Wielka Transsyberyjska-Cześć II

 

 

 

 

WIELKA TRANSSYBERYJSKA

CZĘŚĆ II

 

 

 

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 15.  UŁANBATOR – ERLIAN – PEKIN

 

 

 

            Poczułem się jak w trumnie. Po raz pierwszy jechałem nogami do przodu :)
Pomoc koleżanki Odny skończyła się tym, że dostaliśmy boczne miejsca w wagonie. A, że wagon był plackartny, to miejsca średnio fajne. Przy głównym ciągu komunikacyjnym, czyli non stop ktoś przechodził obok; miejsca bardzo wąskie, czyli jak chciałem usiąść po turecku, to kolano wystawało i ciągle ktoś o nie zahaczał idąc korytarzem; stolika nie było, bo był częścią miejsca do leżenia. No i fantastyczna długość łóżka, całe 1,80 m. Niby dla mnie prawie co do centymetra, ale jak chciałem ręce pod głowę założyć, to łokcie uderzały o ściankę. Nic, może przeżyję, to tylko jedna noc.

           A za oknem górki. I pniemy się coraz wyżej. Maksymalnie dobiliśmy do 1,6 z kawałkiem km n.p.m. Uszy zatkane, standard.
Górki, lasy, gdzieniegdzie stada trzody, czasem pojawiał się mongolski kowboj. Oni fajnie jeżdżą na tych swoich zwierzakach, cały czas na jednym półdupku. Nie wiem, czy cały czas na tym samym, ale ten styl jazdy, w połączeniu z ich małymi końmi i niemalże niewidocznym trzymaniem uzdy, wygląda bardzo rasowo. W lewo, w prawo, co raz słychać głośne „czu, czu” i popierdzielają, jak małe samochodziki. A bydło trzyma poważanie i ładnie słucha.

           Pociąg długi, jak cholera. Ponad 20 wagonów. Zobaczyłem to raz, w całej okazałości, jak robiliśmy zakręt ponad 180 stopni.
I znów brak trakcji elektrycznej nad pociągiem. A sama lokomotywa to na spalinówkę nie wyglądała. Hmm..
Udało mi się wygrać w karty, w końcu! A pani prowadnica, to coś się krzywo patrzyła na moje palenie pomiędzy wagonami, czy jak wystawiałem głowę z wagonu przez drzwi wejściowe, na postoju. Byłem niekulturalny i zignorowałem jej dziamdzianie, z sukcesem, bo się odczepiła.
W nocy poczułem zew kiszek, co było preludium do późniejszej wizyty w bardzo specyficznym miejscu. Na tę, natomiast, nocną chwilę miałem jednak szczęście skorzystać z najlepszego momentu na wizytę w pociągowej toalecie: wysprzątanej na noc i przez nikogo nie odwiedzanej, bo wszyscy śpią. Luksus ten znają Ci, którzy uczęszczają na festiwale typu open air: dźwięk pojazdu czyszczącego toy-toje w nocy, jest sygnałem do kończenia piwa, przeproszenia towarzystwa i udania się w kierunku kibla z papierem w ręce.

Rano, za oknem pustynia i… deszcz. Na Gobi dzisiaj wilgotno, coś nieprawdopodobnego. W centralnej Mongolii podobno ostatnio padało w sierpniu, a tu taka niespodzianka.
Witamy w Zamin-Uud. Granica.

 

 

 

 

85

 

 

 

Pod dworcem miliard ludzi. Co drugi krzyczy „taxi”, a co pierwszy pyta „China?”. No to powiedz, kochaniutki, ile do Bejdżin? 220 yuanów, czyli 120 zł. Hem, hem, drogo. My tu mamy gdzieś autobus, co nas przez granicę przewiezie za 3,5€, a potem będziemy myśleć.

Jest i nasz autobus, pełny, ale mamy numerowane miejsca. Pytam pani biletowej, na migi, za ile odjazd. Pani mówi, na migi, że za 5 min. No, to lecę do sklepu obok wydać resztę tugrików na jakieś ciastka, bo mongolska waluta już mi raczej nie będzie potrzebna. Po 4 minutach wychodzę ze sklepu, patrzę, a autobus już jedzie! O, dziad! Szczęściem, jechał w moim kierunku, więc, jak w starych filmach, wskoczyłem w biegu, przez otwarte drzwi.
W autobusie ścisk. Jak cholera. Mam wrażenie, że jestem blisko Chin, bo tam ich chyba dużo i w ścisku żyją. Miejsca w autobusie jest dla przeciętnego Azjatę, barki nas dwóch to jakby ich trzech, więc głośno, w myślach, krzyczę „uwolnić ryby z puszek!”.

A z tymi Chińczykami, to nie miałem racji, prawie cały autobus dzierżył w rękach mongolskie paszporty. Ot, mrówki.
Przejście przez granice, czyli kontrole celne, skanowanie bagaży, to jedna wielka gonitwa mrówek. Było blisko rękoczynów, bo pchają się, gonią, jak idioci, a my nieprzyzwyczajeni, mimo wielokrotnego przekraczania granicy w Medyce. Sęk w tym, że zielonego pojęcia nie mam, po co Ci ludzie tak gonili. Przejście przez granicę wyglądało tak, że autobus ze wszystkimi jechał pod punkt kontroli celnej/paszportowej, wszyscy się wylewali, odprawiali co trzeba i wsiadali z powrotem do czekającego autobusu. Bez wszystkich nie ruszył, więc czy byłem na początku, czy na końcu kolejki, to albo stałem dłużej przed celnikiem, albo przed pojazdem. Czasowo, zero różnicy.
Może po prostu oni tak lubią?

Erenhot/Erlian, to jakby inny świat. Z zapyziałego pomieszczenia z mongolskimi celnikami weszliśmy do hali, której nie powstydziłby się taki Modlin, na swoim lotnisku. Wszystko duże, błyszczy, oznaczenia jak na lotnisku, no ładnie!

 

 

86

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Znów zaczyna mi się w kiszkach przewalać, teraz już coraz mocniej. Nie wiem czemu, bo nic niepewnego nie jadłem. No nic, może wytrzymam. Tylko do czego?
Zajechalismy na dworzec autobusowy. Poleciałem szukać kibla. To, co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze koszmary.

 

 

87

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tak obsyfiony kibel widziałem tylko raz w życiu, była to toaleta publiczna niedaleko stadionu Dynama, w Kijowe. Tam nawet na bezdechu nie dało rady zrobić krótkiego sika. Dramat.
Niestety, miałem już tak podbramkową sytuację, że nie było alternatywy. Co mi się udało uzyskać to to, że znalazłem damską „toaletę”, do której wejście nie powodowało automatycznych odruchów wymiotnych.
Tak, są takie momenty w życiu każdego człowieka, że wszystkie rzeczy, na codzień istotne, stają się malutkie, wobec nagłej, niesłychanie przyziemnej potrzeby.
Ale znów wygrałem. :)

Szukamy zatem transportu do Pekinu. A, nie! Próbujemy szukać! Weź i się dogadaj. Angielski – niet. Ruski – niet. Na migi, to cię w dupie mają.

Oj nie, moi mili, mnie nie zbyjecie. Jak na migi nie, to dawać kartkę, mam długopis, będziemy rysować.
O, i nagle są autobusy. Kali nie migać, Kali rysować. Autobus np. o 16. W Pekinie koło 6-7 rano. Pasuje. Ale bilet kosztuje 200¥. Drogo.
Jest jeszcze połączenie kolejowe, trzeba sprawdzić pociągi. Dworzec ichniego PKP to jakieś 20 minut iścia na nogach. Jest, dotarłem, jest też i kasa.
„- Psze pani, po ile bilety do Pekinu na dzisiaj?
– Uuu, panie kochany, po 130¥, ale mamy tylko na popojutrze.”

Lipa. Trza autobusem.

W Pekinie powinniśmy być wcześnie, przed 8. musimy dojechać do kolegi Nirela, u którego będziemy nocować, bo chłopak musi do pracy.
To skoro autobus z 16. będzie na miejscu o 6-7, to autobus o 15. będzie o 5-6, a to już pasuje, zdążymy dojechać. Kupuję.

Autobus, który nas będzie wiózł, to autobus sypialny! Nie wiem, czy tak tu ogólnie jest, że na dalekie trasy akurat takie autobusy podstawiają, ale dla mnie spoko. W Europie tego nie ma. Jedziesz do Paryża i 30h na siedząco.
Mamy miejsca górne i przy oknie.

 

 

88

 

Poszedłem się też dopytywać o nazwę dworca, na który przyjedziemy. Pojawiła się jakaś mała Chinka, co coś kąsała w chinangielszyźnie (taka moja nowomowa określająca mówienie po angielsku z chińskim nosowo-samogłoskowym wymawianiem), więc pomagała delikatnie. Okazało się, że autobus nie przyjeżdża o 5-6, a o… 2. do Pekinu.
Zajebiście, znaczy się, że w końcu będziemy mieli nockę na dworcu :(. Nie, wcale mnie to nie cieszyło. Pytam, czy można zmienić godzinę, nie będziemy przecież spać po ławkach w poczekalni. Nie da się. Chinka coś pokazuje, taki znany gest z rękami pod policzkiem, jak przy spaniu. Że co, że można w autobusie spać? No tak, to już wiemy, przecież to sypialny autobus jest.

I znów jak w trumnie. Jadę nogami do przodu. A miejsca tyle, że dla większych ode mnie mam dobrą radę: nie jeździjcie w Chinach sypialnymi autobusami! W zasadzie można tylko na wznak, pod warunkiem, że nie masz więcej niż 180 cm.

Dojechaliśmy planowo do Pekinu. O 2. w nocy. Pojazd się zatrzymał i wysiadły z niego.. dwie osoby. A reszta śpi. WTF?
Chwila oczekiwania i eureka! Chinka nie pokazywała tego, że to sypialny autobus, ale, że można w nim spać po przyjeździe! No, na to, to za Chiny bym nie wpadł! To nastawiam budzik i na drugi bok, w kimę!
Wyszliśmy z autobusu o 5.30. :)

I pierwsza bomba „kulturowa” w twarz. Same krzaczki zamiast napisów. Mam wytyczne: jechać autobusem tym i tym, z przystanku takiego i takiego, wysiąść tu i tam. Bosko, to weź i znajdź przystanek. Mission, kur.., impossible. Zagaduję jedną osobę, druga, trzecią – nic. Tylko kręcenie głową, czasem jakieś ichnie „siałałhłał”, co, wnioskując po minie, oznacza „niśt fersztejen”. Normalnie poczułem się jak głuchoniemy analfabeta. Zero opcji na jakąkolwiek komunikację.
Po godzinie łażenia i kombinowania poddałem się. Bierzemy taksę.
Odległość na mapie wyglądała na całkiem niedużą, przerzucając na Warszawę, to jakbym z dolnego Mokotowa jechał na Siekierki. Na liczniku wyszło prawie 17 km, czas jazdy 1h15m. Ot, miasteczko.

Kolega Nirel i poczekał na nas i nawet śniadanie zrobił. Poszedł do pracy i klucze zostawił, jakbyśmy chcieli gdzieś iść, zwiedzać. Miło.
Ale, na dzisiaj basta. Najpierw kima.

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 16. – 20. PEKIN

 

 

            W końcu jest spanie w normalnym łóżku. Swój pokój, nikt nie przeszkadza.

Kolega Nirel mieszka sam. I to było widać w mieszkaniu. Niestety, warunki sanitarne były dalece odbiegające od norm, do których jesteśmy przyzwyczajeni, na dodatek mieszkanie było dość mocno zapuszczone.
Ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Szczególnie dlatego, że dostaliśmy klucze, pokój był tylko dla nas, był Internet, dwa łóżka, nawet telewizor z 50 chińskimi kanałami! Dodatkowo, potem mieliśmy jeszcze pralkę do dyspozycji. Wypas. Inne niedogodności dało się przeskoczyć.

 

 

 

89

 

Ten dzień przeznaczaliśmy na spanie, odpoczynek. Nie było żadnej dyskusji, nie rozważaliśmy żadnej innej opcji, po prostu czułem w kościach, że tak trzeba. Tym bardziej, że cały czas lało. Na wieczór byliśmy umówieni z koleżanką Werką, która bawiła od tygodnia na delegacji w Pekinie, także na spokojnie wstaliśmy sobie po 15., zrobiliśmy prysznic, jakieś małe papu i myk, do centrum.

Tego centrum za wiele to nie pooglądaliśmy, w sumie to i tak nie było naszym celem. Tyle, co odmeldowaliśmy się przed obrazkiem Mao i poszliśmy połazić po pobliskich hutongach. Po zmroku, to ciekawe uczucie, łażenie po tamtejszych małych uliczkach..

 

 

 

90

91

I, przy okazji, zjedliśmy coś lokalnego, w jakiejś małej, zapyziałej jadłodajni.

Jedzenie, mimo ogólnie panującego syfu, bardzo fajne. Na pewno, na dzień dobry, człowiek czuje się mocno zdezorientowany: niby duży wybór, wszystko opisane szlaczkami, więc je się w ciemno. Natomiast, jak się już rozezna, to większość potraw, to miks tych samych składników, w różnych wariacjach.
Podobnie, jak wytestowałem swego czasu w Tajlandii, najlepsze i najtańsze jedzenie jest na ulicy, z budek, rowerów i innych przenośnych urządzeń oraz ze zwykłych jadłodajni. Nie ważne jak wygląda i że nie jest czysto, ważne, żeby inni z tego też jedli, najlepiej lokalni. Mieliśmy dwa sposoby na jedzenie: chwilę asystowaliśmy przy budkach i patrzyliśmy co się z czego robi i jak

 

 

 

92

93

 

 

 

albo zamawialiśmy na oko kilka potraw i próbowaliśmy po kolei.

 

 

 

94

 

 

 

Wszyscy ostrzegali, że po dobrej chińszczyźnie piecze dwa razy. Nadal nie wiem dlaczego.

Następny dzień przeznaczyliśmy na odwiedziny Zakazanego Pałacu.

 

 

 

 

95

96

 

97

 

 

 

 

Ludzi, jak to w Chinach, miliard. Nie ważne, czy środa, czy sobota. Drą się, przepychają, atakują zewsząd. Strasznie mnie to męczy i dość skutecznie odbiera przyjemność oglądania czegokolwiek. Do tego nachalni przewodnicy, ich megafony, strasznie duży harmider. Oto główne wrażenie.

Weronika mówiła, że sam kompleks jest ogromny, trzeba iść ze 4 godziny, żeby ogarnąć cały. Miała rację, jest to spore, ale nam, z racji powyższego zgiełku, udało się przejść całość w 1,5h. Po łebkach, nie latałem za tłuszczą, nie robiłem miliarda zdjęć i wcale mi nie jest szkoda, że nie odwiedziłem jakiejś tam krypty, czy czegoś.
Jeszcze jedna, ciekawa rzecz, która opowiadała Werka, a która przyuważyłem. Chińscy przewodnicy, w trakcie swojej pracy, polegają też na wyobraźni turystów. To znaczy, wchodzi grupa do pustego pomieszczenia i przewodnik mówi: w tym rogu było krzesło na którym lubiał przesiadywać cesarz Yao piętnasty, a w tym miejscu było palenisko, które pozwalało mu się ogrzać w zimne dni. I wszyscy cykają zdjęcia „krzesła” i „paleniska”…
(Z tym cykaniem zdjęć, to dodałem od siebie – wczułem się w klimat i puściłem wodze wyobraźni, jak banda rozwrzeszczanych Chińczyków robi foty pustych miejsc, a potem opowiada o nich w domu, z mega przejęciem:)

W następny dzień planowaliśmy pojechać na Wielki Mur.
Zanim to nastąpiło, musieliśmy powrócić do naszej prozy podróżowania: trzeba było kupić bilety na dalszą podróż, czyli z Pekinu do Władywostoku. Zaczęły się delikatne schody.
Otóż, od początku października, w Chinach zaczynają się jakieś ichnie ogólnokrajowe święta. Wiąże się to z tym, że wszyscy mają tydzień wolnego i wszyscy gdzieś jadą. Jaki jest tego efekt, nietrudno się domyśleć. Zapomnij o biletach na dobre miejsca w pociągu, ba! zapomnij nawet o biletach!
Plan na dojazd do Kraju Nadmorskiego mieliśmy taki: w sobotę wieczór pojechać nocnym pociągiem do Harbinu. W Harbinie były dwie opcje: bezpośredni autobus do Władywostoku (wyjeżdżał o 7. rano), albo pociągiem do Suifenhe, czyli miasta na granicy z Rosja i stamtąd, w jakiś sposób, przebijać się do Władywostoku.
Plany szybko zostały zweryfikowane przy kasie. Abstrahując od tego, że na dworcu dzikie tłumy, wszędzie bramki bezpieczeństwa, harmider, tłok, to okazało się, że biletów nie ma. Na sobotę wieczór, do Harbinu zostały tylko miejsca siedzące i stojące, a pociąg, to taki zwykły, nie szybki. I zamiast 12h będzie jechał 20h. Grubo. Ale nie ma co dyskutować, bierzemy. Wyjazd sobota 20:43, na miejscu, czyli 1200 km dalej jesteśmy ok. 16:30.
Pytamy: a jak dalej? Z Harbinu do Suifenhe? No nie ma biletów, są tylko miejsca stojace. To my się zastanowimy, w takim razie.
Rozważam inną opcję: nocleg w Harbinie i przejazd do Rosji bezpośrednim autobusem. Z tym, że nie mam noclegu ogarniętego (co w sumie nie jest problemem), nie wiem skąd autobusy odjeżdżają, nie wiem, czy będą bilety i podobno to kosztuje ponad 200 zł od osoby. Czyli drogo.
Z pomocą przychodzi niezastąpiona Weronika, która zaprzęga do pracy menadżerkę jej hotelu – ta weryfikuje dostępność biletów i pozwala nam znaleźć „dogodne” połączenie; Werka kontaktuje nas też ze swoim kolegą w PL, który robił kiedyś tę trasę i który, ostatecznie utwierdza nas w przekonaniu, że trzeba jechać pociągiem. Dodatkowo, bilet z Harbinu do Suifenhe to koszt 40 zł.
Celowo napisałem „dogodne”, gdyż to połączenie było jedyne sensowne, które było dostępne. Czyli czekał nas 6h postój w Harbinie i potem kolejne 10h jazdy na miejscach siedzących. Sumarycznie, do samej granicy będziemy jechali jakieś 36h. Zaczynam się już mentalnie nastawiać……

No, to teraz, na spokojnie jedziemy na Wielki Mur.
Spokojnie było do momentu dojechania na miejsce, skąd podobno odjeżdżał autobus do Badaling (czyli do miejscówki z Murem). Oczywiście, wszystkie napisy w krzaczkach, tyle co zauważyliśmy napisanego po ludzku, to „877 and 919 6:00-12:00″. Czyli nasze autobusy. Patrzę na zegarek – 11:55. Autobusów nie ma (tzn. jest milion innych, ale nie nasze). W końcu jakiś koleś podchodzi i mówi „autobusów dzisiaj niet, już wszystkie pojechały, następne dopiero jutro”. Ale jak to, przecież jeszcze 5 minut! No tak to, nie będzie autobusów – mówi. Kur.. mać. Zły jestem już. Zaczynają mi ci Chińczycy wychodzić bokiem już, to ich ogarnięcie, brak najprostszych informacji turystom, o bądź, co bądź, bardzo turystycznym miejscu.
Co zrobić, trzeba iść zwiedzać co innego. A że pierwsze oznaki braku chęci do czegokolwiek powoli nadchodziły, to wybór padł na zwiedzanie Świątyni Nieba i przejście potem w stronę Tienanmen. Jedynie. Potem dom i spanie. Wielki Mur jutro.

 

 

 

 

98

 

 

W następny dzień, tym razem dużo wcześniej jesteśmy na przystanku. I dalej nie ma autobusu. Już wkurzony, pytam na migi jakichś Chinek, o co chodzi? Pokazują, że ok, żeby iść dalej. I co się okazało? Że dochodzimy do przystanku na którym jest milion autobusów i WSZYSTKIE nasze. Co 5 minut jakiś odjeżdża. Noż pieprzony, wczorajszy szmaciarz! Gnój nas najnormalniej w świecie wczoraj zrobił w konia, z pełną premedytacją. Wystarczyło przejść 500 m dalej. W myślach sprzedaję typowi taką wiązane, że jakby usłyszał ją na żywo, nawet po polsku, to dźwięczałaby mu w uszach przez następny rok chiński.
Do Badaling jest jakieś 30 km. Okazuje się, że zaraz za Pekinem są górki. O ile stolica Chin leży na ok. 50 m.n.p.m., tak parking pod Murem jest już na wysokości 650 m.
Wychodzimy na Mur. Pogoda jest taka, że klnę kolesia po raz kolejny: widoczność 10m, taka mgła. Właściwie, to nic nie widać.

 

 

 

 

99

 

 

A wczoraj było słońce…..

Mała dygresja, to słonce, to wczoraj „bylo”.

 

 

 

 

100

 

 

Czemu tak? Taka mgła była? Nie, to „zamglenie” to typowy pekiński smog. Jego normalnie widać. Jak jest jakaś większa przestrzeń, to wszystko dalsze jest za taką szarą mgiełką. Wygląda to, na pierwszy rzut, tak dosyć tajemniczo (jak ktoś oglądał kiedyś taki szmatławiec jak „Mgła”, to wie o czym mówię) ale jak się chwilę pomyśli nad tym, co się wdycha tutaj, to już nie jest to takie zabawne.

 

 

 

 

101

 

 

 

Wracając do Muru, myślałem, że to będzie takie zwykłe pitu pitu. Wejść, pospacerować, cyknąć fotę i out. A tu nie! Spacerować owszem, można, ale w górę i na dół! Przeszło się 500 m po murze, a to nagle wysokościomierz pokazuje 900 m.n.p.m.! Przypominam, parking był na wysokości 650 m.n.p.m, wejście na Mur jakieś 50 m. wyżej. Czyli na przestrzeni pół kilometra jest 200 metrów w górę! Pikawa bije w rytmie 180, co słabsi robią przystanki co 50 m. Przypomina mi się mój trening z bieganiem po schodach, myślę, że codzienna przebieżka półtora kilometra po Murze dałaby te same efekty, jeśli nie lepsze. Podoba mi się to!

No dobra, ale mgła jest taka, że nic nie widać. Piździ jak w Mongolii, ludzi kupa, na dodatek coś zaczyna grzmieć. Po przejściu tych pierwszych 500 m, zaczynam się zastanawiać czy jest sens dalej iść. Poza aspektem wysiłkowym, nie ma żadnych innych plusów, a nie na trening tu przecież przyszedłem. Wyrażam głośno swoje wątpliwości i słyszę „chodź, idziemy”. No to idziemy.
Zaczyna mocniej grzmieć. Tłumaczę sobie, że jesteśmy w górach, że duża mgła, więc będzie grzmiało, ale tylko grzmiało. Oj, naiwny. Najpierw kropi delikatnie, potem nagle „jebut” z góry. Na ostro. Otwarta przestrzeń, mega śliskie kamienie i schody, nie jest fajnie. O tyle dobrze, że co jakiś czas na Murze są strażnice z dachem. Ale zaraz, najbliższy dach za 300 metrów. A między mną, a nim jest jakieś 50 m w dół i 70 m w górę. Szybka decyzja – sprint i zaklinanie, żeby tylko się nie poślizgnąć i nóg nie połamać. A stromo jest, że hoho!
Udało się! Tyle co wbiegłem, zaczęło walić gradem. Co za pogoda!
Ale przecież, jak jest deszcz, to nie ma mgły! Efekt krótkiego prysznica był taki, że po 20 minutach lania i lanie i mleko zniknęły i Mur pokazał się w całej okazałości. I po raz kolejny zbieram szczękę z ziemi…

 

 

 

 

102

 

103

104

105

 

 

 

 

Tak. Teraz dopiero zaczęła się przyjemność ze zwiedzania. Ludzie niemalże znikli. Cała reszta była mniej istotna :)

Zabawiliśmy na Murze chyba jeszcze ze 2h. Nieźle, jak na raptem niecałe 2 km dostępne do spacerowania dla turystów. I wróciliśmy do domu.

I tyle. To był nasz cały plan na Pekin. Zostawał nam jeszcze jeden dzień – sobota. Przeznaczyliśmy ją na jakieś małe zakupy, poszliśmy do Pearl Market popatrzeć na „oryginalną” elektronikę, okulary i zegarki made in china. Proponowano mi kupienie dwuterabajtowego pendrive w niewiarygodnie niskiej cenie – aż zacząłem się zastanawiać, czy tak bardzo jestem w tyle, bo nie wiedziałem, że takowe już produkują :)
Ale zakupy poczyniłem. 64 GB pendrive „marki” SanDisk za jedyne 35¥ (mniej niż 20 zł) – sprawdzałem na miejscu, niby działa! Kolejny powerbank, 10400 mAh, za jedyne 40¥ – już sprawdziłem, fake, nawet telefonu w całości nie naładuje, czyli było 1:1.
Myślę, że jest tak, że gdy sprzedawca „nie umie” się targować i zejdzie np. ze 120¥ na 40, to sprzęt jest gównem. Czasem zdarzają się rzeczy dobrej jakości, ale wtedy nie ma aż tak dużej opcji na zbicie cen. Oczywiście i tu i tu można bawić się jak w Kole Fortuny, czyli bierzesz bramkę w ciemno, ale na końcu jest tak jak w kasynie, sprzedawca czasem straci, ale w końcowym rozrachunku zawsze musi być sporo na plus.
Następnym razem będę mądry.

Po zakupach. Przed nami teraz chyba najcięższa część wyprawy – podróż do Władywostoku.

 

 

 

 

106

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 21. I 22. PEKIN – HARBIN – SUIFENHE – WŁADYWOSTOK

 

 
          Nastawiałem się długo na tę podróż. Od momentu kupienia biletów wiedziałem, że nie będzie łatwo. Ba, wiedziałem, że będzie ciężko. I było. 48 h podróży, przeżycie jedyne w swoim rodzaju.

Zaczęło się już na dworcu w Pekinie. Miałem do czynienia po raz pierwszy z chińskimi pociągami, to nie znałem procedury. Przede wszystkim, miliard wejść do dworca, wszędzie bramki z wykrywaczami metalu, nie wiadomo kto za czym przy tych bramkach stoi. Dogadać się, zapytać o drogę – powodzenia życzę.
Byliśmy na dworcu na godzinę przed odjazdem. Zanim znaleźliśmy wejście odpowiednie i dostaliśmy stempelek na bilecie (tak tam trzeba), zrobiło się nerwowe 10 minut do odjazdu. Potem jedna kontrola, druga kontrola, wszędzie kolejki, a w głowie huczy „nie ma czasu!”. Nie wytrzymałem i zacząłem się po prostu wpychać przed kolejkę, machając biletem przed oczami kontrolujących. Dobra taktyka, poskutkowało to tym, że zamiast nas prześwietlać, pokazywano nam gdzie iść i przechodziliśmy bez sprawdzania.
Do pociągu wpadliśmy na 3 minuty przed odjazdem. Uff.

Pierwsze wrażenie z pociągu – ujdzie, chyba ścisk jest, ale mamy miejsca numerowane.

 

 

 

 

107

 

 

Niestety im dalej w las, tym było gorzej.

Chińskie wagony są dla Chińczyków. Zamiast 4 siedzeń w rzędzie, oni mają 5. Chyba jasne, co to oznacza dla człowieka trochę szerszego w barkach niż przeciętny mieszkaniec Kraju Środka.
Dalej, oparcia siedzeń są wspólne. Czyli osoba, która siedzi za moimi plecami, dzieli ze mną oparcie. Co za tym idzie, to to, że oparcia ustawione są pod kątem 90 stopni. Nawet profilowanie ich nie pomaga, siedziska są na tyle krótkie, że wymusza to pozycję jak w podstawówce, plecy prosto. Na 45 minut jest to ok, na 20h już nie bardzo.
Dalej. Odległości między siedzeniami są niewielkie. Powoduje to, że nawet delikatne wyciągnięcie nóg musi wiązać się z włożeniem ich między nogi siedzącego naprzeciwko. Dobrze, jak to ktoś znajomy, tudzież ładna kobieta, w moim przypadku. Jak jest to obleśny, charający Chińczyk, to już mniej :)
Dalej. Siedzenia nie mają żadnych zagłówków bocznych. Nie ma w ogóle jak ucha oprzeć. Głowa leci na bok, najczęściej na sąsiada, więc trzeba uważać. Spróbujcie przekimać się w takiej pozycji, to zobaczycie o czym mówię.
Dalej. Tutaj smog jest nawet w pociągu. Oczywiście nie ten pekiński, tylko papierosowy. Niby w wagonach nie można palić, ale można palić na korytarzach pomiędzy wagonami. A Chińczycy bardzo nie lubią zamykać za sobą drzwi. Więc dym swobodnie sobie krąży dookoła. Nadmieniwszy, że wszyscy palą na potęgę, macie pełen obraz zawiesiny, która utrzymywała się przez całą podróż do Harbinu.

 

 

 

 

108

 

 

 

Jeden pan obok to sobie raczył zapalić nie wstając z siedzenia; krótkie spojrzenie na niego, spod byka i zaraz potem drugie, wiele mówiące, na zakaz palenia w wagonie, sprawiło, że dość szybko udał się na koniec wagonu. Tyle dobrego.

Czuję coraz większe obrzydzenie do tego narodu. Główna przyczyną jest wszechpanujący syf. Większego w życiu nie widziałem. Brakuje tylko, żeby srali i sikali pod siebie (co się zdarza podobno przy dzieciach w wózkach i na nikim nie robi to większego wrażenia). Taki przeciętny Chińczyk w pociągu, jak wyciągnie coś z papierka, obierze jakiś owoc, to wali śmiecie pod siebie. Albo pod drugiego pasażera. Jak prowadnik co jakiś czas chodził i zamiatał pod siedzeniami, to za każdym razem była tego spora kupa.
Wszyscy charają na potęgę. Co rusz słychać głośne „pchłłł chrrrrr” i zawartość ust ląduje na podłodze. Czasem ktoś łaskawie splunie w papierek. Nawet jak sobie to przypomnę, to mam ochotę zwrócić śniadanie.

Dwaj Europejczycy w lokalnym pociągu chińskim, to mała sensacja. Chwilę po ruszeniu, podszedł do nas, na oko dwudziestoparoletni chłopak i zaczął mówić po angielsku. Okazało się, że siedział parę metrów dalej i przechodzący policjanci poprosili go, żeby się nami zaopiekował. Miłe to dość było. Chwilę później chłopak awansował na nadwornego tłumacza, my na główną atrakcję wagonu. Posypały się pytania, skąd, gdzie, dlaczego, czemu ta trasa, skoro do Rosji jedzie się na północ, nie na wschód. Dookoła nas zebrała się spora grupa ludzi. Poczułem się jak jakaś gwiazda na konferencji prasowej, brakowało tylko błyskających fleszy. Zabawne, ale żaden z Chińczyków nie wiedział co to Władywostok. Ich znajomość geografii ogranicza się do własnego miejsca pochodzenia, większego miasta obok i miejsca w którym obecnie mieszkają.
To wszystko wydarzyło się przez pierwsze 3 godziny jazdy. A potem przyszła proza kolejnych 17 godzin podróżowania w warunkach opisanych powyżej. Dramat.
Chińczycy jakoś sobie z tym radzą. Co raz, koło nas siedział ktoś inny, a pasażera siedzącego poprzednio obok, odnajdywałem wzrokiem na innym siedzeniu. Ludzie wyciągali toboły, pudła, gazety, kładli się tam, gdzie było miejsce: w przejściach, w korytarzu, do tego w każdej możliwej pozycji, wliczając te embrionalne. Ci ludzie mieli „szczęście” kupić bilety stojące.

 

 

 

 

109

110

 

 

 

Ja się poddałem, z kimaniem. Należę do osób, które nie mają problemów ze spaniem w podróży, ale tutaj nie zmrużyłem oka. Nie byłem w stanie znaleźć jakiejkolwiek, w miarę komfortowej pozycji. Siedziałem na środkowym miejscu w rzędzie trzymiejscowym. Bez zagłówków, na prosto, nie dałem po prostu rady.
Zmęczenie było spore, a to dopiero pierwsza część podróży.

Dojechaliśmy do Harbinu. Godzina 16.30, mamy 6h czekania na następny pociąg, więc trzeba czas zagospodarować. Najpierw jedzenie.
Naprzeciwko dworca znalazłem duży dom, niby towarowy. Sprzedawali tam jedzenie i okulary. Na parterze papu, na pierwszym i drugim piętrze same okulary. Wyżej nie szedłem.
W jadłodajni na dole syf taki, że nawet mnie ruszyło. Aż mi szkoda było plecak stawiać na podłodze. Wszystko się lepiło. Standardowo, Chińczykom to nie przeszkadzało. Nic, skoro oni jedli, to my tez możemy. Plecaki na krzesła, chińska kiełbasa i jakieś placuszki z jadłodajni, że zdjęcia poniżej do ręki i mieliśmy chińskie żarcie na polską modłę.

 

 

 

111

 

 

 

Wszystko zamykano o 20, więc przenieśliśmy się wtedy na dworzec, na kolejne 3h do odjazdu pociągu do granicy.

Kolejny pociąg, ta sama śpiewka, co w drodze do Harbinu. Plusem było to, że tym razem podróż to tylko 10h i na końcu było już niemal wszyscy ludzie wysiedli, minusem jeszcze mniejsze i jeszcze gorsze siedzenia i przenikliwe zimno nad ranem. Chociaż pusty pod koniec podróży pociąg pozwolił na położenie się w końcu i przespanie paru godzin w horyzontalnej pozycji.

W Suifenhe byliśmy o 9:30. 37 godzina podróży. Trzeba teraz zastanowić się, jak przekroczyć granicę. Okazuje się, że pociąg, którym przyjechaliśmy, jedzie dalej, do Pogranicznyj, po rosyjskiej stronie granicy. Co robić? Debatujemy z napotkanymi mrówkami z Rosji sposobach dotarcia do naszego miejsca docelowego: można przejechać pociągiem przez granicę, stamtąd łapać busa do Ussuryjska i dalej, do Władywostoku, albo szukać transportu bezpośredniego z rosyjskiej granicy. Minusem było to, że między Chinami, a krajem nadmorskim jest 3h różnicy i przez to nagle godzina robiła się późna – mogło już nie być żadnych marszrutek.
Ale jest też druga opcja, ponoć jedzie autobus, bezpośrednio z Suifenhe. Trzeba podjechać na ichni PKS, żeby to zweryfikować. Niestety, kolej i autobus dzieli jakaś tam odległość, nie ma komunikacji bezpośredniej, tylko taksówka była dostępna.  Wzięliśmy ją, co skończyło się spięciem z kierowcą: tam są stałe stawki za trasę PKP – PKS, a dziad nam wziął podwójne pieniądze. Niestety, to starcie przegraliśmy, było blisko mordobicia, a tego nie chciałem, więc skończyło się na bluzgach i zwyzywaniu od bandytów. Kasy nie odzyskaliśmy.

Na dworcu prosimy o bilet do Władywostoku. Proszę bardzo, autobus o 14., 170¥ od osoby. Uuu, sporo. No nic, płacimy. Chwilę później, nagle okazuje się, że laska w kasie sprzedała nam bilet tylko do Pogranicznyj, potem trzeba dokupić kolejny bilet, za 500 RUB. Że co? 90 zł per osoba za przejechanie 20 km??? Ktoś nas tu ostro w konia robi! Moje wkurwienie sięga zenitu, udajemy się z powrotem do laski, „podyskutować”, ale trafiamy na mur pt. „nie poniemaju, niczewo nie znaju, idźcie stąd”. Zaczynają mi się ręce trząść. Co za szmata! Co za bandyckie miasto! Kolejna wiązanka leci w jej kierunku, chyba z bezsilności, bo co innego można zrobić? Choć trochę się człowiek wyżyje, przynajmniej jest na kim i za co.
Na dodatek zaczął padać… śnieg! Tak, tak, temperatura oscylowała leciutko powyżej zera, było pełno chmur, o śnieg nietrudno. Zaznaczam w notesiku: wrzesień, pierwszy śnieg w tym roku. Ciekawe, jaka pogoda w PL?

Idziemy do autobusu, każą ważyć bagaż. Okazuje się, że jest limit 15 kg, na osobę, u nas wypada dopłata – 200 RUB. Ręce mi opadają do piwnicy. Limit bagażu w autobusie? Ja rozumiem, że mrówki kombinują, wożą kupę rzeczy, kombinują i na granicy jest zawsze zabawa, kto kogo przechytrzy, ale turystów zwykle traktuje się po normalnemu! Co za zjebane zwyczaje! W życiu mnie jeszcze tak nie wyruchano na kasę! Wybaczcie słownictwo, ale ono najlepiej oddaje mój stan w tym momencie. Jebała was sobaka, pieprzone kitajce, właśnie położyliście kamień na swój grób. Co za naród!

Wsiedliśmy w autobus, żeby po 500 metrach wysiąść z niego. Kontrola graniczna, po chińskiej stronie. Jak stoję w kolejce, jakiś młokos w mundurze stojący na boku bierze mój paszport i ogląda go chyba z 10 minut. Podejrzewam, że w życiu nie widział tyle różnych pieczątek, a polski paszport to trzyma pierwszy raz w rękach.
Po kontroli znów pakowanie bambetli to autobusu i jedziemy. Tym razem ze dwa kilometry i po raz kolejny kontrola, tym razem rosyjska. Celniczka bierze mój paszport i patrzy, patrzy, jakby nie wiedziała co trzyma w ręku. Oho, pewnie kolejny jej pierwszy raz, tym razem z polskim paszportem. Sprawdziła każdą stronę pod ultrafioletem, czy prawdziwa, sprawdziła okładki, znalazła gdzieś tam w komputerze wzór polskiego paszportu i okładek i chyba z 5 minut sprawdzała wszystko, strona po stronie, ze dwa razy skanowała całość. Potem wzięła mój wypełniony świstek imigracyjny i wszelkie moje dane wpisała sobie cyrilicą. Stałem przy niej dobre 10 minut, na początku poważny, bo granica, pod koniec to się już otwarcie śmiałem. Służbistka, psia jej mać, sprawdzaj, sprawdzaj, na pewno paszport podrobiony, a ja to Osama i wysadzę Ci ten kiosk w powietrze.
Ta granica to jedna wielka farsa.

 

 

 

112

 

 

Na szczęście, to był już prawie koniec. Prawie, bo przed nami było jeszcze jakieś 150 km drogi i 500 RUB do oddania kierowcy za bilet, a i pogoda była taka, że psa się z domu w nią nie wypuszcza. W każdym razie, ok. północy czasu lokalnego, czyli po ponad 48h od wyjazdu z Pekinu, byliśmy już w domu u kolegi Vladimira, dla znajomych Vovy.

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 23. WŁADYWOSTOK

 

 

           Ciągle nie wierzyłem, że tutaj jestem. Miałem wrażenie, że jestem bliżej domu, po prostu w jakimś większym mieście na Wschodzie, a nie z drugiej strony kuli ziemskiej. Jechaliśmy taksówką do mieszkania Vovy i cały czas sobie powtarzałem: „kurcze, to już to, to miejsce, które zawsze chciałeś zaznaczyć jako odwiedzone, twój kraniec świata”. Mówiłem, mówiłem, ale i tak nie docierało. W sumie, to Władywostok nocą wyglądał po prostu normalnie, może dlatego. Po „egzotycznych” Chinach, miałem wrażenie, że jestem w drodze do domu i tak to wyglądało, jakbym wracał do Europy

Kolega Vladimir przywitał nas potokiem słów. Gęba mu się nie zamykała prawie w ogóle, jak z nami przebywał. Fajnie, pozytywnie, bo nie musiałem zagadywać i podtrzymywać rozmowy. A mówił o wszystkim. I o niczym.

Z racji długiego czasu podróży z Chin, zostawiał nam raptem jeden dzień, na zwiedzanie miasta. Jeden dzień to niewiele, ale z pomocą lokalnego przewodnika udało się i to. Uczynny Vova wykonał parę telefonów i okazało się, że koleżanka Katia ma czas i chęć na pooprowadzanie po mieście dwóch europejczyków. I to jaka koleżanka!

 

 

 

 

114

 

 

 

 

 

Jak przyjechaliśmy do Władywostoku, pogoda była niemal jak w Harbinie. Było przenikliwie zimno, zacinał wiatr, padał zimny deszcz, bardzo niefajnie. A podobno dwa dni wcześniej było tutaj ponad 20 stopni, co twardsi, to się kąpali w morzu. Na szczęście, słońce przypomniało sobie o swoim istnieniu i ładnie nam poświeciło na czas naszego pobytu.
I dobrze, bo w przeciwnym razie mogliśmy spisać miasto na straty. Natomiast sama aura tutaj była dziwna. Ubrałem się zgodnie z pogodą z poprzedniego dnia i zdawało to egzamin jak słońca nie było. Jak było, to nie szło wytrzymać i człowiek się roztapiał.

W sumie, to zwiedzanie Władywostoku było jedną z najmniej obfitujących w godne opisania atrakcje czynnością w czasie tej podróży. Mniej „ciekawa” była tylko jazda pociągiem. Co wcale nie oznacza, że było niefajnie. Wprost przeciwnie. W końcu zaczęło do mnie docierać to, że jestem nad Pacyfikiem :) I że rzut beretem mam do Japonii, jakaś godzina lotu samolotem! A do Korei Północnej niecałe 150 km w linii prostej, tyle, że na południowy zachód.

Tam właśnie była Japonia:

 

 

 

115

 

 

Jak mówił Vowa, Władywostok jest jak Rzym: miastem na wzgórzach. Jest w tym sporo racji, bo obszarów płaskich jest tu jak na lekarstwo. W zasadzie to morze było na płasko. Reszta, to w górę i w dół. Miało to swoje minusy, bo się trzeba było nachodzić, ale za to w zamian oferowało widoki, że ho ho!

 

 

 

 

116

 

 

 

 

Na koniec dnia uderzyliśmy na Wyspę Rosyjską, popatrzeć na kompleks Uniwersytetu Dalekowschodniego, który leży tuż nad morzem. Teraz, to wygląda bosko, a ja zastanawiam się (znów) jak tu jest w zimie!

 

 

 

 

117

 

 

 

I tyle. To był w zasadzie koniec zwiedzania i naszej wyprawy. Zostało nam jeszcze zrobienie zakupów na 69 godzin w pociągu, jutro rano dworzec i wyjazd.

Na dobrą sprawę, podróż jeszcze się nie skończyła, przed nami było jeszcze sporo oglądania z okien pociągu, bo cały Kraj Nadmorski, cała „prawdziwa” południowa Syberia. Bajkału znów nie mieliśmy jak zobaczyć, bo wg rozkładu ten odcinek mieliśmy pokonywać w nocy. Natomiast chyba czuliśmy chęć powrotu. Może nie tyle do PL, co łapaliśmy pierwsze oznaki zmęczenia materiału i życia z plecakiem. Zdecydowanie potrzebny był chwilowy odpoczynek..

Vladimir okazał się być bardzo gościnnym gospodarzem, ten dzień, przy suto zastawionym stole, dla niektórych zakończył się dość późno (tudzież wcześnie następnego dnia). Luz, mogliśmy sobie na to pozwolić, następne dni, miały być pod znakiem spania i spania.

 

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ 24. – 27. WŁADYWOSTOK – IRKUCK – MOSKWA – WARSZAWA

 

 

Tak. To był już finał. Chociaż teoretycznie, nie był to koniec wycieczki, miałem poczucie, że ten ostatni odcinek pociągiem, to już tranzyt do domu. Nawet, jeśli było do niego ponad 10 000 km i przed nami niemalże 100 h podróży. To było to przeświadczenie, które miałem na dzień przed odjazdem i w dniu odjazdu, a z którym starałem się walczyć. Bo, w końcu pewnie tylko raz w życiu będę jechał ponad 4000 km za jednym zamachem pociągiem, więc trzeba było nazbierać jeszcze trochę obrazów, wspomnień i przeżyć. A, i była to przecież podróż Transsibem, czyli sedno całej wyprawy! Usilnie zatem zmuszałem me zmysły, by skrzesały jeszcze trochę siły i rejestrowały to, co można.

Wyjazd mieliśmy o 11. czasu lokalnego. Rano, standardowo, wszystko odbywało się w biegu. Łazienka, pakowanie się, sprawdzanie wszystkiego. W imię ojca i syna, żeby czegoś nie zapomnieć.
Wpadliśmy jeszcze na pomysł, żeby powysyłać pocztówki przed odjazdem, bo przy dworcu jest poczta, a w Rosji to niemożliwe, żeby dostać znaczki gdzieś indziej. Oczywiście, z tego powodu czasu na oglądanie samego dworca było mało. Kartki wysłaliśmy, udało się, ale pod dworcem udało się zrobić jedynie parę słitfoci. Choć tyle dobrego.

 

 

 

 

 

118

 

 

 

Nie pamiętam, czy pisałem wcześniej: zwykle, jak jeżdżę na wyjazdy, to staram się z każdego ciekawszego miejsca wysłać kartkę(i) do bliskich. Częstotliwość wysyłania pocztówek zależy oczywiście od stopnia bliskości, tudzież chęci zaimponowania komuś, niemniej, traktuję ten „zwyczaj” dość poważnie, bo wiem, jak miło jest otrzymać pocztówki z dalekich krajów (i jakie ukłucie zazdrości u adresata to wyzwala ;). A potem, to mi też jest miło, kiedy, odwiedzając kogoś znajomego, zauważam kartkę wysłaną przez siebie jakiś czas wcześniej.
Oczywiście, taki postanowienie miałem i teraz. Tylko, że znaleźć w Rosji miejsce, gdzie można kupić pocztówkę, znaczek i znaleźć obok skrzynkę pocztową, to sztuka i mój wielki plan wysyłania kartki z każdego miejsca w którym się zatrzymuję nie wytrzymał zderzenia z rzeczywistością. Po prostu logistycznie urosłoby to do bardzo czasochłonnej czynności, najpierw znaleźć pocztówkarnię, potem znaczkarnię, a potem skrzynkę pocztową.
Jeden jedyny raz, gdzie tak się udało, był w Mongolii, w Karakorum. Wszystko było na miejscu, z czego skrzętnie skorzystaliśmy. Zaowocowało to godzinnym, nadmiarowym postojem, przeznaczonym na pisanie i wysyłanie i delikatną irytacją naszej załogi. I teraz był ten drugi raz.

Sam dworzec we Władywostoku podobno jest duży. Podobno, bo z zewnątrz wcale się taki nie wydaje: jest niemalże nad brzegiem morza, przez co jadąc miastem w jego kierunku patrzy się na niego z góry, no i całość sprawia wrażenie czegoś wciśniętego pomiędzy inne budynki. Nie ma co porównywać do molochów jak w Nowosybirsku, czy Jekaterinburgu. Podobno, bo nasz pociąg odjeżdżał z peronu pierwszego, a więc stał zaraz przy budynku dworca. Przez to wszystko, nie jestem w stanie stwierdzić, czy to podobno jest prawdą, czy nie.

 

 

 

 

 

119

 

 

 

 

W pociągu poczułem się jak stary wyjadacz. Ogarnięcie się, po zajęciu swojego miejsca, zajęło mi dosłownie 5 minut. Klapeczki, spodenki przygotowane, jedzenie i picie pod ręką, chusteczki tablety, ładowarki i inne duperele też ogarnięte, ale to tak, że plecaka, który był ładnie zapakowany w skrzyni pod łóżkiem, nie dotykałem aż do wyjazdu. Normalnie, bohater! Z wyższością patrzyłem na tych wszystkich lamusów, co nie byli aż tak fantastycznie przygotowani.

:)

Zastanawiałem się, jak będą wyglądały widoki za oknem. Wiecie jak? Jak w Polsce. Różnica była taka, że przez pierwszą godzinę jechaliśmy wzdłuż brzegu morza. Ale Kraj Nadmorski to nie Syberia. W słońcu (a pogoda była prześliczna), wygląda to ładnie, ale oglądania styka po 15 minutach. Po prostu, nic nowego. Powtórzę, to nie Syberia, gdzie w okno można się gapić godzinami, cały czas z otwartą gębą i strużką śliny cieknącą z kącika.

Zauważyłem też, że tak się przyzwyczaiłem do jazdy, że czas zaczął inaczej płynąć. I to od samego ruszenia pociągu. A wyglądało to tak, że siedzę chwilę, patrzę za okno, potem chwilę piszę, partyjka w karty, papieros, potem znów chwilę za okno, niby nic, ale patrzę na zegarek i 5 godzin minęło i jestem 300 km od Władywostoku! Odkryłem to wtedy, gdy spojrzałem na zegarek i mój mózg zdziwił się: „to JUŻ ta godzina?!?”. Zacząłem chwilę analizować to, porównywać z moimi odczuciami z pierwszego odcinka jazdy, z Moskwy, do Nowosybirska. Nie doszedłem do żadnej konkluzji – tam były momenty, że jazda się dłużyła, ale nie wiem dlaczego, nie robiłem w zasadzie nic innego. Ani filmu nie włączyłem, ani nie siedziałem w Internecie, ani nie grałem, czyli zero zabijaczy czasu. Po prostu.

Wieczorem, pierwszego dnia, dojechaliśmy do Chabarowska. Miasto dla nas o tyle istotne, że było najbardziej na wschód wysuniętym punktem naszej podróży – 135°E (Władywostok jest na 131,5°E, Warszawa na 21°E). Znaczące jest też to, że wyjeżdżając z miasta przejeżdża się nad Amurem. Nas, przyjemność oglądania tej przeprawy, niestety, ominęła. W nocy, po prostu, nic nie widać. Kolejna rzecz, bo Bajkale i Mongolii, której nie mogłem podziwiać z okna pociągu. Niestety, słońce czasem zachodzi i nastaje noc.

 

 

 

 

 

120

 

 

 

 

Cały czas było ciepło. Nie mówię, oczywiście, o pociągu, gdzie, zgodnie z zasadą „smród jeszcze nikogo nie zabił, a zimno całą armię Napoleona”, panował słodkawo-ciepły zaduch, ale o temperaturze powietrza na zewnątrz. O godzinie 23. lokalnego czasu, można było bezproblemowo wystać w krótkich spodenkach i klapkach na stacji, zrobić parę zdjęć, zapalić fajkę i nie zamarznąć. To w nocy; w ciągu dnia było bardzo przyjemnie i na dobrą sprawę, dopiero w Irkucku trzeba się było porządnie ubrać.

Sama jazda była bardzo przyjemna. Przede wszystkim ze względu na inaczej płynący czas. Dwa, przez to, że w końcu zrobiłem użytek ze złodziejki i power banków, które wiozłem ze sobą i mimo dostępnego tylko jednego gniazdka na cały wagon, miałem cały czas dostęp do energii, a co za tym szło, ciągły dostęp do mobilnego centrum rozrywki w postaci tabletu. Na dodatek Internet działał, więc już w ogóle nie miałem problemu z zagospodarowaniem czasu. Piękna sprawa.

W przeciwieństwie do poprzednich odcinków podróży, tym razem pasażerowie obok zmieniali się bardzo często. W zasadzie to nikt, z naszej sekcji w wagonie, nie jechał z nami dłużej niż 24h.

Co ciekawe, dość często słyszałem inny język, niż rosyjski. Na pewno nie był to ani chiński, ani mongolski, choć śmiem twierdzić, że do mongolskiego podobny trochę. Jechało z nami nawet paru muzułmanów, ale raczej mało religijnych. Co prawda witali się „salem alejkum”, ale potem łoili wódę. Byli nawet tak mili, że po zapoznaniu się, na wódę zapraszali. Niestety, nie skorzystałem.

 

 

 

 

121

 

 

Nie było natomiast jakiejś większej integracji z współpasażerami. Poniekąd z racji dużej rotacji. Jakiś kontakt wzrokowy (skądinąd zawsze pozytywny, nie było wrogiego patrzenia z byka w stylu „co się, luju, gapisz?”), jakieś zdawkowe wymiany zdań, ale bez głębszego nawiązywania znajomości. Nie nudziłem się, więc nie przeszkadzało mi to za bardzo.
Oczywiście, jak to w długiej podróży, standardowo rozregulował mi się zegar biologiczny. Już nawet nie zwracałem uwagi, czy jest jasno, czy ciemno. Jak chciało mi się spać to spałem, jak nie chciało, to brałem Kindla do ręki, włączałem książkę i po paru stronach czytania też spałem. W nocy przydawała się też mocno lampka czołówka, do czytania, jak się już wyspałem.

Po pierwszej nocy coraz więcej czasu zacząłem spędzać przy oknie: zaczęła się znów Syberia.

 

 

 

 

122

123

 

124

 

 

 

Współczuję lokalnym zimy, ale zdecydowanie, w lato jest tutaj przepięknie!

… po czym wjeżdża się do takich miejsc, jak poniżej i piękny obraz pryska :) Witamy w sowietach!

 

 

 

 

125

 

 

 

 

 

W pociągu, w każdym wagonie jest samowar z wrzątkiem. To też implikuje dietę podróżniczą: w użyciu jest suchy prowiant, zupki chińskie i herbata. Abstrahując od cen jedzenia w Rosji, dużo droższego niż w PL, zupki i inne potrawy instant, w formie sproszkowanej, są bardzo popularne w Rosji. W zasadzie w każdym sklepie można znaleźć dedykowaną półkę z takim jedzeniem.
Każdy z Was pewnie jadł w życiu zupkę chińską. A czy ktoś jadł chińską zupkę chińską? Z myślą o podróży z Władywostoku, będąc jeszcze w Chinach, zakupiliśmy parę sztuk, by uroczyście dokonać degustacji jadąc. I doznałem szoku! Niesamowite, że zupki w proszku mogą się tak między sobą różnić! Te, które można dostać w Polsce, to zwykłe popłuczyny do oszukania żołądka. Bo ani się nimi nie najesz ani nie są smaczne. Tymi tutaj też się nie dało najeść, ale za to miały smak! I nawet tak, z pozoru, banalna rzecz, jak kawałki suszonego mięsa i warzyw w niepozornym woreczku, po napęcznieniu we wrzątku robiły różnicę i przede wszystkim treść w samej zupie.

Niektórzy podróżujący mieli swoje sposoby na suchy prowiant.

 

 

 

 

126

 

 

 

 

Drugiego dnia podróży, do naszego wagonu wsiadła spora ekipa rosyjskich poborowych. Oprócz tego, że w mundurach i z wiktem i oprzyrządowaniem wojskowym, to niewiele się wyróżniali. Oczywiście przeszło mi przez głowę kilka myśli w wiadomym, putinowym i polityczno-sytuacyjnym temacie, zacząłem się zastanawiać jak Ci młodzieńcy podchodzą do tematu, ale chwilę potem wytłumaczyłem sobie, że mając 19 lat i musząc być karnym, człowiek nie myśli za dużo, swoje poglądy chowa głęboko i mówi jednym głosem z organizacją, w której się znajduje.

 

 

 

 

127

 

 

 

 

Ostatnia noc w pociągu minęła szybko. Cała podróż minęła szybko. W Irkucku był pierwszy, napotkany przez nas mróz. Cóż, idzie zima. Kalesony się przydały, szczególnie, że wysiedliśmy o 6. rano, gdy na zewnątrz było jeszcze ciemno.
Lot do Moskwy mieliśmy o 13., więc mieliśmy sporo czasu i 3 doby w pociągu za sobą. Wcześniej ugadałem się z koleżanką Nadią, u której spaliśmy dwa tygodnie wcześniej, że zajrzymy, skorzystamy z porządnej łazienki i odpoczniemy chwilę po podróży. Może się to wydać śmieszne, ale po takiej ilości nicnierobienia i spania, człowiek jest zmęczony!
I znów doceniłem porządny kibel i wannę. Świetna sprawa z tym zamelinowaniem się nawet na parę godzin.

Na lotnisku, po raz kolejny zderzyłem się z „uprzejmością” pań obsługujących pasażerów. Chciałem ładne miejsca przy oknie, żeby poobserwować Syberię z wysokości, więc przy oddawaniu bagażu zaznaczałem to bardzo głośno. Okazało się jednak, że pani odprawiająca loty międzynarodowe nie mówiła po angielsku, ale nie miała najmniejszej ochoty zareagować prostym „nieponiemaju” na mój pięciominutowy słowotok, że chcę wybrać miejsca. Łaskawie przestała mnie ignorować i oznajmiła to dopiero, jak już drukowała karty pokładowe z losowo wybranymi miejscami – dostaliśmy miejsca osobno, w innych rzędach, jedno miejsce w środku, drugie przy oknie, ale na samym skrzydle. I tak to właśnie jest, jak czyjaś wrodzona wredność zabiera Ci jedyną w życiu okazję na takie widoki.

Samolot był pełny, co też jest dziwne, zważywszy, że był to trzeci lot z Irkucka do Moskwy tego dnia.

1:05 h później, czasów lokalnych, byliśmy w Moskwie.

Tam mieliśmy jakieś 5 godzin czekania na samolot do Warszawy. Za mało czasu, żeby jechać do centrum. Na moje nieszczęście, w samolocie z Irkucka zaczęła mnie głowa boleć i to ona dyktowała warunki tego, jak miałem spędzić resztę dnia. W Moskwie spędziłem go na siedzeniu z głową w pozycji horyzontalnej i staraniu się wytrzymać. Ja i ma migrena, na dobre i na złe.

Obłożenie samolotu z Moskwy do Warszawy wynosiło 50%. Tutaj mi się udało, bo większą część lotu mogłem spędzić w pozycji horyzontalnej, a przy okazji miejsca przy oknach były dostępne z dwóch stron – okazało się, że pan pilot zrobił nam niezłą niespodziankę wizualną. Przyatakował Warszawę od południowego wschodu, przeleciał nad całą, doleciał aż nad Nowy Dwór Mazowiecki, tam zawrócił i wylądował na Okęciu od strony północnej. A my przez ten czas mogliśmy obserwować Warszawę po zmroku, z lotu ptaka. Każdemu tego życzę! Miód i orzeszki, piękne zwieńczenie wyprawy! A, w ogóle najciekawsze dla mnie było to, że po raz pierwszy w życiu lądowałem na Okęciu od strony północnej!

Mijała 89. godzina podróży. Już ostatnia.

Na tym kończy się relacja z wycieczki. Następny dzień zaczął się pobudką o 3. rano, nieudanymi próbami ponownego zaśnięcia, czyli przewracaniem się z boku na bok; kolejne dni to mozolne wracanie do rzeczywistości i do prozy życia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Buźka!

Dawid Wolański

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

newsletter

newsletter

syberia

" Drugiego dnia podróży, do naszego wagonu wsiadła spora ekipa rosyjskich poborowych. Oprócz tego, że w mundurach i z wiktem i oprzyrządowaniem wojskowym, to niewiele się wyróżniali. Oczywiście..."

więcej

syberia

"Jedziemy, jedziemy (...) . Nikt się za specjalnie nie integruje, turystów nie ma w naszym wagonie w ogóle. Za to klimat robią rosyjskie hity ludowe lecące z nieściszanego głośnika. Wziąłem ze sobą swoją muzykę, ale w tym pociągu chyba jej nie posłucham..."

więcej

SONY DSC

"Idąc do kolejnych świątyń, przyłączyli się do nas tubylcy, oferując pomoc w oprowadzaniu. To bardzo powszechne...Jeden chłopiec jednak zrobił na mnie wrażenie. Nie wiem, ile mógł mieć lat, może 10-12, świetnie mówił po angielsku i francusku...."

więcej

zdjęcia45

System szkoły togijskiej różni się bardzo od systemu polskiego szkolnictwa. Jest on na pewno na dużo niższym poziomie, ale na tyle, na ile „potrafi”, tak sobie radzi. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, by dzieci w Afryce miały dostęp do szkoły...

więcej

afryka2

Wyprawa do Afryki - czyli Muzungu wokół Jeziora Wiktorii - CZĘŚĆ II. Kolorowy kurz dalej wdzierał się przez brakujące szyby i malował wszystkich pasażerów, zwłaszcza tych siedzących z przodu. Zęby od tego zgrzytały, a ślina przybierała gęstość czekolady...

więcej