderzania o talerz co wskazywało, że trudno jest 4, czy 5  letniemu dziecku wymierzyć odległość z ust do talerza. Oprócz jadalni, łazienek, i pokoi gdzie śpią, w każdym z kilku budynków była jakaś mama nocna która układała te dzieci do spania. To zatrudnione wychowawczynie. Poza tym ośrodek ma swoją pracownię komputerową i specjalną drukarnię. Gdzie drukarka pozwala pismem Brajla  drukować dzieciom alfabet, bajki czy inne pomoce potrzebne do nauki albo tego języka albo zwykłych przedmiotów.

 

       

           Po odwiedzeniu pomieszczeń siostry zaprosiły mnie na kolację z tradycyjną polską jajecznicą. Była to okazja do tego aby założycielka opowiedziała o początkach tego miejsca. Wszyscy zamarli kiedy s. Rafaela otworzyła usta opowiadając piękną polszczyzną  jak trafiła do Rwandy przez Indie i RPA, ale ciekawe było jak prosiła swoją przełożoną czy wybudujemy ośrodek w Kibeho. Przełożona wyraziła zgodę, ale zaznaczyła, że wspólnoty na to nie stać. Okazało się potem ze szybko znaleziono sposób i Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych sfinansowało całość budowy tego ośrodka, który jest pięknym dziełem miłosierdzia. Pierwsza szóstka dzieci była poszukiwana, potem informacja poszła do miejscowego biskupa, który poinformował na konferencji Biskupowi Rwandy innych, aby dali znać Proboszczom, o ośrodku. Zaczęły napływać dzieci, aż do liczby jaka jest dzisiaj. Kiedy pytałem siostry czy musiała kiedykolwiek odmówić przyjęcia jakiegoś niewidomego dziecka, zaskoczyła mnie odpowiedzią, że nawet dzisiaj. Nie możemy brać na siebie wychowania dziecka które jest niewidome, ale ma silną epilepsję, albo jest po wycięciu czerbaka z mózgu, ale dodatkowo jeszcze niepełnosprawne, nie jesteśmy do tego przystosowane warunkowo i nie możemy brać dzieci na przetrzymanie tylko na wychowanie. Na pewno to ciężka sprawa, ale w każdym przypadku nieunikniona. Trudno pokusić się na inny wniosek.  Siostra opowiedziała też kilka przypadków dzieci, które do nich trafiły. Jeden chłopczyk, który wzbudzał litość,  nie chciał w ogóle zbliżyć się do człowieka, kiedy pewna siostra zakonna przytuliła to dziecko ono zaczęło się zachowywać jak koza. Okazało się, że to dziecko było wychowane przez kozy w chlewku i nie mówiło, a zachowanie miało dokładnie jak koza. Inna historia chłopaka który miał 8 lat a wyglądał na 4 latka. Miał zahamowany wzrost i w ogóle jakikolwiek rozwój. Okazało się po pewnym czasie, że wśród licznego rodzeństwa i dużej biedy był prześladowany przez swoich najbliższych w domu do tego stopnia, że bracia i siostry zabierały mu miskę jedzenia którą mama przygotowała dla niego. Po kilku miesiącach pobytu u sióstr wystrzelił w górę i nadrobił wzrostu. Poza tym okazał się bardzo zdolnym uczniem w szkole. Kiedy nabył umiejętności czytania i pisania wrócił do swoich jako jedyny wykształcony w całej nie tylko rodzinie, ale i wiosce.

      Takich historii było jeszcze wiele, ale pewnie cała Rwanda kryje w sobie jeszcze nie jedną taka opowieść. Kibeho jako miejsce objawień roztacza swoja cudowność, jak widać nie tylko działaniem Maryjnym, ale pośrednio działaniem ludzkim zbierając to, co los odebrał ludziom najmłodszym.

      Objawienia w Kibeho miały miejsce w latach 1981 do 1989. Do dziś żyją wizjonerki tamtych cudownych chwil. Kościół w pełni uznał treść tych objawień jako uzupełnienie Objawienia zawartego w Piśmie świętym. Było to orędzie pokoju i wezwanie do modlitwy. Co ciekawe dziesięć lat później zaczęła sie wojna a w 1994 roku ogromne ludobójstwo. Orędzie pokoju z Kibeho jest ciągle aktualne i ważne, że miejsce to stało się Fatimą Afryki, albo bardziej nazywane Lourdes Afryki i przyciąga ogromną  ilość ludzi, nie tylko z Rwandy.

 

 

*

28 – 29.01. 2014r.

Kibeho –Butare – Murambi – Ngema – Kibuye – Kigali

 

           Rano w Kibeho msza św. była w Sanktuarium objawień o 6:30. Zerwałem się wcześnie aby uczestniczyć w niej razem z wizjonerką Natalii, która niedawno skończyła 50 lat. Msza oczywiście z języku kinyarwanda , więc po polsku próbowałem zgadywać i nadążać za o. Ildefonsem, miejscowym przełożonym , pochodzenia Rwandyjczykiem. Nie dane mi było zamienić ani jednego słowa z wizjonerką, ponieważ za długo się modliła, zaproszony przez białego człowieka, stojącego po drugiej stronie ołtarza, pojechałem do niego na śniadanie. Br. Łukasz Marianin pracuje tutaj od 6 lat. Prowadzi ośrodek rekolekcyjny, służący często także jako dom pielgrzyma przy miejscowym Sanktuarium. Ciekawa historia i nie tak odległa, ks. Leszek przebywający tutaj ponad 10 lat temu, wpadł na pomysł wybudowania takiego obiektu. Otrzymał błogosławieństwo przełożonych, ale nic więcej. Zabierając się do roboty, wybudował coś co dzisiaj jest już kompleksem budynków z piekarnią, która potrafi sfinansować część wydatków. A poza tym jest to miejsce pracy dla wielu osób. Jak można było się dowiedzieć z historii opowiadającego teraz Łukasza, to nie koniec, bo założyciel właśnie jest w USA na poszukiwaniu środków do realizacji dalszych planów.  Tylko podziwiać i jak tylko można, to im pomagać.

            Po dobrym śniadaniu zabraliśmy się w naszą Toyotę Carinę z 20 letnim stażem jeżdżenia najpierw w Holandii a teraz w Rwandzie. Z powrotem przez Butare pojechaliśmy do miejsca, które chyba najbardziej potrafi wbić człowieka w ścianę i urealnić wojnę i ludobójstwo w myślach. Wizyta w Murambi to nie tylko wyobrażenia, to dokładny widok tego co miało miejsce 20 lat temu, a nie powinno mieć miejsca nigdy. Muzeum nie leży przy głównej drodze, nie cały kilometr dojazdu jest po fatalnej drodze, mniemam zatem, że nie wiele ludzi tutaj zagląda jak na możliwości tego miejsca pamięci.  Zresztą przeglądając książkę wpisów gości, nie znalazłem nikogo z Polski, a poza tym nie wiele też stron było zapełnionych. Miejsce jest ogrodzone i od bramy wita pozostałość murów, ponieważ była tu  szkoła, która w tym miejscu do czasu tragicznego ludobójstwa kształciła dzieci. Budynek główny jest nowy, co ciekawe, do takich miejsc w Rwandzie zazwyczaj nie płaci się biletów. W recepcji przywitał swoich jedynych gości przewodnik, podając ogólne informacje o miejscu gdzie przybyliśmy. Miejsce obchodzi się dookoła i można oglądać tam zdjęcia z masakry, wysłuchać audycji radiowej nawołującej do morderstw i zobaczyć ówczesnych przywódców wojskowych. Zdjęcia robią duże wrażenie i są w stanie wiele uzmysłowić, zwłaszcza zdjęcia ofiar, gdzie nie czyniono żadnej cenzury przebierając dostępne fotografie.  Wszyscy cichną przechodząc przez te wystawy i przenoszą się w tamte czasy. 20 lat temu technika pozwalała już zrobić dobre zdjęcia zatem są niezłej jakości co uruchamia wyobraźnię, ale także rodzi też odpowiednią reakcję. Zaplecze muzealne to kilka hektarów ziemi gdzie łącznie szacuje się, że zginęło od 40 – 50 tys. ludzi. Nikt nie był w stanie policzyć ofiar bo część ciał pozostaje nadal w zbiorowych mogiłach tego swoistego obozu zagłady. Wszystko rozegrało się w ciągu kilku dni a 21 kwietnia 1994 roku zabito w tym miejscu około 15 tys. ludzi, Tylko jednego dnia miała miejsce masakra zabijająca taką liczbę ludzi. Jak wspominałem jest kilka zbiorowych mogił. Jedna obudowana, to przeniesione ciała z pierwszej znalezionej zbiorowej mogiły. Kilka następnych nie było ekshumowanych do końca. Ale coś co robi największe wrażenie to podłużne budynki w kształcie baraków. Z niewielkim skromnymi salami, z jednej strony przysłonięte okna, jakby chcąc zatrzymać zapach a z drugiej tylko drzwi wchodzące z werandy biegnącej wzdłuż budynku. W trzech budynkach mających dokładnie po 5 czy 6 sal rozłożone są zwłoki ludzkie zasypane wapnem. Jakby wyschnięci ludzie zwinięci w takich kształtach jak ich zastano po śmierci przez zastrzelenie lub przez wbicie noża, albo maczety. Tym którym nie zdjęto ubrania, mają przylgnięte do ciał resztki koszulek, ale nie wiele jest takich ciał. Widok dorosłych starców i co najgorsze małych dzieci, z których dusza uszła zabierając tchnienie życia a pozostawiając powykręcane ciała, wcześniej wrzucone do rowu, albo na stos, gdzie gniły i rozkładały sie powoli. Zapach nie pozwala przyglądać się nieco dłużej tym ciałom ludzkim, ale w tym momencie jakby wszystko było wiadomo, jakby człowiek przyjechał na koniec ludobójstwa i zastał już tylko same trupy. Chciałoby się powiedzieć a może nawet wykrzyczeć, że to straszne , że tylko głupi i opętani są zdolni do takich zbrodni, ale to nic nie da. Nikt nie usłyszy takiego wołania. Chciałby się przywieźć tutaj każdego kto zamierza dokonać zamachu terrorystycznego, żaby zobaczył jak wyglądają ludzie po realizacji takich planów. Chciało by się posadzić na przeciw przywódców największych państw, żeby uzmysłowili sobie gdzie maczają palce wzniecając kolejne konflikty, albo ich sponsorując. Albo jeszcze próbując własne problemy załatwić maczetami innych. Nie chciałbym być sędzią dla nikogo stojąc w takim miejscu i wpatrując się w wyschnięte ciała ludzkie, ale wiem jedno ja żyję, a oni nie. Przecież wielu z nich byłoby dzisiaj młodszych ode mnie. Większość nawet nie byłaby jeszcze starcami i pewnie żyłaby uprawiając banany, ryż, kukurydzę, czy wypasając bydło po okolicznych górkach. Cały kraj, który mógłby mieć teraz o 50 tys. mieszkańców więcej, jest dzisiaj smutną ziemią nasiąkniętą krwią. Bo 20 lat to nie jest jeszcze czas, gdzie ziemia wysycha od takich zbrodni, gdzie pamięć wiotczeje i nabawia się amnezji.

         Wychodziłem stamtąd kiwając głową z niedowierzaniem, tyle ludzi w jednym miejscu w tak krótkim czasie. Kiedy pytałem mojego kierowcy Clouda, który jest przecież 29 letnim Rwandyjczykiem co on na to? Powiedział tylko „Impossible” i pokiwał głową. To rzeczywiście niemożliwe, ale stało się faktem i cokolwiek myślelibyśmy, to faktem pozostanie. To co jedynie możemy zrobić to nie dopuścić do tego więcej w swoich poglądach i myślach a już na pewno w rzeczywistości. Murambi, miejscu kaźni całej okolicy-  przemawiaj, krzycz i ostrzegaj niemym głosem ofiar.

 

 

            Z wielkimi obawami mojego kierowcy, pojechaliśmy w stronę deszczowej dżungli i dziewiczych lasów Rwandy.  Droga wiodła w stronę granicy z Kongiem i skręcając na południe można było także przekroczyć granicę z Burundi. Jechały tędy prawie same ciężarówki z rejestracjami Konga, Burundi, czy Tanzanii, wioząc towary z portu w Mombasie.  Nie dojeżdżaliśmy do granicznej miejscowości Cyangugu, ale 25 kilometrów wcześniej odbiliśmy na północ. Jak dotąd był cały czas asfalt a nawet droga w ostatnich 30 km była zupełnie nowa, skręciliśmy, po lewej stronie ukazało się jezioro Kivu. Skończył się asfalt i zaczęła się mordęga czerwoną ziemią. Obecnie trwają tam bardzo zaawansowane prace nad budową tych ponad 100 km przez góry. Jak dało  się zauważyć, drogę buduje firma z Chin, bo nie brakowało przedstawicieli tego narodu występujących jako inżynierów kontrolujących przebieg prac. Dla nas wszystko byłoby dobrze, bo nie mieliśmy auta z napędem na cztery koła,  ale w pewnym momencie rozpętała się ogromna ulewa. Wygładzona droga przygotowana pod budowę, zamieniła się w potok, a miejscami zaczęły spadać odłamki ziemi i skał z wyciosanych brzegów przygotowanych pod roboty. Czerwona ziemia miejscami była grząskim błotem. Póki udawało się jechać to próbowaliśmy aż do pierwszego miejsca, gdzie podczas niesamowicie mocnej ulewy zawiesiliśmy nasz samochód na błocie. Nie było wyjścia kiedy przystawiło nas do zbocza. Spadały pojedyncze kamienie na auto a ziemia mogła się obsunąć w każdym momencie. Nie mogłem otworzyć drzwi od pasażera a Cloud próbował poderwać samochód. Niestety nie udało się. Trzeba było założyć kurtkę i popchać. Bujając samochodem w tył i przód udało się wyjechać, ale to nie był koniec przygód. Do Kibuye mieliśmy daleko ponad 100 kilometrów takiej drogi a raczej bagna i wepchaliśmy się na to samochodem osobowych. Trwoga co dokładnie będzie za następnym zakrętem udzielała się nam obu. Droga nie była zbytnio uczęszczana a jeśli już to byliśmy jedynym samochodem osobowym na całej tej trasie. Poza nami tylko ciężarówki, terenówki i ciężki sprzęt budowlany. Niczym najwięksi ryzykanci pchaliśmy się w deszcz, który nie zamierzał przestawać. Przychodziły mi do głowy różne pomysły, stwierdziłem, że najwyżej prześpimy się w aucie czekając na ustanie deszczu i lepszą pogodę do kontynuowania dalszej jazdy.

 

 

           Z mapy jasno wynikało że powinna być tutaj droga podrzędna, ale jak widać, na mapie z oznaczeniami dróg w Afryce, nie jest tak jak nas uczyli na lekcjach geografii czy polskich kursach na prawo jazdy. Myślec można i dobrze, ale rzeczywistość jest w stanie zaskoczyć w nieoczekiwany sposób. Kiedy jeszcze dorzuci się do tego pogodę to ma się strach i trwogę w pakiecie jednej decyzji wyboru drogi przejazdu. W czasie tego przejazdu nie raz zdarzyło się, że szedłem w deszczu na bosaka przed autem i badałem gdzie błoto jest najmniej grząskie abym mógł wjechać samochodem. Albo idąc przed autem, sprawdzałem głębokość kałuż własnymi nogami. Ratowało mnie czasami tylko to, że mam długie nogi, więc nie groziło mi utonięcie. Za każdym razem kiedy próbowałem wychodzić z samochodu, Cloud próbował mnie powstrzymać. Tłumaczyłem mu wtedy, że nie mamy innego wyjścia. On uparcie  ukazywał, iż dawał radę i nie musze moczyć się w takim deszczu. Ja jednakże uparcie wysiadałem, bo innego wyjścia nie było. Po chwili dało się tylko słyszeć okrzyki Clouda w stylu „ O my God !” . Na szczęście nie w swoim języku kinyarwanda, bo nic nie rozumiałbym, to znane wezwanie pomocy Bożej oznaczało jakieś większe manewry kierownicą, biegami czy sprzęgłem. Kiedy po raz kolejny wychodziłem z  samochodu aby zbadać teren natrafiłem na stojących chłopaków, zdziwienia ich nie było końca kiedy zobaczyli Umuzungu bez butów, na bosaka a w dodatku przemoczonego i włażącego w błoto aby badać teren do przejazdu. Sami rzucali się, próbując mnie we wszystkim wyręczyć. Dziwiło mnie to, bo spodziewałem się ze będą chcieli od razu zapłaty, ale nie było tak we wszystkich przypadkach. Pod wieczór deszcz nieco ustał, zatrzymał nas wtedy jadący z naprzeciwka, terenową Toyotą, kierowca i powiedział, że takim samochodem nie przejedziemy w pewnym miejscu bo woda jest za wysoka. Pokręciliśmy głowami ale nie zamierzaliśmy wracać , byłoby to bez sensu. Pojawiały się pierwsze miejscowości i pierwsze zabudowania. Zbliżaliśmy się nawet do jeziora Kivu. W końcu dojechaliśmy do miejsca, o którym ostrzegał nas spotkany wcześniej kierowca. Wioska leżąca u podnóża góry,  była kompletnie zalana. Woda tam sięgała wyżej kolan na długości ponad 100 metrów. Ale dla ludzi stanowiło to sporą zabawę. Ponad 300 osób było zgromadzonych dookoła wody i mieli z tego niezły ubaw, ponieważ co chwila ktoś przechodząc przez wodę potknął się, albo przewrócił się na motorze. Salwy śmiechu wybuchały jak na licznym stadionie a komentarze trwały jeszcze długo jak echo tego przykrego dla niektórych zdarzenia. Nie mały był ubaw kiedy przyjechaliśmy w to miejsce, a ja na bosaka wysiadłem z samochodu. Kilkaset ludzi, jakby w jednym momencie krzyknęło: Umuzungu i wszyscy zobaczyli, że ten białas jest bez butów. Śmiech był duży, ale wyrażał też bardziej niedowierzanie. Po pierwsze skąd tutaj biały człowiek?  Rzadko się to zdarza, po drugie bez butów, to przecież niemożliwe. Biali ludzie maja zawsze buty, a po trzecie byłem przemoknięty jako jedyny w całym kilkuset osobowym gronie. Po chwili poklepali mnie po plecach, była to chyba oznaka, że jestem już ochrzczony i zaakceptowany.  Dzieci stanęły wokół mnie i zaczęły podpytywać, czy rzeczywiście jestem biały i nie przyleciałem z kosmosu. Musiałem się uśmiechać , mimo że wcale nie było mi do śmiechu stojąc w mokrych spodniach i wszystkim co miałem pod spodniami. Wyjąłem z bagażnika moje błotne sandały i ubrałem je. Odkasałem spodnie łamiąc przy tym sporo błota i wszedłem w wodę sprawdzić jak jest głęboka. Tutaj zebrałem nie małe brawa gapowiczów, że Umuzungu wchodzi do wody. Przyskoczyło do mnie kilku chłopców i zaczęło brać mnie za rękę, abym się nie przewrócił. Pokazywali dokładnie gdzie stawiać stopę, idąc po kolana w wodzie. Oni znali każdy krok tego zalewiska, ale jakby nie chcieli dopuścić do sytuacji, w której biały idzie badać teren a oni stoją bezczynnie na suchym gruncie. Trudno skomentować tą całą sytuacje tworzenia niezależności, ale pewnie kulturowo wiele pokazuje, że to co ma robić „biały” jest schematem powszechnym dla ludzi czarnej Afryki i trudno było sobie wyobrazić bosego Umuzungu przyjeżdżającego do ich wioski ,a tym bardziej mokrego i w dodatku torującego drogę własnemu Czarnemu kierowcy.

          Musieliśmy odczekać pewnie z półtorej godziny zanim woda trochę opadnie i będziemy mogli przejechać samochodem osobowym po tym bagnie. Okazało się, że to było dość prostym zadaniem, ale oznajmiono nam, że nie przejdziemy w kilku dalszych punktach i orzeczono, że siedmiu panów musi iść z nami aby przenieść samochód. Było to prawdą, w kilku miejscach do jakiegoś kilometra od zalanej miejscowości, mężczyźni byli już pomocni. Kiedy chciałem wysiąść aby im pomóc, Cloude kategorycznie  mi zabronił blokując drzwi. Tym razem byłem posłuszny chociaż mnie to irytowało. Kiedy przejechaliśmy newralgiczne punkty ocierając podwoziem o błoto zażądali swojej zapłaty. Targi trwały z kierowcą około 30 minut ponieważ zaczęli od sporej ceny,  jak za taką usługę, ale pewnie kolor skóry pasażera pozwalał zaczynać dość wysoko. Chcieli 70 tys. franków Rwandyjskich za swoja usługę, ale po wielu minutach targów zeszli do 7 tys., które już zapłaciłem.

           Była głęboka noc. Minęła już 20.00, my według różnych informacji i obliczeń mieliśmy jeszcze jakieś 40 km trasy. Po błocie i turkotach kamiennej drogi dojechaliśmy po 22.00 do Kibuye, na asfalt, skrzypiąc samochodem od napchanego błota w zawieszeniu. Samochód wyglądał strasznie, cały oblepiony błotem jakby wrócił z offroudowego rajdu. Trochę się bałem, że mogło się coś stać, ale Cloude zapewniał mnie że wszystko jest OK. Dojechaliśmy padnięci do pierwszego możliwego hotelu i znaleźliśmy już tylko jeden pokój z małżeńskim łożem. Już nawet nie było czasu ani sił na grymaszenie. Zapytałem czy jemu to nie przeszkadza, pokręcił głową i uśmiechnął się. Ostatnio jedliśmy o siódmej rano. W restauracji hotelowej została o tej porze tylko zupa mięsna z kawałkami zielonego banana. Zjedliśmy ze smakiem, przepiliśmy Primusem i dwoma kieliszkami Smirnova i poszliśmy uradowani spać. Była to radość, że  po raz kolejny w życiu udało się dokonać niemożliwego.

 

       Rano zjedliśmy małe śniadanie w hotelowym barze, gdzie stały 4 stoliki a obsługiwało  je aż trzy kelnerki. Każda dziwnie patrzyła się ciągle na mnie, obojętnie, w którą stronę idąc. Odpowiedź uśmiechem już nawet nie wchodziła w rachubę po wieczornych zaczepkach i wyrażaniu swojej gotowości z ich strony. Wcześnie rano samochód został wymyty i prezentował się całkiem inaczej. Chociaż jeszcze podczas jazdy skrzypiał trochę. Same Kibuyo to urokliwe miejsce położone nad jeziorem Kivu. Można tutaj wynająć sobie sprawne łódki i popłynąć na obserwacje zwierząt, na okoliczne wyspy. Oglądając miasteczko tylko z samochodu, wyjechaliśmy na drogę wiodącą w stronę stolicy. Jak to w Rwandzie bywa jechaliśmy z góry do dołu i z dołu do góry. Kraj tysiąca wzgórz to zdecydowanie trafne określenie tego małego państwa w środkowej Afryce. Każdy skrawek góry, jeśli nie jest Parkiem Narodowym, to jest zagospodarowywany. Ogromna liczebność ludzi skłania do zajęcia pod uprawy każdej części, nawet wierzchołków gór i najbardziej stromych zboczy. Dobrze tylko, że nie są to wzgórza skaliste. Chyba żadne miejsce w Rwandzie nie ma poziomu poniżej  300m. n . p m. Wszystko w górach. Nawet Kibeho, ku mojemu zaskoczeniu leży niewiele ponad 2000 m n.p.m. Czerwona ziemia z zielonymi uprawami liści bananowców czy kukurydzy podeschniętej w kolorze złotym, dają niesamowite barwy i piękną kolorystykę. Można podziwiać wzgórza pociachane na schodki w Peru pod uprawy ryżu. Ponad 11 mln ludzi na terenie nie większym jak woj. Mazowieckie wymaga zagospodarowania gdzie tylko jest to możliwe. Tak się dzieje w przypadku Rwandyjczyków.

 

 

            Poza tym jadąc w pięknej pogodzie gdzie słońce wynagradzało nam wczorajszą przeprawę, na drodze spotyka się samochody służące tylko do przewożenia towarów, tutaj nikt nie ma prywatnego samochodu i nie wozi się do rodziny, albo w innych sprawach. Po prostu nie stać na to ludzi na prowincji. Za to pełno jest chińskich motorów, służących w zbiorowiskach ludzkich za specjalne taksówki. Dużo także rowerów, które również służą w wioskach czy małych miasteczkach poza stolicą za taksówki. Są wtedy rejestrowane i zawsze maja kolorowe światełka i obszycia dużego siedzenia zamontowanego na bagażniku. Te rowery nie maja przerzutek a wyglądają jak nasze stare poczciwe Ukrainy. Ludzie jednak dają sobie świetnie rade jeżdżąc po tych górzystych terenach i wioząc kogoś na bagażniku, albo jak wielokrotnie dało się zauważyć różnorodny towar. Poza tym mnóstwo ludzi wędruje. Obydwie strony drogi to nieprzerwany ciąg ludzi. Idą w jedną i drugą stronę, ubrani odświętnie, albo roboczo, niosąc wodę w żółtych plastikowych pojemnikach, albo jakąś maczetę czy motykę. Niosą na głowie wanienki z warzywami i owocami, albo związaną trawę. Ludzie wędrują i idą rozmawiać za sobą albo przystają na chwile aby zaczepić sąsiada wracającego  z jakiegoś miejsca. Nikt nie biegnie i nikt nie goni. Wszyscy maszerują i rozmawiają, lub  machają rękami jak zobaczą białego w samochodzie, co jest niezwykle miłym gestem. Sam zresztą nauczyłem się i pierwszy do nich machałem, oni potrafili nawet przełożyć coś z reki aby tylko odmachać  z uśmiechem . Nigdy nie pozostawałem bez odpowiedzi. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się aby zrobić zdjęcia pięknych widoków. Podchodzili do  nas ludzie idący poboczem a w jednym miejscu pewien chłopak, powoli cedząc słowa po angielsku zapytał czy rozmawiam w tym języku. Kiwnąłem głową. A on recytował cały czas tą samą frazę, że opowie historię dużego wodospadu. No to opowiadaj, mówię za którymś razem a on dalej czy mówię po angielsku i że on mi opowie historię. Machnąłem ręką do niego aby raczej mnie zaprowadził do tego wodospadu a historie opowiedział innym razem. Kilka kroków dalej znajdowało się  urokliwe miejsce z ogromnym wodospadem, które budziło podziw przyrody. Można było stać chwilę i podziwiać jak woda rozpryskuje się na miliony kawałków tworząc na dole  zbitą masę wodną. Mała rzeczka a potrafiła wzbudzić taki podziw.  Kiedy wspinałem się po stromym zboczu aby wyjść spod wodospadu na drogę, przystanęli obok mnie ludzie przechodni. Jakby chcąc coś zagadać, ale niestety nic nie rozumiałem. Oni śmiali się do siebie, a pewna kobieta podeszła do mnie i usiadła obok na murku. Ja bardziej zdyszany szukałem powietrza,  ona zaczęła mnie głaskać po skórze jakby chciała sprawdzić czy ja rzeczywiście jestem biały. Jedyne z jej słów co przetłumaczył mi kierowca to, że nigdy nie dotykała białego  człowieka i podoba jej się taki kolor skóry. Siedziała obok mnie i głaskała moją rękę przez kilka minut. Nie muszę mówić, że było mi głupio i sam próbowałem żartować dotykając jej spracowanej dłoni i mówiąc, że mi też się czarna skóra podoba. Ale na moje słowa nikt nie reagował a jej tłumaczeń wszyscy słuchali. Pewnie dobrze że nie rozumiałem co mówi.

         Kiedy dojeżdżaliśmy do Kigali udało nam się jeszcze pojechać do muzeum narodowego, gdzie w sposób bardzo nowoczesny zaprezentowano historię ludobójstwa na świecie. Był w tym muzeum także polski akcent pokazujący eksterminację ludzi dokonaną na terenach polski w czasie II wojny światowej. Potem było pomieszczenie przeznaczone pamięci ludobójstwa w Kambodży i Bośni i Hercegowinie oraz ludobójstwa dokonanego przez Turków na Ormianach. Wszystko to robiło wrażenie, że zostało ułożone i zaprezentowane w bardzo nowoczesny sposób. Razem z prezentacjami multimedialnymi z nagraniami ludzi wypowiadających się o śmierci najbliższych lub relacje naoczne świadków. Był też króciutki film, pokazujący sąd nad mordercami przeprowadzany przez „wioskowe sądy” nazywane w Rwandzie Gacaca . Podczas takiego przesłuchania wobec wioski, mężczyzna przyznawał się do tego kogo zabił i w jaki sposób. To wszystko jest mocne i świeże. Ciągle mimo różnych twarzy Rwandy, już zawsze będzie się wracało to momentów z 1994 roku.

 

*

 

 

30 – 31 01.2014r.   Kigali – Ruhengeri – jeziora – Goryle –Kigali  – Polska

 

 

        Po rannej odprawie fizyczno – duchowej wybraliśmy się z Cloudem, moim kierowcą w stronę Ruhengeri, czyli tym razem na północ Rwandy. Wyjazd z Kigali w obranym kierunku, okazał się bardzo kręty i górzysty, wiele ciężarówek z kontenerami jadącymi aż z Mombasy w stronę Ugandy czy północy Konga – jak się domyślam – sapały, wioząc ogromne, żelazne skrzynki a w nich tajemne towary z zachodu albo Chin. Droga do Ruhengeri to niewiele ponad 100 km, tradycyjnie krętą drogą z wioskami i miasteczkami po drodze, gdzie cały czas można było spotykać tysiące ludzi idących po obu stronach drogi. Marsz to ich swoista komunikacja. Nie mają prywatnych samochodów bo to za wielkie bogactwo, nie wielu ma też motory, to też oznacza spryt w dorabianiu się, kiedy jest się szczęśliwym posiadaczem chińskiego dwukółka z silnikiem niewielkiej pojemności. Można też zaobserwować ogrom rowerów, które służą nie tylko jako bezpośredni środek komunikacji właściciela, ale jako taksówki, albo nawet ciężarówki. To co rwandyjskie rowery mogą przewieść, jest na pewno niewyobrażalne dla europejczyka. Nie chodzi tylko o worek ziemniaków, węgla drzewnego, albo jakiś innych dobroci rolniczych. Czasami rower można liczyć w kilku workach, a niekiedy zdawać by się mogło ze na rowerze leży około pół tony towaru.

      Tereny jak zwykle górzyste, zwłaszcza, że za Ruhengeri są ogromne wulkany i ukształtowanie w tym miejscu ma swoje wytłumaczenie. Ziemia zmieniała swój kolor im bliżej byliśmy północy Rwandy. O ile na południu wszystko w czerwieni i to dość ostrej, nawet powiedziałbym, że czasami ta ziemia jest bardziej czerwona jak na Madagaskarze, zaś północ to coraz ciemniejsze kolory ziemi. Im bliżej wulkanów to nie tylko ciemniejsze, ale i bardziej żyzne. W wioskach pod samymi wulkanami znajdują się jedne z biedniejszych terenów Rwandy, ale za to bardzo łaskawe w ziemię tufu wulkanicznego i to co wrzuca się w ziemię rośnie i obfituje o wiele więcej niż w innych miejscach Rwandy.

     Nie daleko Ruhengeri zobaczyliśmy dwa miłe i malownicze jeziora- Bulera i Mwuleru. Nie wiele było tam domów wypoczynkowych, bo nie jest to kultura miejscowa, ale jedno jezioro jest położone wyżej drugie niżej. W niewielkiej odległości można to śmiało zaobserwować gołym okiem. Dlatego woda przepływając z tego wyżej położonego napędza turbiny w niewielkiej elektrowni, dając miejscowym prąd. Pomysłowość i wykorzystanie natury w takich celach i tak ekologicznie trzeba akuratnie chwalić. Nad samymi jeziorami jest nie wielu rybaków, mała hodowla ryb i strażnicy wojskowi z karabinami pilnujący „uciekającej” wody z jeziora wyżej położonego. Oczywiście jako punkt strategiczny nie można tego fotografować, ale oni sami bardzo mili i przybijają  „piątkę” na powitanie pajac się o imię i pochodzenie.

     Przyjeżdżając do tych jeziorek pewnie rzadko wędrują tędy biali, bo widząc w samochodzie Umuzungu, wszyscy krzyczeli w moją stronę i tym razem wcale nie były to tylko dzieci mające ubaw z białego człowieka. Wioski bardzo biedne i wzbudzające podziw , że ludzie mogą żyć w takich warunkach, ale jednego można im pozazdrościć, albo przynajmniej konkurencyjnie zestawić choćby z Polakami. Bieda nie przeszkadza pomachać ręka i uśmiechnąć się. Jakby chwalili, że przyjechał gość i dla każdego było to ważne.

     Późnym popołudniem zajechaliśmy do sióstr od Aniołów pracujących 10 km od Ruhengeri. Wcześniej zapytałem kierowcy czy jest głodny, on zawsze odpowiadał twierdząco, zatem poprosiłem żeby stanął w jakimś przydrożnym barze. Ale problem jest taki, że tych przydrożnych restauracji w ogóle nie ma. Zatrzymaliśmy się w jakimś sklepie wypijając po Prymusie, czyli najtańszym rwandyjskim piwie robiąc sobie kilka zdjęć z ekspedientem handlującym  pojedynczymi papierosami, piwem i ryżem na wagę z dużych worków.

     Siostra Dorota była już powiadomiona o naszym przyjeździe. Co prawda zabłądziliśmy, ale wracając ze złego kierunku, czekała już przy drodze na nas. Bardzo miła ciekawa i niezwykle spokojna misja zatrudniała kilkanaście pań pracujących przy maszynach do szycia, wyszywając zdobyte zamówienia. Co prawda nie ma na tym żadnego interesu, ale przynajmniej te kilkanaście osób ma pracę i minimalne wynagrodzenie, które jest jedynym utrzymaniem całej licznej rodziny. Tak zapewniała s. Dorota, prezentując biznesowe podejście do sprawy, ale za to z dużą wrażliwością misyjną. Poza tym siostry pracują w pobliskim szpitalu spełniając funkcję pielęgniarek i dyrygując całym szpitalem. Można na rwandyjskie standardy nazwać to szpitalem,  bo w warunkach polskich nie miało by to racji bycia. Pisze to tylko dlatego, aby delikatnie wyobrazić sobie warunki. Szpitale są coraz częściej budowane w kraju, tak pragną politycy,   aby matki rodziły dzieci w szpitalach a nie w błotnych lepiankach domostw. W szpitalu przebywało sporo dzieci z matkami i praktycznie tylko jeden mężczyzna, młody chłopiec z podejrzeniem malarii, ale jeszcze nie było to zdiagnozowane do końca. Najważniejszy punkt tego szpitala do porodówka. Dwa łóżka z zaspawanymi uchwytami na nogi i oddzielone parawanem. Odrapane ściany, ale to i tak lepiej niż gdyby miały dokonać tak sterylnej czynności w domach. Rolę lekarzy w tym szpitalu spełniają pielęgniarki i jeden pan pielęgniarz. On też jest zastępcą szefa i prowadzi całą dokumentację szpitala. Niestety prawdziwych lekarzy nie ma. Wszystko opiera się na diagnozach postawianych przez pielęgniarki i one dawkują też leki. Zresztą te same panie leczą malarię, AIDS i przyjmują porody. Uniwersalność możliwości jest godna podziwu, ale to sytuacja zmusza do tego aby z doświadczenia i praktyki zająć się wszystkimi przypadkami po kolei, a nie według własnej specjalizacji. Dzieci które mieliśmy okazję zobaczyć były dzień czy dwa po porodzie a nawet jedna mama urodziła rano, w dniu naszej wizyty. Co ciekawe takie dziecko jest prawie białe, pewnie potem nabiera koloru skóry. Słodkie maleństwa spały przy matkach, natomiast dwu letnie czy kilkunastomiesięczne próbowały biegać po trawie na zewnątrz. Sale to ponad 10 łóżek. Przy takiej pogodzie, słońcu i duszności a w dodatku jakiś ranach poporodowych czy innych, daje niezłą kombinację  zapachową , niezbyt służącą zdrowiu. Ale na to nikt się nie uskarża i dziękuje Bogu, że w tych warunkach miał okazje przyjść na świat, albo kobieta chwali Boga, że mogła rodzić korzystając z  w miarę fachowej pomocy.  Kupiliśmy trochę cukierków dla dzieci ze szpitala, co sprawiło im nie lada uciechę, ale te mniejsze trzymające się kurczowo mamy, płakały kiedy chciałem do nich podejść i przynajmniej dotknąć rączki. Płacz był wyrazem strachu, bo niestety, ale rodzice w domach straszą dzieci białym człowiekiem. Jak nie będziesz grzeczny to przyjdzie Umuzungu i cie zabierze, albo porwie. Kiedyś w Polsce rodzice straszyli wymyśloną „babą jagą”, albo jakaś czarną wołgą, ale  nie ludźmi z Afryki. Także doświadczyłem smutnego rasizmu na sobie, bo w oczach dzieci byłem tym strasznym, który stanowi zagrożenie dla ich bezpieczeństwa. No cóż trzeba było się pogodzić z przegraną i wizerunkiem złego, strasznego porywacza. Dzieciom nie tłumacze, że rodzice opowiadają bzdury i kłamią.

 

 

         Obok szpitala jest dom pomocy dla najbiedniejszych dzieci. Siostry i księża marianie mający tutaj dom formacji i prowadzący szkołę dokarmiają najbiedniejsze rodziny. Miało temu służyć małe gospodarstwo gdzie były 3 krowy, kilka kur i może ze 30 królików, które w tym klimacie, jak się okazuje rozmnażają się bardzo szybko i nie brakuje im zieleni do jedzenia na cały rok. Poza tym spory ogród z warzywami, oto cała zagospodarowana ziemia przez białego, która służyła pomocy najbiedniejszym Rwandyjczykom z tej misji i całej okolicy.

         Wieczorem uczciłem swoje imieniny zapraszając siostry na kolację do Ruhengeri w eleganckiej knajpie siedzieli sami biali a do jedzenia nie było nic rwandyjskiego. Zatem znowu trzeba było się zadowolić pizzą. Mój kierowca jednak nie wziął i nie zamawiał pizzy, ale szaszłyk z miską ryżu. Ciekawa potrawa i kompozycja.

 

 

          Wcześnie  rano pożegnaliśmy się z  s. Dorotą i s. Haliną , pojechałem w stronę parku narodowego na polowanie na Goryla górskiego. To jedyne miejsce na świecie gdzie żyją w dżungli u zboczy wulkanów górskie goryle. Wstęp kosztuje majątek, lepiej może nie pisać ile, bo byłby to wstyd, że takie pieniądze wydaje się za godzinę teatru Goryla. Ale gatunek tych zwierząt jest na wymarciu i wyginięciu. Poza tym coś ciągnie aby zobaczyć swojego poprzednika w teorii ewolucji.  Przy wejściu do parku dzielili ludzi na małe grupki. Każda grupa otrzymywała dwóch przewodników, na początku omawialiśmy jak sie zachować, później przedstawiono nam całą historię Goryli. Żyją w rodzinach, gdzie zawsze jeden samiec mając swój związek poligamiczny jest panem kilku swoich towarzyszek z którymi ma dzieci. Oczywiście rządzi tutaj siła przewodnia samca i dopóki jest w stanie mieć tą siłę , dopóty jest w stanie rządzić i być królem we własnych stadach. Goryle żyją około 45 lat. Swoją siłą, zdobywa samic około 20 . W tym rejonie jest kilka rodzin i kilka stad. Każda grupa pojechała w swoją stronę według wskazań przewodnika. Ja nie mając możliwości jechania małym samochodem musiałem zaczepić się do kogoś, łaskawość okazała Pani z Kanady, która zabrała mnie do swojej wynajętej Toyoty Prado. Okazało się że jej mąż jest z pochodzenia polakiem. Bo teść osiadł w Kanadzie po drugiej wojnie światowej. Jej drugie nazwisko to Dubianowska.

 

 

           Każda wydzielona grupa według wskazań przewodników jechała w innym kierunku dżungli. Ja zostałem przydzielony do najstarszej wiekowo grupy  i pewnie dlatego mieliśmy najmniej do przejścia. Wioska z której zaczynaliśmy marsz, to typowy przykład miejscowych zabudowań, jedne z czerwonej cegły inne to po prostu lepianka z błota. Ludzie z tej wioski to rolnicy ciężko pracujący na swoich poletkach tufu wulkanicznego. Co ciekawe najwięcej upraw u podnóża wulkanu zajmowały kwiaty rumianku i ziemniaki zbierane trzy razy w roku. Klimat sprzyjający. Pewnie dlatego to jedyne miejsce na świcie, gdzie w dobrej kondycji żyją Goryle górskie. Nasz powolny spacer bywał irytujący, ale żółwie tempo wspinania się pod zbocze Wulkanu zostało wynagrodzone, kiedy idąc z tyłu usłyszałem jęki zachwytu mieszane ze strachem ludzi na przedzie peletonu. Rodzina Goryli właśnie wyszła na przeciw nam. To miło z ich strony i okazuje się, że nawet bardzo inteligentnie, bo wiekowość grupy pewnie wzbudziła litość u samych Goryli. Był to duży samiec z białą sierścią na plecach, noszący imię Charli. Tak nazwali go przewodnicy i był to największy samiec w okolicy. W stadzie była jego jedna  żona, ale nie pokazała się nam, przez cały czas była zajęta konsumowaniem trawy. Poza tym dwa małe goryle, które rozpierała energia i jak małe dzieci przeciągały się nawzajem uderzając jedne drugiego. Zaczepka dziecięca budziła u nas uśmiech, bo to dokładnie jak sytuacja rodzeństwa z tradycyjnej rodziny.  Po chwili zleciał jakiś osobnik średnich rozmiarów, pewnie dopiero kandydat na przywódcę i pobierał lekcje od najlepszego. Na koniec szum bujnej trawy obrócił głowy wszystkich, okazało się, że potężny samiec, wielkości dorównujący Charliemu zbliżył się do nas, ale nie podszedł, pozostał w odległości 10 metrów, siedząc ukryty za wysoką trawą. Nasza grupa ludzi natomiast miała widok z odległości pół metra na bawiące się małe goryle. Wielki samiec, przywódca, siedział na przeciw nas i przyglądał się nam a my jemu. Pewnie dla niego to aktorskie zajęcie w codzienności tylko widzowie się zmieniają i mówią innymi językami. On na swoim terenie pozostaje ten sam. Goryl żyjący dziko, ale nie zwykle przyjazny i spokojny. Oczywiście nie mogliśmy nadużywać jego łagodności i prowokować w jakikolwiek sposób.  Siedzieliśmy na przeciw siebie może z godzinę a on pokazał niezwykłą cierpliwość wobec nam za co pokłoniliśmy się mu na koniec. Można myśleć, że wiele z tego zrozumiał, bo to w końcu zwierzę najbliższe wyglądowi człowieka. Łapy z pięcioma palcami ułatwiające chwytanie czegokolwiek. Nawet małych insektów. Kiedy ojciec stada położył się przygarniając do siebie maleństwo i zaczął przeglądać jego sierść w poszukiwaniu insektów i wyciągać je palcami albo ustami. Wszystko z precyzją i dokładnością kwalifikowanego dermatologa albo kosmetyczki. To była pewnie zwykła ojcowska troska, ale na wzór ludzi duża zręczność. Tak samo stopy z palcami, tors prezentował się też okazale. W końcu potężny ojciec stada, który na razie nie ma sobie równych. Charli ma 25 lat jak zapewniali przewodnicy.  I jeszcze jakieś 20 lat życia jeszcze przed sobą. Czy wszystkie lata spędzi jako przywódca, tego nie widomo, ale za okazałe zrozumie wobec nas życzymy mu tego. Na koniec kiedy my zaczęliśmy schodzić w dół a ja zamykałem peleton, Charli rozłożył się luzacko na plecach i spiął ręce pod głową jakby głośno chciał wyrazić co o nas myśli i jak bardzo cieszy się że teatr skończony. Wyglądało to niezwykle zabawnie i stawiało go w świetle inteligenta ponad nami „białasami”.

 

 

         Była to w zupełności reżyserowana przygoda spotkania dzikiego Goryla górskiego żyjącego tylko w tym miejscu na świecie. Trzeba to uznać za miłe spotkanie i godzinę wpatrywania się w siebie i szukania podobieństw. Szkoda tylko, że nie zamieniliśmy żadnego słowa, na siłę uspokajano nas, aby być cicho. Nikt się nie kłócił i nie chciał niszczyć porządku terenu Goryli to przecież my byliśmy gośćmi na jego terenie.

          Ostatni dzień to miły odpoczynek, wytchnie przed powrotem do Polski. Pojechałem tylko zobaczyć hotel , znany z filmu „hotel Rwanda”. Akcja tego znanego filmu była kręcona właśnie w tym hotelu. Miłe miejsce dla białych ludzi, ale stwarzające wrażenie, że to nie Rwanda. Stąd na pewno nie da się zobaczyć prawdziwego oblicza tego kraju. Do miłych akcentów należało to, że podszedł pewien Amerykanin i kiedy dowiedział się ze ma do czynienia z dwoma Polakami, od razu powołał się na Ryszarda Kapuścińskiego. Nie ukrywam, że zrobiło sie bardzo miło, że ten Pisarz z Polski pomógł poznawać świat temu Amerykaninowi.

            Rwanda pozostawi pewien smak podróży naznaczony nie tylko szczęśliwym oglądaniem pięknych wzgórz i kolorowej ziemi, ale westchnienia nad biedą tam panującą. Rwanda wreszcie pozostawi podziw nad dokonania polskich misjonarzy pracujących w tym małym kraju od dziesięcioleci i dzieła, które nie ma nalepki, że to produkt polski, ale to dzieło dla Rwandy. To szpital dla niewidomych, przychodnie zdrowia, drukarnia, hotelik i dzieła pastoralne przy wielu misyjnych parafiach i niezliczona pomoc materialna dla wielu rodzin. Poza tym o czym trzeba powiedzieć na końcu, Rwanda pozostawi wiele niedopowiedzeń i niezrozumienia najnowszej historii związanej z wojną i ogromnym ludobójstwem. Temat wojny jest wśród ludzi bardzo żywotny i niepewność sytuacji ciągle rodzi pytanie u tych prostych farmerów: co dalej? Na szczęście, jako Afrykańczycy ze swoim myśleniem mają jedną odpowiedź, że nie wiemy co jutro ,ale wiemy co dzisiaj – trzeba żyć jak najlepiej i wykorzystać dzień dzisiejszy, jutro sie zobaczy. To nie zawsze ma swoje praktyczne zastosowanie według naszych europejskich kryteriów myślenia, ale na pewno sprawdza sie wobec konfliktów i wojen.  Rwandyjczycy mają cos swojego, mają swój dzień dzisiejszy  życia. To duże bogactwo dające im poczcie dumy i rodzące częsty uśmiech na twarzy. Inaczej przecież nie mogliby się uśmiechać i innym myśleniem, pewni mogliby się skarżyć na wieczny strach. Tak przecież nie dałoby sie żyć. W takich sytuacjach życie dniem dzisiejszym w pełni ma swoją zasadność i rozumienie. Może trudne dla nas ludzi lekkich perspektyw z europy, ale to właśnie świat i odmienność kultur. To właśnie bogactwo, które ciągnie i uczy, że nie jesteśmy pępkiem świata w Europie, tylko dlatego ze mamy więcej pieniędzy i  plany na kilka lat do przodu. Rwanda na pewno takim sposobem zapadnie w pamięć i każe do siebie wracać, nie koniecznie od razu samolotem, ale myślami i jakąś pomocą. Tak jak wielu „białych„ ludzi w samochodach na drogach stolicy doświadczyło tego przede mną i dzisiaj albo tam  mieszkają albo pracują dla Rwandy, ale chyba najbardziej dla siebie, bo miłość do miejsca zarażona podróżą ma swoje uroki i zobowiązania. Czasami te zobowiązania honorowe są dobrą chorobą ciągnącą się latami, jak w przypadku wielu misjonarzy z Polski. Przed wojną pracowało ich w Rwandzie około 90 dzisiaj jest ich dokładnie 32. W tym kraju polak będzie miał juz swoje miejsce i pewnie w sercach wielu misjonarzy, dyplomatów i podróżników  Rwanda zagości na stałe.  Zachęcam każdego do odwiedzin w Rwandzie i poznania historii tego kraju.

 

 

Maciej Gierula

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

newsletter

newsletter

syberia

" Drugiego dnia podróży, do naszego wagonu wsiadła spora ekipa rosyjskich poborowych. Oprócz tego, że w mundurach i z wiktem i oprzyrządowaniem wojskowym, to niewiele się wyróżniali. Oczywiście..."

więcej

syberia

"Jedziemy, jedziemy (...) . Nikt się za specjalnie nie integruje, turystów nie ma w naszym wagonie w ogóle. Za to klimat robią rosyjskie hity ludowe lecące z nieściszanego głośnika. Wziąłem ze sobą swoją muzykę, ale w tym pociągu chyba jej nie posłucham..."

więcej

SONY DSC

"Idąc do kolejnych świątyń, przyłączyli się do nas tubylcy, oferując pomoc w oprowadzaniu. To bardzo powszechne...Jeden chłopiec jednak zrobił na mnie wrażenie. Nie wiem, ile mógł mieć lat, może 10-12, świetnie mówił po angielsku i francusku...."

więcej

zdjęcia45

System szkoły togijskiej różni się bardzo od systemu polskiego szkolnictwa. Jest on na pewno na dużo niższym poziomie, ale na tyle, na ile „potrafi”, tak sobie radzi. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, by dzieci w Afryce miały dostęp do szkoły...

więcej

afryka2

Wyprawa do Afryki - czyli Muzungu wokół Jeziora Wiktorii - CZĘŚĆ II. Kolorowy kurz dalej wdzierał się przez brakujące szyby i malował wszystkich pasażerów, zwłaszcza tych siedzących z przodu. Zęby od tego zgrzytały, a ślina przybierała gęstość czekolady...

więcej