Wielka Transsyberyjska – Cześć I

 

 

RELACJA ZACZERPNIĘTA Z SERWISU „PODRÓŻ ŻYCIA”

 

 

 

 

 

             Przede mną kolejna wyprawa życia. Tym razem w planie mam dojechanie pociągiem do Pacyfiku, przemierzając po drodze całą Syberię.
Po co? Żeby mieć co wspominać na starość! :)

Do przemierzenia mam ponad 18000 km, z czego 11000 km planuję pociągiem, 6500 km samolotem, resztę autobusami/marszrutkami/wodolotami. Chcę przejechać wszystkimi czterema głównymi trasami syberyjskimi i jedną zabytkową, a więc:
– transsyberyjską
– bajkalsko-amurską (BAM)
– kurugobajkalską
– transmongolską
– transmandżurską

Plan trasy to:
Warszawa – Moskwa – Sewierobajkalsk – Olchon – Listwanka – Sludianka – Ułanbator – Pekin – Harbin – Władywostok – Irkuck – Moskwa – Warszawa. Widać wszystko pięknie na zdjęciu poniżej :)

Dodatkowe atrakcje, które chcę uskutecznić:
– przepłynięcię co najmniej połowy jeziora Bajkał wodolotem
– wyjazd na nockę na pustynię Gobi w Mongolii
– parę dni w Pekinie + wyjazd na Wielki Mur
– mały rejsik po Morzu Japońskim

           Kiedy? We wrześniu. Nie jest już tak gorąco, żeby się gotować w pociągu, ale jeszcze nie na tyle zimno, żeby przygoda była walką z zimnem. No i, co ważne, nie wyjadę wcześniej, niż po 7. września, bo są jeszcze inne obowiązki.
Czas potrzebny na zrealizowanie wyprawy szacuję na max. 4 tygodnie.
Koszty są spore – sama podróż pociągiem/samolotem + wizy, to koszt ok. 6500 zł. Do tego doliczam wszystkie w/w atrakcje, spanie, jedzenie, inne przyjemności i wychodzi mi lekko 10000 zł. :(
Ale, w sumie co, raz się żyje!

         Wstępne przygotowania już się zaczęły, teraz przede mną najważniejsza część: bilety, wizy, dokładna trasa, to na początek.

 

 

1

 

 

 

 

 

PRZYGOTOWANIA CZAS ZACZĄĆ!

 

 

 

             Mogę powiedzieć, że z etapu przygotowań do przygotowań, nareszcie przeszedłem do etapu zasadniczych przygotowań. Oznacza to, ni mniej, ni więcej, że zaklepałem urlop w pracy i ustaliłem datę rozpoczęcia podróży :) Wyjazd w poniedziałek, 8. września, powrót w sobotę, 4. października.

Ostatnie dwa dni upłynęły na kupowaniu biletów. O ile najmniejszych problemów nie było z lotniczymi, tak z biletami kolejowymi, a w zasadzie z płatnościami za nie, jest jeden wielki dramat. Zwykłe karty kredytowe niestety nie działają, niezbędny jest plastik posiadający zabezpieczenie 3D Secure, a i to nie gwarantuje powodzenia. Udało się, jak na razie, kupić jedynie bilet z Moskwy do Nowosybirska.

Delikatnej zmianie uległa też trasa wycieczki – niestety, nie będzie dane przepłynąć nam Bajkału wodolotem. RAKIETA, z Sewerobajkalska do Irkucka kursuje tylko do końca sierpnia. Przez to wycieczka zrobi się nam trochę bardziej standardowa, czyli pojedziemy pociągiem bezpośrednio do Irkucka, stamtąd zrobimy wypad na wyspę Olchon, potem kurs krugobajkałą (zabytkową koleją wzdłuż południowo-zachodniego brzegu Bajkału) i podróż do Mongolii. Wypadnie nam trasa BAM (bajkalsko-amurska). Nowa mapka poniżej.

 

 

300

 

 

Plan na najbliższe dni to walka z rzd.ru i próby zakupu biletu z Nowosybirska do Irkucka, załatwianie wiz i ogarnianie noclegów.

 

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 1. MOSKWA

 

 

 

Pociąg stuka stuk stuk..

       Kończy się pierwszy dzień podróży, już jesteśmy w Transsibie. Pociąg nr 44, relacji Moskwa Jarosławska – Chabarowsk. 14 wagonów, 6 dni jazdy. Na szczęście, dla nas tylko 3, na paręnaście godzin zatrzymujemy się w Nowosybirsku, żeby rozprostować kości i wziąć porządny prysznic :)
Myślę o czym napisać. Jest tego tyle, tak sporo wątków przewija mi się w głowie, że pisząc na tablecie i mając na uwadze to, że niespecjalnie przepadam za klawiaturami dotykowymi, aż mi się nie chce :)

Warszawa pożegnała nas piękna pogodą. Na tyle gorącą, że tachając wszystkie bagaże, już na lotnisku byliśmy spoceni jak mopsy. Oczywiście, jak zwykle, wszystko było w biegu, ostatnie pakowania, droga na autobus, etc. Na szczęście odbyło się bez większych zapomnień.

W Aeroflocie niemal jak w Ryanairze, pełny skład, pełno ludzi, nie ma miejsc przy oknie. Jedyne wolne miejsca to w środku.

           Moskwa, to jeden wielki korek. Kierowcy – mistrzostwo świata. Jazda poboczami, wpychanie się na trzeciego, kupa ludzi. I ceny. Poczułem się jak w Kopenhadze: woda 7 zł, cola 15, jabłka 10 :)) Mięso bardzo drogie, sery, serki – dramat, piwo dużo droższe niż w Polsce! Coś nieprawdopodobnego! Jedyna tańsza rzecz, to fajki :)

Sprawnie – niesprawnie dojechaliśmy z lotniska na dworzec Jarosławski. Zapakowalismy bagaże do przechowalni (za, bagatela, 17 zł za sztukę) i pojechaliśmy ogarniać ostatnie sprawunki: Internet, zakupy i Plac Czerwony. Pierwszy z tematów – do przodu (dzięki temu możecie czytać me wypociny), trzeci ujdzie, bo Plac cały zawalony był jakimiś trybunami, więc trzeba było przeciskać się bokiem, za to ładna gra świateł trochę rekompensowała te niedogodności.

 

 

2

 

3

 

          Z drugim tematem był trochę większy problem, bo z jednej strony ceny żywności, a z drugiej godzina (po 22) nie pozwalały na luksus kręcenia nosem. Ale nieodpuszczanie jeszcze raz dało dobre rezultaty: już mieliśmy sobie dać spokój i wydać fortunę na podstawowe sprawunki w przydworcowym sklepie, gdy podczas spacero-poszukiwań ujrzeliśmy kwiat moskiewskiej młodzieży wychodzący z pomiędzy chaszczy z reklamówkami zakupów. Po przeniknięciu chaszczy ukazał się nam piękny neon z napisem ‚SUPERMARKT 24′. To 24 było trochę na wyrost, bo stoisko z alkoholem było już zamknięte, ale przynajmniej nie poszliśmy z torbami (choć w zasadzie to ze sklepu z torbami wyszliśmy :)

Stuku puk, stuku puk, wiekszość śpi, nikt jeszcze nie chrapie.

Tak w zasadzie, to o samym pociągu nie ma co pisać. Ot, otwarty wagon, ciasno, w kiblu śmierdzi, choć ogólnie to jest czysto, a na pewno lepiej niż w niektórych polskich składach. Gorąco, atmosfery skarpetkowej już nie czujemy, a, i co najważniejsze, jesteśmy twardzi i przyznajemy się otwarcie, że my zza Buga. Jeszcze żadnych implikacji to nie niesie, zobaczymy, czy jutro, po spożyciu 100 gram coś się zmieni :)

To chyba tyle na dziś. Czas na ostatniego fajka między wagonami i pochrapać trochę.

 

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 2. TRANSSIB

 

 

 

          Poprawka. Internet nie rabotaet. Wpisy robię offline, przynajmniej do momentu uporania się z problemami. „Wsja Rossija budu rabotać Internet” mówili. Kłamali, źli ludzie :)

Poprawka druga. Kłamałem. Tzn. nieświadomie. Internet rabotaet, trzeba było zresetować tableta :)

         Jedziemy, jedziemy i powiem Wam, że zero szału. Ot, widoki za oknem jak w PKP relacji Rzeszów – Kraków. Drzewa, lasy, czasem jakieś drewniane domki.
Nikt się za specjalnie nie integruje, turystów nie ma w naszym wagonie w ogóle. Za to klimat robią rosyjskie hity ludowe lecące z nieściszalnego głośnika. Wziąłem ze sobą swoją muzykę, ale w tym pociągu chyba jej nie posłucham.

Babuszka z miejscówki naprzeciw kręci głową, że mam jakiegoś pieprza nad okiem. Ja jej na to, że ona ma na obu uszach też takie pieprze. Ona mi na to, że się ubrudziłem na ramieniu.
Wygrała.
Żeby mnie dobić, dodaje: „patrz, mam tyle lat i tak wyglądam, jak widać. Wyobrażasz sobie, jak wyglądałabym jeszcze z wybrudzonymi tak rękami?”
O.K
I weź tu poszpanuj kolczykami i tatuażami.

           Za nami stacja Szachunija. I pierwsze starcie z prowadnicą. Korzystając z 20 min postoju poszedłem kupić piwo (nota bene po 45 RUB za sztukę :(. Wchodząc z powrotem do wagonu, wg konduktorki, wykazałem się za dużą ostentacją, tzn. nieodpowiednio „schowałem” butelki. W sumie, to reklamówka była czarna, nieprzeźroczysta, nie wiem o co jej chodziło. Może o to, że szkło brzękło że dwa razy? W każdym razie ochrzan zebrałem :)
Ogólnie chodzi o to, że alkoholu pić i fajek palić oficjalnie w pociągu nie wolno. W praktyce wygląda to tak, nikt sobie nie żałuje.

 

 

 

To co, wyciągamy ręcznik, zakładamy na butelki i… do później :)

 

 

4

 

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 3. TRANSSIB

 

 

 

             Druga doba w pociągu. Dzisiaj przekroczyliśmy granicę kontynentów, w Jekaterinburgu. Ponoć jest ona oznaczona jakimś obeliskiem widocznym z pociągu, niestety, wyglądałem jak szpak i mimo tego nic nie zauważyłem. Może w złą stronę patrzyłem.
W Jekaterinburgu zimno. Mamy przedsmak tego, co nas czeka dalej w Rosji.
Jednej rzeczy z domu zapomniałem. Rękawiczek. I będzie to pierwszy zakup jaki poczynię.

 

 

5

 

                                    Temperatura oscyluje w okolicach 10 stopni, w słońcu jest za to dużo przyjemniej.

 

 

 

           Znaleźliśmy w końcu piwo za mniej niż 30 RUB. Co się w tej Rosji porobiło? Wódka też droga. Upijemy się dopiero w Mongolii?

Za oknem cały czas podobne widoki: brzozy, brzozy i brzozy. Dużo tych brzóz w tej Rosji :) Czasem jakieś zabudowania.

 

 

 

6

 

 

A czasem widać coś innego niż tylko drzewa. Ale rzadko.

 

 

 

7

 

 

 

            Przegrywam w karty. Nic nie idzie, nawet pasjanse. Co to może oznaczać?

W mieście Tjumen było duże przetasowanie pasażerów. Wcześniej jechali Moskwianie, to takie bardziej „ę, ą” ludzie, jak Warsiawiaki. Teraz wsiadła Rosja. Ta prawdziwsza. Są ziemniaki, kiełbasa, kraciaste sumki, grube baby, duzi panowie, buty z czubem, galareta, jedzenie na gazecie, prażony słonecznik, dużo słonecznika. Wódki nie ma. Może dlatego, że droga?
Są dwa gniazdka 220 V, non stop okupowane przez ładujące się telefony. Można tylko jeden ładować na raz; prowadnica krzyczy, jak złodziejkę się wsadzi, bo jej światło gaśnie. Krzyczy też, jak się pali fajki pomiędzy wagonami (nie na końcu wagonu, tylko na zewnatrz, tam gdzie się je łączy). Dwa razy dziennie biega z mopem i każe nogi podnosić – jak ktoś nie słucha, to też krzyczy :)
Ogólnie, to ona nie krzyczy za dużo, bo jej nie słychać, natomiast jak ja widzę, to prawie zawsze ma coś tam :)

Czas. Na zewnątrz jest już po północy, w pociągu po 21., u mnie na zegarku po 19. W każdym razie jest już ciemno. Ale widać jakieś drzewa za oknem (zgaduję, że brzozy) :)

Za niecałe 12h będziemy w Nowosybirsku. A za 24h znów w pociągu :)
Dobranoc :)

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 4. i 5. NOWOSYBIRSK I TRANSSIB

 

 

 

             Nowosybirsk – nieoficjalna stolica Syberii, przywitał nas chłodno. Dosłownie. Temperatura 7 stopni, wilgotność 93%. Taki rodzaj ziąbu, co przenika do kości. Co prawda chłodu, zaraz po przyjeździe za bardzo nie odczuliśmy, bo dźwiganie całego majdanu na plecach skutecznie rozgrzewa, ale przekonaliśmy się o tym zwiedzając centrum wieczorem. Mała odmiana po upalnej Warszawie.

Na dzień dobry, miasto sprawia wrażenie dużego, sowieckiego molocha. Ponad milion mieszkańców, dużo przestrzeni, niewiele osób na ulicach, główny plac i pomnik to Wladimir Ilijcz:

 

 

8

9

 

 

natomiast jest to tylko pierwsze wrażenie. Po paru chwilach pobytu można poczuć się zupełnie swojsko.

           Takie swojskie odczucie naszło mnie zaraz po wejściu do metro. Chwilę musiałem się zastanawiać dlaczego tak jest. Nagle – eureka! Wagony metra! Takie same, jak warszawskie, te starsze, radzieckiej produkcji. Inne malowanie, inny kolor siedzeń, ale ten sam rozkład, tak samo drązki poustawiane, ten sam zapach, huk, tak samo trzęsie. Normalnie jak w domu!
W porównaniu do moskiewskich stacji, nowosybirskie wyglądają ubogo. Doszedłem do konkluzji, że budowle w stolicy Rosji są po prostu rosyjskie, jakby przedrewolucyjne; budowanie z przepychem i smakiem. Te tutaj są zwyczajnie sowieckie, smutne.

          W Nowosybirsku zatrzymaliśmy się na dwanaście godzin, na solidny prysznic, ładowanie baterii i zwiedzenie po łebkach miasta. Pomagała nam w tym koleżanka Tatiana (prysznic tylko udostępniała :). Wyszła z pracy, odebrała nas z dworca, zawiodła do domu, zostawiła klucze, wróciła z powrotem do pracy i o 18., jak tylko skończyła robotę, zabrała nas do centrum. Ot, taka syberyjska gościnność.
Pogoda w tamtym rejonie jest bardzo kapryśna. Jednego dnia może być 20 stopni, może świecić ładnie słońce, następnego dnia równie dobrze może być 5 stopni i padac deszcz. Lato tam bywa, czasem, we wrześniu jest jak u nas w listopadzie, a zimą średnie temperatury na poziomie -20 stopni nikogo tam nie dziwią. Prawie, jak w Białymstoku :))
Łażąc po mieście, po raz kolejny doszło do mnie jak bardzo nie lubię późnojesiennej, jak na polskie warunki, pogody. Niesamowicie wysoka wilgoć, nieustanna mżawka, niska temperatura, wciskająca się pod każdy uchylony kawałek ubrania powoduje u mnie depresję :) Przemarzłem do szpiku i nie pomogła bardzo dobra solianka i bliny, poczułem się lepiej dopiero w ciepłym i oświetlonym pomieszczeniu.

I, co już niemal stawało się tradycją, pożegnaliśmy się z Nowosybirskiem w biegu. Tzn. miasto pożegnało się z nami zamkniętym wejściem do metro, potem długim oczekiwaniem na kolejkę, w końcu, na dworcu, labiryntem, nie drogą na odpowiedni peron. Efektem było dotarcie do pociągu na dosłownie, kilka minut przed odjazdem. Całkowicie zziajani i rozchełstani, chwilowo mając w głębokim poważaniu temperaturę powietrza :) Całe szczęście prowadnicy w pociągu byli/są bardzo mili i uczynni, totalne przeciwieństwo kobiet z poprzedniego.

 

 

10

 

 

           Cały dzień, zmęczenie i zimno spowodowały to, że jak wypiłem piwo po ruszeniu pociągu, to padłem na łóżko i obudziłem się dopiero przed Krasnojarskiem, bagatela 1000 km dalej. Spałem ponad 10h!

W Krasnojarsku, niezmiennie, dalej pada, jedynie jest trochę cieplej.
Poniżej peron w i trochę lokalnego folkloru dworcowego. Pan z prawej strony zdjęcia jest hardkorem, temperatura nie przekracza 10-12 stopni.

 

 

11

 

 

Tak wygląda Jenisej z okna wagonu.

 

 

 

 

12

 

 

 

                                                                       Tymczasem w pociągu

 

 

 

 

13

 

 

 

życie toczy się trochę wolniej. Każdy ma dużo czasu i organizuje go na swój sposób.

 

 

 

 

14

 

15

 

Za oknem w końcu zmiana! Dalej dużo brzóz, ale zaczęły się górki, zakręty. No i przede wszystkim, jak tylko zaświeci słońce, to zaczyna się piękna feeria barw jesiennej tajgi! Czerwień, brąz, pomarańcz, żółć, zieleń, właśnie czegoś takiego oczekiwałem po jeździe pociągiem!

 

 

 

16

 

17

         

 

  Ogólnie, to mam wrażenie, że Nowosybirsk rozdziela dwa różne kraje. Jedynie mowa pozostaje taka sama.

 

Przed nami jeszcze 12h i Irkuck.

P.S. Poprawka 4. Internet nie rabotaet. Okazało się, że nawet w salonie operatora komórkowego można trafić na cwaniaka. A tak delikatnie i niewinnie wyglądał. Pytałem go pięć razy, czy wsja Rossija, czy Irkuck, Władywostok rabotaet i pięć razy potwierdzał, że tak. I okazuje się, że owszem, wsja Rossija, ale bez Dalekiego Wschodu, czyli już od Irkucka ni chu chu Interneta. Wot bandit.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 6. IRKUCK – OLCHON

 

 

 

              Dojechaliśmy do końcowego miejsca pierwszej części naszej podróży. Irkuck. A tu leje. Pogoda jeszcze gorsza niż w Nowosybirsku. Wyszliśmy z pociągu – leje. Poszliśmy załatwiać bilety i inne sprawy, a tu  leje jeszcze bardziej. No dramat. W mieście chyba szwankuje kanalizacja, bo kałuże po kolana, niekiedy po 20 metrów naokoło trzeba obchodzić. Przy przejściach dla pieszych trzeba stać co najmniej 2-3 metry od krawędzi chodnika, bo woda spod kół samochodów leci daleko.
Po przyjeździe poszliśmy na dworzec ogarnąć dalszą część podróży, transoport do Mongolii. Miła pani w kasie, po skończeniu piętnastominutowej pogadanki z koleżanką, łaskawie się nami zajęła i udzieliła informacji. Do Ułanbator jedzie jeden pociąg dziennie, o 22. i kosztuje, bagatela, 4500 RUB, czyli po naszemu jakieś 410 zł. Ogarniamy w takim razie tańszą opcję: ta sama trasa, tylko w trzech rzutach i na trzech biletach – z Irkucka do Nauszek (granica rosyjsko – mongolska). To trasa lokalna, krajowa, a bilet kosztuje 1300 RUB. Potem z Nauszek do Suche Bator (przez granicę) – 300 RUB i bilet z Suche Bator do Ułanbator, który musimy kupić już w Mongolii. Na pewno da to z 1/3 oszczędności. Niestety, ten drugi bilet, czyli przez granicę, można kupić tylko na dzień przed odjazdem Mamy w planach parę dni na spędzenie w okolicach Bajkału, więc wzięliśmy bilety tylko na pierwszy odcinek i wracamy na dworzec za parę dni. Trzymajmy kciuki żeby się udało kupić.
Pytamy dalej: Krugobajkałka. Miła pani mówi: „O, da, paszli w dół, wtaraja kasa”. No to my paszli. Wtaraja kasa mówi „o, to nie tut, to tam”. No to my znowu, idziemy tam, a tam… zamknięte. Do 13., bo to sobota. A my czasu niet, bo trzeba dalej jechać. No i masz, babo, ruska informacja :)

Oj, mam wrażenie, że z Krugobajkałki nici.

           Nic, próbujmy ogarnąć Olchon. Pod dworcem, na postoju marszrutek, uprzejmy pan z jednym zębem mówi, że tu nie ma nic, trzeba jechać na awtowogzal (dworzec autobusowy, dla niewtajemniczonych). Dobra, jedziemy zatem na awtowogzal. Przypominam, cały czas leje. Czym jedziemy? Tramwajem. Dobra, posiedzimy pod dachem i pooglądamy Irkuck. Ta, pooglądaliśmy.

 

 

18

 

 

            Tramwaj oczywiście pod dworzec nie jechał, ale co tam dla dwóch twardzieli te 15 minut na piechotę przez zalane miasto. W rytmie deszczu poskakalismy nad kałużami, pouciekaliśmy przed samochodami i rozbryzgami spod ich kół i wpadliśmy na lokalny pekaes. I co? I nic, autobusów w Olchon uże niet. Były rano jakieś, teraz to już jutro.
Ale przecież Wschód nie byłby Wschodem, gdyby nie prywatna inicjatywa. Przecież to marszrutki stanowią podstawę rosyjskiego transportu osobowego! Pacłem się mocno w sklerozę i wyszedłem na zewnątrz. Długo nie szukałem, 5 minut później stałem przed minibusem pana o typowo buriackiej facjacie i zaklepywałem dwa ostatnie miejsca do Chużyru. Szybko i ładnie poszło, ale trochę szczęścia to ja jednak miałem, bo to była już naprawdę ostatnia marszrutka na wyspę tego dnia.

            Martwiłem się trochę pogodą, bo jakby nasz pobyt na Syberii miał być akurat taką aurą okraszony, to trochę słabo. Wyjechaliśmy z Irkucka z szybami jak na zdjęciu powyżej, ale z kilometra na kilometr coraz mniej kropli deszczu widziałem przed kierowcą, aż w końcu wycieraczki przestały pracować i szyby odparowały.
I wtedy zaczął mi się opad szczęki. Za oknem było po prostu prześlicznie. Przestrzeń. Kolory. Góry. Lasy. W końcu założyłem muzykę na uszy i odpłynąłem. Uwielbiam ten stan: przemieszczanie się, muzyka, dobre widoki i wchodzę w podobną fazę jak zwykle człowiek ma przed zaśnięciem, nazywa się ona, z tego co pamiętam, fazą theta. Czyli myślę o wszystkim i niczym, myśli są jednocześnie ulotne i istotne, wszystko się w głowie układa, umysł jest jasny i klarowny i tak dalej i tak dalej. Myślę, że każdy z Was przeżył coś takiego i dokładnie wie o czym mówię.
Niestety, w busie tak telepało, że nie ma dla Was żadnego zdjęcia z tego odcinka, jedynie z przystanku na stacji benzynowej.

 

 

 

19

 

 

           Z resztą, myślę, że żadne zdjęcie nie odda tego uczucia, to jest jakby przedstawienie kilkuwymiarowe, typu obraz/dźwięk i coś tam jeszcze.

           A propos stacji benzynowej, to zaczęło się to, z czym musieliśmy się borykać przez następne parę dni: ubikacje.
Toaleta w ‚naszej’ stacji była na zewnątrz. Wyglądała niczego sobie.

 

 

 

20

 

 

Prawda była jednak trochę bardziej przyziemna.

 

 

 

 

21

 

 

       Po kształcie otworu, strzelałem, że to męska toaleta.

 

 

                W sumie, w zimie, to to rozwiązanie zdaje egzamin, zamarznie i po kłopocie. Tylko jak się w taką zimę tu załatwić?

Podobny problem mieliśmy na Olchonie, jak tam dojechaliśmy i ogarnęlismy kwaterę: jak na mój gust to na wyspie nie ma kanalizacji, każdy robi wodę bieżącą i inne szamba na własną rękę, w obrębie własnego gospodarstwa. U nas, tam gdzie spaliśmy, na szczęście był sedes, ale akurat w wygódce, która była na zewnątrz, a gospodyni kibla w domu nie miała. Trzeba było sobie radzić, taki klimat.O samym Olchonie i pobycie tam będzie później.
              Na koniec pochwalę się Wam tym, że dostaliśmy pokój z wartownikami gratis. Na początku zrobili inspekcję pokoju, potem, aż do samego końca pobytu, nie opuszczali naszych podwoi dłużej niż na siku i co jakiś czas wpraszali się do pomieszczenia żeby sprawdzić, czy wszystko jest ok.

 

 

22

 

 

               Niestety, zaczyna mnie brać przeziębienie, podejrzewam, że to po Nowosybirsku. Wziąłem zapas Rutinoscorbinu i Scorbolamidu ze sobą, więc się szczepię. Niestety, pogoda syberyjska zdecydowanie nie pomaga. Trzymajcie kciuki, żeby było ok!

 

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 7. OLCHON

 

 

 

Oto wjazd na wyspę:

 

 

23

 

           Po ok. 4h jazdy z Irkucka dojeżdża się do promu. Paręnaście kilometrów wcześniej skończył się asfalt, na wyspie też go nie ma. Idealne miejsce na offroad, z resztą, paru crossowców spotkaliśmy zaraz po przepłynięciu promem.

           Chużyr, stolica Olchonu. 1,5 tys. mieszkańców, w sezonie kilkakrotnie więcej. Co tu można robić? W wakacje całkiem sporo, ludzi są tu tłumy (sądząc po ilości sklepów spożywczych w miescie), temperatury powietrza dość wysokie, temperatury w Bajkale akceptowane, mnóstwo wycieczek do wyboru, morskich, lądowych. Z dobrą ekipą i zasobną kieszenią człowiek nie znudzi się tu nawet przez tydzień. Po sezonie są tu pustki, psy się wałęsają, złota młodzież pije wódkę pod sklepem. Asortyment atrakcji też się jakby zmniejsza. Dzień pobytu styka, przynajmniej dla mnie, natomiast staje się wtedy idealnym miejscem dla poszukujących spokoju, ciszy, kontaktu z natura.

 

 

 

24

 

 

                  W mieście jest jeden hotel, cena z wyżywieniem to bodajże 1000 RUB za osobodobę. Pozostały ruch turystyczny załatwiają prywatne kwatery. Ceny to 350-500 RUB, a warunki dość spartańskie: spanie to kilka łóżek z drewnianym domku, kibel na zewnątrz, łazienki niet, umywalki w pokoju toże niet.

No dobrze, to jesteśmy. I co robimy? Mamy kwaterę, sklep jest, jak spędzamy dzień? Jedziemy na wycieczkę. Wybraliśmy jazdę samochodem dookoła wyspy, jedyna słuszna opcja, zważywszy na koszta i możliwości. 7h, 70 km dookoła wyspy i 700 RUB od łebka.
I to był strzał w 10. Pojechaliśmy z miłym panem i jego ładnym samochodem.

 

 

25

 

 

            Wystarczyło parę chwil jazdy i już dowiedzieliśmy się, że wszyscy Ukraincy to UPA i Banderowcy, a miły pan, gdyby mógł, to pojechałby na Majdan „robić robotę”. Mieliśmy kupę zabawy ze słuchaniem go, bo nadawał jak katarynka, pieklił się na wszystko i wszystkich, a jego czapka dopełniała obraz jego „patriotyzmu”. Poza tym był sympatyczny, jeździł po tych dziurach jak szatan i na koniec okazało się, że zrobił w domu nam obiad i zabrał go na wycieczkę żeby nas poczęstować :)
Sama jazda, to połączenie offroadu z oglądaniem widoków. Ciężko jest je opisać, trzeba je zobaczyć, choć nawet zdjęcia nie oddają tego, co oczy widzą.

 

 

 

26

 

27

 

28

 

29

 

30

 

 

          To powyżej wygląda jakby było blisko. W rzeczywistości w dół jest ze 150 metrów, do konca cypla jest z 1,5 km.

 

 

 

          Dzień, z racji pogarszającego się samopoczucia, zakończyłem uderzeniowym zestawem prochów, polskim dopalaczem i grzejnikiem odkręconym na fula. Mam nadzieję, że wypocę świństwo.

 

 

 

31

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 8. I 9. OLCHON – IRKUCK I IRKUCK

 

 

 

             Otworzyłem rano oczy i się zastanawiam: pomogła kuracja, czy nie? Że się spocilem, to czuję, bo w nocy było cholernie gorąco, a ja wyubierany. Czy pomogło? Kur.., nie pomogło. Na dodatek boli mnie glowa. Hmm.. ok, cóż zrobić? To co zwykle. Kolejny proch i godzinna akcja pt. pozbywamy się bólu (zgadnijcie co wziąłem z domu na takie okazje..? :)
Udało się. Ból się przytłumił i na koniec zniknął calkiem.
A przeziębienie? Zostało. Taki klimat, trzeba kontynuować kurację i obserwować. Najbardziej boję się, żeby nie zeszło na dół, na oskrzela. Się zobaczy, może nie.

Spakowani, idziemy na marszrutkę do Irkucka.
Chużyr, z rana, wygląda przepięknie.

 

 

 

32

 

               W Irkucku jesteśmy dość szybko, już przed 14., po niecałych 5h jazdy. Pogoda jest przepiękna. Prawie bez chmur, w cieniu ponad 20 stopni, w słońcu grzeje niesamowicie, miasto sprawia całkowicie odmienne wrażenie niż 3 dni wcześniej!

Ludzi bardzo dużo na ulicach, miasto zdecydowanie ludniejsze niż Nowosybirsk. I ładniejsze. Czyli druga twarz Irkucka, po pierwszym, nieudanym podejściu, z każdą godziną coraz bardziej mnie urzeka. Czułem się tam bardzo swobodnie. Jak obserwowałem twarze ludzi, to nie widziałem tej obcości i zamknięcia się, która jest u nas i na zachodzie. Ludzie są jakby bardziej serdeczni, bezpośredni, nie mają problemu z powiedzeniem wprost i czegoś ładnego i czegoś brzydkiego. Wystarczy miło zagadać, z uśmiechem i od razu jest i pomóc i uczynność. Mi to pasuje.

Okazało się, że roaming działa jak chce, tzn. nie otrzymywałem żadnych SMSów. Wtedy jeszcze nie wiedziałem o tym, a nie mogłem się skontaktować z osobą, u której mieliśmy spać. Mimo wysyłania sporej ilości wiadomości nie dodawałem żadnej odpowiedzi. Więc potulnie czekaliśmy na informacje, a przy okazji zrobiliśmy sobie wstępne zwiedzanie.

 

 

34

 

34

 

35

 

             Koniec końców złapałem jakieś free Wi-Fi, udało się skontaktować z koleżanką i potwierdzić spanie, więc kamień z serca spadł i w końcu będzie porządna łazienka :) Dowiedziałem się też o niedochodzących wiadomościach, ale po przeprawie z Internetem, już mnie to nie ruszyło; położyłem na to najzwyczajniejszą lagę.
Jeszcze jedna rzecz miałem do załatwienia dzisiaj: podskoczyć na dworzec i sprawdzić, czy są bilety na pociąg przez granicę rosyjsko-mongolską. Podskoczyłem, ale bilet był tylko jeden. Miła pani kazała przyjść w następny dzień rano, o 8, czekała mnie zatem wczesna pobudka.

            W następny dzień, skoro świt (słońce wschodziło w Irkucku między 7 a 8 rano) poleciałem na dworzec. I dostałem kolejną lekcje pokory. Jak przyszedłem do kasy, to oczywiście była 15-minutowa przerwa. Jak się przerwa skończyła, to jedna pani zaczęła kupować bilety. Kupowała ich chyba z… 50. Dosłownie. Zajęło jej to grubo ponad godzinę. A ja cały czas czekałem. Na czczo. Całe szczęście niewiele po mnie do kasy podeszły dwie młode i dość ładne dziewczyny, okazało się potem, że z Paryża, więc momentalnie przestałem się nudzić i one też :)
Co się okazało, to były kolejne osoby z cohones wielkości arbuza. Dziewczyny wybrały się z początkiem września na wyprawę, którą zamierzają skończyć w lipcu przyszłego roku. Najpierw Transsib, potem z miesiąc w Chinach, potem Japonia, płd-wsch Azja i coś tam dalej. Chcą zakończyć trasę w Turcji. Plecaki miały o 1/3 mniejsze niż ja, planowały połączyć podróżowanie z pracą po drodze. Świetny pomysł.
Mówię kolejne, gdyż np. w drodze powrotnej z Olchonu spotkaliśmy dwóch Rosjan z plecakami, którzy przeszli sobie ponad 100 km tajgą. Wcześniej kontaktowałem się z dziewczyną, która się po prostu wybrała w podróż, celując w Nową Zelandię. Wystartowała z Transsibem parę dni po nas, z tym, że bezpośrednio do Ułanbator. Jak się uda, to mamy się tam spotkać.

I jak ja tu wyglądam z moim czterotygodniowym urlopikiem? Phi….

Udało się w końcu kupić bilety na przejazd przez granicę do Mongolii. Ilość czasu przeznaczona na tę prostą operację była iście ‚rosyjska’. Tu wszystko jest bolsze. Z domu wyszedłem o 7.30, wróciłem przed 12. Już myśleli, że mi się coś stało.

Wyjazd o 22.

Po ogarnięciu wszystkiego w domu zostało nam raptem parę godzin na oglądanie miasta.

 

 

 

36

 

 

Tak nisko położone okna, to efekt wiecznej zmarzliny, na której budowane były domy; przy zetknięciu się z fundamentami budynki stopniowo się zapadają.

 

 

 

 

37

 

 

Coat of arms Irkucka (herb Irkucka)

 

 

 

38

 

 

39

 

 

                                                                               Lenin wiecznie żywy.

 

 

 

 

              Wpadłem na genialny pomysł, że kupię drugą kartę z Internetem. Tym razem od innego operatora, bo na poprzedniego się obraziłem.
Poszliśmy do salonu, oferta jest, nawet tańsza niż wczesniej, „wsia Rossija Internet rabotaet”, potwierdzii 25 razy. Biorę. Ale, że przezorny jest ubezpieczony, to wziąłem tableta ze sobą. Podpiąłem kartę gdzie trzeba, uruchamiam, Internet niby działa, ale nie działa. Tzn. strony typu google.com, mail.ru działają, ale te najbardziej mnie potrzebne, czyli blog, fb i couchsurfing nie działają. Kurr…ka wodna, o co chodzi? Nie odpuszczam, jestem w salonie, naprawiajcie dziady. Siedzą i głowią się, co nie działa. 15 min., 30, zaczynam się już niecierpliwić i mówię – wieźcie sobie tę kartę i oddajcie mi kasę. Pójdę do konkurencji obok, może u nich będzie działać. Ha, ale to nie takie proste – w odpowiedzi słyszę, że internet działa przecież, nie działa tylko parę stron (wszystkie, prócz rosyjskich:), a w ogóle, to karty nie można zwrócić, można tylko napisać reklamację. Job wasza mać, za dwa dni wyjeżdżam, co mi da ta wasza reklamacja? Oni, że Internet działa i nie ma co wymieniać, że to pewnie ja jakieś dziwne sajty wymyślam, co to jest, jakieś podróże życia? I tyle, nic nie załatwiłem. Na koniec okazało się, że faktycznie, u nich coś padło, do czego nie chcieli się przyznać, ale powiedzieli głośno i ja, ze swoim kulawym rosyjskim skumałem o co chodzi. Pożyczyłem im smacznego obiadu, za te moje 300 rubli, uśmiechnąłem się najserdeczniej jak mogłem i wyszedłem nie mówiąc do widzenia. Wot, Rossija.

3h później byliśmy już na dworcu, czekając na pociąg do Nauszek.

 

 

 

40

 

 

 

 

 

DZIEŃ 10. IRKUCK – NAUSZKI – SUCHE BATOR – UŁANBATOR

 

 

             Pociąg z Irkucka to Nauszek, mimo, że lokalny, był najlepszym pociągiem jakim jechaliśmy na razie. Na pewno wagony były najnowsze. Kible czyste, przy łóżku działające gniazdko, więc jak się rozłożyłem z całym swoim zestawem złodziejek, ładowarek, powerbanków i sprzętu do ładowania, to się ludzie trochę dziwnie na mnie patrzyli :) Ale, dzięki pełnemu ich naładowaniu, mogłem na granicy, podczas pięciogodzinnego postoju, kreatywnie spędzić czas i efektywnie wykorzystać dostęp do Internetu (który w końcu zaczął działać).

              Był jeden minus późnego wyjazdu z Irkucka. Wzdłuż całego najbajkalskiego odcinka Transsiba jechaliśmy w nocy. Szkoda jak cholera, bo ominęły nas piękne widoki, ale nie było innej opcji. Najciekawszy odcinek, trasę między Sludianką, a Ułan-Ude przejechaliśmy od 1.30 do 4. w nocy. Szkoda.
Ale ranne widoki z pociągu były równie piękne. Nazwałbym je typowo azjatyckimi, czyli takimi, z jakimi kojarzy mi się środkowa Azja. Równiny, trochę gór w oddali, quasi step dookoła. Monotonnie, ale ślicznie.

 

41

 

42

 

         Co ciekawe, byliśmy ciągnieci przez ciufcię! Taką parową! Wzdłuż całej trasy stoją niby słupy z trakcją elektryczną, ale sama linia kolejowa nie jest zelektryfikowana.

Takie oto pięknie nazwane stacje mijaliśmy po drodze (stacja „5822 km od Moskwy”).

 

 

 

43

 

 

            W Nauszkach byliśmy o 13.50 lokanego czasu. Przed nami 5h czekania do odjazdu następnego pociągu, musieliśmy także zmienić wagon na taki, co jechał przez granicę, że względu na nasze łączone bilety.

 

 

 

 

 

44

 

 

             W tym samym pociągu podróżowała z nami jakaś zorganizowana grupa z zachodniej Europy. Dominował język francuski, ale słychać było też trochę niemieckiego i angielskiego. Spotkaliśmy ich wcześniej już na Olchonie, mieli taką samą wycieczkę, jak i my, tyle, że innymi samochodami. Zapamiętałem to przez to, że mieli ze sobą dziewczynę mówiącą po rosyjsku i po francusku, a co się później okazało, była ona z Białorusi i pracowała jako pilot. I też mnie zapamiętała :)
Wagony, którym przyjechaliśmy do Nauszek odczepiono. Zostały tylko dwa, jadące do Ułanbator i do jednego z nich przenieśliśmy się my. Na 3,5h potrzebne na rosyjskich pograniczników, dojechanie do Suche Bator i mongolskich celników.

Wcześniej, trochę zwiedziliśmy Nauszki. Normalna dziura, zabita dechami.

 

 

 

 

45

 

46

 

 

 

                Z czym mi się to miejsce będzie kojarzyć? Z chmarami meszków, tudzież innych muszek. Były wszędzie i wciskaly się wszędzie. Nie dało się w ogóle wystać na zewnątrz. W tym miejscu, każdy oddychający motocyklista staje się z miejsca wesołym motocyklistą (jeśli kategoryzować po ilości owadów w gębie).

Sklepów spożywczych naliczyłem w tej dziurze z pięć, w promieniu 500 m od dworca. Jak w Olchonie. Jeden sklep na 10 mieszkańców.

               Po przyjeździe do Suche Bator musieliśmy wymienić twardą walutę na mongolską, kupić bilety do Ułanbator i po raz kolejny zmienić wagon. Tym razem na mongolski, ale ciągle w tym samym składzie.

              Już w pociągu zaatakowali nas koniki. Średni bankowy kurs dolara do tugrika, to 1 do ok. 1850. Kurs euro to ok. 2400. Pierwszy konik (w zasadzie kobyłka) zaproponowała nam 1200 ichniej waluty za dolara. Perlisty śmiech wyskoczył sam z moich ust. Następny konik był bardziej kumaty i na dzień dobry zaproponował nam 2200 za euro. Był przy okazji tak miły, że powiedział nam jakie są ceny biletów, żebyśmy od razu wymienili odpowiednią ilość kasy. Co najlepsze, wcale nie kłamał! Oczywiście kazaliśmy mu przyjść za 10 min., jak się zorientujemy co i jak z biletami, ale suma summarum poszedł z nami do kasy, zamówił dla nas bilety i wymienił euro za 2250 i dolary za 1800. Nie jest źle.

Pewnie zastanawiacie się jak wyszło z biletami? Bezproblemowo i co najważniejsze, taniej! Bilet z Suche Bator do Ułanbator to koszt ok.10€. Podliczając całość podróży z Irkucka (w rublach na osobę):
Irkuck – Nauszki – 1300 RUB
Nauszki – Suche Bator ~250 RUB
Suche Bator – Ułanbator ~470 RUB.

Razem 2020 RUB.
Cena za bilet bezpośredni z Irkucka to 4500 RUB.

Robi różnicę, co? A to wszystko za cenę dwóch przesiadek z wagonu do wagonu.
Coś czuję, że ten sam patent zrobimy jadąc do Chin.

Za 6h będziemy w Ułanbator. Trzeba iść w końcu spać, bo pobudka o 5. rano (czyli 23. PL czasu :)

 

 

 

 

47

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 11. UŁANBATOR

 

 

 

               Po raz pierwszy w pociągu się nie wyspałem. Musieliśmy wstać o 5 lokalnego czasu, bo pociąg zatrzymywał się o 5:40. W PL była wtedy 23. Po pobudce popatrzyłem na zegarek (mam go cały czas nieprzestawiony) i stwierdziłem, że o tej porze to jeszcze w życiu nie wstawałem. Robiłem to o 2. w nocy, o 17. (szczególnie na V roku studiów), ale o 23. to jeszcze nie.
Na dodatek zegarek w telefonie też sfiksował. Zwykle ustawiam sobie Szajsunga na automatyczne pobieranie czasu z sieci. Dotychczas, w roamingu działało to bez zarzutu. Po wyjeździe do Mongolii działa to dziwnie. Godzina na jakimś peronowym wyświetlaczu w trasie to np. 0:05, czas podawany przez sieć to 1:23. Ni pies, ni wydra.

 

 

 

 

                                                                     Peron w Ułanbator nocą wygląda tak.

 

 

48

 

 

 

                   Poza tym, miałem małego zgryza. Miesiąc wcześniej klepałem nocleg u koleżanki Tselmeg. Wszystko pięknie, referencji u niej mnóstwo, komentarzy pozytywnych pierdyliard, zgodziła się nas przyjąć. Potem napisała, że jedzie do Afryki i wraca 15 września. To, po 15 września napisałem ponownie, z prośbą o adres, instrukcje jak dojechać i czy wszystko jest aktualne. Odpisała, że aktualne i żeby napisać SMSa, jak będziemy jechali do Mongolii. Napisałem. Jednego maila, drugiego, jedną wiadomość, drugą, trzecią – cisza. Bez reakcji. Nie było opcji na alternatywę w postaci zastępczego, niepłatnego noclegu, więc stwierdziłem, że jedziemy w ciemno. Jak nas w konia zrobi, to będę czarną owcą na jej liście pozytywnych referencji. Niemniej, po cichu liczyłem, że jednak będzie ok (nie miałem żadnego złego przeczucia).

                   Godzina piąta, minut czterdzieści, dworzec w Ułanbator ładny, mają darmowe Wi-Fi (wow, co za niespodzianka! – to takie oko puszczone w stronę ‚cywilizowanej’ Polski).
Sprawdzam skrzynki. SMSa zwrotnego nadal nie ma. Wiadomości także nie. Myślę – no, w sumie, to ciemna noc, kiedy miała odpisać? Więc na spokojnie, poczytamy wiadomości, ogarniemy trochę innych spraw w Internecie, poczekamy, obejdziemy dworzec dookoła, czy jakąś okolice.
Godzina 8., jest wiadomość! ‚Tak, wszystko aktualne, przyjeżdżajcie do mojego guesthouse, będę tam od 9.
Odpisuję ‚spoko, ale podaj adres’. Cisza. Noszkurr.., co z tą laską?

Gwoli wyjaśnienia, Tselmeg ma swój ‚guesthouse’, czyli ni mniej, ni więcej jak 3-pokojowe mieszkanie, gdzie w każdym pokoju są 4 dwuosobowe łóżka piętrowe. Wynajmuje to za ~7$ za doboosobę, do tego jest kuchnia i łazienka wspólna, jak w mieszkaniu. Tanio i do wytrzymania. Zatrzymują się tam zwykle backpackersi.
Przy okazji, oferuje także wycieczki po Mongolii.

                Wracając do tematu, jak nie odpisywała mi przez jakiś czas, to znalazłem w Internecie (ach, to Wi-Fi na trasie z Rosji tutaj, to mi strasznie dupę ratuje) stronę tego guesthouse. Jest też adres! Spisałem go i bieżę do pierwszego bardziej, z wyglądu, kumatego taksówkarza. On oczywiście ‚niśt fersztejen inglisz’, ale idę na przebój i pokazuję mu adres – na migi pytam, czy wie gdzie to. Nie wie.
Następny też nie wie.
Mam w głowie jedno wielkie, bezsilne „hahahahaha”, ale nawet mi się nie chce gęby otwierać.
Chwila myślenia i odpalam mapy w tablecie. W adresie jest napisane ‚czwarta dzielnica, budynek 20′. Paczam w mapy i jest: pierwsze, drugie, czwarte coś tam po mongolsku, w domyśle o dzielnicę chodzi. O, i faktycznie, są też budynki, jest numer 20.

Zaznaczam na innej mapie gdzie to i drałujemy jakieś 2,5 km. Po drodze myślę, co napisze o niej, jak niedajboże pocałujemy klamkę.

                W pół godziny później jesteśmy pod blokiem. Ostatnie piętro, znów „hahaha”, trzeba się wspinać. Dzwonimy, otwiera nam ładna blondynka, Europejka. „Cześć, jest Meg?”. „Yyyy, nie ma, ale jestem tu już dwa dni, a jej nie widziałam jeszcze; proszę, wejdźcie, napijecie się herbaty i poczekacie na nią. Macie tu telefon mongolski, zadzwońcie do niej, nie ma problemu.” Dzięki! Dzwonię. Nikt nie odbiera. Wrrrrrwaaa. Pisze SMSa do laski, że sam znalazłem adres, że jej raczej tu nie ma, że czekamy i że nie wiem, o co biega. Dwie minuty później dostaję SMSa od niej, z pytaniem gdzie jesteśmy. Ręce opadły mi na parter.
Przyszła po 2h. Że zabiegana, że nie ma jak nas przenocować w domu, bo rodzina, coś tam, więc będziemy spali w jej guesthouse. Dla mnie ok, bo za darmo.

Zastanawialiśmy się wcześniej jak rozplanować Mongolię. Trasa z Rosji poszła nam bardzo sprawnie, więc czasowo stoimy dobrze. Na trasę Ułanbator – Pekin mamy ok. 2 dni, da się to w miarę spokojnie zrobić w 24 – 36h, do UB przyjechaliśmy rano, więc w zasadzie na Mongolię mamy 4 dni i 3 noce. Wyjedziemy sobie do Chin w niedzielę, jakimś nocnym transportem.
Pierwsza myśl, to zostajemy do jutra tutaj, jutro wieczorem pojedziemy w stronę Gobi, do Sajnszand i tam będziemy ogarniać jakąś nockę na pustyni. W sumie, to ten pomysł podsunęła dziewczyna, która nam drzwi otworzyła, Niemka z Hamburga. Jeżdżą z koleżanką już od miesiąca po Mongolii i mówiła, że można tam znaleźć kogoś z samochodem, co by nas powoził dookoła, albo nawet jakiegoś touroperatora, co pomoże ogarnąć temat. One, swego czasu, spotkały w pociągu jakąś rodzinę, co ich zaprosiła do siebie na parę dni.
No dobra, to pierwszy pomysł jest, w sumie to nawet na Gobi to jest w stronę Chin, więc tym bardziej.

                Drugi pomysł był taki, że pogadamy z Meg. W końcu ma tam te swoje wycieczki, może coś się wynajdzie fajnego.
Gadamy. Przyniosła swój katalog i opisuje. Więc, jak wyjedziemy w trasę jutro rano, to mamy na nią 3 dni i 2 noce. Więc na tyle, to na Gobi nie, bo tam nie ma co oglądać. Można pojechać w centralną Mongolię: pooglądać dzikie konie Przewalskiego, do Karakorum do monastyru, nad jakieś jeziorko, spanie w gerach (jurtach), jedzenie, kierowca i przewodnik, 900 km do przejechania. No dobra, wygląda ładnie, ile? 480$ od osoby. Oszkur..!!! Przecie to tydzień last minute Cypr all inclusive! WTF?
Taniej się nie da?
Da się, można bez jedzenia i spania, wtedy wyjdzie 370$ od łeba.
To my się jeszcze zastanowimy…

                Teraz, to idziemy na miasto. Jest dopiero 13, a tyle się już dzisiaj działo.
Pytam Niemki, co pooglądać. Mówi, w sumie to plac imienia Sukhbaatara, pomnik Buddy na obrzeżach UB, jakieś muzea, nie ma tego za dużo.
Ja po muzeach nie bardzo, więc idziemy do centrum, a potem na taki duży, znany bazar w UB.

Centrum miasta dość ładne, bardzo cywilizowane. Sukhbaatar Square duży.

 

 

 

 

49

 

 

              Ruch na drogach duży i, niestety, piesi nie mają na przejściach pierwszeństwa. Najzabawniejsze jest to, że kierowcy mają w tyle pieszych na pasach, a piesi mają w poważaniu kierowców wszędzie indziej: przechodzą przez ulicę kiedy i gdzie chcą. Jedni i drudzy mają jedną wspólną cechę: ignorują światła. Czerwone, zielone, kto by się tym przejmował? Sposób dla nas? Jak zwykle, bądź tam, gdzie lokalesi.

               Kierowcy lubią dźwięk klaksonu. Trzeba trąbnąć z raz na minutę, inaczej się nie uczestniczy w ruchu drogowym. Trąbi każdy na każdego, każdy każdemu zajeżdża drogę i wypcha się. Taka to chyba ich kultura jazdy, bo nie widać wypadków, nikt na nikogo nie krzyczy, jedynie te klaksony…

 

 

 

50

 

51

52

 

 

        Doszliśmy na bazar. Jest tu wszystko. Na dzień dobry widać pasy i buty, skórzane. Im głębiej, tym coraz różniej.

 

 

 

 

53

 

 

Buty różne. Od chińskich podrób, po rasowe obuwie na step. Niektóre, to śmiało mogłyby z NewRockami konkurować.

 

 

 

54

 

55

 

 

                                 Dużo wyrobów skórzanych, dużo chińszczyzny, ale znaleźliśmy też swojskie elementy.

 

 

 

56

 

 

 

         Daliśmy radę się też najeść. Po prostu zauważyliśmy, że miejscowi to wcinają, więc długo nie zastanawialiśmy się.

 

 

 

310

58

 

 

 

                    Kiełbasa, ziemniak, placki z głębokiego oleju i mongolska herbata. Dwie osoby najadły się za ok. 11 zł.

 

 

 

 

                 Cały czas myślimy, co zrobić z tą wycieczką. Powoli się łamiemy, bo w sumie raz się żyje, nie wiadomo kiedy będzie następny raz w Mongolii, etc, może się uda ponegocjować cenę..
Ale..
Jak siedzieliśmy rano na dworcu, do ludzi wyglądających jak turyści podchodziła kobieta i dawała im mapę Ułanbator. Mapa była darmowa, natomiast była też reklamówką jej guesthouse i jej samej, jako touroperatora. Stwierdziliśmy teraz, że idziemy do niej popatrzeć, może będzie miała alternatywę jakąś.
Dostaliśmy alternatywę. Wycieczka jak wyżej, plus do tego jazda na koniach i jazda na wielbładach i wszystko będzie po 330$ od osoby.
Oj, koleżanko Tselmeg…..
Cenę zbiliśmy jeszcze do 620$ za dwie osoby. W sumie, to wygląda na sporo, ale skąpić na takie rzeczy nie warto, takie nastawienie mieliśmy.
Wyjazd o 7.20 rano.

                   Po powrocie do guesthouse okazało się, że nikogo nie ma, a nam chyba ‚zapomniano’ dać klucza, więc poczekalismy trochę pod drzwiami.
W następny dzień rano plecaki na ramię i out. Napisałem Meg SMSa z podziękowaniami za gościnę (takimi normalnymi). Nie odpisała :)
Ah, właśnie, na specjalne życzenie, zacząłem robić zdjęcia tego, co jemy.
Nie dałem rady zapamiętać, jak się cokolwiek nazywa, choć bardzo się starałem. Prawie wszystkie nazwy brzmiały na kształt ‚btlhmfrwgmtglhntmwr’.

 

 

 

 

59

 

 

                                                          Nazwa tej zupy brzmiała mniej więcej jak „love shag” :)

 

 

 

60

 

 

 

                                                                                                  To coś było z baranem w środku.

 

 

 

 

61

 

                                                                                          Baran i mongolska wódka.

 

 

 

62

 

 

 

                  Mongolia nie jest dla jaroszy, czy ludzi przejmujących się zabijaniem zwierząt. Dieta oparta jest na mięsie. Taka kultura, taka historia. Jesteś wojującym wege? Wykreśl Mongolię z listy krajów do odwiedzenia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 12., 13., 14. MONGOLIA CENTRALNA

 

 

 

               Pobudka – 6.30. Znów się nie wyspałem :(

Wczoraj, jak klepaliśmy wycieczkę, to nie płaciliśmy żadnej zaliczki, nic, zostawiliśmy lasce tylko adres e-mail. Zbiórka miała być pod naszym blokiem o 7.20. Kierowca miał zawieźć nas na śniadanie (brzmi burzujsko, c’nie? :), po śniadaniu miał być wyjazd.
7.30 – nie ma nikogo.
7.45 – dalej nic.
Ja też nie wziąłem żadnego kontaktu. Hmm, ale zaraz, mam jeszcze tę ulotkę, z dworca. Jest numer.
Pisze SMSa – nic.
Niech stracę – dzwonie. 4 dzwonki, 5, nic.
7. dzwonek – pyk. „Hello?”
Z prędkością karabinu maszynowego (minuta rozmowy w Mongolii to chyba z 7 zł) wyszczekalem „nie ma nikogo, co jest, jesteśmy tu i tu, pod takim a takim sklepem”.
Słyszę „kierowca czeka już od 7., ale chyba stoi gdzieś indziej, zadzwonię do niego, czekajcie 5 minut”.
Czekamy 15, nic. No to SMS: „WTF?”.
10 minut pozniej ktoś mnie łapie za łokieć: zziajana właścicielka. Okazało się, że kierowca zaparkował niedaleko, ale w bocznej uliczce. Ja go nie widziałem, a i nie wiem, czy on szukał nas.

                  Jedziemy na śniadanie. W międzyczasie właścicielka mówi, że ma jeszcze jednego chętnego na wyprawę z nami, że jak go weźmiemy, to cena będzie niższa. Ok, o ile niższa? Myśli i myśli i mówi: o 30$. Od osoby? Nie, od całości. Halo, halo, to za to, że będziemy jechali 100 km więcej, to krzyknęłaś nam 60$ więcej, a dodatkowa osoba to dla nas zysk 30$? Coś mam wrażenie, że chcesz się, pani, odkuć za wczorajsze targowanie się! Ni chu chu, dla 30 baksów, to się nie będziemy gnietli w trzech, na tylnym siedzeniu chińskiego dżipa. Z resztą, jak zobaczyłem chłopa, to już nie miałem wątpliwości; ja byłbym najmniejszy z całej trójki :) Kiedyś tak jechaliśmy, VW Polo, w 3 chłopa z tyłu, na saksy do Holandii, tam i z powrotem. Raz mi wystarczy. :)

 

 

 

 

                                             Pojechaliśmy w czworo. My, kierowca i przewodniczka/kucharka.

 

 

 

63

 

 

 

                Przewodniczka miała na imię Odna, imię kierowcy brzmiało jakoś w stylu ichiejszych potraw – czyli nie zapamiętałem.

                 Bukując wycieczkę wiedzieliśmy, że wracamy za 3 dni, w niedzielny wieczór. I na wtedy też zaplanowaliśmy wyjazd w stronę Chin. Kalkulując opcje, wyszło nam, że znów najtaniej będzie zrobić to w trzech rzutach. Pociąg do granicy, do Zamin-Uud, autobus przez granicę, do chińskiego Erlian i z Erlian do Pekinu.
Zatem, zanim wyruszyliśmy z miasta, musieliśmy ogarnąć bilety na dalszą drogę. Ogarnęlismy. Bilet do granicy kosztował niecałe 10€, bilet przez granicę 6,5€. Wychodzi na to, że Mongolię z północy na południe można przejechać za 20 jurków, a i tak z Suche Bator do Ułanbator jechaliśmy w coupe (kuszetki w zamykanych przedziałach). Tak, właśnie tego oczekiwaliśmy!

Jedziemy. Ułanbator to mega zakorkowane miasto. I non stop klaksony. Ale, jak się wyjedzie poza tereny zabudowane, to nagle robi się pusto. A czemu tak? Okazuje się (bazuję na informacjach od Odny), że w stolicy mieszka 1,2 mln ludzi, a w całej Mongolii 3 mln. Całkiem niewiele, jak na tak rozległy kraj. I to tłumaczy, dlaczego za stolicą kończy się cywilizacja.

Drogi za UB są asfaltowe. I proste. 70 km i 5 zakrętów, z czego 2 miały więcej niż 45 stopni. Niemalże raj dla początkujących kierowców.

 

 

 

 

64

 

 

                 Niemalże, bo, pomimo równego asfaltu, dziur jest od cholery. I jak na zakrętach się kierownicą nie nakręcisz, to na prostej drodze odrobisz to z nawiązką.

                 Jesteśmy cały czas na wysokości ponad 1000 m.n.p.m. Mam cały czas zatkane uszy. Od początku Mongolii, czyli od ruszenia z Suche Bator. Na początku myślałem, że to że względu na przeziębienie, że mi się coś na uszy rzuca, ale po delikatniej wymianie informacji z wysokosciomierzem, zweryfikowałem to. To przez wysokość. Choć z drugiej strony, to też mnie to zastanawia: w Bieszczadach nigdy czegoś takiego nie miałem, parę tygodni temu objechałem Tatry i też nic.

 

 

 

65

 

 

                  A propos przeziębienia, chyba przeszło. Rycham jeszcze trochę, chrapię w nocy mocniej, niż słabiej, ale czuję się dobrze, odstawiłem też leki :))

 

 

 

 

                                                                       Zaczynają robić sie naprawdę ładne widoki.

 

 

 

66

 

 

            A więc wycieczka. Najpierw jedziemy oglądać dzikie konie. Te, które nazwali imieniem ruskiego o polskim nazwisku, Przewalskiego.
– „A będziemy na nich jeździć? Nie? Eeeee… Będziemy obserwować, ale tylko przez lornetkę? Jak to, przecież w taki sposób zdjęć nie porobimy!…”

Koniec końców, konie zobaczyliśmy, zdjęcia pstrykliśmy. Z ręki nam jeść nie chciały, uciekały, cholery, jak je goniłem. Dzikie jakieś, małe takie..

 

 

 

 

 

68

 

 

– „I co, coś jeszcze tu mamy do oglądania? Nic??? Już jedziemy dalej? Eeee…”

Początki rozczarowujące troszkę. Coś nam te 600$ staje w grdyce powoli :)
Ale widoki piękne są!

 

 

 

 

69

 

                     Dużo bardziej ciekawa jest jazda samochodem. Z asfaltem zaczyna się robić jak z deszczem w lipcowym Murmańsku: jest co 15 minut na 5 minut. Dziury w drodze są zastepowane przez jej brak i mamy quasi offroad w tumanach kurzu. Jest fajnie! Kierowca, dość delikatny w jeździe, w porównaniu z sympatycznym panem z Olchonu, leci unisono z mongolskimi hiciorami z MP3 playera, które to hity, w sumie, bardzo pasują do podróżowania po tym kraju, naprawdę! Jest patetyzm, teksty pewnie denne, ale czuć klimat i skupiając się na drodze i jednocześnie słuchając muzyki, można złapać tę fazę, pt. „podróżuję po Mongolii”!
Droga jest pełna polnych myszy, które lubią chyba zabawę z dreszczykiem, na zasadzie „e, ty, ziom z dziury obok, założysz się, że przebiegnę przed tym samochodem i nic mi nie będzie?”, bo non stop latały nam przed kołami. Ewentualnie mają silną depresję i myśli samobójcze i na tyle duże cohones, że bez większego zastanawiania się, wcielają pragnienie śmierci w czyn. Pod kołami ich nie było czuć, natomiast myślę, że z kilkadziesiąt z nich dokonało żywota lub przegrało zakład z naszą pomocą. Momentami, to i pobocze i droga normalnie się ruszały, tyle tego biega tam!

                Druga rzecz, powiązana z myszami, to jastrzębie. Serio, jeszcze tyle na raz to nie widziałem. Obserwacja, jak szybują na niebie, żeby naglę spaść na ziemię – piękna sprawa! Jeden z nich niemal przy nas spadł na myszę i odleciał z nią w dziobie, szkoda, że odbyło się to tak szybko, że nawet aparatu nikt nie zdążył uruchomić :/

               Trzy, to trzoda chlewna, chodzącą wszędzie. Stada krów, owiec, kóz, często nawet koni, czy wielbłądów na ulicy to norma. Patrząc na to zrozumiałem, dlaczego wzdłuż całej trasy kolejowej, od Suche Bator aż do Zamin-Uud jest zbudowane ogrodzenie z drutu kolczastego. Dla bydła, ludzkie trakty nic nie znaczą, one mają swoje. Tutaj, o stuknięcie zwierzaka na drodze jest równie łatwo, jak o dostanie w ryj na Pradze Południe, letnim wieczorem. Wyobraźcie sobie, co się dzieje, jak pociąg wpadnie w takie stado. Samochód, to jeszcze zwolni, wyhamuje; pociąg nie bardzo ma jak.

Nasza przewodniczka nie była tak zafascynowana widokami jak ja, dała się przyłapać na spaniu w pracy.

 

 

 

 

70

 

                      Na noc zajechalismy do geru (mongolskich jurt). Nad jeziorem. Znów opad szczeki, jeśli chodzi o widoki

 

 

 

71

72

 

 

 

 i jednocześnie lekka konsternacja, jeśli chodzi o samą wycieczkę: ok, przyjechaliśmy tu, jest zajebiście, ale co, mamy iść już spać? Kierwa, na to wygląda.
Ale zaraz, przy jurcie obok widzę grupę Mongołów i słyszę śpiewy dobiegajace ze środka. Podchodzę, patrzę, w środku siedzą ludzie. Widząc, że zaglądam, wołają mnie do środka. Osz w mordę! W środku wygląda, jak na obrazku: że 20 starych osób, ubranych po ichniemu, po środku kobieta lejąca kumys (sfermentowane końskie mleko) i facet lejacy wódę, obok sterta kości z mięsem, to na kolację, kobiety śpiewają ichniemu piosenki; dziękuję, już dzisiaj nic nie musi się więcej dziać, mi styka. Pobyt nabiera kolorów!
Na wejściu dostałem miskę z mlekiem do jednej ręki, kielona do drugiej i kawałek ciacha w zęby, żebym gębę w końcu zamknął. Zjadłem, wypiłem i otworzyłem znowu. A w międzyczasie kobiety zaczęły śpiewać. Mniód!!

            Niestety, popełniłem dwa razy spore faux pas, uświadomił mi to gest pokazywania małego palca u ręki w moim kierunku. Pierwszy raz, jak piłem wódkę. Robiłem to tak, jak mnie wyuczyli w domu, czyli do dna. Niestety, tam się zawsze upija z kieliszka, polewacz dolewa wódki i przekazuje się kieliszek dalej; tak samo wygląda sprawa z kumysem. Z tym, że o tym drugim to już wcześniej wyczytałem; nie myślałem, że z wódką jest podobnie.
Druga zmasta była ze śpiewaniem. Okazało się, że każdy ma swoją kolejkę: musi zaintonować kawałek i wszyscy śpiewają potem z nim. Ja z wrodzonej nieśmiałości nie chciałem śpiewać i podejrzewam, że straciłem w ich oczach sporo przez to. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni raz dałem dupy; tuszę, że wzięli poprawkę na to, żem z obcych krajow i nie żywili urazy za długo.

              Wieczór skończył się dla mnie w miarę wcześnie, ból głowy szybko zawezwał mnie do łóżka. To pewnie kara za nieodpowiednie zachowanie na imprezie :)

Noce w Mongolii są bardzo ciemne i bardzo zimne. Najbardziej to czuć, jak się wyjdzie za potrzebą. Resztę przemilczę :)

Rano obralismy kierunek na Charchorin, czyli starożytne Karakorum. 80 km offroadu, widoków i oglądania przyrody. Ciężko to opisywać, to trzeba zobaczyć.

 

 

 

 

73

 

74

  

 

 

Na miejscu do oglądnięcia są resztki starego monastyru lamajskiego, Erdene Dzuu, który, podobno, wg słów tubylców, założono jeszcze w czasach istnienia starego Karakorum.

 

 

 

75

 

76

 

77

 

78

 

 

 

               Potem krótka wizyta w okolicznym muzeum, którą warto odnotować z dwóch powodów. Po pierwsze, mieli tam kibel :) Czysty i z sedesem. Jakżesz docenia się takie przybytki, gdy nie ma ich za dużo!

               Drugi powód, to piękna zamiana ról z panią muzealnicą, kiedy strzeliliśmy jej wykład o europejskiej eskapadzie Mongołów w XIII w. Dobrze było poczytać przewodniki przed przyjazdem, by błysnąć w odpowiednim momencie. Myślę, że kobieta będzie teraz dłużej zatrzymywała się przy tej konkretnej mapie i z radością prezentowała świeżo zdobytą wiedzę.

Wieczór, to kolejny ger, tym razem w okolicach małej diuny piaskowej, jedynej w środkowej Mongolii, którą nazywają semi-Gobi. Umiejscowienie obozu, to było mistrzostwo świata. Na małym wzgórzu, z jednej strony, w oddali, szczyty gór, z drugiej ogromna przestrzeń, z piaszczystymi wydmami i mała rzeczką wijącą się obok, stada owiec, kóz, krów, koni, parę baktrianów; po raz kolejny zbierałem szczękę z ziemi.

 

 

 

 

 

79

 

80

 

 

Potem, po raz pierwszy w życiu siedziałem na koniu, hehe. Na szczęście był mały i bardzo spokojny, co sie mocno przydało, jak przewodnik kazał mi samemu wracać do geru, kiedy pojechał zaganiać krowy. Dojechałem, żyje, 1:0 dla mnie.

 

 

 

81

 

 

 

             Kolejny dzień z końcem znacznie lepszym niż początkiem.

W nocy zaczęło tak wiać, że kieleckie, to mogłoby tu przyjechać na nauki, jak to jest, gdy prawdziwie piździ.
Jurty nie są szczelne, dwa śpiwory i wełniany koc ledwie starczyły. Jak oni żyją tu w zimie?

Rano, przed wschodem słońca wybraliśmy się na przejażdżkę wielbłądami.

 

 

 

 

 

82

 

 

             Obawiałem się tego, po nie najlepszych wspomnieniach z jednogarbnymi z Sahary, ale o dziwo, poszło bardzo bezproblemowo. Co dwa garby, to nie jeden. Mniej buja, oprzeć się można, wypas. Pobawiliśmy się w zaganianie stada owiec, zapaliliśmy po malborasie jednym, drugim, z panem przewodnikiem,

 

 

 

 

83

 

 

 

poprzytulaliśmy się z oseskiem wielbłądzim, który zapałał do nas wielką i bezinteresowną miłością (mimo, że nie mieliśmy nic dla niego do jedzenia) i ruszyliśmy w drogę powrotną do Ułanbator.

            Nie będę już wspominał o kolejnym opadzie szczęki na widok widoków, bo będę monotematyczny. Z ciekawych rzeczy ponad to, to widzieliśmy dwa jelenie przebiegąjace przez drogę przed nami i parę lisów. Była jeszcze jedna rzecz, ale kto ma słabe nerwy, to niech dalej nie czyta.
 
             Przy drodze, w pewnym momencie, zobaczyliśmy grupę osób oprawiających zabite konie. Początkowo myślałem, że to tak sie tu robi z tymi zwierzętami, szlachtuje na stepie i wiezie gdzieś tam. Potem zostałem uświadomiony, że to był wypadek – ciężarówka wjechała w zwierzęta przechodzące przez drogę. Efekt, to 6 koni nieżywych. Zastanawiam się, czy to jest wielka strata dla właścicieli, bo z tego co wiem, to zwierzęta hoduje się i tak dla mięsa, a jak przyjechaliśmy, to były już ćwiartowane, więc się nie zmarnuje. W każdym razie zafascynowała mnie inna rzecz: na jednym z jeszcze nieoprawionych trucheł siedział może roczny chłopczyk i się najnormalniej w świecie bawił. Nic to, że obok niego leżała odcięta głowa, a dwa metry dalej leżały wnętrzności tego konia; malec zachowywał się tak, jak polskie dziecko siedzące na koniu na biegunach i był przeszczęsliwy.

Zdjęcia chłopczyka nie zamieszczę, byłoby chyba już za grubo i za hardkorowo :) W ramach rekompensaty, macie zdjęcie dziewczynki w aucie na łysych oponach :)

 

 

 

 

 

84

 

 

 

 

              Zastanawiam się też przez chwilę o tym, jak się tu jeździ samochodami w nocy. Bo z jednej strony dziury, z drugiej zwierzęta, nietrudno o porządny wypadek. Więc albo nikt nie jeździ, albo wszyscy maksymalnie ograniczają prędkość.

Dzisiaj wyjeżdżamy z Mongolii. Pociąg z Ułanbator do Zamin-Uud niemalże pełny, a nam, niestety, przypadły miejsca boczne. Do zero prądu, a baterie wyładowane.

 

Dobranoc! :)

 

 

 

 

Ciąg dalszy nastąpi…..

 

 

Dawid Wolański

 

 

 

 

newsletter

newsletter

syberia

" Drugiego dnia podróży, do naszego wagonu wsiadła spora ekipa rosyjskich poborowych. Oprócz tego, że w mundurach i z wiktem i oprzyrządowaniem wojskowym, to niewiele się wyróżniali. Oczywiście..."

więcej

syberia

"Jedziemy, jedziemy (...) . Nikt się za specjalnie nie integruje, turystów nie ma w naszym wagonie w ogóle. Za to klimat robią rosyjskie hity ludowe lecące z nieściszanego głośnika. Wziąłem ze sobą swoją muzykę, ale w tym pociągu chyba jej nie posłucham..."

więcej

SONY DSC

"Idąc do kolejnych świątyń, przyłączyli się do nas tubylcy, oferując pomoc w oprowadzaniu. To bardzo powszechne...Jeden chłopiec jednak zrobił na mnie wrażenie. Nie wiem, ile mógł mieć lat, może 10-12, świetnie mówił po angielsku i francusku...."

więcej

zdjęcia45

System szkoły togijskiej różni się bardzo od systemu polskiego szkolnictwa. Jest on na pewno na dużo niższym poziomie, ale na tyle, na ile „potrafi”, tak sobie radzi. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, by dzieci w Afryce miały dostęp do szkoły...

więcej

afryka2

Wyprawa do Afryki - czyli Muzungu wokół Jeziora Wiktorii - CZĘŚĆ II. Kolorowy kurz dalej wdzierał się przez brakujące szyby i malował wszystkich pasażerów, zwłaszcza tych siedzących z przodu. Zęby od tego zgrzytały, a ślina przybierała gęstość czekolady...

więcej