Odkryta Afryka – część II

 

Wyprawa do Afryki

czyli

MUZUNGU WOKÓŁ JEZIORA WIKTORII

CZĘŚĆ II

 

 

 

DO UGANDY

 

            Ciężko było podnieść się z łóżka po czwartej rano, ale skoro bilety zakupione, to nie było wyjścia. Zjedliśmy parę kromek miejscowego chleba z przemyską nutellą i poszliśmy ciemnymi ulicami na przystanek autobusowy. Nasz pojazd już grzał silnik. Jego widok nie napawał optymizmem. Wygoda i sprawność tak dalekiej podróży po bezdrożach Afryki, stanęła pod znakiem zapytania. Wcześniej nie zauważyliśmy, że w obsłudze autokaru oprócz kierowcy i „naganiacza” usadzającego tym razem ludzi i sprawdzającego bilety, jechało jeszcze trzech mechaników. To dobry pomysł, są bardzo praktyczni i niebywale przewidujący. Kierowca nie żałował maszyny nawet, jeśli po jakiś 70 kilometrach skończył się asfalt i zaczęły afrykańskie wertepy. Siedzieliśmy zaraz za szoferem i mogliśmy obserwować jego poczynania. Oprócz obrotomierza nie działał żaden inny wskaźnik. Wszystko na wyczucie. Poza tym szczelność autobusu też pozostawiała wiele do życzenia i wszyscy pasażerowie wdychali kurz. Zmieniał się tylko kolor tego prochu, raz czerwony, jakby z ceglanej ziemi, raz biały z wykruszonych skał, a niekiedy zwykły szary, ziemny kurz. O smaku nie trzeba wiele pisać, bo mimo różnicy kolorów, smakował tak samo. Po wyjściu z autobusu każdy był cięższy o kilogram, zbierając na ciele i ubraniach, co tylko można było wchłonąć. Świetnie to było widać na końcu podróży pod prysznicem. Pewnie każdy górnik ma tak po zmianie, z jedną różnicą wspominanych kolorów. Ciekło z człowieka jak z zardzewiałego żelastwa.

            Zapytałem domniemanego kierownika autobusu, czyli człowieka, który siedział na pierwszym miejscu i najwięcej krzyczał o przerwę. W Singidzie będzie postój na lunch – odpowiedział, czyli jeszcze prawie 100 kilometrów. Wspomniany postój zdarzył się jednak już w połowie tej drogi. Była to ponad dwugodzinna przerwa, spowodowana pierwszą awarią autobusu. Znaleźliśmy się w niewielkim miasteczku, a raczej skupisku ludzi, dla których dwóch białych w miejscowym autobusie stanowiło nie lada sensację. Dookoła czegoś, co umownie można określić ryneczkiem, jakieś coffee bary, ale kiedy podchodziliśmy po kolei do każdego, pytając o kawę, wszyscy uśmiechali się i wzruszali ramionami, mówiąc czarodziejskie „no” i pokazywali następny bar, gdzie rzekomo mieliśmy ją dostać. Historia się powtarzała i takie ćwiczenie wykonaliśmy z pięć razy, po czym przyszło nam się poddać. Nie było człowieka w tym miasteczku, który nie przyszedłby zwabiony obecnością białych, żeby zobaczyć ludzi z kosmosu. Niektórzy uśmiechali się i mówili jedyny wyuczony zwrot po angielsku – „how are you?”, chcąc w ten sposób powitać przybyszów, okazać radość i gościnność. Nie pozostawaliśmy dłużni i odpowiadaliśmy równie miłymi uśmiechami. Kiedy chcąc coś przekąsić, podeszliśmy do radosnych pań kupić banany, u sprzedających nastąpiła konsternacja, kilka ekspedientek skupiło na nas wzrok i patrzyło, które banany wybierzemy. My w uniwersalnym języku, wskazując palcem na te wyglądające najbardziej smakowicie, chcieliśmy obsłużyć się sami i z dużej kiści urwać sobie tylko cztery Nie było to wcale takie łatwe i wzbudziło ogromną salwę radości. Nasza nieporadność zyskała dużą sympatię. Cóż się dziwić, przecież nie zrywamy bananów codziennie. Kobieta biorąc z mojej wyciągniętej ręki pieniądze, radośnie to komentowała do swoich koleżanek, ale co mówiła w języku przypuszczalnie kiswahili, nie mam pojęcia. Wiem jedno – nawet kupując banany można zyskać przyjaciół.

            Mocniejszy ryk silnika wyraźnie oznajmił nam, że mamy wsiadać. Mechanicy wyczołgali się spod auta i zebrali narzędzia. Trzymając się mocno siedzenia kierowcy i obijając o nie kolana, zdobywaliśmy kolejne kilometry bezdroży. Asfalt leżał wyłącznie w granicach miasta Singida. Ale trzeba przyznać, wzdłuż całej naszej trasy było wiele zaawansowanych prac. Za parę lat powinni mieć niezłe drogi. Ciężkiego sprzętu budowlanego było sporo tak w Kenii, jak i Tanzanii oraz Ugandzie.

            Późnym popołudniem dojechaliśmy do jakiegoś większego miasta. Ale około dziesięciu  kilometrów wcześniej, kierowca zwrócił uwagę mechanikom, że nie może kręcić kierownicą. Rzeczywiście, koło sterowania kręciło się jeden stopień w prawo, jeden w lewo i nic więcej, ale mechanik machał ręką, żeby jechać dalej. Nie mogłem tego zrozumieć i naprawdę zacząłem drżeć o swoje życie i los całego autobusu. A trzeba wiedzieć, że te pojazdy mają tylko jedne drzwi z przodu i przeważnie są przepełnione. Poza tym siedzenia są niezwykle wąskie, bo autobus ma pięć rzędów (trzy +dwa – jak w Boeingu). Dlatego planując kilkudziesięciogodzinną podróż, można się obawiać nie tylko stanu dróg, ale siedzenia na tzw. półdupku. Nogi szybko cierpną, a darmowe kołysanie i podskoki na wybojach nie ułatwiają krążenia krwi. Poza tym ryk silnika jak za pamiętnych sentymentalnych czasów „ogórkowych”.

 

 

67

 

              Kierowca z wadą układu kierowniczego dalej jechał wytrwale, dając innym znaki światłami, że ma jakieś problemy. Z trudem udawało mu się pokonywać zakręty i mijać się z innymi pojazdami. Jakimś cudem zajechał na stację benzynową i mechanicy od razu zabrali się do roboty. Widząc bar, ucieszyliśmy się z tej przerwy, bo basowy ryk silnika przeplatał się już od dawna z rytmicznym marszem naszych kiszek. Ryż, mięso i fasola – podstawowy afrykański zestaw fast food i coca-cola były zbawienne. Okazało się, że oprócz popsutej kierownicy mieliśmy też kapcia na tylnym kole. Czasem warto wysiąść z autobusu, żeby zobaczyć, co naprawdę mu dolega, bo jeśli jedzie, co zdaje się tutaj najważniejsze, to nie ma problemu. Po tej naprawie mieliśmy szczęście jechać dość długo po asfalcie. To niebywała radość, kiedy kołysze i podrzuca o połowę mniej. Poza tym można było jechać szybciej i nadrobić stracony czas. I nasz drajwer rzeczywiście nadrabiał. Zrobiło się ciemno, miał przed sobą stromy zjazd i wtedy zobaczyłem, że zwalnia biegami, starając się jechać coraz wolniej. Okazało się, że nie mamy hamulców, a mechanik znowu macha ręką, żeby jechać dalej. Zjazd jak się okazało jest za kilka kilometrów, a my powoli sapiemy z nerwów. Wreszcie na dole, mechanicy znowu pod samochód, a ludzie na papieroska (chociaż tutaj bardzo mało ludzi pali). Patrzyłem, że rozbierają hamulce z małą latarką w zębach i zrobiło mi się ich szkoda. Podszedłem i użyczyłem swojego czołowego Petzla, pod autem zrobiło się natychmiast o wiele jaśniej. Bardzo dziękowali uniwersalnie machając ręką. Na szczęście usuwanie tej awarii nie trwało długo, po jakiejś pół godzinie ruszyliśmy ze świeżymi i sprawnymi jak mniemam hamulcami. Około pierwszej w nocy dojechaliśmy do Kahamy, okazało się, że zostajemy tu do szóstej rano. O zgrozo, gdyby nie nastawienie, że w Afryce wszystkiego się można spodziewać, to pewnie klątw nie byłoby końca. Cóż, znalazłem sobie z tyłu podwójne siedzenie i próbowałem jakimś cudem spać. Oczywiście zbolałe, obite, ścierpnięte kolana i nogi budziły skutecznie co kilkadziesiąt minut. Poza tym, siedzącym obok mnie chłopakom zebrało się akurat na głośne pogawędki. Ale jednak zmęczenie zwyciężało i przewracając się z boku na bok, udawało mi się zasypiać. O piątej rano w zajezdni zaczął się już spory ruch. Mimo ciemności zjeżdżali się ludzie, którzy o 6:00 mieli swoje autobusy w różne strony świata, ruszyliśmy i my. Mieliśmy za sobą 24 godziny jazdy, a przed nami wciąż jeszcze było kilkaset kilometrów.

            Kolorowy kurz dalej wdzierał się przez brakujące szyby i malował wszystkich pasażerów, zwłaszcza tych siedzących z przodu. Zęby od tego zgrzytały, a ślina przybierała gęstość czekolady. Około godziny drugiej po południu minęliśmy skrzyżowanie na Bukobę, zabraliśmy kolejnych pasażerów i znów pojawił się optymistyczny widok asfaltu. Ale szczęście nie trwało długo. Jakieś dziesięć minut dobrej drogi i kierowca, siepiąc lewarkiem od biegów, nie może żadnego znaleźć. No to jeszcze skrzynia biegów nie nawaliła – powiedziałem do siebie, zgrzytając zębami tym razem w duchu. Autobus siłą rzeczy zatrzymał się i mechanicy pod auto – to już norma. Coś klepią w kole, a tu wypada ukręcona półośka. Jeden z nich macha ręka, że to koniec podróży, że trzeba czekać na kolejny pojazd. A my z wytrzeszczonymi oczami nic z tego nie rozumiemy. Jedna życzliwa Pani tłumaczy nam, że dalej nie możemy jechać, bo muszą tym razem ściągnąć część z daleka. Pytam, ile to potrwa, a ona, że obsługa nie jest w stanie powiedzieć. To, co robimy? Czekamy na autobus? „A ile” – pytam? Ona, reagując na pytanie Europejczyka z iście afrykańskim spokojem oznajmia, że nie wiadomo. Ja dalej pytam uparcie: godzinę? dwie? A ona – „maybe”. No to ładnie, a gdzie my jesteśmy, próbujemy dopytywać, rozkładając mapę, ale wielu stając nad naszą mapą pokazuje palcami i wszyscy naraz jakby w trwającym przetargu o trafność geograficzną strzelają, że może tu, ale chyba tu, na pewno tutaj… No to lepiej schować tę mapę i zająć się machaniem na drodze. Entuzjastów przymuszonego autostopu jest jednak wielu – wszyscy pasażerowie w liczbie jakichś 65 osób. Jedno jest pewne – od Afrykańczyka nigdy nie usłyszałem odpowiedzi „nie wiem”. Jakiekolwiek pytanie by zadać, nikt nie odpowie, że się nie orientuje. Nawet, jeśli tak jest. Każdy tutaj daje potwierdzające odpowiedzi, tak było z mapą i tak było wielokrotnie, kiedy błądząc po jakimś mieście, o coś pytaliśmy. Jedni pokazywali w prawo, inni w lewo i na końcu trzeba było wziąć taksówkę, powiedzieć, gdzie się chce dotrzeć i ustalić cenę. Gdyby polegać na wskazaniach przechodniów, to człowiek chodziłby tam i z powrotem, a nie zawsze jest na to czas i ochota.

Próbując opisać opanowanie emocjonalne spotykanych mieszkańców Czarnego Lądu, niestety nie udaje mi się znaleźć żadnego trafnego porównania. Piszę to z podziwem, tym bardziej, że nie słyszałem ani jednego słowa skargi, gdy po raz kolejny musieliśmy wysiadać z popsutego autokaru. Nawet, kiedy musieliśmy sobie szukać na własną rękę pojazdu na dokończenie drogi, bo w końcu awarii nie dało się naprawić. Siła spokoju jakoś się udzielała. To naprawdę godne podziwu, ale pewnie wynika z częstego podróżowania w ten sposób. Ich świadomość, że wszystko może się zdarzyć wcale ich nie zniechęca do pokonywania dużych odległości w niemałej Tanzanii. Ale domyślam się, że tak pewnie jest w całej Afryce. Niezwykły jest ten stoicki spokój. Wyobrażam sobie, jakie pretensje i skargi sypałyby się w jeżdżących po dobrych drogach, wygodnych autobusach Europy. Reakcja Afrykańczyków każe stwierdzić, że są wielcy w tym opanowaniu. Tutaj nikt nie odezwał się ani słowem pod adresem kierowcy, czy mechanika. Przyjmowali informacje o awarii, nawet tej nie do naprawienia, jak coś oczywistego, jakby każdy wkalkulował taką sytuację w swoją podróż. Skoro jedziesz, to sam decydujesz się na ryzyko. Poza tym autobusy to jedyny środek lokomocji na tak długich trasach, nie ma tu pociągów. Lotniska owszem są, ale bilety za drogie jak na kieszeń tubylców. Zostaje jeszcze samochód, ale po ich ilości na drogach można sądzić, że niewielu posiada własny pojazd.

 

 

130

 

            O dwóch biednych nieporadnych białych zatroszczono się bardzo szybko. Następny autobus do Bukoby miał kilka wolnych miejsc, kazano nam tam wsiąść w pierwszej kolejności, torując przy tym drogę do obleganego wejścia. Trochę nam było głupio, ale dziękowaliśmy za życzliwą gościnność. Zajęliśmy miejsca z tyłu, bo tak wskazał kierownik autobusu. Kiedy wszyscy wytargowali się, wsiedli i zajęli miejsca, rozpoczęliśmy kolejny etap podróży, z wielką nadzieją, że nie będzie już przymusowych postojów. W tych autobusach nie ma miejsc stojących, maksymalnie jedzie tyle osób, ile jest miejsc siedzących. Często są kontrole policji. Wsiada taki mundurowy i tylko zerka, czy wszystko w porządku, mniejsza z tym, że niewiele może zobaczyć, ale stojące osoby na pewno zobaczy. Czasami w sposób bardzo „dyskretny” dostanie coś za taką kontrolę, ale tak dokładnie za co, to nie mam pojęcia.

Droga asfaltowa znów szybko się skończyła. Auto było chyba bardzo sprawne, bo kierowca miał ciężką nogę na pedale gazu. Najbardziej dało się to odczuć, gdy nie wyhamował na czas przed dużym progiem zwalniającym. Wtedy wszyscy jak siedzieli, siłą podskoku dostali skrzydeł, ale nie ulecieli daleko, bo dach boleśnie zatrzymał. Wtedy dało się zobaczyć, że opanowanie i spokój Afrykanerów ma swoje granice. Pewnie dobrze, że nie rozumiem tego języka, bo byłaby okazja nauczyć się kilku kur… i innych podobnych słów w kiswahili albo luganda. Ja spokojnie odmawiałem sobie różaniec, ale pomiędzy „Zdrowaś” a „Maryjo” też wcisnęło się słowo, obwieszające bolesne zetknięcie z dachem autobusu. Jak ja ich, tak oni mnie nie zrozumieli. Ale ból w szyi odczuwałem jeszcze długą chwilę. Tył autobusu podrzucało jak na regularnych drgawkach i gdyby przyszło jeszcze jechać 100 kilometrów, pewnie w złości opuściłbym busa bez względu na odludne miejsce.

            Pewnie gdzieś koło czwartej po południu byliśmy w Bukobie. Czyli jak nam obiecywali 36 godzin jazdy, tak też prawie było. Tylko nie obiecywali dwóch autobusów i zderzeń z dachem pojazdu, ale na przyszłość i to weźmiemy pod uwagę. Poszliśmy szukać jakiegoś hotelu. Pierwszy guest house nie pasował, bo nie miał łazienki, a my znów o kilka kilogramów ciężsi (kurz). Ale w handlowej uliczce przy banku, spotkaliśmy chłopaka, który jechał z nami w autobusie. Zaprowadził nas do drogiego hotelu, pewnie w sam raz jak dla białych, ale nie dla nas. Obok był tańszy prowadzony przez Hindusa i ten cenowo pasował. Po prysznicu i małym praniu, uczucie świeżości i lekkości było prawdziwym spełnieniem marzeń z ostatnich godzin podróży. W łazience wprawdzie woda nie spływała i mieliśmy niemałą powódź pokojową, ale poprosiliśmy o pomoc i w kilka minut awaria została usunięta. Skuteczność obsługi jest jak widać na poziomie. Mała kolacja z karty indyjskiej oraz zmrożone piwko Kilimandżaro, postawiło nas na nogi. Potem spacer nad Jezioro Wiktorii – drugie, co do wielkości jezioro świata. Woda była dość wzburzona i fale mocno rozbijały się o brzeg, ale bardzo przyjemna piaszczysta plaża zachęcała do wylegiwania się. Zrobiliśmy sobie zdjęcia z trzema braćmi z Mwanzy. Wymieniliśmy adresy i obiecałem przysłać zdjęcia. Mam nadzieję, że głowa pomoże dotrzymać słowa.

            Na rano mieliśmy kupione bilety do Kampali. Właściciel hotelu zaproponował w cenie hotelu taksówkę, więc z przyjemnością skorzystaliśmy. Tak jak kazano, o 6:30 byliśmy na dworcu. Autobus zapełniony jak każdy poprzedni, odjechał punktualnie. W tym były też ciasne siedzenia i pięć rzędów. Miał jednak coś więcej, czego nie miały poprzednie autobusy – w niektórych miejscach widać było ziemię. Poza tym wszyscy wsiadający zahaczali o odstającą z przodu dodatkową blachę, nieporadnie przykręconą do podłogi.

            Granicę Tanzanii z Ugandą przekroczyliśmy bez żadnego problemu. Jak się okazało i tutaj granica ma handlujących po obu stronach ludzi, naganiaczy do wymiany pieniędzy i do pomocy w załatwieniu wiz. Ale nie skorzystaliśmy z takiej spontanicznej obsługi z wyjątkiem zamiany kilku niepotrzebnych już tanzańskich szylingów na bardziej kolorowe i z większą ilością zer szylingi ugandyjskie. Chcąc podbić paszport stemplem opuszczenia kraju, trzeba było wypełnić standardową kartę. Natomiast z tubylców mało kto miał paszport. Wystarczała im kartka wielkości A4 ze swoim zdjęciem, tam zbierali pieczątki. To bardzo praktyczny zwyczaj, kiedy mieszkańcy sąsiednich krajów nie muszą posiadać wiz. Na granicy ugandyjskiej znowu kartka do wypełnienia i ten sam dylemat, co napisać o miejscu pobytu w Ugandzie. Niewyraźnie napisałem Kampala i nazwisko księdza, którego znałem z Internetu. Jak się okazało, w zupełności to wystarczyło. Czyli kolejny absurd praktykowany i tutaj. Daliśmy 50 dolarów, a pogranicznik sprawdził serię wydania. Niestety dwa banknoty musiałem wymienić, bo liczą się tylko pieniądze wydane po roku 2000. Wiza to zwykła pieczątka wjazdowa z niewyraźną adnotacją, jakby sygnaturą podpisu. Żadnego kwitu wpłaty, ale nie domagaliśmy się niczego, bo dyskusja pewnie i tak nic by nie dała. Tak oto trafiliśmy do Ugandy. Do końca nie byłem pewien, czy uda mi się tu dotrzeć, więc radość moja była ogromna. Do tej pory słyszałem o tym państwie tylko w telewizji i czytałem u Kapuścińskiego. Poza tym nic więcej.

Kampala przywitała nas dużym słońcem i nachalnymi taksówkarzami. W końcu odchodząc poza dworzec, musieliśmy ulec jednemu z nich, każąc się dowieźć do względnie taniego hotelu. W College Inn dało się wytargować cenę 30 dolarów za pokój, pewnie jak na stolicę nie ma co narzekać. Bardzo czysty i przyzwoity hotel. Nie mając ani mapy miasta, ani przewodnika, ruszyliśmy na podbój ugandyjskiej stolicy. Szukaliśmy jakiejś agencji turystycznej, która zabiera do parku narodowego pod granicą z Burundi, gdzie są jeszcze szympansy. Kiedy w pierwszej zaśpiewali nam 1000 dolarów, to pojawiało się zdziwienie, ale jak w drugiej to potwierdzono, zniechęciliśmy się. Na domiar złego, kobieta poinformowała nas, że tubylcy wchodzą do parku, płacąc jedyne 5 dolarów, a my musimy zapłacić 500. Tego nie mogłem zrozumieć i zaproponowałem jej, żeby pożyczyła mi swój paszport, na co ona odpowiedziała śmiechem. Radziłem jej, że muszą umówić się ze wszystkimi agencjami turystycznymi i ogłosić strajk, żeby rząd obniżył cenę, wtedy będzie więcej turystów. Ale ona i na to tylko się roześmiała. Zdziwiła się tylko, gdy tłumaczyłem jej, że w Polsce nie ma takich różnic. Ona i ja wchodzilibyśmy do parków narodowych za te same pieniądze. Powinni brać przykład z Polaków.

 

 

26

 

             Wróciliśmy do hotelu z niczym, ale za to taxi motorem, to świetna i tania sprawa. Okazuje się, że tam gdzie bieda, ludzie radzą sobie szybciej. Niewielu stać na wynajęcie taksówki, a autobusów miejskich tutaj nie ma. Nie ma metra, więc zostają małe busy, służące jako taksówki oraz motory. Do tego busa, odpowiednika kenijskiego matatu i tanzańskiego dala-dala, wchodzi siedemnaście osób. Najczęściej jest to mała Toyota Hiace, czyli coś mniejszego niż Ford Transit i jeszcze mniejszego niż Volkswagen Transporter. Z przodu siedzą trzy osoby z kierowcą, za nimi również trzy osoby. Dalej trzy i trzy, i przy tych rzędach jest jedno rozkładane siedzenie, które po zasunięciu drzwi opiera się o nie. Może na nim usiąść naganiacz, jak mu się uda, a jak nie, to z głową wystawioną na zewnątrz pokonuje trasę, aż ktoś wysiądzie. Czasami są też miejsca stojące. Motor taxi to indyjskie bajaje i stare hondy. Jest świetny na korki uliczne i skoro na równiku nie ma śniegu, to takie taksówki mają szansę kursować przez cały rok. Mogą wszędzie się zatrzymać i szybciej dojechać, pokonując slalomem zakorkowane ulice. Czasami na takim motorze jeździ trzy osoby, a z małym dzieckiem mieści się cztery. Dodać trzeba, że czasami jeszcze z przodu i z tyłu są bagaże, sam widziałem pięciometrową rurę wystawioną do góry. Może to śmiesznie, ale dla tubylców normalne.

            Rano (to już 17 lipca) po długim śniadaniu hotelowym, pojechaliśmy bus taxi do Namugongo, czyli miejsca czci męczenników ugandyjskich. Mieliśmy wedle zapewnień jechać jednym busem, później tylko dwoma, a skończyło się na trzech. I jak tutaj pytać o drogę, wszyscy wiedzą wszystko. Dotarliśmy do pięknego okrągłego kościoła z drewnianymi drzwiami, których płaskorzeźby prezentowały sceny z życia Karola Lwangi i jego towarzyszy. Wpisaliśmy się tam do księgi pamiątkowej i zapytaliśmy o ks. Ryszarda Jóźwiaka. To osoba wskazana mi przez innego salezjanina pracującego w Namibii. Miły pan w recepcji dla pielgrzymów wskazał drogę do miejsca, gdzie możemy go znaleźć i powiedział, że to około 1 km. Zawołaliśmy, więc motor taxi. Była to bardzo dobra decyzja, bo okazało się, że to wcale nie kilometr, ale pewnie z pięć, no, ale to mało ważne.

Ksiądz siedział na werandzie swojego ośrodka z siostrą zakonną, pracującą w szpitalu jako laborantka. Wypijając kolejne zimne piwko, słuchaliśmy opowieści księdza o jego pracy. Przez 23 lata pobytu w Ugandzie można wiele doświadczyć. Ośrodek Don Bosco prowadzony przez ks. Ryszarda, jest placówką zajmującą się zbieraniem i wychowywaniem dzieci z ulicy. Bardzo wiele osób pomaga mu do nich dotrzeć. Historie, jakie kreślił o życiu tych dzieci wzbudzały litość, współczucie, ale i podziw dla jego pracy. Obecnie w ośrodku ma około 150 podopiecznych. Ma do pomocy wychowawców ugandyjskich i dwóch wolontariuszy z Polski. Ania z Bydgoszczy, która przyjechała początkiem lipca, teraz niestety drugi dzień leżała, gorączkując na malarię. Tomek z Torunia jest tutaj już 10 miesięcy i za dwa kończy mu się umowa o pracę. Potem chce jeszcze zwiedzić kilka miejsc w Afryce i wrócić do domu. Oboje dostali się tutaj, działając wcześniej w Salezjańskim Ośrodku Pomocy Misyjnej w Warszawie. Są pomocni w wielu sprawach, ale przede wszystkim w wychowywaniu dzieci poprzez wspólne zabawy, sport i edukację. Jak opowiadał ks. Ryszard, wszyscy chorują tu na malarię, on też. Nie można przed nią uciec, dopada każdego, nawet te zaradne dzieci ulicy, które porzucone przez rodzące na ulicy matki, od małego były zdane na siebie. Wiele z nich trafiało do państwowych ośrodków, ale tamtejsze warunki kazały im uciekać. Czworo jest chorych  na AIDS, leki i utrzymanie tego ośrodka są na głowie ks. Ryszarda. Kiedy ze stoickim afrykańskim spokojem opowiadał nam o placówce, o dzieciach i ich historiach, nam ze zdziwienia otwierały się oczy. Po tylu spędzonych tu latach, mówił tak, jakby urodził się w Ugandzie, myślał tak, jak ci ludzie. Pewnie to pomaga być po prostu jednym z nich. Zdobywać ich zaufanie i być skutecznym wychowawcą, nawet ojcem, bo jak wspominał, to jego rola być ojcem i matką dla tych dzieci. Trudne i ciężkie zadanie, ale większość przebywających tam dzieci nie zna swoich rodziców. Matki żegnały się z nimi w momencie urodzenia, a ojcowie po upojnej nocy, nigdy nawet nie myśleli o ich istnieniu. I nie wiedzą do dzisiaj, że są ojcami. Straszne, ale prawdziwe.

            Umówiliśmy się z ks. Ryszardem na dzień następny, czyli niedzielę. O ósmej miało być śniadanie, a o dziewiątej Msza święta. Potem on zorganizuje nam wycieczkę do źródeł Nilu. Pomysł jak najbardziej trafiony, zdecydowanie wychodził naprzeciw naszym oczekiwaniom. Zatem słowo się rzekło, rano szukaliśmy pojazdu do Namugongo. Jak zwykle najpierw taxi busem, później taxi motorem, dotarliśmy na umówioną godzinę. Wszystko było gotowe, a z kaplicy dochodziło ćwiczenie śpiewu na Eucharystię. Dobrze smakujące śniadanko w miłym towarzystwie w środku Afryki, przy rozmowach po polsku, to najlepsza sprawa na niedzielny poranek. Kilka minut po dziewiątej pięknym, mocnym śpiewem przy akompaniamencie perkusji, basów, keyboardu i gitary oraz kilku bongosów, rozpoczęliśmy Mszę w języku angielskim. Zostaliśmy przedstawieni i wszyscy chłopcy w kościele musieli powtórzyć imię „księdza gościa”, co poszło im całkiem nieźle. A potem imię „pana gościa”. Z tym mieli trudność, bo szeleszczące „Zbyszek” za bardzo syczało albo w ogóle nie dało się wypowiedzieć.

            Trzeba powiedzieć, że polscy, liturgiści powiesiliby koncelebransa tej Mszy. Ale wraz z orkiestrą, doborowym chórem i oklaskami, robiła ona wrażenie entuzjastycznego spotkania w duchu afrykańskich misji. Nikt nie klaskał z przymusu, nikt na siłę nie otwierał ust do śpiewu, oni tym naprawdę żyli. Unosząca się autentyczność szybko wciąga gości. Trudno stać ospale i nie wykorzystać okazji na wielką ucztę Eucharystii, z ogromną dawką siły duchowej, popartej szczerością młodych chłopców zabranych z ulicy Kampali. Pewnie w Polsce wzbudziłoby to na początku zdziwienie, ale myślę, że to autentyczne wyrażanie emocji przemówiłoby do ludzi. Tę liturgię się przeżywa, bo w taką liturgię angażuje się w całości. Nie jest się tylko biernym widzem spektaklu jednego przebranego aktora za ołtarzem, ale jest to wspólnota obecnych z własnej i nieprzymuszonej woli. Co w tej liturgii jest niespotykane? Jest ona odprawiana dla wszystkich chłopców mieszkających razem w tej osadzie, niewiele było ludzi przybyłych z innych okolic. Poza tym niespotykaną sprawą jest klaskanie podczas podniesienia. To pewnie tutejsze wyrażenie radości z wiary, że po słowach „bierzcie i jedzcie”, Jezus jest z nami. Mieli swoje zwyczaje, które niewątpliwie oddawały ducha ich temperamentu. Po Mszy zawsze któryś z „uncle”, czyli wychowawców ma kilka słów. Tym razem Joseph opiekujący się muzyką, opowiadał o wczorajszym konkursie, na którym gościła orkiestra z tego obozu.

            Po tej wspaniałej duchowej uczcie z niezwykłą, ale charakterystyczną dla Afryki oprawą, wyruszyliśmy do źródeł Nilu. To jakieś 80 km. Po drodze przejeżdżaliśmy przez niewielką, jedyną w Ugandzie pozostałość dżungli. W tym właśnie miejscu zaczął padać bardzo mocny, wyglądający na burzę deszcz. Tak też się okazało, po chwili na szybach samochodu zobaczyliśmy grad. Zdziwienie niemałe, bo w tym miejscu świata grad? Cóż, anomalie pogodowe mamy coraz większe i pewnie zdziwień w tej materii nie będzie brakować w najbliższych latach. Kiedy po powrocie pytałem ks. Ryszarda, jak chłopcy reagowali na grad, uśmiechając się, opowiadał jak biegali po dziedzińcu i zbierali kulki lodu. On takie zjawisko widział tu pierwszy raz, a chłopcy trzymając w rękach grad, wołali, że z nieba spadły kamienie i trzeba je pozbierać. Jak pomyśleli, tak też zrobili. Niektórzy nigdy w życiu nie widzieli śniegu ani naturalnego lodu. Więc grad okazał się nie lada atrakcją.

            Kiedy dojechaliśmy do źródeł Nilu za Jinja, popłynęliśmy łódką na małą wyspę odgradzającą Jezioro Wiktorii od najdłuższej rzeki świata. Hm… był to niesamowity widok, kiedy pokazano nam kotłującą się wodę, jakby pod ciśnieniem wybijającą się na powierzchnię. Chwila wielka i niespodziewana, bo nie mieliśmy w planach odwiedzić tak istotnego miejsca na Ziemi. Jest to ekscytujące przeżycie, kiedy dotyka się czegoś, o czym wszyscy na świecie uczą się w szkole. Historia tego miejsca jest bardzo znacząca i kiedyś spędzała sen z powiek wielu odkrywcom. Źródła Nilu odkrył John Speke, wędrując nim pod prąd, ale istniał też pogląd, że źródłem tej rzeki jest jezioro Tanganika i trudno było od razu zaakceptować nową teorię. Chcąc sprawdzić światowe odkrycie, Henry Morton Stanley obszedł dookoła Jezioro Wiktorii i potwierdził, że początkiem tej rzeki jest mocno bijące źródło wody, wypływające z tego właśnie jeziora. Przez to od samego początku ma ona sporą szerokość. Nieco niżej są niewielkie wodogrzmoty, ale takich progów jest jeszcze bardzo wiele na 6400 kilometrach Nilu, aż do samego deltowatego ujścia.

            Wieczorem mieliśmy okazję po raz ostatni zobaczyć wspólnotę małych murzyńskich chłopaków, gromadzących się na modlitwie różańcowej w języku luganda. Oni sami ją prowadzili i każdy jeden był tam obecny. Taka praktyka na pewno ich jednoczy i tworzy silne braterskie więzi. Redukuje egoizm, który kazał im walczyć o byt, gdy byli na ulicy.

 

 

i08324

 

 

MUZUNGU

 

            Rano nie spieszyliśmy się z wyjazdem, co niestety szybko się na nas zemściło. Autobus w stronę Kenii odjechał o siódmej, a nam pozostało tylko poszukać taxi busa i udać się nim do granicy. To niewiele ponad 200 kilometrów. Ale w ciasnocie zapakowanego po dach ludzkimi głowami busa dało się odczuć kość ogonową i cierpnące pośladki. Jednak trzeba było wytrzymać, nawet, gdy droga przez ból tak się dłużyła. Siedząc z przodu i co chwila przesuwając nogę, gdy kierowca chciał zmienić bieg, oglądałem przydrożne domostwa i  typowe afrykańskie sklepiki. Wszystkie takie same w trzech zwiedzanych przez nas krajach. Zrobione prowizorycznie, jakby tylko na chwilę, a stoją już pewnie dobrych kilka lat i służą jako utrzymanie niejednej rodzinie. Często mienią się kolorami firmującymi jakąś sieć komórkową albo inną korporację. Te drewniane małe kioski zbite chyba ze znalezionych przygodnie desek, przytwierdzone do ziemi ciężarem sprzedawcy lub rozstawionego towaru, są najwyższej klasy prowizorką pozbawioną jakiegokolwiek gustu. Ma to być praktyczne, a nie estetyczne. Pewnie taka myśl przyświecała swoistym inżynierom.

            Granicę przeszliśmy pieszo, wpierw wracając się po pieczątkę wyjazdową z Ugandy, a potem uzupełniając kolejną niebieską deklarację i oczekując przy okienku na pieczątkę wjazdową do Kenii. Wiza ta sama, na miesiąc wystarcza, ilekroć opuszczałoby się ten kraj. Oczywiście mnóstwo zaczepiających, chętnych do przewiezienia rowerem przez granicę, a potem do wymiany pieniędzy. Biznes taksówek rowerowych, przypominających nasze dawne ciężkie „Ukrainy”, jest tutaj bardzo dobrze rozwinięty. Miejsce dla pasażera wygląda tak, że z tyłu jest przyczepiony kolorowy bagażnik. Pewnie to „siodło” jest bardzo wygodne, bo jak się okazuje, ma wielu zwolenników. Wracając do naganiaczy, jest zawsze pewien plus korzystania z ich usług: oni wiedzą gdzie i co załatwić. Podwiozą pod samo okienko z odprawą graniczną, a nawet pomogą wypełnić formularze. Poza tym ich rowery w wielu wypadkach robiły za transport cargo, przewożąc duże bagaże, albo inne dziwne rzeczy na ciężkich metalach kończąc. Czasami towar był o wiele większy od roweru i „taksiarza”, ale jak widać nie stanowiło to żadnego problemu ani przeszkody. Wszystko mieli przetestowane i wiedzieli jak każdą rzecz umieścić na bagażniku, żeby uzyskała transportową stabilność. Poza tym już w wioskach dało się zauważyć, że rowery mogą też robić za ciągniki. Szczytem był widok ogromnej kopy siana przywiązanej do roweru, na którym jeszcze było miejsce, żeby siedzieć i pedałować. Pewnie niejeden traktor miałby, co ciągnąć, a tutaj rower dawał sobie radę nie najgorzej. A zatem afrykańskie gospodarstwo wyposażone w rower spełnia już wymogi farmerskie, poza tym nie musi ubiegać się o dopłaty do paliwa rolniczego.

            Gdy przekroczyliśmy granicę, natychmiast zjawił się „naganiacz”, który zapewniał, że do pół godziny jego znajomy będzie jechał autobusem i zabierze nas do Kakamegi. Potem jednak stwierdził, że kolega ma już „full”, bo oprócz pasażerów ma sporo bagaży. No, więc poszliśmy na poszukiwania matatu… Jeden busik właśnie odjeżdżał i nie miał dwóch miejsc, a drugi dopiero zaczynał zbierać pasażerów, więc my byliśmy pierwsi. Na pytanie: „kiedy pojedziemy?”, odpowiedź jest zawsze ta sama: za 10, góra 20 min. I już wypisuje bilety, i zabiera bagaże, pokazuje nam miejsca. Upewniam się, pytając – czy na pewno? Tak, nie ma żadnych wątpliwości. Jak powiedział, tak było. Odjechaliśmy dokładnie półtorej godziny później, czyli po afrykańsku słowo pozostało cenne, ale na pewno nie po europejsku. To nie lada ćwiczenie, albo człowiek wejdzie w to i zda się na nich, albo nerwica niepunktualności zje układ nerwowy w ciągu kilku dni. Zapewnienia, że jedziemy do jakiegoś miasteczka, skąd mamy się przesiąść do Kakamegi, też okazały afrykańską obietnicą. Otóż po 30 min zatrzymuje się i mówi, że ten stojący obok samochód podwiezie nas do miasteczka, skąd będziemy mieli matatu do Kakamegi. Protestując mówię, że umówiliśmy się, że to Pan nas dowiezie. On na to, że nie musimy płacić, bo on już z naszej ceny zapłacił i auto jest podstawione. No to przełykając wrzącą ślinę z powodu kolejnego wyrolowania, wsiedliśmy do malutkiego suzuki. Rzeczywiście, dowiózł nas do miasteczka, gdzie zaczepili nas prywaciarze mówiący, że jadą do Kakamegi. Za ile minut odjazd, pytam, a on prosi, żeby zamknąć drzwi, bo już jedziemy. Ale przecież nie ma nikogo – czy tylko we dwóch? Nic na to nie odpowiedział, tylko zrobił rundkę wokół stacji benzynowej znajdującej się tuż obok, po czym stanął niemal w tym samym miejscu. Czy już dojechaliśmy? – pytam. – Nie, musimy jeszcze zabrać ludzi do pełna. Tutaj nastąpiło głośne nawoływanie ludzi. Tak podjeżdżaliśmy, co 3 minuty po 10 metrów, wołając kolejnych ludzi. Kiedy po jakiejś pół godzinie bus był załadowany, ruszyliśmy. Wtedy zaczął się rajd wyścigowy. Tutaj jest to bardzo częsta praktyka, kto pierwszy dojedzie na przystanek i zabierze kolejnych ludzi. Nieważne są dziury, nieważna wygoda pasażerów, nieważne obijanie samochodu i wyprzedzanie na wąskiej drodze na tzw. trzeciego. Ważny jest nowy klient, a zwłaszcza jego pieniądze. Prawo ekonomiczne bierze górę i jest naprawdę praktykowane, klient jest najważniejszy, bez żadnej dyskusji. Może nie skończyli studiów ekonomicznych, ale ekonomię mają w paluszku. Mieliśmy tym matatu dojechać do samego Kakamegi, więc siedzimy spokojnie myśląc, że już nie będziemy przedmiotem targów i obędzie się bez przesiadki. Nic bardziej mylnego. W połowie drogi do celu w mieście, Mumias, dowiedzieliśmy się, że do Kakamegi pojedziemy następnym matatu i też jest to już zapłacone. Ślina wciąż wrzała, krew krążyła z szybkością światła, a my z aktorskim uśmiechem przesiadaliśmy się do kolejnego busa i znowu chwila oczekiwania na napełnienie pojazdu. Już po ósmej wieczorem, czyli głęboką nocą dotarliśmy do Kakamegi. „Naganiacz” spytał nas, co chcemy, my, że taksówkę, bo jeszcze musimy podjechać do lasu. No to dopadł przy stacji benzynowej pierwszą taksówkę, mówiąc nam, że to jego dobry przyjaciel i na pewno dowiezie nas, gdzie tylko będziemy chcieli. To było po angielsku, a już w niezrozumiałym dla nas kiswahili, zażądał od swojego rzekomego przyjaciela pieniędzy za nagonienie mu klientów. Jak widać tamten nie ugiął się i nie dał, bo i my wcale nie byliśmy takimi pewnymi klientami. Pojechaliśmy z nim do Forest First Stationes przez dziesięć kilometrów leśnych bezdroży. Dało się odczuć łyse opony samochodu, kiedy w błocie tył chciał nas wyprzedzać, ale dotarliśmy do ciemnego leśnego hoteliku. Bez prądu, bez światła, jedna latarka nikłym blaskiem obwieściła, że jest tutaj jakaś żywa dusza. Wzięliśmy pokój na górze i zapytaliśmy o jutrzejszy spacer po puszczy. Jak zwykle z niczym nie ma problemu, bo niby cóż to dla tubylca, kiedy łapie Muzungu (biały człowiek w języku kiswahili) i jego możliwości płatnicze. Pytamy, czy ludzie z Polski tutaj przyjeżdżają, a on, że oczywiście, to bardzo dobrzy ludzie. Znaleźliśmy kilka osób zapisanych w ciągu ostatniego roku w księdze pamiątkowej. Dowiedzieliśmy się też, że obok palą ognisko i przygotowują sobie kolację Czesi. No jak już odkryliśmy swoich sąsiadów, to poszliśmy ich odwiedzić. Jak się okazało, była to mała ekspedycja naukowa. Pochodzili z Ostrawy, a przyjechali tu łapać myszy do swoich uniwersyteckich zbiorów i badań. Dzień wcześniej nałapali ich 320. Dobrze rozumieli polski, bo jak się przyznali, oglądali polską telewizję z Katowic. Według ich opinii jest lepsza niż ich własna. Pogadaliśmy chwilę i poszliśmy spać. Nad ranem nie miałem spania, więc leżąc jeszcze w ciemnościach, słuchałem nocnych głosów ptaków i małp. Cisza była zupełna, tylko las dawał o sobie znać charakterystycznymi odgłosami. To świat dżungli zachowany w jakimś wymiarze, o niego ma właśnie dbać organizacja mająca siedzibę w tym miejscu. Uprawiają sadzonki i organizują jakiś zastępcze formy pomocy mieszkańcom okolicznych wiosek, gdyż ci wcześniej korzystali ze wszystkiego w tym lesie. Przekazują im drewno, zioła i wiele innych rzeczy.

 

 

i19001

 

            Rano razem z przewodnikiem obeszliśmy las, pokazywał nam ptaki, nazywał je nawet po łacinie. Tłumaczył, dlaczego niektóre drzewa dziwnie wyglądają, dlaczego rosną, mając pusty cały środek, czemu albo komu to służy, jak drzewo rośnie z filarami. Okazało się, że w tej puszczy nie każde drzewo ma okrągły pień. Usłyszeliśmy wiele niezwykłych historii dotyczących dżungli. Poza tym pokazywał wiele ziół mających właściwości lecznicze. Była to ciekawa lekcja ze specyficznym tłumaczeniem. Ten specjalistyczny język jest trudny i na pewno nie do opanowania przeze mnie, ale na szczęście ludzkie dolegliwości są łatwe do pokazania np. biegunka, ból brzucha, ukąszenie węża itp. Ciekawą sprawą było zobaczenie po raz pierwszy czarno-białych małp i kameleona. Tego drugiego z bardzo bliska. Małpy niestety nieźle sobie radziły na kilkudziesięciometrowej wysokości, nie wstydząc się załatwiania fizjologicznych potrzeb prosto z drzew, przy widzach.

 

 

i09071

 

            Niezwykle interesująca była wizyta w przylegającej do dżungli niewielkiej wiosce. Docierało się do niej, przechodząc przez plantację herbaty. Jest to niewysoka roślina o grubych, zdrewniałych łodygach i korzeniach. Zrywa się tylko młode odrastające listki, które po wysuszeniu się zaparza. Widziałem taką plantację po raz pierwszy i mogłem się jej przyjrzeć się z bliska. Podobnie pierwszy raz widziałem ogromne plantacje trzciny cukrowej, a wcześniej w Ugandzie hektary papirusu, jeśli to rzeczywiście była ta roślina. Po powrocie trzeba będzie to sprawdzić. Zburzyło to trochę moje wyobrażenia, bo o papirusie myślałem jako o drzewie, o a herbacie, że to skromna i subtelna roślinka. Ale cóż, podróże kształcą.

            Wróćmy jednak do wioski. Zza herbacianego poletka dochodziły odgłosy małych dzieci, które chóralnie uczyły się liczyć – one, two, three…, więc na pewno była tam szkoła. Gdy przechodzący obok straszy pan w kapeluszu zapytał, czy chcemy wejść, bez zastanowienia od razu poszliśmy za nim. Ta szkoła to niewielki budynek, przypominający raczej w polskim rozumieniu stodołę albo niewielki stary garaż na wóz konny. W środku siedziało może 40 dzieci w ręcznie zrobionych ławkach, ustawionych jak w kościele. Nie było żadnych stolików, podłoga to zwykłe klepisko. Dwie nauczycielki miały do dyspozycji małą tablicę, na której były zapisane liczby po angielsku. Dzieci wstały i chóralnie przywitały gości: „Good Morning”, na co grzecznie odpowiedzieliśmy. Potem spotkany wcześniej pan, jak się okazało dyrektor, opowiedział nam o szkole i uczniach. Uczą się tam dzieci od 3 do 6 roku życia. Przebywają tutaj codziennie od poniedziałku do piątku od ósmej do trzeciej po południu. Dwie nauczycielki zapewniały podstawową ogólną edukację, łącznie z religią. Na prośbę swoich opiekunek mali uczniowie zaśpiewali nam piosenkę religijną, radośnie się przy tym kołysząc i klaszcząc do rytmu. Urokliwa prezentacja umiejętności afrykańskich dzieci. Dwóch Muzungu to dla nich pewnie rzadki widok, takich gości nie mają często. Były bardzo grzeczne i jak zauważyliśmy, uważnie słuchały swoich Pań. Jak na takie skromne warunki, szkoła była nieźle zorganizowana. Część zajęć odbywała się w budynku, a cześć na zewnątrz. Po wizycie wszyscy razem życzyli nam po angielsku dobrego dnia, powodzenia oraz błogosławieństw Bożego. Na co i ja odpowiedziałem tym samym. Urocze dzieciaki pożegnały nas, machając rączkami, a my skorzystaliśmy z zaproszenia dyrektora. Nie gościliśmy jednak w żadnym gabinecie, bo takowego tam nie było. Ta szkoła, to tylko jedno pomieszczenie. Ugościł nas w swoim gospodarstwie, na które składały się trzy budynki: dom mieszkalny, kuchnia i jakiś magazyn o kiepskiej jakości ścianach, na podwórku leżała krowa. Kuchnia z umieszczonym w rogu paleniskiem była bardzo zadymiona, gdyż gotowała się tam woda. Słomiany dach był już czarny od tego dymu, pewnie nieźle tym sposobem zakonserwowany. Dom z dwoma lub trzema pomieszczeniami był niewielką chałupą z błotnym tynkiem. W pierwszym gościnnym pomieszczeniu ściany oblepiały czarno-białe gazety i plakaty wyborcze z ostatniego głosowania na prezydenta. Poza tym stało tam kilka „foteli” z ławą na środku i dwie sterty mięty do obrania z liści. Dyrektor poczęstował nas herbatą z mlekiem, będącą tradycyjnym napojem w Afryce. Napój ten budził w nas lekki niepokój, pragnienie spokojnego trawienia przy każdym łyku było silniejsze. Jedno było pewne, nie można odmówić gospodarzowi. Mieszkał razem z żoną, najstarsze dzieci uczyły się, a jedno było już w związku małżeńskim. Mówił bardzo dobrze po angielsku, nauczył się go w szkole, jego rodzice nie mówili tym językiem. Pytaliśmy go o życie tutaj. Okoliczne wioski zamieszkuje około 3500 osób. Zorganizowano tu kilka szkół, oczywiście wszystkie domy bez prądu i bieżącej wody, nie ma mowy o łazienkach. Poza tym mieszkańcy wszystko potrafią zrobić sami, łącznie z budową swoich domów. Codzienne utrzymanie to pole, gospodarstwo i las. Nie można tego jednak porównać do realiów europejskich. Gospodarstwa te mają minimalne potrzeby, nie wymagają dużo pracy, ale w związku z tym ich plony też nie są imponujące.

 

 

i10174

 

            Kiedy wróciliśmy do naszego „obozu”, poszedłem coś zjeść, bo przewodnik zapewniał, że jest tutaj restauracja i sklep. Okazał się nimi mieszkalny dom jednej z rodzin. Chałupina zbita z desek, a w środku dwa stoły tworzące salę dla gości restauracyjnych. Na klepisku żona przygotowywała jedzenie z menu, przedstawionego na kartce wydartej ze środka zeszytu. Najważniejsza jest pomysłowość. Po domu starym zwyczajem (także polskim), chodziła kwoka z kurczętami i pewnie, jakby zaglądnąć głębiej, jeszcze dałoby się zauważyć jakieś zwierzątko. Zamówione chapati było twarde, ale z „green salad”, czyli kilkoma kawałkami pomidora i jakąś zieleniną, smakowało nieźle. Tak sobie pomyślałem, że jeszcze nie jadłem pieczonych placków z pokrzywami. Zawsze musi być ten pierwszy raz.

Obok tego baru z oryginalnie serwowanym w żelaznych miskach jedzeniem, stała spora grupa kobiet. Początkowo myślałem, że to właśnie jest wskazana restauracja, ale ten lichy, biały budynek okazał się przychodnią zdrowia. Wiele matek z dziećmi czekało w kolejce na jakieś badania przeprowadzane przez przyjeżdżających tutaj, co jakiś czas medyków. Nie było tam żadnego sprzętu, udało mi się tylko dojrzeć dwa biurka, za którymi siedziały osoby w białych fartuchach, przepisujące i sprzedające leki. Kilka matek, przed albo po wizycie siedziało na trawie, karmiąc piersią swoje maleństwa. Daje się zauważyć, że tutejsi ludzie bardzo dbają o dzieci. Dziecko jest zawsze z matką, albo na kolanach, albo u jej boku, jeśli samo potrafi już chodzić. Częsty widok to dziecko niesione na plecach, kobieta bierze dziecko za rękę i zamaszyście zarzuca je sobie na plecy, jak jakiś towar. Ale pewnie ten sposób jest sprawdzony, bo maleństwo ani nie skrzywi się z bólu, a matka jest przy tym czuła i spokojna. Na plecach kobiety noszą chustę lub koc, dziecko siedzi wygodne, może swobodnie ruszać główką oglądając świat, a przy tym czuje się bezpiecznie. Nie widziałem ani jednego wózka, nikt tutaj nie używa czegoś takiego. Nie widziałem także, żeby dziecko było niesiona na rękach, zawsze jest transportowane na plecach, a rodzicielka może nieść torby, wiadra z wodą, owoce. Widać, że ten sposób się sprawdza, bo nie przeszkadza w pracy i codziennych obowiązkach.

Taksówka była umówiona na drugą, więc dotarliśmy bez problemu do Kakamegi, a stamtąd rajdowym matatu do Kisumu. Jest to trzecie co do wielkości miasto w Kenii, jego rozwój związany był z popularnością żeglugi towarowej po Jeziorze Wiktorii. Gdy upadł port, podupadło też miasto. Mieszkańcy muszą sobie radzić sami. Wieczorkiem siadłem sobie przy piwku w hotelowej restauracji, aż tu nagle jedna pani poprosiła mnie o kupienie wody. Zapytałem: „dlaczego?” Jedyną odpowiedzią był dziwny uśmiech. Za chwilę podeszła do mnie jej koleżanka i zapytała, czy kupię jej alkohol. No to ja znów zadałem swoje standardowe pytanie. Stanęła dość odważnie, blisko mnie, w ciszy, jakby z przyzwyczajenia wyzywająco patrząc prosto w oczy mężczyźnie. Jej zamiary bardzo mnie zaniepokoiły. Uparcie powtórzyłem: „dlaczego mam ci kupić ten alkohol?” Po chwili milczenia odeszła i tak pozbyłem się obydwu „miłych” pań. Wtedy podszedł do mnie człowiek, który obserwował to zdarzenie, stojąc przy restauracyjnym grillu. Powiedział mi, wprost, że dobrze zrobiłem, bo to były bardzo złe kobiety. Mają dzieci, nie mają mężów, zarabiają na siebie, oferując własne ciała. Mówił, że dużo tu takich jest. Ulica wieczorami się wypełnia, za usługę chcą 200 szylingów kenijskich. Ale to przecież dwa i pół dolara, liczę, dziwiąc się niskiej cenie usługi. A poza tym przecież duże zagrożenie AIDS… No tak, wiele jest chorych, ale nie przyznają się do tego i nadal uprawiają najstarszy zawód świata, zarażając innych. Wzburzony mężczyzna mówił o trudnej sytuacji tego upadłego świata.

            Porozmawialiśmy jeszcze o różnicach pomiędzy Europą a Afryką, przede wszystkim o zarobkach. Kiedy przedstawiałem mu jak to wygląda w Europie, nie mógł uwierzyć, jak można tyle zarabiać, kiedy on za cały dzień pilnowania grilla zarabia moje jedno piwo, które przed chwilą wypiłem, czyli 100 szylingów (1USD – 80 szylingów). Nie mieściło mu się w głowie posiadanie takich pieniędzy, jak choćby minimalne polskie zarobki. Ale to pewnie jest trudne do porównania. On szybciej jest w stanie poradzić sobie w biedzie, a my już nie. Jesteśmy zależni od pewnego standardu życia. To jest Afryka, a to jest Europa, bardzo łatwo rozróżnić te dwa kontynenty.

 

3

 

 

Na północ do Samburu

 

            Rano o ósmej mieliśmy autobus do Nakuru. Z miejscówkami zajęliśmy swoje miejsca, zadowoleni, że jest trochę przestrzeni, po raz pierwszy nie ma pięciu rzędów, ale jak u nas cztery i szerokość siedzeń też jest odpowiednia. Do Nakuru jechaliśmy ponad trzy godziny. Stamtąd chcieliśmy udać się w stronę, Rumuruti, a potem jeszcze dalej, do stolicy Samburu, Maralal. Kiedy wysiedliśmy, już uśmiechał się do nas jakiś taksówkarz. Przyszedł pomysł, że może pojechalibyśmy taksówką. Wytargowaliśmy połowę z żądanych 6 tys. szylingów i wsiedliśmy do ładnej toyoty. Taki rarytas tylko dla szaleńców, ale skoro ostatnie dni były bardzo oszczędne, to można teraz pozwolić sobie na taksówkę. Droga długości 100 kilometrów, prowadziła przez Rów Afrykański. Na polach prezentowała się niezwykle ciemna zieleń. Teren jak w Irlandii, obrazki naturalnej zieleni jak z bajki, aż niepasujące do Afryki. Za wzgórzem zamykającym zieloną krainę, zaczęła się powoli sawanna, czyli teren typowy do zasiedlenia przez jakieś afrykańskie plemię. W tym wypadku Samburu. W Rumuruti kończył się asfalt. Następne 100 kilometrów zostawiamy sobie na kolejny dzień. Poszukaliśmy hotelu, co w niewielkim mieście nie było takie łatwe. Znaleźliśmy podwórko z dwoma szeregami jednoosobowych pokoików w cenie 250 szylingów za noc. Cena adekwatna do warunków, ale nie na wygody przyjechaliśmy. Chociaż dojazd ładną taksówką do takiego hotelu nieco się z tym kłóci, ale kontrasty nadają barw przeżyciom. Po krótkiej drodze mieliśmy sporo czasu, więc poszliśmy na spacerek. Byliśmy zjawiskiem kosmicznym dla dorosłych i dla dzieci. Nawet jedno, pokazując palcami i trzymając się spodni kogoś starszego, krzyczało za nami: Muzungu, Muzungu! Pozostało jedynie uśmiechnąć się do dzieciaka, u starszych budziło to dużo radości. Ludzie byli bardzo życzliwi, wielu uśmiechało się do nas i machało ręką albo magicznie pytało – „how are you”? Nie było człowieka, który nie wyszedłby ze sklepy albo baru, żeby zobaczyć dwóch „Białasów” na prowincji. Pewnie jasny kolor skóry rzadko tutaj widać i dlatego to taka atrakcja. Szczytem tego wszystkiego był moment, kiedy podeszliśmy pod szkołę, a dzieciaki właśnie skończyły lekcje. Mogliśmy czuć się jak na stadionie, gdzie kilka tysięcy par oczu spoczywa na bohaterach wydarzenia. Pewnie była to żywa lekcja geografii, etnologii albo i biologii. Być może jutro na zadanie domowe będą musiały opisać białego człowieka. Nie ma się co dziwić, dzieci jak dzieci. Kiedy zrobiłem im zdjęcie, zaczęły uciekać. Potem pokazałem im na ekranie jak to wyszło, więc się nie bały  i same się ustawiały, chcąc się potem pooglądać w aparacie fotograficznym.

            Wieczorkiem po kolacji w niedalekim barze, gdzie zaserwowano pokrojone chapati i jakąś baraninę, siedzieliśmy na „werandzie” naszych pokoików. Pierwszy raz mieliśmy oddzielne pokoje. Zaczął padać mocny deszcz i zastanawialiśmy się, co będzie z drogą do stolicy Samburu. Rano trzeba wstać i jechać, mając nadzieję, że droga będzie przejezdna. Asfalt mamy już za sobą, a przed nami ponad 100 kilometrów wertepów.

            Wertepy wertepami, ale dopiero rano okazało się, że nas pięknie okłamali. O siódmej rano nie ma żadnego matatu w stronę Maralal, są oczywiście, ale w przeciwną stronę do Nyahururu. Zatem pytam, czym i jak dostać się najszybciej do Maralal. Wszyscy informują nas, że dopiero o 14:00 odjeżdża matatu. Szkoda, że ta informacja ma jeden dzień opóźnienia. W taxi parku, gdzie stał jeden bus, pytam po kolei każdego kierowcę, czy nie jedzie w „naszą” stronę. Wszyscy ładnie się uśmiechają i odpowiadają: „no”. Nie wiem, czy te uśmiechy są bardziej z politowania wobec nieporadnego Muzungu, czy z radości, że widzą naiwniaka, która szuka rzeczy niemożliwej, tylko jeszcze o tym nie wie. Spotkałem chłopaka, który dzień wcześniej zapewniał mnie o rannym busie do Maralal, tym razem skruszony, mocno przepraszał. Ale jego przeprosiny na nic się zdały, zatem: „szukaj nam czegoś w naszym kierunku” – stanowczo mu nakazuję. „OK, nie ma problemu” – odpowiedział. Ale nie wiem czy mu nadal wierzyć. Natomiast umówiliśmy się z takim jednym, który jak podawał pracuje na poczcie i zapewniał, że około 10 pojedzie do Maralal samochód pocztowy. Może nas zabierze, mamy czekać w hotelu. Ale cóż mi z czekania…

Dowiedziałem się, że niedaleko jest dzisiaj targ, czyli Market Samburu. Nie trzeba było długo czekać, a przyczepiło się do nas dwóch przewodników, którzy mieli wiele lokalnych informacji. Ale jak to bywa z takimi przewodnikami, na końcu wyciągali rękę. Ale twardo stałem na stanowisku, że nie szukaliśmy przewodnika, a oni po prostu nam towarzyszyli, bo tak chcieli. Byli nawet przydatni, opowiadali różne historie, również o swojej rodzinie. Jeden miał trzy siostry w Europie, jedną w Szwecji, drugą w Niemczech, a trzecią w Anglii. Ale kiedy pytałem o miasta, gdzie dokładnie żyją, nie potrafił odpowiedzieć. Pytałem też czy pomagają mu, przysyłając pieniądze. On na to, że to niemożliwe, kobieta mężczyźnie? Nawet jeśli jest siostrą, to się nie godzi. No to nieźle, honorowy facet, ale to jego sprawa. Opowiadali nam też o tym gdzie i jak żyją Samburu, ile kosztują na targach te wszystkie kozy, krowy i owce. Np. kozę można kupić już za 2 tysiące szylingów kenijskich, czyli za 25 dolarów. Oczywiście największą atrakcją targu Samburu nie była okazja kupienia tanio zwierząt, ale zobaczenie dwóch wałęsających się Muzungu, i to według nich pewnie Bóg wie, po co. Ale jak się napatoczyli, to niech pozostaną. Tylko trochę blado wyglądaliśmy przy ich kolorystyce. Rzeczywiście dało się tutaj zobaczyć wielu wojowników i pasterzy Samburu. Przepasani czerwonymi płótnami na piersi i na biodrach, niektórzy, ci najbardziej kolorowi, w ręku mieli włócznię. Pewnie była to oznaka wojowniczości lub stanu społecznego wojownika.

 

 

23

 

             Spacer po targu był dobrą i ciekawą rozrywką skracającą czas czekania na cokolwiek w stronę Maralal. Kiedy wróciliśmy do domu, to znaczy hotelu, zagadywaliśmy wszystkich, czy wiedzą już coś na temat pojazdu w naszą stronę. Jak się okazało, już cała wioska żyła naszym wyjazdem i wszyscy wiedzieli, dokąd jedyni biali w wiosce chcą jechać. Przekazywali sobie tę wiadomość, a robili to głośno, krzycząc z jednej strony ulicy na drugą, rozumiałem tylko jedno na pewno dotyczące nas słowo: „Muzungu”. Wreszcie przybiega kilku młodych chłopców i mówi, że mają pojazd do Maralal. I co widzę? Zwykłą taksówkę… Ale przecież nie chcemy jechać za kilka tysięcy. Okazało się, że dorwali mężczyznę, który pewnie tankował paliwo i jechał tam, gdzie chcieliśmy, w sprawie telefonizacji komórkowej. Zaproponował cenę jak za matatu – 500 szylingów za wygodną jazdę. No to OK. Pakujemy się i zajmujemy miejsca. Pojechał jeszcze z nami jeden mieszkaniec Maralal. Te 116 km jechaliśmy dokładnie cztery godziny, dwa razy przy tym musieliśmy bawić się w mechaników, przytwierdzając tylny zderzak do samochodu. Podwozie po tej trasie jest pewnie nieźle potłuczone, gdyż, co chwilę odczuwało się mocne uderzenia w podłogę i ostre zgrzyty. Ale Toyota Corolla pewnie firmowa, więc kierowca specjalnie nad nią nie ubolewał. Chciał wracać jeszcze tego samego dnia, ale po drodze stwierdził, że on także poszuka hotelu i będzie spał w Maralal. Mając w pamięci tę drogę, wcale mu się nie dziwię. Kiedy szczęśliwie dojechaliśmy na miejsce, poczekaliśmy na niego przy banku, a potem poszliśmy do tego samego co on hotelu. Mój kolega, bardzo zrezygnowany, postanowił jeszcze w samochodzie, że wraca następnego dnia razem z naszym kierowcą. Ja absolutnie nie miałem zamiaru uciekać z tego dzikiego zachodu, bo w najbardziej oryginalnym wydaniu był tym, czego się spodziewałem w Afryce.

Wieczorem, spacerując po miasteczku, co chwilę natrafiałem na oferujących swoje usługi przewodników. Nie odpychałem ich od razu, ale dopytywałem o wiele spraw. W ten sposób dowiedziałem się, że jest możliwość pojechania wieczorem na ceremonię Samburu do ich wioski. No to pomysł rewelacyjny, bo o coś takiego mi właśnie chodziło, po to tutaj jechałem. Za radą naganiaczy kupiłem od nich tabakę, bo to dar dla gospodarza wioski, nająłem taksówkę i pojechałem w nieznane. Kierowca nie znał drogi, zabrałem, więc za odpowiednią cenę przewodnika, który jak zapewniał wszystko wie i jest godny zaufania, a ja mam się niczym nie martwić. Ciekawa propozycja. Noc była ciemna, ja pełen nadziei, podekscytowany obietnicą, że to będzie piękne niezapomniane show, jechałem, zdając się na moich dwóch rozmawiających w kiswahili przewodników. Niewiele ujechaliśmy, kiedy kierowca zatrzymał się w ciemnościach sawanny, pytając przechodniów z plemienia Samburu o wioskę, w której ma odbyć się zapowiadana uroczystość. Oni na to najspokojniej w świecie, że dzisiaj nie ma ceremonii, bo dzisiaj jest spotkanie starszyzny. Wytłumaczyli nam, w jakich wioskach jutro mają się odbyć obrzędowe tańce młodego pokolenia. Skoro mówił to sam Samburu, można by uznać, że to pewna informacja. Zatem come back do miasta. Nieźle, ale się naoglądałem…

Na drugi dzień pożegnałem kolegę i nie tracąc nadziei, w jak najlepszym humorze poszedłem na Market Samburu. Tym razem mniej było handlujących, ale jak się okazuje, tak jest codziennie, a największy targ jest w każdy poniedziałek. Kiedy wcześniej poprosiłem o wskazanie drogi, zapytano mnie, gdzie chcę iść, czy na targ, gdzie są sami mężczyźni, czy na woman market. Oczywiście chciałem zobaczyć jedno i drugie, ale męska solidarność skierowała mnie najpierw do handlujących facetów. Z daleka widać było, że sami kolorowi. Prawie wszyscy, którzy przyprowadzili ze sobą zwierzęta na handel byli tradycyjnie ubranymi Samburu. Wszyscy już z daleka zobaczyli, że zbliża się biały człowiek i zamiast pilnować swoich stad, pilnowali wzrokiem mnie. Usiadłem sobie na podeście na początku targowej zagrody i zamiast ja do nich, oni zaczęli podchodzić do mnie. Tak rozmawialiśmy o życiu, oni pytali skąd jestem i jak mi się żyje w Europie. Jak zawsze podchodzili też tacy, którzy wyciągali ręce i pokazywali, żebym im dał na jedzenie. To zjawisko jest bardzo powszechne i nie odstępuje białych, gdy tylko postawią nogę na Czarnym Lądzie. Ale magiczne „why?” powodowało dziwne miny i odejście. Gdyby było inaczej, pewnie po pierwszym tygodniu pobytu pozbyłbym się swojego podróżnego budżetu.

 

 

33

 

            Będąc na targu, rozmawiałem też z ubranym po „europejsku” młodym mieszkańcem wioski Samburu. Miał swoją jednośladową taksówkę i pomieszkiwał w mieście, dlatego coraz mniej łączyło go z jego plemieniem. Opowiadał mi o wioskach i życiu Samburu. Zapytałem zatem o ceremonię. Powiedział mi o niej i zaproponował, że możemy pojechać do jego wioski. Zapytałem czy w południe będzie ktoś w domu. Zadzwonił do swojej mamy i okazało się, że obecnie nikogo nie ma, bo albo poszli z bydłem na wypas albo są na Market Samburu. Umówiłem się z nim po południu przy moim hotelu. Mieliśmy z tabaką i cukierkami pojechać do wioski, gdzie odbywała się w tym dniu ceremonia. Jednak póki co, rozstaliśmy się, a ja poszedłem na drugą część miasta zobaczyć targ kobiet. Kiedy wędrowałem uliczkami, gdzie bez przerwy unosił się kurz, robiłem zdjęcia sklepom, budynkom, przebiegającym dzieciom. Głośno krzyczały do siebie albo do swoich mam, że idzie Muzungu, co mniejsze chowały się za spódnicą rodzicielki, dodając tym sensacyjności wydarzeniu. Wzbudzało to śmiech i mój i tych kobiet. W każdym przypadku kłanialiśmy się sobie, jeśli dziecko nie było tak bardzo bojaźliwe, próbowałem się z nim albo przywitać albo przynajmniej dotknąć jego głowy. Ten dotyk to gest przywitania małych dzieci przez starszych. Nie podają sobie ręki, ale starszyzna dotyka głowy, dlatego dzieci do większych od siebie podchodzą ze spuszczonymi głowami. Wszyscy ludzie patrzyli na mnie, przerywając nawet swoje przyjacielskie konwersacje pod sklepem, czy stojąc w grupie kolegów na ulicy. Jak mniemam, w mieście pewnie było tylko dwoje białych – ja i pewna kobieta, która chodziła za rękę z jakimś utrzymywanym przez siebie Samburu. Chyba taka ”Biała Masajka”, a raczej „Biała Samburu”, która nie wiadomo dlaczego akurat w tym miejscu szukała przygód, sponsorując jakiegoś chłopaka. Sponsorując to znaczy – przynajmniej tak wynika z mojej obserwacji – ubierając go w zachodnie ciuchy, a potem fundując wszystko w najlepszej restauracji w mieście. Na piętrze mieścił się również najlepszy hotel, do którego wieczorem razem się udali. On pewnie niewiele po dwudziestce, a ona wyglądała mi na czterdziestoletnią kobietę. Miała długie włosy i trzeba przyznać, że była ładną kobietą. Ciekawe, ile takich „turystek” przewija się przez te tereny, szukając dla siebie przygód za względnie małe pieniądze.

            Idąc, cały czas podnosiłem do patrzących na mnie rękę, zawsze spotykało się to z uśmiechem i tym samym gestem. Nagle podbiega do mnie młoda, ładnie ubrana dziewczyna i przedstawia mi się. „Mam na imię Liviera, a Ty?” – zapytała. Przedstawiłem się, a ona zaczęła mi opowiadać, że angażuje się w pracę Nomadic Community – kenijskiej organizacji, pomagającej w wielu sprawach tutejszym wspólnotom żyjącym w ścisłej tradycji. Chodzi do szkoły sprawdzać, czy dzieci z wiosek Samburu i Kikuju przychodzą tam codziennie. Jeździ także z doraźną pomocą medyczną do tych wiosek. Tak opowiadała mi o tym wszystkim, że słuchałem z zaciekawieniem, dopytując się o to, czego nie mogłem zrozumieć. Po chwili rozmowy zaprosiła mnie do swojego domu, z przyjemnością przyjąłem zaproszenie. Poszliśmy do małego jednopiętrowego domku, zamieszkiwanego przez dwie rodziny. W tej części, do której weszliśmy, mieszkała ona ze swoją matką i rodzeństwem, ale siostry i bracia wyjechali się kształcić. Tutaj obowiązuje trzysemestralny system kształcenia, zapożyczony pewnie bądź pozostawiony przez Anglików. Liviera poczęstowała mnie herbatą i pokrojonym bananem. Zaproponowała wspólne odmówienie modlitwy przed jedzeniem. Nie znam prócz znaku krzyża żadnej modlitwy po angielsku, wymyśliłem, więc, żeby ona modliła się w swoim ojczystym kiswahili, a ja po polsku i tak pobożnie rozpoczęliśmy herbaciano-bananową ucztę. Bardzo interesująco opowiadała o swojej rodzinie i o sobie. Miała 26 lat, była bardzo ładną i miłą Murzynką. Pokazała mi też album ze zdjęciami, widać na nich było jej matkę i rodzeństwo oraz zdjęcia z zakończenia jej rocznych studiów w Nairobi. Nie rozpoznając jej do końca na zdjęciach, delikatnie dopytywałem, gdzie stoi. Miała tam krótkie włosy, teraz ma długie, a przecież zdjęcia pochodzą z tego miesiąca. Okazało się, że rozpuszczone włosy są o wiele krótsze, a splecione w tradycyjne afrykańskie warkoczyki wydłużają się. Dla mnie ciekawe doświadczenie z dziedziny fryzjerstwa. Gdy zapytałem ją o dalsze plany, powiedziała, że jutro wybiera się z pomocą medyczną w stronę jeziora Turkana, żeby odwiedzić wioski Kikuju. Pokazała też zdjęcia z wielu wcześniejszych takich odwiedzin. Trzeba przyznać, że jej domek był bardzo czysty i schludnie urządzony, nie przypominał baraków oglądanych w mieście, czy na afrykańskich szlakach. Chociaż można było przypuszczać, że cywilizacja skończyła się wraz z asfaltem 120 km wcześniej, tutaj nie było to prawdą. Można żyć skromnie i schludnie, urządzając przy tym ładnie swoje mieszkanie. Jak zdradziła, myślała wiele razy o wyjeździe stąd do większego miasta np. do Nairobi, bo tutaj nie ma za wiele perspektyw, ale póki co, zaangażowała się w działalność wspomnianej organizacji i teraz ma, co robić. Widać było, jak mocnym bodźcem jest dla niej ta praca i jak bardzo czuje się potrzebna, robiąc tyle pożytecznych rzeczy dla tutejszej ludności. Opowiadała o tym w taki sposób, jakby chciała mnie od razu zapisać w szeregi swojej organizacji. Kiedy pytałem o fundusze na działalność fundacji, mówiła o Europie i Ameryce oraz niewielkich dotacjach rządowych. Wymieniając adresy, pożegnaliśmy się uściskiem dłoni i miłym uśmiechem, który tutaj często ludziom towarzyszy.

 

i22653

 

            Poszedłem kupić jeszcze cukierki i zobaczyć targ kobiet. Jak się okazało woman market to niewielkie stanowiska z ekspedientkami, które sprzedają towar własnej produkcji. Są tam kolorowe bransoletki, korale i różne inne wisiorki, będące ozdobą dla wszystkich Samburu. Kobiety chodzą przyozdobione w duże naszyjniki z kół w odcieniach wszystkich kolorów, poza tym ich stroje są w różnych odcieniach czerwieni. Panie siedziały i nawlekały wytrwale małe „perełki” na cieniutkie druciki. A potrafiły wiele zrobić z tych elementów, nawet flagi ościennych państw. Zachęcały mnie ostro do kupienia, ale szukałem wymówki, mówiłem, że jeśli jest flaga Polski, to kupuję od razu. Wszystkie się śmiały. Zresztą wzbudzić śmiech u tych ludzie nie jest trudno. Kiedy zaproponowałem jednej pani zrobienie zdjęcia, chętnie się zgodziła i dumnie pozowała przy swoim stoisku z ozdobami. Potem wybuchając śmiechem, oglądała siebie w aparacie.

Za ścianą tego targu w potężnej fabryce sandałów z opon, siedzieli panowie. Było ich może z dziesięciu i jak w dobrze zorganizowanej manufakturze, każdy robił swoje. Jeden obcinał podeszwy, drugi okrawał je, nadając kształty, trzeci wycinał protektor przeciwślizgowy, czwarty ciął paski, piąty przybijał gwoździami te paski do podeszwy. Taki rozkład pracy w systemie taśmowym był zgrabnym zorganizowaniem produkcji najpopularniejszych butów Afryki. Dali sobie zrobić zdęcie i tak samo jak poprzedniczka, oglądając siebie na ekranie aparatu, śmiali się jeden z drugiego. Nawet pozwolili razem z nimi usiąść do zdjęcia i to było apogeum radości – Muzungu robi z nimi buty z wyjeżdżonych opon. Bardzo mili i życzliwi panowie. Oczywiście oferowali mi swój towar, ale nie dopatrzyłem się swojego numeru i zrezygnowałem z zakupu takich butów. Były jednego rodzaju, ale można było znaleźć rozmiary dla wszystkich mieszkańców, od małego dziecka po starszych. Zresztą dało się to zauważyć, patrząc na nogi tubylców. Ogromna większość chodziła w tego typu sandałach. Mało kto miał jakieś inne buty. Mokasyny, czy obuwie sportowe to domena bogatszych np. kierowców matatu. Wielu ludzi chodzi jeszcze  boso, nie wiem czy dlatego, że nie mają butów, czy dlatego, że tak lubią. To pozostanie zagadką, bo trudno pytać obcych o sprawy zamożności i budżetu. Tutaj jest lato cały rok, więc jedno gumowe obuwie wystarczy, jak zapewniali mężczyźni z fabryki, na trzy lata. Zatem i te obuwie miały swój okres gwarancji. Dodać należy, że często są to jedyne posiadane przez nich buty.

 

 

i09917

 

            Mając przy sobie reklamówkę z tobacco i półtora kilograma cukierków, zobaczyłem swojego umówionego motocyklistę. Czekał pod kaplicą katolicką, gdzie jak się okazało pracują siostry Matki Teresy z Kalkuty. Uzgodniliśmy cenę, że dostanie 100 szylingów za godzinę, ale zawożąc mnie, musi na mnie czekać. Pojechał jeszcze zatankować i ruszyliśmy w drogę. Byłem pełen podziwu dla niego, zresztą nie pierwszy raz. Tubylcy poruszają się po ścieżkach i drogach sawanny świetnie się orientując, jak dojechać do celu. Można mieć wątpliwości czy skręcają w dobrą stronę, ale jak się okazuje, po czasie zawsze znajdują cel. Mimo, że dla mnie każda droga jest taka sama, dla nich każda ma swój kierunek i swój koniec. Jeśli uzgodniliśmy cel w postaci konkretnej wioski, wystarczyło zaufać „człowiekowi stąd” i czekać spokojnie, że się tam dotrze. Zresztą chłopak od początku nie sprawiał jak inni wrażenia naganiacza, ale chciał konkretnie zarobić, wiedząc, co i gdzie ma pokazać. Dojechaliśmy do jakiegoś ogrodzenia, które wyglądało jak pozbierane i powbijane obok siebie tyki grodzące kilkadziesiąt metrów kwadratowych osady. Byłem przekonany, że będzie to jedna wioska, w której wiele rodzin mieszka obok siebie. Ale myliłem się, każda rodzina ma tu swoją osadę i swój teren. Kiedy przyjechaliśmy, gospodarz wyszedł z powitaniem. Mój kierowca przedstawił mnie i wymieniając uprzejmości, uścisnęliśmy sobie dłonie. Jak się okazało to, co chciałem zobaczyć, nie jest wielkim problemem i uśmiał się, kiedy w kiswahili powiedziałem „hakuna matata” tzn. „nie ma problemu”. Za gospodarzem wyszli, jak się domyślam, jego goście. Siedliśmy w kręgu wykopanego dołka, jakby specjalnego małego amfiteatru przygotowanego do wstępnych obrad tzw. okrągłego stołu. Najpierw rozmawiali o mnie i tym, co chcę robić, taka debata o człowieku, który chce poznać obcych na ich terenie. Poczęstowałem wszystkich papierosami i dałem swoje prezenty: tabakę i cukierki. Potem tłumaczyli mi po kolei o co chodzi w tej ceremonii, jak ma ona wyglądać, kto jeszcze ma być z gości. Okazało się, że prawie wszyscy mówią świetnie po angielsku i tylko ja byłem tym, który kaleczy i przerywa, dopytując dla lepszego rozumienia. Ale ich cierpliwość znowu była godna podziwu. Powiedzieli jednak, że oprócz prezentów, powinienem też zapłacić. Tłumaczyłem, że powiedziano mi, że będę mógł pooglądać tę ceremonię tylko za ofiarowane prezenty. Oni na to, że młodzi tancerze będą się dopominać, jest to jakaś ofiara na rzecz Samburu, jak nie chcę nie muszę płacić, ale będą na mnie krzywo patrzeć. Nie oponowałem, więc i ustalone 2000 szylingów obiecałem dać po skończonej ceremonii. Nie było problemu, teraz czy potem, to dla nich nie gra roli. Po tych rozmowach gospodarz zaprosił mnie do domu. Wchodząc, musiałem przecisnąć się bokiem i schylić głowę. Wejście było bardzo małe, a dom był oblepiony błotem, z zewnątrz i wewnątrz. Wchodziło się trzy kroki wąskim, niskim korytarzem, pierwsze pomieszczenie było pokojem gościnnym, wzdłuż ściany stała tam jedna ławka. Mogła zmieścić na moje oko około pięć osób, ale moje oko nie sprawdza się w Afryce i całkiem możliwe, że spotkałbym tam piętnaście osób siedzących w różnych pozycjach. Najważniejsze to być razem. Siedziało tam już kilka kobiet, ale na mój widok skomentowały coś w niezrozumiały dla mnie sposób i wyszły na zewnątrz. Ja, prowadzony przez gospodarza, przeszedłem dalej przez wąski korytarz do kuchni i sypialni. Gospodyni gotowała na ogniu. Z dwóch stron paleniska była sypialnia, czyli półki wyścielone skórami. To tutaj spała razem cała rodzina. Ale zastanawiam się, czy czasem ktoś nie zaczadził się od tego dymu, bo mnie po kilku minutach już piekły oczy. Takich domów w zagrodzie było trzy. W każdym mieszkała jedna żona gospodarza Samburu, codziennie mógł on spać w innym domku z inną żoną. Dzieci, jak gdzieś wcześniej słyszałem, mogły spać gdzie tylko chciały. Pomiędzy domkami były zagrody dla owiec, kóz i bydła. Wieczorem bydło zaganiane było z pastwisk do zagrody, małe zwierzaki ssały mleko matki z jednego dojka, a z drugiego gospodyni próbowała udoić coś dla siebie. W zagrodzie stała też ciężarówka z beczką czystej wody. Pytałem czy to własność gospodarza, ale on kręcił głową, odpowiadając, że należy do państwa. Ktoś taki jak zarządca tego regionu, czyli nasz starosta albo wójt, dał im tę ciężarówkę, by mieli, w czym trzymać wodę i co jakiś czas dowieźć nowy zapas. Do zagrody wchodziło się dwoma furtkami rozmieszczonymi po przeciwległych stronach. Były bardzo wąskie, więc bydło rozpychało je, wracając wieczorem do swojej zagrody. Zwierząt nie trzymają na mleko, bo z takiej suchej trawy pewnie niewiele by go było, chowają wszystkie te zwierzęta tylko na mięso. Liczebność stada świadczy o majętności. Nie ma na to wpływu ilość samochodów, wille, drogie ogrodzenia ani konto w banku, ale właśnie ilość posiadanego pogłowia. Ciekawa miara w ogóle nieprzystająca do środowisk europejskich, gdzie pogłowie nieczęsto się liczy, a nawet bywa powodem uśmieszków. Liczy się tylko kolorowy papierek, nazywany pieniądzem. Taka jest podstawowa różnica w pojęciu majętności. Chociaż przyznać trzeba, że i tubylcy nie ustrzegli się przed chęcią posiadania pieniędzy (choćby zawołanie, żeby Muzungu zapłacił za fotografowanie). Nie są w tym namolni ani stanowczy, że jak nie płacisz nie wchodzisz, ale wyjaśniają, że tak naprawdę to jest forma wsparcia.

            Gdy jechaliśmy na pokaz, mijaliśmy podążające na ceremonię grupki ludzi. Widać było tylko ich głowy znad krzaków, szli w ciszy, nie zamieniając ze sobą ani słowa. Nie widziałem czegoś takiego u nas, żeby młodzież idąca razem gdziekolwiek szła cicho w skupieniu, z powodu wagi uroczystości. Oni szli dumnie w swoich charakterystycznych, tradycyjnych strojach. Szli, żeby pokazać i odtańczyć to, co z pokolenia na pokolenie tańczy każdy Samburu zanim się nie ożeni. To sprawa najwyższej wagi, honoru, zachowania tradycji i kultury.

            Wychodząc ze zwiedzanej zagrody, słyszeliśmy już jednotonowe dźwięki wydawane przez zgromadzonych. Zaczęli swój rytuał. Zebrani w silnej zwartej grupie, nie używali instrumentów, kołysali się do swojej muzyki, angażując w to całe ciało, od głowy do stóp. Stali jeden przy drugim, jakby zlepieni w całość, chcąc pokazać swoją siłę, kulturę, a jednocześnie odrębność. Specyficznie wydawane dźwięki towarzyszyły im przez cały czas. Zmieniała się nieco tonacja, raz wyżej, raz niżej albo zmieniała się moc dźwięku, raz głośniej, raz ciszej. Co jakiś czas, w wiadomy sobie sposób, zmieniali ruchy. Może nie była to duża różnica, ale każdy ruch coś oznaczał i miał swoją interpretację. Poza tym wychodzili przed grupę po kilku, wykonując podskoki i figury taneczne. Po chwili dopiero dało się zauważyć, że te podskoki nie są takie zwyczajne. Każdy był inny, połączony ze zgięciem głowy lub tułowia. Ponadto za każdym razem dawało się zaobserwować inne ułożenie nóg przy podskokach, albo w rozkroku wykonywanym w powietrzu, czy w kształcie nożyc. Oczywiście nie były to duże odchylenia, gdyż strój w postaci spódnicy nie pozwalał na akrobatyczną swobodę. Jednak dla widza było to bardzo absorbujące i nawet takie szczegóły jak rozłożenie nóg, po dłuższej obserwacji zwracały uwagę. Choćby, dlatego, że całość układała się w wymowne figury. Mężczyźni, którzy brali udział w tym obrzędzie, to kawalerowie w wieku od 15 do 30 lat, ubrani w różnobarwne stroje, co w zlepku wszystkich stanowiło ciekawą paletę barw. Mieli swoje kolorowe „spódnice” i kolorowe naszyjniki, poza tym każdy miał włosy w kolorze czerwonym. Jest to kolor ich ziemi. Farbę na ten cel robią tak, że olej kuchenny mieszają z ziemią i tym potem barwią sobie głowy. Niektórzy mieli długie włosy, a od nich plecy zabarwione również na czerwono. Fryzury innych były bardzo krótkie, ale równie lepiące od farby. Gdy tylko stanęli poza grupą taneczną, żeby nieco odpocząć, do ich głów lepiły się muchy. Oprócz tego na głowie wielu z nich lśniły jakieś ozdoby, czy to kolorowe pióra papug, czy różnobarwne naszyjniki. W uszach mieli zawieszone kolczyki również w jakichś jaskrawych kolorach. Niektórzy mieli złote lub srebrne łańcuszki zawinięte za jedno ucho, opuszczone na wysokość ust lub nosa i z powrotem zawinięte za drugie ucho. Oczywiście, jak wspominałem, wszyscy mieli wiele naszyjników chyba we wszystkich możliwych jaskrawościach. Na nogach większości widać było sandały z opon, nieliczni mieli białe, plastikowe, jakby uroczyste buty specjalnie na ceremonię, niektórzy byli w butach sportowych. Nie brakowało też tańczących na bosaka. Wielu z nich miało swoje dzidy, zawieszali na nich flagi. Ale jak się domyślam, niekoniecznie były to ich reprezentacyjne barwy plemienne, bo dała się tam zauważyć, np. flaga Wielkiej Brytanii. Patrząc z boku można mieć wrażenie, że zasada jest jedna: jak najbardziej kolorowo. Ubarwienie nie może jednak odbiegać od tradycji i zwyczajów, które przejęli od swoich przodków.

 

 

i08554

 

            W uroczystej ceremonii uczestniczyło też kilkanaście dziewcząt w wieku od 12 do 20 lat, odgrywały one swoją rolę w niektórych momentach tańca. O ile młodzi mężczyźni tańczyli non stop ponad dwie godziny, tak dziewczyny wchodziły tylko od czasu do czasu. Poza tym stały w oddali, obserwując przebieg ceremonii i czekając na swoje wejścia. Była taka chwila, kiedy chłopcy w rytmicznych ruchach ustawiali się gęsiego, dziewczyny podchodziły wtedy do nich i po dwie brały za rękę tancerzy. Wykonując te same ruchy, podążali razem. Był też moment, kiedy stojące twarzą do siebie w okręgu dziewczęta śpiewały wysokim głosem, a zgromadzeni wokół mężczyźni jak mantrę powtarzali niższym głosem swoje dźwięki. Robili to nieco ciszej, bo jak się domyślam, ta chwila śpiewu należała do młodych kobiet. W kolejnym elemencie ceremonii stali na przeciw siebie. Dziewczyny stały w miejscu i poruszały się do muzyki, jakby wprawione w ruch przez jej dźwięki, a chłopcy podchodzili do nich również w rytmie wydawanych odgłosów. Kiedy prowadzący dawał znak do odwrotu cofali się może z pięć kroków i za chwilę w ten sam sposób podchodzili, trwało to około 15 min. Jak się później dowiedziałem, był to taniec małżeński.

            Ciekawym i mocnym przykładem siły ich śpiewu, czy raczej wydawanych rytmicznie dźwięków było to, że w ciągu ponad dwóch godzin ceremonii kilku mężczyzn doznało takiego duchowego uniesienia, że jakby w letargu albo raczej opętaniu zostali wyprowadzeni przez kolegów. Z zamkniętymi oczami siłowali się z nimi, usztywniając ciało, chcąc się wyrwać i bezmyślnie biec na oślep, nie mając świadomości, co się wokół nich dzieje. Wydawali przy tym z siebie dziwne dźwięki, sapiąc, chrapiąc i dysząc. To akurat było bardzo przerażające. Kiedy pytałem czy nie uważają tego za niebezpieczne, uśmiechali się z właściwym dla siebie spokojem, mówiąc, że to normalne.

            Obok mnie stał jeden z wojowników Samburu. Wyglądał na przygotowanego do uroczystości, więc zapytałem, dlaczego nie bierze w niej udziału. Okazało się, że jest studentem collegu dla Samburu. Uczelnia taka jest zorganizowana w Maralal i kształci młodych Samburu, którzy potem są nauczycielami dzieci swego plemienia. Państwo opłaca ich kształcenie, a potem konsekwentnie finansuje szkoły dla dzieci, chociaż nie brakuje też szkół prowadzonych przez fundacje. Jego brat również był tylko widzem uroczystości, wcześniej był trzy lata w Hamburgu w Niemczech, gdzie studiował na uczelni prowadzonej przez jakąś katolicką organizację.

            Po zakończeniu ceremonii zebrała się rada starszych. Najstarsi Samburu, ubrani już nie tak odświętnie jak tańczący wojownicy, usiedli razem z jednej strony, a młodzi, którzy tańczyli usiedli 50 metrów dalej. W ciągu 20 minut obrad kolejno ktoś przemawiał do zebranych. Pozostali siedzieli na ziemi i słuchali. Nie było tam przekrzykiwania się ani ostrych dyskusji. W obu grupach dyscyplina godna podziwu, a przecież rozmawiali o polityce. Takie tematy i przemówienia bez kłótni są rzadko spotykane wśród polityków, czy działaczy samorządowych. Pewnie zgodność i jedność oraz troska o tradycję i kulturę tworzy jednomyślność w ich prywatnej polityce. Kobiety nie brały w tym udziału. W ogóle kobiety nie przyszły oglądać tej ceremonii, poza tymi kilkoma biorącymi w niej bezpośredni udział oraz kobietami mieszkającymi w domu, w którym odbywało się to kolorowe, taneczne wydarzenie.

 

 

i08600

 

 

            Po skończonych uroczystościach był poczęstunek dla starszych. Zasiedli na ziemi wzdłuż płotu i dostali po misce ryżu z mięsem i grochem. Oczywiście za sztućce służyły własne palce. Udało mi się jakoś wymówić od czynnego uczestniczenia w tej uczcie. Trzeba przyznać, gościnności nie można im odmówić i pewnie gdybym nieco dłużej był w Afryce, dałbym się skusić. Widząc jednak przygotowanie tego pożywienia, starałem się delikatnie odmówić. Skosztowałem tylko, biorąc sobie trochę ciepłego ryżu z talerza kierowcy. Spotkało się to z dużą aprobatą.

            Żegnając się, uściskałem dłoń wszystkim starszym tego plemienia, a oni zapraszali mnie ponownie wraz ze znajomymi. Okazali tym sposobem swoją otwartość i gościnność. Takie wrażenie wyniosłem z tego niezwykłego, pięknego, tradycyjnego afrykańskiego spotkania. Było to widowisko godne największej areny. Widzem byłem tylko ja, aktorów łącznie ze starszymi około setka. Tak sobie myślę, że może było odwrotnie, może to ja byłem aktorem na ich ziemi, w ich kulturowej przestrzeni, a oni widzami. Oni robili swoje bez żadnej kalkulacji, kto patrzy i jak ocenia, czy zostanie to sprzedane w tysiącach egzemplarzy. Czy będą sławni i znani, czy pozostaną nadal sobą na swojej czerwonej afrykańskiej ziemi. Byli sobą i mam nadzieję, że z tą piękną tradycją i kulturą pozostaną tacy nadal. Wielu na pewno zweryfikuje czas. Wielu cywilizacja zachodu wciągnie i już nie odda, ale zostaną ci, którzy zawsze cenić będą swoją odrębność, którzy zawsze będą tańczyć jak kiedyś. Byli piękni, autentyczni i przyjaźni. Byli oryginalni i niepowtarzalni. Byli kolorowi, jakby chcąc tymi barwami pokazać nie tyle odrębność, ale przede wszystkim swoją dumę wojownika i otwarte serce. Otwarte, ale zarazem waleczne, jak na wojownika przystało, bo duma i honor żołnierza Samburu jest sprawą ponad życie i śmierć.

Może warto dopowiedzieć, że dopuszczanie się do stan uniesienia spirytualistycznego, czasem może okazać się niebezpieczne, ale oni nic sobie z tego nie robią. Dla nich to nie jest ani przerażające ani straszne, mówią, że to normalne. Mam nadzieję, że taką normalnością to pozostanie. Nawet, jeśli przyjdą kolejni kolonizatorzy, kulturowi tym razem. Oni będą mocni swą jednością, jak rada starszych. Mimo, że pewnie i u nich jest wielu liberałów, każących zdejmować oryginalne stroje i zakładać dżinsy. Zamiast lepić domy z błota, to budować je w miastach i tam przenosić wolnych Samburu. Nie brakuje jednak wiernych konserwatystów, kochających swoją odrębność i chcących ją zachować dla kolejnych pokoleń. Odrębność, która nie tylko będzie się odznaczać strojem, tańcem i śpiewem, ale, za którą idzie mentalność dająca poczucie honoru i dumy. Nawet, jeśli wobec świata staną się bezsilni, nie mając żadnej armii, to ich orężem będzie tradycja i kultura, ich jedność i otwartość. Ich trzymanie się razem i pozytywne myślenie, że Samburu to bracia. Nawet, jeśli feminizm każe kobietom buntować się wobec władzy i dominacji mężczyzn, to one będą mądre tym, czym były mądre ich matki.

            Moje doświadczenie ceremonii pozostanie na długo w sercu i pamięci, chyba był to najlepszy prawdziwie afrykański dzień na środku świata (Maralal leży jakieś 150 kilometrów od równika).

 

i08629

 

              Tutaj, w tej kulturze każdy jest sobą i to jest największa wolność. Gdy wchodziłem do zagrody jeden ze starszych powiedział do mnie: Muzungu, najważniejsze to żyć jako wolny. „Freedom is good idea” – tak mi powiedział. To miejsce zachwyciło szeroką swobodą i nieskrępowaniem kulturowym. Totalna wolność tożsamościowa. Jestem Samburu i to dla mnie jest najważniejsze. Pewnie takie stwierdzenia odbijają się w głowach tych ludzi jak rytm serca kochającego swoją ziemię i swoje zwyczaje. Manipulatorzy kulturowi zachodniego świata musieliby się wiele natrudzić, żeby w ogóle omamić tych ludzi jakąkolwiek komercją, niszczącą duchowe dziedzictwo. Ich przemawiające świadectwo jest proste. Być Samburu to cały świat, który wielce ceni swoje, ale nie jest wrogi wobec innych i wpuszcza nowinki, typu mojej obecności.

 

Powrót do miast

 

            Szkoda było wyjeżdżać z Maralal, ale jak postanowiono, to nie ma odwrotu. W nocy słyszałem jak padał mocny deszcz i zastanawiałem się, czy taką drogą uda się wyjechać z miasta. Ale skoro wcześnie rano na postoju zobaczyłem matatu organizujące się do drogi, to znaczy, że jest możliwość dojechania, oni wiedzą lepiej. Wyszedłem wcześniej, żeby zająć sobie miejsce z przodu, ale nie minęło nawet pół godziny i ktoś już siedział tam, gdzie byłoby wygodnie moim nogom. Poza tym po drodze kierowca zabrał starszego mężczyznę, który bardzo utykał i udostępniono mu miejsce z przodu. Usiadłem w trzecim rzędzie przy oknie. Bo przypomnę, chociaż auto bardzo małe, to i tak ma pięć rzędów siedzeń. Już niedaleko za miastem, musieliśmy wypychać auto z błota. Tak było jeszcze ze trzy razy, łącznie z tym, że w pewnym miejscu musieliśmy wysiąść i przejść przez ogromną kałużę, żeby odciążone auto mogło swobodnie przejechać. Kiedy wysiadałem z busa i brałem zdeptany, cały w błocie plecak, zauważyłem, że mam odsuniętą klapę. Zajrzałem do środka – nie było moich sandałów. Leżąc pod siedzeniem, stał się dobrym łupem. Dobrze, że stało się to prawie na końcu, a nie początku wojażowania. Oprócz tego pogoda nie zachęcała już do ubierania sandałów. Pewnie zostaną w Afryce, przemierzając kolejne bezdroża, ale już beze mnie. Obeszły wcześniej Mongolię, Rosję, Peru i Boliwię oraz Indie i Nepal. Ostatnio Kenię, Tanzanię i Ugandę, teraz przyszło im zostać w Afryce, a mi wracać do domu. Ale ciekawie i sentymentalnie można wiązać pewne wydarzenia, które dla człowieka, jakby nie było, coś jednak znaczą. Mając te same rzeczy w różnych stronach świata, możemy się do nich bardzo przywiązać, jak do towarzysza.

Do Nyahururu dotarłem w południe, czyli z niewielkim poślizgiem. Droga wbrew obawom zleciała bardzo szybko i w miarę dobrze. Zakwaterowałem się w hotelu, po czym pospacerowałem po mieście, zjadając obiadek z kurczaka i frytek za 300 szylingów. Hotel za 500 szylingów, bardzo przyjemny i miły. Oczywiście jak na tutejsze standardy, bo pierwszy raz od dwóch tygodni miałem ciepłą wodę pod prysznicem.

            Rano po śniadanku pojechaliśmy matatu do Nakuru, jakieś 70 kilometrów. Dostało mi się mokre siedzenie w busie, nieźle. Kiedy wysiadłem, byłem obiektem śmiechu, bo spodnie z tyłu były całkiem mokre, ale kiedy pokazałem to kierowcy, nie był w ogóle zainteresowany. Odeszliśmy nieco od naganiaczy i zacząłem wyjmować z plecaka drugie spodnie, chcąc je zmienić na ulicy. Kierowca motorikszy poradził mi, że będzie lepiej jak zrobię to w jego rikszy. No to skorzystałem z jego zaproszenia i przebrałem się w trójkołowej taksówce. Już bez śladów zamoczenia, pomijając żarty z mojego tyłka, negocjowałem cenę wjazdu do Parku Nakuru, gdzie z bliska mieliśmy zobaczyć nosorożca i jak się uda przy dużym szczęściu, lamparta. Szczęścia jednak nie mieliśmy i tego drugiego nie udało się spotkać, ale z nosorożcem wyszło jak najlepiej. Warto było poświęcić kolejne 60 dolarów na wstęp do niewielkiego parku wokół jeziora Nakuru. Z daleka widać było jak woda mieni się bielą i czerwienią. To setki tysięcy flamingów miało tam swój odpoczynek albo dom na jeziorze. Poza wszystkimi spotkanymi już w tutejszych parkach zwierzętami, czyli zebrami, żyrafami, guźcami, szakalami i bawołami oraz dużą ilością ptaków, udało nam się dostrzec w stadzie bawołów białego nosorożca. To bardzo rzadki okaz. Był niewysoki, ale potężny, nieźle się prezentował, schylając wielki łeb, by skubać trawę. Nieco dalej zobaczyliśmy też z odległości najwyżej 10 metrów parę czarnych nosorożców, przy jeziorze trafił się jeszcze jeden potężny osobnik tego gatunku. Do „zdobytych” zwierząt Afryki mogliśmy spokojnie dopisać tego potężnego, o ogromnym łbie i rogu na nosie animalsa. To wspaniałe doświadczenie i niezapomniane łowy w Afryce, z aparatem w ręku. Jak się okazuje, wiele da się w ten sposób upolować, a lampart pozostaje na następną wyprawę. Szkoda, ale pewnie taka jego natura, żyć w ukryciu, a jego spryt na pewno bardzo mu to ułatwia. Najlepsza pora na tego kociaka to wczesny ranek, trzeba go wyszukiwać w buszu skoro świt, ale my już nie mieliśmy na to czasu. Na pewno jeszcze kiedyś trafi się okazja i zapolujemy skuteczniej. Oby te łowy były we właściwym kierunku, tzn. my na niego, a nie on na nas. Bo zapewne nie nosi aparatu na szyi, a jego polowaniom przyświeca tylko jedna myśl – napełnienie żołądka. Trzeba pamiętać, że jest najlepszym krótkodystansowym sprinterem, jaki chodzi po ziemi. Dlatego ucieczka nic nie da, nawet na najwyższe drzewo. Niech to jednak pozostanie tylko w sferze rozważań i nie przysłoni chęci spotkania z nim. Niedosyt będzie dobrą motywacją.

 

 

i10279

 

 

 

 PÓŁNOC NAKURU

 

            O siódmej rano pojechaliśmy nad Jezioro Baringo. Jest to urokliwe miejsce z kempingami, na których dało się zauważyć wiele europejskich rejestracji. Z zaciekawieniem i zdziwieniem oglądałem mijaną wcześniej terenową toyotę na holenderskiej rejestracji, jechała w stronę Maralal. Byłem pełen podziwu dla kierowcy i całej samochodowej ekspedycji po Afryce. Widzieliśmy też dużego ciężarowego mercedesa na niemieckich numerach przystosowanego do wyjazdów na Safari. Na campingu stała następna terenowa toyota. Przemierzanie bezdroży Afryki dwuśladem musi być bardzo ekscytujące. Może kiedyś i mnie uda się podróżować w ten sposób, mając ze sobą wszystko, co trzeba.

Wybraliśmy się w to miejsce, żeby zobaczyć krokodyle. Co prawda, te mniejsze, bo właśnie ich brakowało nam jeszcze w kolekcji zdjęć. Wsiedliśmy do łódki, żeby płynąc brzegiem jeziora, móc natknąć się na te gady. Byliśmy już kilkaset metrów od brzegu, ale żaden krokodyl nie chciał pozować do zdjęcia, schowały się chyba pod powierzchnią wody. Udało się nam je zobaczyć dopiero z innej strony. Trzy niewielkie okazy były bardziej łaskawe. Pytałem naszych przewodników, czy zwierzęta są po śniadaniu i czy można śmiało stanąć obok nich, ale śmiejąc się i słusznie traktując moje słowa jako żart, odpowiadali, że lepiej nie. Krokodyle trudno dostrzec, bo potrafią być nieruchome w każdej pozycji. Czy to z paszczą otwartą, czy z zamkniętą, czy wyprostowane, czy ze zwiniętym ogonem. Mają krótkie nogi, ale są sprytne i czujne, każdy po pewnym czasie chowa się w wodę. Pewnie to dla nich dobry sposób na przetrwanie, ale my już zdążyliśmy uzupełnić swój atlas afrykańskich zdobyczy o krokodyla.

Pływając po jeziorze, spotkaliśmy też rybaków, którzy na małych, drewnianych łódeczkach, siedząc lekko zanurzeni w wodzie, łowili ryby. Łódki te były zrobione ze związanych cienkich belek najprawdopodobniej bambusa i przypominały wyglądem mini tratwy. Zgrabnie unosiły się na wodzie i wystarczyło kilka ruchów ręką, a właściwie trzymanymi w rękach płetwami zrobionymi z obciętego opakowania po oleju silnikowym, aby łódeczka nabrała prędkości, nie wspominając już o jej zwrotności. Przewodnicy odkupili od rybaków dwie rybki. Nie można było sobie wyobrazić nic innego, jak tylko to, że rybki staną się naszym drugim śniadaniem, ale oni pokazali nam sztuczkę. Wypatrzyli orła siedzącego na gałęzi drzewa, zaczęli gwizdać, aby zwrócić uwagę drapieżnika i wyrzucili rybę do wody. Skoro była już martwa, to nie mogła utonąć. Ptaszysko zerwało się natychmiast z drzewa i łapiąc ogromnymi skrzydłami wiatr, skierowało się prosto na rybę. Zniżyło lot i pazurami porwało swoją zdobycz z tafli jeziora. Nigdy wcześniej nie widziałem łowiącego tak ogromnego ptaka. Spróbowaliśmy później po raz drugi, ale w pobliżu nie było już żadnego orła.

            Nieco dalej widać było duże skupiska traw wodnych. Wpłynęliśmy tam z nadzieją zobaczenia hipopotama. Jeśli jest on w wodzie, to od czasu do czasu widać mu tylko ślepia, niczym wystające reflektory do oświetlenia terenu. Tak było i tym razem – kilka widocznych łbów i ogromne ślepia ostrożnie obserwujące kogoś, kto nadpływa. Co ciekawe, wędrowały sobie w wodzie wynurzając się, co około trzy minuty, nabierając powietrza, żeby z powrotem wrócić do zaciemnionej, brązowej wody. Mają swój świat i naturę, swoje zwyczaje i możliwości. Nic na to nie można poradzić i żadne prośby o jedno małe zdjęcie nie pomogą. My tutaj jesteśmy gośćmi i to najczęściej nieproszonymi, bo zakłócającymi spokój hipopotama, więc albo cierpliwa obserwacja albo pozostaje się poddać.

            Wróciliśmy do brzegu, obierając jeszcze za cel jedno ciekawe miejsce. Pojechaliśmy do Bogorii. Jest to malutka miejscowość nad jeziorem o tej samej nazwie. Jego niezwykłość polega na tym, że są tam ciepłe źródła. Biorą się stąd, że samo jezioro leży w ogromnym kraterze, a obok jest mniejszy karter wulkaniczny. Wrażenie jest ogromne, kiedy ogląda się tryskającą na dwa metry dużym strumieniem gorącą wodę, wydającą woń nieco przygniłych jajek. Podobnych źródeł jest kilka, poza tym jest wiele miejsc, gdzie widać wyraźnie, że tuż pod powierzchnią wrze woda, podnosząc ziemię. Jakby całe to miejsce było podziemnym paleniskiem z gotującą się wodą. Jedno mniejsze i wąskie źródło, inne potężne, wylewające wrzątek z półmetrowego kranu Ziemi. Wjeżdżając na teren tego jeziora, kupiliśmy kilka jajek i zrobiliśmy mały eksperyment. Nasze przypuszczenia się sprawdziły. Zostawiając jajka w tej wodzie na dziesięć minut, odebraliśmy je ugotowane na twardo i ze smakiem zjedliśmy. Smakowało nieźle, bo świadomość ugotowania go w specjalnym garnku – źródle na kuchni Ziemi – była dodatkiem do smaku. Podobno tylko w tym jednym miejscu jest tyle energii naturalnej, że można byłoby jej użyć do oświetlenia całej Kenii. Ale na razie nie robi się nic, żeby wykorzystać dary Matki Natury. Jeszcze jednym walorem tego miejsca było mnóstwo flamingów, jeszcze więcej niż na jeziorze Nakuru, chyba miliony. Brzegi mieniły się w odcieniach czerwoności za sprawą tego wędrownego ptaka. Pojedyncze egzemplarze nie robią takiego wrażenia, za to, kiedy są w wielkim skupisku, nadają odcień nawet wodzie. Dumnie chodzą, mocząc swoje jaskrawe czerwone nogi w wodzie i skubiąc to, co próbuje wyrastać przy brzegu.

            Po powrocie do Nakuru wysłaliśmy kartki pocztowe i zrobiliśmy mały zakup pamiątek. Nazajutrz powrót do Nairobi i ostatni dzień na afrykańskiej ziemi.

 

 

POWRÓT

 

            Rano zapłaciliśmy za ostatnią noc po 500 szylingów i ruszyliśmy wygodnym matatu do Nairobi. To rzeczywiście wyjątkowe, że w tej kompanii przewozowej przestrzegany jest warunek, że zabiera się tylko dziesięciu pasażerów. I co ważne, siedzenia były suche. W Nairobi zostawiliśmy plecaki w firmie przewozowej i pojechaliśmy jeszcze do dzielnicy Karen. Nazwa wzięła się od Karen Blixen. Kto oglądał „Pożegnanie z Afryką” wie, o kogo tutaj chodzi. Miejsce wyjątkowe, bo mieszkają tam w dużej mierze ludzie biali, biznesmeni, ambasadorzy, dlatego idąc kilka kilometrów pod budynek muzeum Karen, można było zauważyć w samochodach wielu Muzungu. Do środka muzeum nie wchodziłem, ale z zewnątrz prezentowało się ono jak zadbane hrabstwo. Wszystkie mijane po drodze wille miały ochronę, a świadczyły o tym tabliczki na bramach wjazdowych. Przy każdej bramie stała budka strażnika, który nie tylko pilnował, ale robił także za odźwiernego, gdy państwo albo ich goście zajeżdżali do domu. Przy recepcji muzeum była wystawa dużych czarno-białych starych zdjęć samej Karen Blixen, w ogródku zgromadzono zachowane maszyny rolnicze z początku XX wieku.

Wróciliśmy stamtąd do centrum miasta autobusem nr 24. Małe zakupy i ostatni posiłek. Zabraliśmy nasze rzeczy, gdy już zaczynało się zmierzchać. Wiedzieliśmy dobrze skąd odjeżdżają autobusy na lotnisko, bo na początku wyprawy musieliśmy tam pojechać po nasze odnalezione bagaże. Do portu lotniczego dojeżdża się numerem 34, ale wieczorem, kiedy wszyscy wracają po pracy z miasta do domów, nie wystarcza autobusów. Wszystkie podjeżdżające zabierają tylko tylu pasażerów, ile mają miejsc siedzących. Jak już wspominałem, nie ma tutaj czegoś takiego jak miejsca stojące i policja tego pilnuje. Ludzie chcący jechać konkretnym autobusem, wiedzą dobrze, z którego miejsca on odjeżdża, mimo braku oznaczonych peronów czy stanowisk. Dokładnie w tym miejscu ustawiają się w kolejkę i po prostu czekają. Dopytując dokładnie skąd odjeżdża nasze 34, ustawiliśmy się w ogonku i oczekiwaliśmy swojego pojazdu. Po jakichś 20 minutach przyjechał i byliśmy dokładnie ostatnimi pasażerami, których zabrał. Pani wsiadająca za nami został wyproszona i ze zrozumieniem przyjęła decyzję biletowego. W ogóle to ciekawa sprawa, Afrykańczycy ciągle na coś czekają i wcale o nic nie mają pretensji ani roszczeń. Czekają i już! Tak trzeba, to jest ich rozumienie. W ogóle mi to nie pasuje do podobnych sytuacji, mogących zdarzyć się w Polsce. Od razu byłyby pretensjonalne uwagi do kierowcy. Dlaczego nie można jechać? Dlaczego autobus za mały? Albo, że ma dzieci i śpieszy się do domu. Tutaj nikt nie mówi ani słowa, tylko czeka, czeka i jeszcze raz czeka. Nie ma żadnych godzin odjazdu, trudno nawet określić częstotliwość. Jak przyjedzie autobus albo matatu, to pojedziemy, a skoro nie ma, to trzeba czekać, aż się pojawi. Trudne do zrozumienia i do przyjęcia przez Polaka.

Tak wyglądał ostatni dzień naszej podróży po afrykańskiej ziemi. Nie ma łez, bo jest perspektywa powrotu. Może kiedyś w inne strony ogromnej Afryki, ale na pewno trzeba będzie tu wrócić i odwiedzić inne plemiona, zobaczyć jak ten kontynent się zmienia i jak się rozwija. Mam nadzieję, że te zmiany będą na lepsze i dotrą do wszystkich rejonów. Nie tylko do miast, które w pierwszej kolejności poznają i chłoną standardy zachodniego świata, ale także w jakiejś mierze na prowincję.

Samolot do Istambułu o bardzo późnej i głupiej porze – 2:50, a potem 10:30 do Warszawy. O godzinie 2:40 lądujemy w Warszawie, mam nadzieję, że z razem z bagażem. Potem jeszcze tylko sześć czy siedem godzin busem do Przemyśla i koniec.

 

i09119 

 

 

EPILOG

 

Jeśli trzeba cokolwiek napisać o podsumowaniu doświadczeń Afryki, to trzeba przyznać, że jest to bardzo trudne. Podejrzewam, że im więcej czasu spędzi się na tym lądzie, odwiedzając zakamarki kulturowe najbardziej reprezentacyjne dla Afryki, tym wcale nie będzie łatwiej. Afryka to odmienność sama w sobie. To duma i głębokie poczucie tożsamości bez kompleksów. A im bardziej w głąb niedostępności terenowej i oryginalności kulturowej, ta duma wzrasta. Ludzie nieskażeni „globalizacją” – w jakimkolwiek wydaniu – są niesamowicie wolni. Żyją w zgodzie i jedności z naturą i rytmem ludzkiego serca i prostego myślenia o życiu bez zbędności kombinowania i wyrachowania. Te słowa brzmią już dziwnie i pewnie niezrozumiale dla tzw. mentalności zachodu, ale uważam je za własne doświadczenie Afryki jaką ja widziałem i jaką ja wywożę ze wschodniego wybrzeża tego kontynentu. Tam, żeby wyjaśnić jakieś zdarzenie, trzeba pytać miejscowych, trzeba pójść i z nimi żyć i mieszkać. A nie naszym sposobem tworzyć tylko teorie i przekonywać, która z tych punktów widzenia jest prawdziwsza, angażując do sporu jak największą liczbę ludzi przez media, czy politykę. Tam wszystko wśród tej prostoty kulturowej jest prawdziwe. Nawet z biegiem czasu poznaje się, że mylne pokazywanie drogi przez miejscowych staje się sprawiedliwe ze względu na poczucie, że on musi mi pomóc, bo został oto poproszony na ulicy. Wymówka  niewiedzą nawet nie wchodzi w rachubę.

Oprócz tego, że z całą pewnością stwierdzam, że trzeba tam wrócić, bo pozostał dylemat typu: czy więcej się tam zostawiło, czy więcej przywiozło ze sobą w głowie i sercu? Napisze ostatnie zdanie słowami Ryszarda Kapuścińskiego, że: „Afryka ma swój styl, swój klimat, swoją indywidualność, która wciąga, przykuwa i fascynuje. I nawet po latach nie można się od tego uwolnić.” Oj nie można…

Tak oto pisze się cała nasza podróż „Wokół Jeziora Wiktorii”. Która w specyficzny sposób ciągle trwa…

 

 

 

 

Maciej Gierula

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

newsletter

newsletter

syberia

" Drugiego dnia podróży, do naszego wagonu wsiadła spora ekipa rosyjskich poborowych. Oprócz tego, że w mundurach i z wiktem i oprzyrządowaniem wojskowym, to niewiele się wyróżniali. Oczywiście..."

więcej

syberia

"Jedziemy, jedziemy (...) . Nikt się za specjalnie nie integruje, turystów nie ma w naszym wagonie w ogóle. Za to klimat robią rosyjskie hity ludowe lecące z nieściszanego głośnika. Wziąłem ze sobą swoją muzykę, ale w tym pociągu chyba jej nie posłucham..."

więcej

SONY DSC

"Idąc do kolejnych świątyń, przyłączyli się do nas tubylcy, oferując pomoc w oprowadzaniu. To bardzo powszechne...Jeden chłopiec jednak zrobił na mnie wrażenie. Nie wiem, ile mógł mieć lat, może 10-12, świetnie mówił po angielsku i francusku...."

więcej

zdjęcia45

System szkoły togijskiej różni się bardzo od systemu polskiego szkolnictwa. Jest on na pewno na dużo niższym poziomie, ale na tyle, na ile „potrafi”, tak sobie radzi. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, by dzieci w Afryce miały dostęp do szkoły...

więcej

afryka2

Wyprawa do Afryki - czyli Muzungu wokół Jeziora Wiktorii - CZĘŚĆ II. Kolorowy kurz dalej wdzierał się przez brakujące szyby i malował wszystkich pasażerów, zwłaszcza tych siedzących z przodu. Zęby od tego zgrzytały, a ślina przybierała gęstość czekolady...

więcej