Statkiem na stopa-Madagaskar II

 

Ostatnia część reportażowej podróży na czarny ląd.

Lektura przenosząca na jedną z największych wysp Świata :

 

- Czerwony Madagaskar – Sierpień 2013 r. – Część II -

 

 

MOROMBE

           

              Kiedy rano wyszliśmy przed hotel w Morombe, zobaczyliśmy miasteczko rozciągnięte wzdłuż jednej ulicy wypełnionej piaskiem, bo o asfalcie w tym miejscu można pomarzyć. Chociaż trzeba przyznać, że w centrum miasta jest 300 metrów gładkiego asfaltu, ale przykrytego już warstwą naniesionego piasku. Hotelowa restauracja nie była czynna, a sąsiednie trzeba dopiero sprawdzać, żeby w ogóle zdecydować się tam zjeść. Jedno, co wiedzieliśmy, to to, że w Morombe jest siedziba diecezji katolickiej, w której ordynariuszem jest Polak, bp Zygmunt Robaszkiewicz. Każdy na ulicy wskazał nam katedrę katolicką. Kiedy tam dotarliśmy, wcale okazałością nie przypominała Matki Kościoła diecezji, ale był to skromny zawilgocony budynek. Obok nieco wyższy dwupiętrowy budynek mieszkalny. Spotkaliśmy tam pracownika kurii i proboszcza katedry. Niestety nie można było z nimi porozmawiać, bo nie mówili ani po angielsku, ani po polsku. My natomiast nic po francusku, ani malgasku. Wytłumaczyli nam, że biskup jest w trasie i wróci za kilka dni, ale przez komórkę wezwali kogoś, mówiąc, że jest jeszcze ksiądz z Polski. O. Joachim Leszczyna ze zgromadzenia Świętej Rodziny, pracuje tutaj pięć lat i jak się okazało, jest tylko trzy tygodnie ode mnie młodszy. Ucieszył się, widząc rodaków, a my jeszcze bardziej, spotykając rówieśnika na krańcu świata, który powtarzał, jak piękny jest Madagaskar i jak bardzo mu się tutaj podoba. To na pewno imponowało. Zaprosił nas do siebie i poczęstował zimnym THB. Zaczęliśmy opowieści z dwóch stron, my o tym, jak znaleźliśmy się w tym miejscu. Opowiadając o naszym czasie przejazdu, podśmiechiwał się, wiedząc dobrze, jak mogło to dla nas wyglądać, przemierzając tę trasę po raz pierwszy. W jednym byliśmy zgodni, tak samo nam po dwóch tygodniach i jemu po pięciu latach podobał się Madagaskar. O. Joachim pochodzi z wioski pod Gliwicami. Po święceniach tylko rok pracował na parafii w Polsce, potem roczny kurs języka francuskiego w Lyonie i Madagaskar w tej diecezji. Po obiedzie w domu biskupim, pokazał nam całe miasto, obwożąc dookoła. Morombe znaczy szeroki brzeg, co niewątpliwie bardzo pasuje do szerokości plaży w tym mieście. Taki koniec świata. Oprócz niego i biskupa, mieszka tu jeszcze kilku białych, jak choćby Niemiec, który prowadzi firmę w Abu Dhabi, zarabia duże pieniądze, a mieszka w mieście bez dróg asfaltowych i bardzo często z wyłączaną energią. Zresztą, prąd dla miasta jest produkowany przez agregator spalinowy. Nie ma żadnej innej linii energetycznej. Stąd też prąd jest bardzo drogi i niewielu może sobie na niego pozwolić. Miasto ma swój urząd miejski, sąd, szkoły, w tym jedną prowadzoną przez siostry zakonne. Szkoła ta mieści się przy katedrze. Jest tutaj także więzienie. Wspominany Niemiec ożenił się z Malgaszką i nie ma zamiaru stąd wyjeżdżać do bogatej Europy. Co jakiś czas jeździ do swojej firmy, która zarabia na niego pieniądze, których nie jest w stanie wydać, mieszkając w tym miejscu globu.

 

           

              Wieczorny spacer po plaży, dał możliwość poznania piękna tego miejsca. Zachód słońca, jakich mało na świecie. Cała plaża zastawiona małymi łódeczkami, dającymi życie tutejszym mieszkańcom. Jest w Morombe takie powiedzenie odzwierciadlające mentalność ludzi: „Dopóki jest woda w oceanie, dopóty będziemy mieć z czego żyć”. Stąd też mieszkańcy nie przejmują się za wiele perspektywami, jakie niesie postęp cywilizacyjny. Codziennie łowią ryby, które sprzedają i od razu przejadają pieniądze. Kolejny dzień to samo, bo skoro jest woda w oceanie to i życie będzie. Wydaje się, że niczym poza tym się nie przejmują. W kilku miejscach  stały rozstawione, drewniane konstrukcje, które wskazywały, że trwa budowa jakichś większych łodzi. Plaża była też jednym, wielkim wysypiskiem śmieci i gdyby mieli większe możliwości produkowania śmieci, pewnie nie byłoby gdzie przejść. Poza tym jest ona też wielką toaletą, udało się nawet zobaczyć młodego mężczyznę, który bez żadnych zahamowań, kucał, robiąc poważną sprawę. Spacerując, trzeba było tylko uważać, żeby nie zaliczyć takiej miny.

            Wieczorem małe, jednoczące posiedzenie wśród Polaków, z ostatnią naszą buteleczką polskiego czystego krupnika. Szkoda tylko, że nie było w naszym gronie biskupa, ale może jeszcze będzie okazja do poznania tego misjonarza.

            Kolejny dzień był niedzielą, zatem o 6:30 stawiliśmy się w zakrystii w katedrze i pewnie gdzieś o siódmej, rozpoczęliśmy niedzielną służbę Bożą w pięknej koncelebrze- dwóch turystów, Joachim i Roland- proboszcz katedry. Szef sprawował jako główny, my tylko reagowaliśmy według liturgicznego schematu. Kościół był wypełniony po brzegi, było około pięćset osób. Oczywiście, mały chórek animujący śpiew, czytanie komentarzy, liturgia słowa, obstawiona z inicjatywy świeckich. Organista miał keyboard z odpowiednio włączonymi rytmami. To, co u nas w Polsce jest całkowitą powagą, tutaj ma rytmy, ruszające człowiekiem na prawo i lewo. Nawet wtedy gdy śpiewa się: Święty, Święty, Święty… Cały śpiew budził nasze zadowolenie i uśmiechy na twarzy. Był tak żywiołowy i tak wiele wyrażał, że można się było zachwycać. Jedyną funkcją, jaką bezpośrednio podjęliśmy, było rozdawanie Komunii świętej. Ludzie podchodzili procesyjnie i prawie wszyscy z kościoła przyjęli na rękę Najświętszy Sakrament. Na koniec ogłoszenia parafialne przeczytała jedna z członkiń rady parafialnej, a po niej swoje słowo miał przewodniczący tejże rady. Wyznaczył nowe osoby do animowania liturgii w tygodniu i nowe obowiązki dla mieszkańców przy budowie nowej katedry. Nikt absolutnie nie protestował, zresztą, robił to z taką gracją i humorem, że wiele z tego było odbierane śmiechem. Na koniec pozdrowił nas, składając życzenia. Odpowiedziałem tą samą serdecznością, przemawiając do ludzi, że Madagaskar ma swoje tajemnice, które chcieliśmy odkryć. Po pierwsze to, że wszyscy są młodzi sercem i dlatego zaprosiłem wszystkich na kolejne spotkanie młodzieży do Krakowa. Zostało to przyjęte salwą śmiechu i brawami, także możemy się spodziewać, że być może ktoś się wybierze… Drugą tajemnicą jest to, że wiem, dlaczego tak często się uśmiechają, ponieważ dużo czasu poświęcają Panu Bogu. Joachim, tłumacząc wyjaśnił, że w Polsce po godzinie ludzie są znudzeni, a tutaj dwie godziny i chętnie by jeszcze siedziano, śpiewano, albo żartowano. Serdeczność to ich drugie imię. Na koniec zareklamowaliśmy jeszcze Piotra, bo skoro jest kawalerem, to może znajdzie się dla niego jakaś dziewczyna. To dopiero zostało odebrane ogromem śmiechu i brawami dla niego. Ale być może…

            Po tych wszystkich przemówieniach i skończonej Eucharystii, kiedy staliśmy przed zakrystią, podeszły do nas trzy starsze kobiety, oczywiście przypisaliśmy to od razu ostatniemu ogłoszeniu wolności i dyspozycyjności Piotra, ale babcie chciały potwierdzić ofertę u swoich wnuczek. To, co dla nas było jeszcze zdziwieniem, to starszy mężczyzna, który podszedł do o. Joachima i stwierdził, że zna nas z opowieści swojej córki, która jechała tym samem autobusem do Morombe, co my. Zrobiliśmy niewinną minę, a on śmiał się z tego, jak córka opowiadała mu, że głośno śpiewaliśmy w autobusie, próbując wymusić malgaski śpiew.

 

        

              Po śniadaniu, Joachim zabrał nas do nadmorskiej wioski Andavadoaka, oddalonej jakieś 45 km od Morombe. Droga wiodła przez las i kilka biednych malgaskich wiosek. Miejscowość, w której znajduje się szpital, prowadzony przez Włochów i szkoła nurkowania, do której zjeżdżają sie chętni  z całego świata. Ale oprócz tych instytucji zbudowanych przez białych, wioska jak na końcu świata, domy jak wszędzie z kołków oblepionych błotem z płotami wokół nich. Tamtejszy proboszcz podjął nas obiadem, a kucharka miała małe pretensje do Joachima, czemu nie powiedział, że będą biali, bo wtedy lepiej by się przygotowała. Jej kompleks pokazuje jakiś ogół podejścia do vazahów. Spacerowaliśmy po tej wiosce, która ma swoją przyszłość ze względu na niedaleko położone rafy koralowe, dodatkowo właśnie ściąga nurków, a przy tym biali przywożą pieniądze. Tylko, że większość tych pieniędzy idzie do kieszeni jednego właściciela i pomysłodawcy tej szkoły, który notabene, idąc dalej w swoich inwestycjach, przesiedlił ludzi miejscowych z niedalekiej wyspy i wybudował tam hotel. To tak, jakby kupił sobie wyspę. Wodę pitną dowozi statkiem, bo tutaj nie da się wykopać studni. Po prostu wyspa jest za mała. Tak na oko to jakieś 4 km obwodu. Ale takie fantazje można śmiało spełnić nawet tutaj. Mieć swoją wyspę tylko za cenę przesiedlenia kilku ludzi. To jakby nowego mercedesa kupić za przysłowiową flaszkę wódki.

            Zrobiliśmy sobie mały wypoczynek na tarasie restauracji w szkole nurków, rozkoszując się zimnym THB. Wracając stamtąd, jak zwykle zaczepiały nas dzieci, ale jedno co rzuciło się w oczy, to kilka dziewczynek, siedzących przy małych kamieniach rozłożonych na plaży. Mieliśmy okazję zapytać Joachima co to za gra, myśleliśmy że to sztole, ale okazało się, że to inna zabawa. Polega na tym, że dziewczyny wymyślają sobie jakąś historię i przekładają te kamienie według treści, jakie sobie przekazują. Wygląda to tak: rano wstałam, poszłam do sklepu, poszłam kupić kilka ryb na jarmark i przestawia swój  kamyk w miejsce, gdzie się znajduje w swojej opowieści. Kolejne czynią tak samo. I tak siedzą sobie godzinami, opowiadając tego typu historie. Gdy wracaliśmy, do naszego starego 30-letniego land rovera biskupa, dosiadł się kleryk, będący w Andavadoaka na praktyce oraz jakiś mieszkaniec. Udało sie dojechać w godzinę. Był już wieczór, kiedy uzupełniliśmy lodówkę biskupa i zamówiliśmy sobie kanapki na podróż, dalej okazało się, że nasze kombinowanie z transportem do Morondavy, będzie miało jeszcze inny przebieg, niż w ogóle zakładaliśmy lub marzyliśmy. Przyjeżdżając do Morombe, myśleliśmy, że wynajmiemy samochód, który nas tam zawiezie. Nawet ni stad ni zowąd, zgłosili się przed hotel tacy chętni. Mieli już sygnał w Toliarze w autobusie, że będzie trzech białych, chcących jechać dalej. Ale Joachim powiedział o możliwości wynajęcia nam łódki. Przewodniczący rady parafialnej miał się tym zająć. Wieczorem w niedzielę okazało się, że w poniedziałek rano płynie statek żaglowy do Morondavy i na pewno nas zabierze. Zatem pojechaliśmy do kapitana. Okazał się nim Francuz, który zbudował sobie taki stateczek do przewożenia towarów i zarabia na nim, mieszkając na Madagaskarze. To jakiś ewenement, bo pewnie we Francji mógłby więcej zarobić, ale z pewnością jego to wcale nie interesowało. Z powiedzianej wcześniej ceny 15 tys. ariary za osobę, zrobiło się 100 tys., ale to i tak taniej, niż każdym innym środkiem lokomocji. Poza tym z zapewnień, że dopłyniemy w dzień, zrobiły się możliwe trzy dni. To wszystko zależne od wiatru. Nie mieliśmy zbytnio wyjścia. Twarde- bierzemy, przybicie „łapy” i o czwartej rano meldujemy się w wyznaczonym miejscu.

 

 

 

STATEK

 

            W niedzielę wieczorem serdecznie pożegnaliśmy się z Joachimem i oczywiście zaprosiliśmy go do siebie, do Polski. Powiedział, że podczas następnego urlopu w marcu, będzie także zbierał pieniądze na swoją misję w Rzeszowie. Jest ekonomem diecezji i m.in. na jego barkach spoczywa jakaś odpowiedzialność  za budową nowej katedry. Poprzednia jest z 1935 roku, wybudowana przez Szwajcarów zakładających misję w tym miejscu. Obecna świątynia, jak i całe podwórko katedralne, zostały w marcu bardzo zniszczone przez cyklon. Stąd na nieco wyższym terenie podjęli próbę budowy nowego kościoła.

            Rano o umówionej porze, byliśmy w wyznaczonym miejscu plaży, ale ani widu, ani słychu. Nikogo nie ma. Próbujemy gwizdać, a tu nic. W oddali na morzu widać tylko dwa małe światełka, jakby pokazujące górne granice masztu. Po chwili jednak podpłynęła mała łódeczka z kapitanem, zapraszającym do środka tylko jedną osobę. Potem my z Piotrem i w ten sposób siedzieliśmy na statku. Była to niewielka łajba z czterema masztami. Dostaliśmy dla siebie kajutę na długość naszego wzrostu, na nas trzech szeroką i wysoką na jakieś pół metra. Były takie dwie na całym pokładzie, pierwszą, nieco większą zajmował kapitan z innym Francuzem, który z nim podróżował, a drugą właśnie my. Około dziesięciu osób- Malgaszów z obsługi- dostało miejsce, gdzie tylko chcieli, bo statek był pusty i dopiero płynął po towar. Dla nas to jakaś nowość w podróżowaniu. Co prawda terminowo nam nie wychodziło i objazd Madagaskaru musiał zwolnić, ale w takim miejscu nie mamy wyjścia. Po prostu wjechaliśmy w teren, gdzie nie ma komunikacji. Rano było bardzo zimno. Odpłynęliśmy może kilka kilometrów i staliśmy następne parę godzin, wpatrując się w domy Morombe. Niestety nie było wiatru. W głowie przelatywały nam myśli, że jak tak dalej pójdzie, to odległość 200 km przepłyniemy nie w trzy, ale w pięć dni. Zapewnienia, że po południu popłyniemy z wiatrem, okazały się prawdziwe. Ruszyliśmy z kopyta, a raczej z podmuchem wiatru i to nawet nabierając prędkości. Na statku nie ma za wiele co robić, zatem radziliśmy sobie spaniem, wymyślonymi  grami z wyrazem na ostatnią literę poprzedniego itd. Zachód słońca był bardzo piękny i zadziwiający. Zresztą, czuć coś takiego na wątłej, towarowej żaglówce. To jakby po piracku, przyczepić się do pierwszego lepszego kursu. Pokładowi Malgasze mieli co robić, bo cały czas przestawiali żagle, żeby tylko lepiej wiało i stateczek nabierał prędkości. Poza tym, zajmowali się łowieniem ryb. Co prawda, pierwszy dzień nie przyniósł żadnych sukcesów, ale kolejnego dnia jedliśmy już jakiegoś małego rekina. Pod wieczór nasz kapitan oznajmił, że przepłynęliśmy tylko 55 km, a przy największych prędkościach, osiągaliśmy 9 km/h. Płynęliśmy cały czas, trzymając się wybrzeża, jakby przymocowani i ciągnięci liną brzegu na północ Kanału Mozambickiego. Toaleta od razu została nam nie tyle wytłumaczona, co pokazana. Sikamy za burtę, jak i inne sprawy załatwiamy w ten sam sposób. O ile z tą pierwszą czynnością nie było żadnego problemu, to jakoś trudno było sobie nawet wyobrazić drugą czynność. Ale zostawiliśmy ją na noc, tak planując działanie własnego organizmu, żeby nie przyniósł jakichś niespodziewanych potrzeb świecenia tyłkiem w dzień, w pełnym słońcu. Zresztą, nie było się czym martwić, rano za jedzenie mieliśmy zupę ryżową, gotowaną oczywiście na wodzie. W południe obiadek to miska ryżu z dawką warzyw. Wieczorem natomiast jakieś kawałki ryby z pewną miską ryżu. W kolejnych dniach była powtórka. Stąd pewnie wystarczy na kilka miesięcy, jeśli nie lat. Dla miejscowych to codzienny posiłek, dla nas nie lada atrakcja jeść tyle razy dziennie ryż i uśmiechać się przy tym, bo odmawiając nie ma się  żadnej alternatywy. Złowiona w drugi dzień rybka, obdzieliła wszystkich swoim mięsem i chociaż raz obeszło się bez ryżu.

               Takie żeglowanie na niewielkim czteromasztowym statku towarowym, nawet się nie śniło, ale niewątpliwie dostarczyło wielu atrakcji, bo było coś pokonane po raz pierwszy. Widać było kunszt i podporządkowanie czarnych marynarzy białemu kapitanowi i zarazem amatorowi tego statku o legendarnej nazwie Jack Straw. Chociaż statek nie posiada żadnych mechanizmów nawigacyjnych, to w ręku marynarza przy drewnianym sterze widać było kompas. Natomiast kapitan był w posiadaniu profesjonalnej nawigacji dla statków morskich. Mimo, że ogromna nuda, czas i tak leciał w miarę szybko. Jedzenie trzeba było celebrować, choć na nasze miski czekali Malgasze. Małe płukanie w wiadrze słonej wody i naczynia szły dalej. Czuliśmy się jak doświadczone wilki morskie, żeglując kilka dni jako autostopowicze, albo bardziej piraci, pokojowo załapani na pusty kurs na północ Madagaskaru. Woda szumiała cały czas i w dzień i w nocy, zmieniała się tylko siła wiatru. Naprężone żagle pozwalały na optymistyczne myśli, że wyrobimy się w trzech dniach, a nawet pojawiła się taka nadzieja, że skoro drugi dzień był cały z wiatrem, to i pod żaglami uda nam się pokonać ten dystans w dwa dni, a na pewno niewiele trzeba będzie trzeciego.

 

           

           Atrakcją drugiego dnia żeglowania były wieloryby. Te ogromne morskie ssaki towarzyszyły nam przez kilka godzin, w małej części wynurzając swoje ogromne cielska. Przez dłuższy czas ze wszystkich stron statku można się było rozkoszować tym widokiem. Z daleka poznać ich można po wydmuchiwanej wodzie. Fontanna ta bardzo szumi, co przyciąga wzrok. Mają tutaj ciepłe wody, zatem przypływają na czas godów. 

            Nasze żeglowanie to niemałe doświadczenie, pierwszy raz w życiu dostała się nam taka szansa. W dodatku nie jest to jakiś wypasiony statek, naszpikowany elektroniką, ale prosta drewniana łajba, która pod pokład może zabrać jakieś czterdzieści ton towaru. Łajba, która spełniała fantazje Francuza i dawała pracę dziesięciu Malgaszom. My tylko przypadkiem załapaliśmy się do pirackiej drużyny Jacka Strowa, ale na nasze szczęście, miłe i wypoczynkowe dni dodały dużo energii. 

  

 

MORONDAVA

 

             Spędzić na statku dwa dni jako pasażer, to znać w pełni pojętą nudę, zwłaszcza, gdy nie ma się żadnej roli marynarskiej. Nic bardziej mylnego. Czas leciał bardzo szybko, mimo, że dookoła ten sam widok – ocean, ocean i ocean… Jakoś te same widoki nie zachęcały do ziewania i narzekania, że nic się nie dzieje. Obserwowanie kunsztu marynarskiego Malgaszów, pokrzykujących na siebie, jak zmieniać żagle według lekkiego podmuchu wiatru, napawała optymizmem, że im także zależy na tym, żeby jak najszybciej dotrzeć do celu. Kapitan był cichym człowiekiem i tak naprawdę przez dwa dni nie byłem świadkiem ani jednej komendy wydawanej swoim marynarzom. Jakby statek został pozostawiony ich opiece i zaufaniu. Wiedzieli dobrze, co zrobić nawet z najmniejszym podmuchem litościwej siły natury. Czasami dało się zauważyć, jak sternik wyciągał kompas i ustawiał kurs do latarki, ale częściej wznosili głowy do gwiazd, jakby tam szukali swoich kompanów od nawigacji morskiej. Wszystko to nie tylko w zgodzie i z wykorzystaniem sił natury, ale w zgodzie i ciągłości z siłą marynarskiej tradycji.

            Wczesnym rankiem zawinęliśmy do Morondavy. Wpływ do portu nie był taki prosty. Wymagał zdjęcia z pokładu niewielkiej pirogi, podpieranej drewnianą żerdzią i sprawdzenia głębokości, gdzie dokładnie można wpłynąć w rzekę, prowadzącą do portu załadunkowego w Morondavie. Wytyczona przez naszych specjalistów trasa, była bezbłędna. Bez problemów, ale bardzo powoli wpłynęliśmy najpierw w zatoczkę, mijając się z podobnymi jednostkami,  wypływającymi z załadunkiem ryżu, czy piwa THB. Ze zwiniętymi żaglami, ciągnięci przez siłę mięśni trzech naszych marynarzy, siedzących w małej pirodze i ciągnących proporcjonalnie ogromną jednostkę, dobiliśmy do portu. Żegnając się uściskiem dłoni, z plecakami na sobie, opuściliśmy nasz pokład, który służył przez ostatnie dwa dni nie tylko za środek transportu, ale także za dom. Statek pierwszy  opuścił Francuz, który dzielił komnatę z kapitanem. Okazał się profesorem ekonomii w Lyonie. Elegancką walizkę przerzucił na brzeg i wypalił do przodu, nie chcąc być przez nikogo odprowadzany. Płynął na statku od samej Toliary. My bardziej czule machaliśmy naszym braciom morskiej doli, wychodząc przez bramy niewielkiego portu w Morondavie. Pytając o hotel, trafiliśmy do parafii Saletynów, gdzie proboszcz świetnie mówił po włosku. Tam zakotwiczyliśmy na jedną noc.

 

 

            Miasto okazało się bardzo miłym, morskim kurortem, gdzie nie brakowało białych turystów, przeważnie przyjeżdżających wynajętymi samochodami ze stolicy. Zresztą, plaże miały co zaoferować, czysty, prawie biały piasek i spora szerokość. Wiele hoteli i domków bungalowych z eleganckimi restauracjami. Bary, pobrzękujące wieczorami rytmami muzyki popularnej, czyniły to miasteczko równe niejednemu kurortowi nadmorskiemu na globie. Tylko tyle, że to był daleki Madagaskar, który dopiero zdobywa zaufanie turystyczne świata. Na razie brzmi może egzotycznie, ale pewnie w niedalekiej przyszłości i to powinno się zmienić.

Wieczorem, proboszcz i zarządca całego zaplecza duszpasterskiego Saletynów w jednej osobie, zaprosił nas na kolację z miejscowym biskupem. Mario jest 45-letnim mężczyzną z Madagaskaru, od trzech lat sprawuje swoją funkcję ordynariusza diecezji Morondavy. Bardzo sympatyczny człowiek, władający nieco włoskim i angielskim, nie wspominając o swoim malgaskim i francuskim. Było to spotkanie na cześć przełożonego Karmelitów. Na tę małą imprezę przed domem biskupim, zjechali się wszyscy miejscowi księża i siostry zakonne. Można było tam spotkać cała misyjną Europę i nowe powołania miejscowych, zajmujące powoli miejsca misjonarzy. Podjęto nas bardzo serdecznie i nie pozwolono czuć się obco. Zresztą, taki zwyczaj i tradycja gościnności, towarzyszyła nam na każdym kroku, ale takiej kolacji w ogóle się nie spodziewaliśmy. To niemałe zaskoczenie, dające obraz innego Kościoła. Bardzo kolegialnego i zróżnicowanego rasowo, ale z widocznym jednym celem i świadomym swojego posłannictwa. Tutaj nikt nie rywalizował o intratność parafii, ani o zaszczyty kościelne. Tutaj po prostu każdy miał swoje zadanie dla Królestwa Niebieskiego i był o tym w pełni przekonany. Kiedy pytano nas, czym jeździmy, opowiadaliśmy o transporcie publicznym. Jako, że bardzo mało białych korzysta z takiej formy odwiedzin Madagaskaru, wywoływało to salwy śmiechu i dalsze pytania o nasze doświadczenia. Kiedy i my odpowiadaliśmy śmiechem, z radością poklepywano nas po plecach i stwierdzono, że poddaliśmy się dobrowolnie malgaskim chrzcinom. W pewnym momencie biskup zaproponował nam jeszcze jeden środek transportu, wskazując na jednego swojego księdza: „A może pojeździlibyście na zebu, tak jak nasz ksiądz?” I wskazał na niewielkiego posturą Malgasza, który do swojej posługi duszpasterskiej w buszu wykorzystuje jedyny tam dostępny transport miejscowymi wołami. Odpowiedzieliśmy z radością, że czemu nie, po naszej wędrówce przez Madagaskar, nic nie może być nam obce. Oczywiście, taką deklaracją tylko wywołaliśmy śmiech, ale tym sposobem udało nam się wpisać w miejscowych duchownych, którzy robią co mogą, żeby wypełnić swoje powołaniowe posłannictwo.

            Wcześnie rano spotkaliśmy jeszcze naszego inicjatora trasy z Antananarywy. Ks. Grad przyjechał do Morondavy na trzydniowy kongres charyzmatyczny, ściągając ludzi praktycznie z całego Madagaskaru. Na nas czekała już umówiona toyota land cruiser, żeby pojechać do parku Tsingy.

 

 

TSINGY

 

            Droga do jedynego Parku Narodowego na Madagaskarze, wpisanego na listę UNESCO, to przejazd około 200 km bezdroży. Asfalt kończył się 15 km za miastem i wjechaliśmy w polna drogę z tonami kurzu, ale za to na najsławniejszą Aleję Baobabów. Jak sama nazwa wskazuje, przez kilka kilometrów jechaliśmy wzdłuż cieni tych największych drzew. Ich wielkość budziła tylko podziw, ile jest tego drzewa w drzewie. Ogromne pnie a przy tym skromna korona, stały one w tym miejscu od setek, a może tysięcy lat. Jest nawet takie powiedzenie, że baobaby Pan Bóg posadził korzeniami do góry. To taki skrótowy opis, który bardzo do nich pasuje. Nigdzie nie ma takich dróg, które wiodą pomiędzy najpotężniejszymi drzewami świata. Nie można tego nazwać lasem, bo gęstość rozsiania tych drzew jest spora, ale nietrudno je wyłowić i zauważyć. Są wysokie i potężne w swoim obwodzie. Trzeba niekiedy kilku osób z rozłożonymi ramionami, żeby je objąć dookoła. Zatrzymaliśmy się pod jednym z nich, który niewątpliwie budził zachwyt, bo wyglądał jak dwa baobaby wzajemnie się obejmujące. Dwa drzewa zakręcające się wokół siebie jak warkocz. Przy ich szerokości to niebywałe, że rosnąc przez setki lat, potrafiły zrobić coś takiego. Nawet zauważając wypalone połacie ziemi, co jest niechlubnym miejscowym zwyczajem, nie dały rady baobabom. Nieco opalone od ziemi, ale kwitnące nadal swoją wielkością i potęgą. Mają swoje owoce, pestki można zjadać w różnej postaci, nawet podsmażane na patelni. Miąższ służy jako dodatek do wszelkich słodkości, nawet małych czekoladowych batoników. Miejscowi mają nie lada pożytek z tych olbrzymów. Nie tylko horyzont pełen największych drzew świata, ale mają również swoje sposoby, żeby wykorzystać miękkie brązowe ich owoce.

              Dokładnie drogę do Tsingy przepoławia rzeka, przez którą trzeba się przeprawić promem. Dotąd też dojeżdżają duże ciężarówki z towarem, albo przyjeżdżają po bydło, żeby skupywać je od miejscowych pasterzy. Dalej na przeprawę promową wjeżdżają samochody terenowe, albo niewielkie dostawcze ciężarówki, wiozące zaopatrzenie do miasteczka po drugiej stronie, albo do bazy hotelowej w parku Tsingy. Prom wygląda jak dwie zeszczepione drewnianą tratwą łódki, gdzie każda posiada własny silnik spalinowy, dźwiękiem przypominający orkę traktora bez tłumika. Mieści się na nim od trzech do ośmiu samochodów terenowych. Samo załadowanie jest nie lada wyczynem. Chodzi o umiejscowienie pojazdów tak, żeby nie pozostało zbyt wiele zbędnie pustego miejsca. Ich przebiegi zawsze są pełne i króluje tutaj ta sama zasada, jak z napychaniem busów. Odjeżdża wtedy, gdy jest pełny. Przeprawa wzdłuż rzeki trwa około 30 min. Spływa się z nurtem może jakiś 1 km, dowożąc na drugą stronę. Na pewno samochód z jednym tylko napędem nie poradziłby sobie, wjeżdżając, albo zjeżdżając z promu. Nie wspominając o drodze, gdzie koleiny i wertepy nie pozwoliłyby tym razem staremu peugeotowi 404 poruszać się swobodnie po tych drogach i na tym promie.

 

 

            Z drugiej strony rzeki obowiązkowy przystanek w niewielkim miasteczku, gdzie znajdują się restauracje dla białych. Poznać idzie od razu ze względu na estetykę i w miarę higienę miejsca, a już na pewno przez ceny prezentowane w menu. Z pewnością nie są one dla miejscowych chyba, że bardzo bogatych, a w takim miejscu trudno ich spotkać. Tylko kierowcy i przewodnicy białych turystów korzystają z nadpłat zwiedzających. Mimo, że drogie, ale trzeba przyznać, że mięso z Zebu było bardzo dobrze przyrządzone. Restauracja „Karibu” stanęła na wysokości zadania, a kucharz musi mieć dobrą praktykę z gotowania mięsa z miejscowej wołowiny. Następne prawie 100 km było nieco wolniejsze, bo i droga nie pozwalała na szybką jazdę, ale kierowca świetnie sobie radził, znając wszystkie możliwe sposoby ominięcia nawet najmniejszej dziury. Chociaż nie sposób na takiej drodze ominąć ich za wiele, to zawsze jest jakąś wygodą, kilka razy mniej przerzucać się na fotelu samochodowym z jednej strony na drugą. Mijaliśmy zaledwie kilka biednych wiosek, ale czasami ni stad, ni zowąd, pojawiali się ludzie idący drogą. Pewnie nie tylko przy drodze są położone skupiska domów. Teren jest bardzo ogromny i przypomina potężną sawannę, urozmaiconą niewielkimi drzewami. Baobaby skończyły się dawno, a tutaj jedna wielka susza. Nie padało już dobre kilka miesięcy. Późnym popołudniem dotarliśmy do Bekopaki- miejscowości, od której zaczyna się zwiedzanie parku Tsingy. Okazało się, że jest tutaj dość rozwinięta baza hotelowa z domkami bungalowymi, ale dla nas nie było miejsca, przynajmniej w pierwszych kilku odwiedzanych. Wreszcie znaleźliśmy swoje lokum w hotelu „Orchidea”. Trzeba przyznać, że jak na teren oddalony od cywilizacji, bardzo dobry standard. Czyste domki z chodnikami pomiędzy zabudowaniami, restauracją z wybornym menu i dobrze zapatrzonym barem oraz ciepłą wodą. Dźwięk silnika miarowo pracującego w oddali, zwiastował, że jest prąd, którego nie mają Malgasze od samej Morondavy. Oznajmiono nam, że wyłączają go o 22:00. Wszystko zrozumiałe, wyprodukowanie energii to nie lada koszt.

             Kolejnego dnia zapłaciliśmy za wstęp do parku, wybierając od razu dwie trasy tzw. Big Tsingy i Small Tsingy. Co to dla nas, dzień powinien wystarczyć. Zapytani przez naszego przydzielonego przewodnika Rolanda, od którego zaczynamy, odpowiedzieliśmy chóralnie, że oczywiście od tego „big”. Jakaś godzina dojazdu. Ubrano nas w uprząż wspinaczkową, twierdząc, że się przyda jako zabezpieczenie przy rozciągniętych linach na przejściach skalnych. Jednak wcale się nam to nie przydało, nie tacy turyści z nas, żeby podpinać się pod jakieś tam liny, dla nas nie bardzo potrzebne w tych przejściach. Trasę na sześć godzin, zrobiliśmy naszym spacerowym tempem w niecałe cztery. Najbardziej poszkodowaną osobą nie był żaden z nas, ale nasz przewodnik, który w jaskini puścił się liny i poważnie zranił nogę. Droga prowadziła wśród gór o niezwykłych zakończeniach. Wyglądało to niczym korona nałożona na góry. Całość tego masywu skalistego wieńczyły naturalne szpikulce, niespotykane nigdzie na świecie. Góry, które nie miały swojego tradycyjnego szpiczastego jednego zakończenia, ale było ich tysiące. W dodatku wyglądały nieco krucho, jakby wczoraj uformowane. A wielka woda, która dała kształt temu miejscu, zeszła już wiele tysięcy lat temu. Budziło to podziw ze względu na niespotykany oryginalny wygląd. Kolor tych gór to jakby wypolerowany jaśniejszy węgiel, coś dokładnie koloru grafitowego. Trzeba było bardzo ostrożnie stawiać nogi, bo mało kiedy cała stopa mieściła się na skale. Ich szpice na to nie pozwalały. Niektóre zwieńczenia skalne to dokładnie nałożone korony, bo kilka metrów przed nimi jakiś zarys, jakby Stwórca wczoraj mianował ten typ gór do królowania. Kilka punktów widokowych zbudowanych z desek, pozwalało całą stopą przystanąć i chwilę podziwiać taki majestat. Pomiędzy niektórymi zbiorowiskami skalnymi, rozwinięte były linowe mostki. Te dopiero przyprawiały o wstrzymanie oddechu. Przechodząc przez nie, człowiek jakby chciał się stać bardziej lekki, żeby móc przefrunąć kolebocące się na wietrze mostki i spokojnie przedostać się na drugą stronę. Na pewno dawno nie przechodziły one przeglądu technicznego i stąd obawa, że może stać się wiele. Nie mówiąc już o odwadze spojrzenia w dół. Spiczastość gór pozwalałaby się jedynie nadziać na siebie, jak na rozłożone szpikulce w sali tortur.

            Największy smak to jednak nie tyle wędrowanie za przewodnikiem po górnych częściach tych szpikulców, ale wejście w głąb. Tektoniczne pęknięcia rysowały kształty w całej okazałości. Pewnie niejeden człowiek, zapominając o diecie, musiałby zawrócić, bo nie sposób zmieścić się opasłym turystom. Miejscowi nie chodzą po tych górach, ale ze swoim wyglądem żaden Malgasz nie miałby z tym problemu. Nie tylko dlatego, że są o wiele niżsi od nas, ale przede wszystkim dlatego, że wszyscy są szczupli. Z latarką na czole udawało się jakoś przepychać w tych szczelinach, dopytując przewodnika, czy tutaj żyją węże, albo inne gady. Dobrze, że uspokoił nas wiedzą o ich braku, bo inaczej w niewielkiej przestrzeni, oprócz oczu badających drogę, trzeba by było dokładnie patrzeć, żeby nie przeszkodzić jakiemuś jadowitemu gadowi w smacznej drzemce i nie pozwolić mu na zemstę w postaci ukąszenia. Na szczęście to tylko taka fantazja, która dodawała smaku wolnemu przeciskaniu się w tych szczelinach.

 

 

            Tektoniczne pęknięcia, czy małe przesmyki lub kładki rozwinięte na wysokościach, to nie wszystko, co było smakiem wędrówki po tych górach. Największą atrakcją były jaskinie. Pozwalały one wykazać się niemałym sprytem przeciskania się w odpowiedniej odległości wraz z sakwą z aparatem. Tutaj dopiero sprawdzała się waga, spryt sportowy mierzony giętkością ciała i możliwość czołgania w białym prochu, który wpychał się w spocone włosy. Niewiele powietrza w takiej jaskini, a my bez oporów wybieramy tę trudniejszą trasę. Jeśli już otrzymujemy wybór, to z decyzją nie mamy żadnego problemu. Co najwyżej problem pojawił się z przeciskaniem, bo nie zawsze było to pierwsze podejście z obmyślanymi miejscami, gdzie postawić nogę, gdzie wesprzeć się plecami, a gdzie nie zawalić głową albo nie rozerwać kawałka brzucha. Powietrze nieraz gęstniało i ambicje nie pozwalały się cofać, tylko brnąć naprzód, biali od podciągania się tyłkiem do przodu, albo od podciągania się na brzuchu, żeby przeciągnąć wreszcie nogi przez małą szczelinę. Kiedy się tak udawało i człowiek wychodził dumny, że przeczołgała go natura, sprawdzając wielkość mięśnia piwnego, przychodziło do głowy kolejne pytanie. Czy czasami ktoś ginie w tych jaskiniach? Tym razem to nie fantazja, widząc warunki wszystko było możliwe. Przewodnik ze stanowczością od razu odpowiedział, że niestety co roku zdarza się, że komuś nie udaje się przecisnąć i nadziewa się na skały. Ostrożność od razu wzrastała, ale wyćwiczenia zupełnie brakowało. Nie mogło to jednak zatrzymać w czołganiu się po ciemnych jaskiniach, gdzie powietrze robiło się miejscami dość ciepłe. Całe ciało było na tyle spocone, że tylko przyjmowało bezkrytycznie wszystko, co mogło się przylepić, a że dość często przyszło nam przeczołgiwać się, byliśmy cali biali. Kiedy po jakiejś szczelinie miało się nadzieję, że to już ostatnia, że zaraz będzie z góry prześwit do wyjścia, okazywało się, że to tylko mała wstępna szczelinka do serii następnych. Z biegiem czasu przestało być to zabawą, a stało się na tyle poważne, że jak fachowcy informowaliśmy się, jak najlepiej przeczołgać ciało, albo gdzie postawić nogę. Małe potknięcie mogło spowodować nie lada problem, albo nazywając wprost tragedię. Z postawieniem każdego kroku trzeba było być przewidującym i stąpać – jak to się mówi – twardo po ziemi, w tym przypadku twardo po miękkich skałach.

Po upragnionym wyjściu z jakiejś jaskini, zawsze padało pytanie, czy to ostatnia i zawsze ta  ostatnia była najtrudniejsza. Ten psychologiczny sposób naszego przewodnika na turystów, pomagał. Trzeba mu przyznać tej sztuki, potrafił prowadzić dalej, wykluczając poddawanie się. Poza jaskiniami pokazywał tamtejszą roślinność, której nie sposób zapamiętać. Przy większości zostawało podkreślone, że jest to endemit, czyli taka rzecz, która znajduje się w naturalnych warunkach tylko na Madagaskarze. Kiedy rozciął sobie nogę i polała się krew, znalazł sobie jakąś roślinę o pociągłych, długich liściach. Zerwał ich kilka, potarmosił, jakby chcąc wycisnąć z niej soki i zaciskając zęby przesunął po krwawym udzie. Pewnie bardzo bolało, a może nawet piekło. Rana została oczyszczona, jak po obmyciu wodą utlenioną i mimo odsłoniętej rany, nie leciała krew. Roślina musiała mieć swoje właściwości, a on swoją wiedzę na ten temat. Takiej bliskości z naturą można tylko pozazdrościć. Ku zdziwieniu kierowcy, po niecałych czterech godzinach szukaliśmy go na parkingu, żeby pojechać w Small Tsingy. Ta część parku mieściła się obok przeprawy promowej, wprowadzającej prosto do wioski. Jak małe, to małe. Rzeczywiście, była to tylko miniatura tego, co oglądaliśmy w porannych godzinach. Marsz na trzy godziny okazał się dla nas tylko godzinnym spacerem, już bez jaskiń i szczelin, wymagających wciąganie brzucha. To tylko mała komercyjna dawka tego, co w okazałości można otrzymać w większej części.

               Według naszego Rolanda rzadko się zdarza, żeby turyści, jakich oprowadza, przechodzili trasę w tak krótkim czasie jak my. Pogratulował nam tego, a my mając w świadomości bardziej wymagania jakościowe o jaskiniach, niż długość trasy, byliśmy z siebie dumni. Zresztą, widoki i doświadczenia zachwycały. Jedyne, co sprawiło największą trudność, to sam dojazd. Wróciliśmy do hotelu, żeby się wykąpać i móc poznać się w lusterku. Po smacznym odpoczynku, poszliśmy do wioski, licząc na jakiś miejscowy posiłek w tutejszych licznych restauracjach. Może to słowo jest za wielkie do nazwania miejsc, gdzie może być zaserwowany posiłek. Ale niech tak zostanie, bo jesteśmy na Madagaskarze. Przechodząc przez wioskę, gdzie jak zwykle pełno rozbieganych i rozkrzyczanych dzieci, nawet nasza obecność nie przeszła obojętnie ich uwadze i z wyciągniętą ręką wołały „bum bum”, niestety nie mieliśmy przy sobie żadnych cukierków. Była też okazja zaglądnięcia do szkoły, drzwi pootwierane tylko dlatego, że ze względu na stan techniczny, nie mogą zostać zamknięte na klucz. Standard bardzo niski, ale wyposażenie klasyczne. Ławki razem ze stolikami ustawione naprzeciw tablicy, na której jeszcze z roku szkolnego, pozostała lekcja matematyki. Obskurność ścian, drzwi i okiennic wołały o remont i pomoc, ale pewnie jeszcze długo nie będą mogły na to liczyć. Po wakacjach uczniowie wrócą do tych samych jakościowo ścian i ławek. Trudno się z tym pogodzić i pewnie byłoby dobrze uzmysłowić polskim dzieciom, jakie mają warunki, ale taka szkoła podejrzewam, przerasta nawet wyobraźnię polskich uczniów podstawówki, czy gimnazjum.

Nasz wieczorny posiłek w obskurnej knajpie, udało się zjeść przy językowej pomocy jakiegoś żula, który się do nas doczepił. Może i tak trzeba go nazwać ze względu na wygląd i zachowanie, ale jedno trzeba mu przyznać, dobra znajomość angielskiego, francuskiego i oczywiście swojego malgaskiego, to jego cecha. Zimna ryba z miejscowej rzeki z miską ryżu, musiała wystarczyć jako kolacja. Przynajmniej zjedzona nie w czystej restauracji hotelowej o standardzie europejskim, ale miejscowej, gdzie zbierali się tubylcy oraz kierowcy samochodów z turystami. Obok, przy pustej sali, dudniła muzyka. Dopiero gdzieś po 22:00 miała zacząć się na dobre zabawa w stylu karaoke, na którą zapraszały nas dziewczyny z obsługi hotelowej. Jednak nie chciało się nam drugi raz wędrować do wioski, mimo zaproszenia tak miłych i dość ładnych malgaskich kobiet.

              Do parku, jak się okazuje, przyjeżdża sporo turystów, sezon trwa tylko cztery miesiące, przez resztę roku droga jest nieprzejezdna ze względu na deszcze, nie da się dojechać nawet samochodem z dwoma napędami. Poza tym, wspominane szczeliny skalne nabierają wody i nie da się tam chodzić. My po prostu trafiliśmy w miejscową zimę, czyli porę suchą, gdzie nie padało od dobrych kilku miesięcy, co pozwoliło spokojnie zawitać do parku i go zwiedzić. Nasz przewodnik Roland zarabia po 100 000 ariary od oprowadzonej grupy. Nasz wstęp kosztował 75 000 od osoby. Zarobki dość spore, jak na tutejsze warunki, ale praca tylko cztery miesiące w roku i trzeba znać przynajmniej dwa języki.

            Droga powrotna do Morombe, o dziwo, zleciała jakoś szybciej. Wieczorem małe piwko i upragniony odpoczynek po trzech dniach trudnej przeprawy, kurzu, prochu i wytłuczeniu po bezdrożach. Kolejnego dnia mieliśmy już opłacony taxi brousse do stolicy, tym sposobem mieliśmy zatoczyć spore koło po południowej części Madagaskaru.

 

 

MORONDOVA – Anatnanariva

 

               Rano opuściliśmy hotel i poszliśmy zostawić plecaki, żeby załadowali je nam na busa. Miejsca mieliśmy wykupione od kilku dni. Mając na uwadze przejazd ponad 700 km, musieliśmy je sobie wcześniej wybrać ze względu na nasz wzrost. Nie sztuka usiąść z tyłu na podwyższeniu i za chwilę drapać się po piekącym tyłku, że mamy już dość jazdy. Zapowiadało się dobre kilkanaście godzin. Zostawiając plecaki, żeby dobrze je usadowili i przywiązali oraz nakryli jakaś plandeką, bo pogoda w środku wyspy może być różna, poszliśmy zjeść śniadanie. Była niedziela rano, okazało się, że wszystkie restauracje i bary pozamykane. Pozostał nam jedynie bazar i niewielki sklep prowadzony przez jakiegoś muzułmanina. Zatem zaopatrzyliśmy się we wczorajsze bagietki i pomidory, a pani w sklepie zrobiła nam kawę. Znalazł się stolik i krzesła, więc miejsce do jedzenia zorganizowane było na poczekaniu. Wyruszyliśmy jedynie z półgodzinnym opóźnieniem, co w warunkach malgaskich trzeba potraktować jako niemałą sztukę punktualności. Kiedy dokładnie określali nam godziny przejazdu, staraliśmy się trochę proporcjonalnie dodawać. Teraz mówią o dwunastu godzinach, to dość spory czas, ale pewnie i tak będzie dłużej. Rzeczywiście, wyruszając z Morondavy o 9:30, byliśmy o 00:30 w stolicy Antananarywie. Całe piętnaście godzin przejazdu przez piękny środek kraju. Wszystko, co dane było podziwiać, było za szybą, oprócz jednej restauracji, gdzie zatrzymaliśmy się na posiłek, co zwykle i tak czyni taxi brousse w tak długich trasach. Od razu wzięliśmy cały talerz zielonej sałatki. Na wystawie pewnie była przyrządzona dla dziesięciu albo piętnastu Malgaszów, nam w zupełności wystarczyła razem z miską ryżu i kośćmi kurczaka z niewielką ilością mięsa. Posiłek był bardzo obfity i pewnie na całej malgaskiej trasie nie najadłem się tak obficie. Ogromny talerz sałaty zrobił swoje. Co prawda, było przy tym wiele radości Malgaszów, widzących, jak biali wcinają sałatę dla całego baru, ale nam to nie przeszkadzało. Głód ściskający żołądek usprawiedliwiał zachowanie. Nie przewidzieliśmy w tej podróży jednego, że zbliżając się do stolicy, będzie coraz chłodniej. Tylko w spodenkach i koszulce z krótkim rękawkiem, śmiało zasiedliśmy na swoich fotelach mercedesa sprintera. Wieczorem trzeba było się zwijać, żeby ogrzewać się od własnego ciała. Wszyscy w kurtkach, tylko my twardziele w koszulkach. Oni wiedzieli to, z czym my zapomnieliśmy się liczyć. Znowu trzeba zapłacić frycowe w podróży, ale taki koszt musi być wliczony. Dygocąc, dotarliśmy do Antananarywy i taksówką pojechaliśmy do hotelu, próbując na migi tłumaczyć kierowcy żeby nie był to jakiś pięciogwiazdkowy Hilton, bo kolor skóry nie wskazuje od razu zasobności portfela. Na szczęście dla naszego budżetu, dobrze zrozumiał te tłumaczenia i po zmęczeniu i przemarznięciu piętnastu godzin jazdy, mieliśmy klasowy guest house z zimną wodą.

              Trasa wiele pokazała, jak wygląda Madagaskar poza wydzielonymi parkami, dżunglą i oceanem. To piękne wzniesienia po sam horyzont. W porze suchej trawa złocistego koloru, żywiąca miejscowe stada Zebu. Pewnie w czasie pory deszczowej nie brakuje tutaj cudownej zieleni, która zmienia krajobraz, użyźniając go swoją barwą. Doliny pozwalały w wielu miejscach doprowadzać wodę i pozycjonować pola pod uprawę ryżu, co niewątpliwie mieliśmy okazję poznać, że jest główną strawą Malgaszów. Zresztą, jak w większości ludzie trzeciego świata. Wymyślne schody ryżowe nadawały wyglądu i pokazywały pracowitość miejscowych farmerów. Wzgórza wołały o zalesienie, jeśli nie były uprawiane, ani niewypasane, ale pewnie kiedyś rósł tutaj las, który dawał o wiele więcej pożywienia. Został wykarczowany albo spalony. To, co budziło nasz sprzeciw i niezrozumienie, to bezkarne wypalanie tych gór. Mają przekonanie, że tym sposobem użyźniają glebę. Nic bardziej mylnego, ale trudno wytłumaczyć to komuś, kto praktykę gospodarowania swoją ziemią, pozyskał od ojca, który robił dokładnie to samo. Z tym, że kiedyś było więcej lasów, dzisiaj ich nie ma. Ale różnicy nikt nie zauważa. Dzisiaj jest więcej ludzi na Madagaskarze i będzie jeszcze więcej, miasteczka rozrastają się, buduje się domy według dostępnych, miejscowych materiałów. W terenach, gdzie ziemia jest czerwona, wyrabia się bardzo dużo cegły. Przy kiepskiej zaprawie, czasami niemającej ani grama cementu, lepi się jednopiętrowe albo dwupiętrowe domy z najprostszym wyglądem wewnątrz. Taki styl pokazuje, że życie toczy się z dnia na dzień i nie ma spojrzenia w kilka lat do przodu. Taka perspektywa mogłaby odebrać radość dnia dzisiejszego, więc po co tym sposobem robić sobie krzywdę. Może to nie brzmieć okazale, ale przez te godziny przejazdu naprawdę można było zobaczyć, jak w środku wygląda Madagaskar. Trasa z Morondavy przez Antananarywę do Tamatave, to około 1100 km, przecinając dokładnie wyspę wszerz.

             Rano z powrotem pojechaliśmy na taxi brousse. Jak się okazuje, nie pierwszy raz, każdy kierunek ma swój dworzec. Dobrze kojarzyliśmy, że nasz taksówkarz zawiózł nas na stację, z którą jeszcze nie mieliśmy nic wspólnego. Nasza taksówka – o czym trzeba wspomnieć – to stare renault 4, mający na pewno ponad czterdzieści lat. Biegi przy kierownicy wyciągało się do przodu, albo do tyłu. Szyby nie były odsuwane w dół, tylko przesuwane w bok. W środku kierowca miał mały, pięciolitrowy zbiorniczek paliwa i w czasie jazdy dolewał, podnosząc przednią klapę z silnikiem. Renówka rodem z filmów z Louisem de Funes. Niczym w ogóle dojechaliśmy, na widok dwóch białych zleciało się mnóstwo naganiaczy, żeby zaprowadzić do odpowiedniego busa. Wybraliśmy tego, co dawał odpowiednie miejsca, powołując się na nasz wzrost. Nikt się temu nie dziwił, ale jeszcze uśmiechał. Tym razem drugi dzień drogi był o wiele krótszy, bo te 350 km jechaliśmy osiem godzin. Cały czas droga asfaltowa, ale niesamowicie kręta i górzysta. O wiele wyższe wzniesienia, niż z Morondavy do stolicy. Droga ta charakteryzuje się też tym, że prowadzi do największego portu na Madagaskarze w Tamatave. Zatem mijaliśmy mnóstwo tirów z kontenerami, albo cysternami przewożącymi paliwo.

            Dojechaliśmy wieczorem, tym razem nie taksówką ale zawieźli nas pousse- poussem do bungalowych domków, zbudowanych z bambusa i pokrytych liśćmi bananowca, z sympatycznie zagospodarowanym ogródkiem i mnóstwem zieleni. 

 

 

 

TAMATAVE

 

           Po dwóch dniach jazdy, należał się dzień wypoczynku. Jednak spokój miejsca nie był tak łaskawy. Rewolucja żołądkowa dopadła tutaj i mnie. Biegunka cały dzień dawała o sobie znać. Zatem nie ruszałem się z miejsca, pilnując niewielkiego przybytku jak wybawienia dla siebie w newralgicznych momentach, które przychodziły niezwykle spontanicznie. Żadnych bóli wewnętrznych, a tutaj takie uzewnętrznienia. Drugi dzień po pierwszych tabletkach, okazywał się pod tym względem o wiele łagodniejszy. Najbardziej przerażały wieczór i noc. Biegunkowy humor opuszczał mnie, widząc, że mam gorączkę. Zażyłem aspirynę i położyłem się do łóżka. Gorączka rozpalała coraz bardziej. Wychodziły ze mnie litry potu, a w głowie najczarniejsze myśli, co to takiego może być. Byłem bardzo spocony, ale nie dawałem za wygraną, przykryty po uszy grzałem się, jak to tylko możliwe. Zestaw takich objawów w tym miejscu motywował do wytrwałego wygrzewania. Bałem się tylko jednej myśli, że trzeba będzie szybko wracać do stolicy szukać ks. Grada, u którego zakotwiczyliśmy na samym początku i diagnozować jaki rodzaj malarii mnie dopadł. Leżąc cały mokry, próbowałem reżyserować w myślach, co to może być i jak temu zaradzić. Widomo, że opieka szpitalna w tym kraju jest na nikłym poziomie. Zresztą, miałem okazję się o tym przekonać, zaglądając do szpitala w Fianarantsoa. Wygląd przerażał, a teraz kiedy nie z ciekawości, ale z chorobą miałbym tam trafić, to nie wyobrażam sobie tego. Jednak nie byłoby wyjścia, podobno najlepszy szpital w kraju jest w stolicy i prowadzą go Adwentyści Dnia Siódmego. Myśli były różne. Trzeba było tylko przeczekać do rana, ranek powinien wszystko wyjaśnić. Okazało się, że jest nieco lepiej. Gorączka ustąpiła, wypiłem dwa dzbanki ciepłej herbaty i zjadłem trochę chleba. Tabletki zaczęły działać. Jednak dobrze zaopatrzona po konsultacjach apteczka, to skarb. Lepiej byłoby z niej nie korzystać, ale w takich momentach sprawdza się, jak nic innego. Zresztą, to nie pierwsza przypadłość. W Morondavie dostałem jakiegoś uczulenia. Dziwne skąd, ale pewnie szybko nie poznam tej przyczyny, bo może ich być wiele. Pomogło wapno pite dwa razy dziennie i smarowanie każdej kropki na rękach i plechach fenistilem. Oto całe przygody zdrowotne, które należało spokojnie przeczekać i nic nie kombinować. Na szczęście skończyło się na dużym strachu i chwilowych niedomaganiach.

Po wymuszonym dłuższym odpoczynku, kolejnego dnia wieczorem, spotkaliśmy polską grupę turystyczną. Trochę opowiedzieli o trasie, jaką przemierzyli podczas dwutygodniowego pobytu na Madagaskarze oraz podali kwotę, jaką zapłacili w polskim biurze podróży. Trochę nas zmroziło, bo my za miesiąc nie byliśmy w stanie dobić do połowy tej ceny, ale takie przywileje egzotycznych wypraw. Dzień wcześniej mieli wyjechać na wyspę Sainte-Marie, ale fale nie pozwoliły im w ogóle wypłynąć. Także musieli odczekać dobę, żeby zobaczyć starą wyspę piratów. Kiedyś, jak głoszą legendy, na tę wysepkę oddaloną 40 km od lądu Madagaskaru na Oceanie Indyjskim, zbierali się piraci, którzy w tym rejonie rabowali. Wieczorem pożegnaliśmy się z grupką i z samego rana poszliśmy na spotkanie z ks. Markiem, Oblatem pracującym tutaj dwadzieścia jeden lat. Nie miał za wiele czasu, ale mała chwila opowieści o dwudziestoletnim życiu na Madagaskarze, rozszerza nieco oczy. Zresztą, dzień wcześniej szukaliśmy duchownych z tego zgromadzenia, pracujących w Tamatave i odkryliśmy, że jest ich aż trzech. Do jednego dodzwoniliśmy się z jego sekretariatu duszpasterstwa morza, ale był obecnie w stolicy, drugiego odwiedziliśmy wieczorkiem dnia poprzedniego. Ks. Robert poświęcił nam chwilę, snując opowieści o długoletniej pracy w buszu. Jest tutaj od 1989 roku. Zatem jak stwierdził, nie zna już Polski, która w czasie jego życia z Malgaszami bardzo się zmieniła, a on jest już bardziej mentalnym obywatelem Madagaskaru. To ciekawe historie ludzi, którzy poświęcając się dla swojej służby, zmienili się pod wymagania kultury, którą sobie wybrali.

            Ks. Marek odwiózł nas do małego portu, skąd łodzie odpływają kanałem Pangalanes, który przecina niewielkie jeziora wzdłuż mierzei oceanicznej. Mierzeja, mająca kilkadziesiąt lub miejscami kilkaset metrów po jednej stronie, ogromny ocean po drugiej jeziora i kanał, którym można płynąć około 150 km. Oczywiście scenariusz podobny. Kiedy zobaczyli białych, od razu wyskoczyli z ofertami czarterowania łódki, przewodnika itp. Wszystko jak dla nas za kosmiczne sumy. Wytargowaliśmy łódeczkę, która płynęła z towarem od miejscowych wiosek położonych wzdłuż kanału i zabierała przy okazji trochę ludzi. Znalazło się miejsce i dla nas. Tylko ze słyszenia wiedzieliśmy o wiosce Andranokoditra, wypowiadając jej nazwę łamiącym językiem, podawaliśmy ją jako cel naszej wyprawy. Wszyscy oczywiście nas poprawiali według właściwego brzmienia języka malgaskiego, ale dla nas było to nie do powtórzenia, więc machając ręką, poddawaliśmy się, co wzbudzało nie pierwszy raz radosny śmiech u tubylców. Spora, blaszana łódeczka z workami ryżu, rowerem, węglem drzewnym i innymi zapasami warzyw, spokojnie płynęła przez osiem godzin, przebijając się najpierw przez kanał wprowadzający do pierwszego jeziora, dość płytki i prowadzący wzdłuż ogromnych zbiorników paliwa, przelewanych z tankowców. Potem już tylko wioski rybackie  i małe tradycyjne domy bambusowe, gdzie mieszkały liczne malgaskie rodziny.

Na jeziorach miejscowi rybacy mieli porozstawiane specjalne zapory na ryby. Trudno to opisać, bo nie było specjalnie kogo zapytać, jaki to system łowienia, ale pewnie skuteczny. Na niektórych wyższych palikach zawieszone były kwadraty obszyte siatką z jednym otworem. Jakby łapka na ryby. To ich wiekowe sposoby łowienia i zbierania sobie pożywienia, dla nas to ogromna tajemnica i pewnie nikt nigdy w Polsce nie był zmuszony do takich wynalazków. Zresztą, przepisy ograniczające połowy i regulujące gospodarkę zasobami rybnymi nie pozwoliłyby być wolnym. Ci ludzie po prostu z tego żyli z dnia na dzień. Nie robili na tym ogromnych biznesów, bo i nie widać było żadnej zamożności. Komuna i egalitaryzm jednego poziomu życia, widoczny był wszędzie.

 

 

               Ciemną nocą, bo około 22:00, dotarliśmy do Andranokoditra, dopytując na łódce, czy rzeczywiście to ta miejscowość. Próbując pytać o hotel, nikt nam nie odpowiadał, trochę zmieszaliśmy się myśląc, że tutaj może nie być żadnego miejsca do spania. Kiedy wszyscy sobie poszli, zabierając przywiezione przez siebie zapasy, zostaliśmy sami na brzegu. Noc była bardzo ciemna, a o elektryczności w takim miejscu, można było tylko pomarzyć. Jedyne światełko to moja latarka na czole. Skoro ludzie poszli do wioski, to my za nimi, ale chyba widząc w odpływającej łódce naszą nieporadność i to, że nikt nie jest uprzedzony o naszym przyjeździe, podbiegł do nas Feliks, nasz kapitan łódeczki i podprowadził do Nabiego. Okazało się, że to jedyny człowiek w wiosce trochę znający angielski. Zaprowadził nas do dwóch chatek, takich samych w jakich mieszkają wszyscy w tej wiosce i w większości na Madagaskarze. Pokazał, że to jest hotel. W środku było łóżko i jakiś stolik. Dla nas to rewelacja. Dopytując jeszcze o cenę, bez żadnego wahania wzięliśmy po chatce dla siebie, 12 000 ariary, to jak niecałe 6 usd. Pani przyniosła świeżą pościel, ubrała łóżko, dano nam świece i to tyle, co mogliśmy zrobić w ciemnościach. Poszliśmy po prostu spać. Dopiero rano, kiedy o szóstej wszyscy Malgasze budzą się ze słońcem i zaczynają krzątać wokół swoich obowiązków, kiedy zaczynają piać koguty, kury gdakać, wyszukując w piasku jakichś zagubionych ziarenek ryżu, kiedy indyki gulgają, rozciągając swoje pióra i psy, przeciągając się, szczekają na wszystkich innych, zobaczyliśmy, gdzie jesteśmy. Niewielka wioska, w której jak się okazało mieszka około czterystu ludzi. Trudno sobie wyobrazić, gdzie oni się wszyscy mieszczą, albo gdzie są obecnie, bo aż tylu trudno było mi dostrzec. Chyba, że taką liczbę nadganiają dzieci, bo tych wszędzie pełno i dzięki temu wszystkie malgaskie osady nabierają swojego klimatu i kształtu. Mają więcej radości i spontaniczności, a dzieciaki posiadają niezwykle rzadką w Europie umiejętność organizowania sobie czasu, wymyślania sobie zabaw, gier i robienia zabawek, z czego tylko jest to możliwe. Tutaj nie ma prądu, nie ma ani jednego telewizora i ani jednego komputera. Jedynie grające radia, czy magnetofony napędzane bateriami. Co prawda, zasięg telefonów komórkowych jest w pełni, ale nie ma gdzie ich ładować, chyba że od akumulatorów, co jest najczęstsza praktyką.

                W takiej sielance, oglądając tych ludzi, machając do nich rękami bawiąc się z dziećmi i opijając z piwa w miejscowym sklepie naszego bossa Celestino, spędziliśmy, odpoczywając wśród Malgaszów w ich małej wiosce prawie trzy dni życia. Chodziliśmy jak oni boso, uśmiechaliśmy się do nich, bo inna mina nie wchodzi w rachubę i nie może być tolerowana. Jedliśmy rybki, które nam przywieźli z oceanu i ryż, którego powoli mieliśmy dość. Wieczorami siedzieliśmy z mężczyznami pod sklepem i słuchaliśmy, jak sobie opowiadają historie, z których nie wiedzieliśmy nic a nic. Ale byliśmy razem z nimi, może nawet stawaliśmy się bardziej swoi, niż vazaha. Nie było takiej sytuacji, żeby ktoś przeszedł obok domku i nie machnął do mnie ręką lub ja robiłem to pierwszy. To normalna sprawa, nawet jeśli odbywało się to sto razy na dzień. Bezpośredniość i życzliwość była cechą tej wioski, która trzymała ich w pokojowej, wspólnej egzystencji. Mieszkali czasami ściana przy ścianie, więc nie mieli przed sobą żadnych tajemnic. Nawet, gdy sąsiad chrapał w nocy, drugi musiał to słyszeć. I nie miał żadnych uwag, bo sam nie wie, czy tego nie robi. Choćby przyszło komuś do głowy puścić o 4:00 w nocy dudniącą na cały regulator muzykę, która musiała postawić wszystkich na nogi, nikt nie zainterweniował. Ktoś miał taką ochotę, więc po cichu został nazwany głupim, przewracano się na drugi bok i spano dalej. Tylko ja pomstowałem na takie pomysły, rozbijające noc. Nasze zestresowanie europejskim rytmem życia i nasze delikatne sny, nasza pretensjonalność w takich okolicznościach w zderzeniu z takim wioskowym życiem na Madagaskarze, pokazuje, że daleko nie da się w  ten sposób pociągnąć. Oni mieli rytm życia wyznaczony rytmem natury. Wstawali równo o szóstej razem ze słońcem i wcale nie przedłużali leniuchowania, bo byli bardzo wypoczęci, szli spać o siódmej, czy ósmej wieczorem. Zaraz po słońcu i oni szli spać, razem z całymi rodzinami. Byli mocni, zdrowi i wyrozumiali wobec siebie. W osadzie tej żyli animiści, katolicy, protestanci i pewnie jeszcze inni, których trudno określić. Tradycja rodzinna była sprawą poza dyskusją. Kiedy w niedzielę odjeżdżaliśmy, widzieliśmy kilka rodzin ubranych niezwykle elegancko. Wyciągali najlepsze ubrania i wszyscy razem szli do kościoła, bo na 8:00 rano przyjeżdżał ksiądz z niedalekiej miejscowości.

Ludzie w wiosce żyli głównie z tego, co przynieśli z morza. Nie było to takie proste i łatwe, bo przy brzegu zawsze kotłowały się ogromne fale. Kiedy patrzyliśmy, jak małymi pirogami, wystruganymi w jednym pniu, próbują przebijać fale i dostać się na morze, mroziło to krew w żyłach. Nie wszystkie próby były udane. Pirogi skakały jak na sprężynach, czasami były wywracane, ale cały sprzęt do połowu znajdował się w worku i był do łódki przywiązany. Tak samo było i ze zdobyczami, bo inaczej  nie byliby  w stanie dowieźć tego do domu. Walka z tymi falami budziła najwyższy podziw, posiadali oni niemałą umiejętność pokonywania i obliczania, kiedy dokładnie przyjdzie wylew, żeby uwić swoją skromną pirogę tak, żeby nie zostać wywróconym. Czasami się nie udawało i łódka stawała do góry dnem, ale to tylko moment, potem wszystko wracało do wyjściowej formy.

Nie mieli żadnej ziemi, tylko piasek, więc trudno było im cokolwiek uprawiać. Jakieś pomidory dowozili z Tamatave, co niewątpliwie podbijało cenę. Do wioski czasem zahaczali turyści, płynący kanałem i była okazja dla kobiet, żeby sprzedać trochę korali jako miejscowego wyrobu z groszku, odmian bobu lub innych wysuszonych owoców, zrywanych z drzew o nazwach, o których pewnie niejeden biolog jeszcze nie słyszał. Robili, co mogli, nie ustawali w pokonywaniu trudności i nie dawali się pokonać zniechęceniu. Byli gotowi na życie bez pieniędzy, bez elektryczności. Mieli umiejętność, której w Europie na pewno się nie znajdzie. Co więcej, oni nadal budowali swoje domy, nie  chcieli emigrować, chociaż pewnie jakiś odsetek ludzi zawsze pójdzie za pracą. Poza tym w lutym 2013 roku nawiedził ich ogromny cyklon, który zmiótł całą wioskę. Zginęła jedna osoba, reszta dała sobie radę. Jak opowiadał Nabi, była to starsza osoba, dzieciom nic się nie stało. Nie zmienili jednak swojego miejsca zamieszkania i nie zmieniali tradycji, która rodziła ogrom poszanowania wśród nich i pełną akceptację odmienności. Pod jednym warunkiem, że nie burzy to spokojnego wioskowego rytmu życia.

                W sobotę wieczorem Nabi szedł przez wioskę i gwizdał. Kiedy zapytałem, co ty takiego robisz, on dumnie odpowiedział, że jest tu królem i co sobotę zarządził sprzątanie. Zatem na jego sygnał, wszyscy mają się zabrać do roboty, żeby wyczyścić przede wszystkim swoje obejście i pozbierać śmieci. Musi być czysto. Zwyczaj bardzo piękny i trzeba przyznać, że nie wszyscy wzięli się do pracy, ale wielu sięgnęło po swoje miotły i zrobiło, co król nakazał, przynajmniej wokół swojego domu.

 

 

Domy ich były bardzo skromne. Wszystkie zbudowane na niewielkim podwyższeniu, jakby chcąc ochronić się przez wodą, która może przyjść w każdej chwili. Podłoga to złożone deski, nie zawsze gwarantujące utrzymanie równowagi, kiedy się po niej chodziło. Oni wiedzieli, gdzie postawić stopę, ja musiałem nawet w domu patrzeć pod nogi, żeby nie wpaść, albo nie złamać jakiejś kiepskiej deski. Ściany to gotowe bloki splecione z trzciny bambusowej, a dach złożony z zaginanych w pół ogromnych liści bananowca. Zresztą, niekiedy liście te służyły także jako prywatny parasol w czasie deszczu. W każdym domu stało drewniane łóżko, a za materac służyła zwyczajna gąbka. Gdzieniegdzie dało się zauważyć fotele, a już na pewno wszędzie stał stół. Niekoniecznie były przy nim krzesła. Wszyscy i tak jadali na polu. Całe ich życie toczyło się na zewnątrz. Kuchnie to zwykłe paleniska, bo gotowali na ogniu i co dało się zauważyć, jadali codziennie u kogoś innego. Jakby były dyżury w przyrządzaniu jedzenia. Wymieniali się przy tym małymi sumami pieniędzy, ale ten obrót pieniędzmi był wewnątrz wioski i zawsze ktoś był w posiadaniu jakichś kwot. Małe sklepiki sprzedawały wyroby dnia bieżącego, takie jak placuszki ryżowe lub serwowały kawę z termosu. Oprócz tego, ludzie przychodzili kupować niewielką ilość oleju, pozwalającą smażyć strawy w domach. Na pewno nikt nie kupował piwa, czy rumu, które były dla nich za drogie. Mieli jakiś swój bimberek. Mogliśmy go spróbować na stateczku do wioski. Niby chwalili się, że ma to 40 % alkoholu, ale po wypiciu, wcale bym nie dał takiej mocy temu napojowi. Kiedy nalali kieliszek, wszyscy wpatrzeni czekali, kiedy się skrzywię, ale polskie gardło jeszcze się zdziwiło, że to takie słabe. Śmiali się wtedy głośno, pokazując, że wysoki mężczyzna, to i nasz bimber na niego nie działa. Ciekawe tylko co by było, gdyby wypić tego nieco więcej. Pewnie i wysokiego mogłoby położyć.

              Za sąsiednim od wioski jeziorem, znajdował się prywatny park Palmeri, do którego często przypływały grupy turystyczne. Była to też bardzo elegancka baza hotelowa. Rezerwat odznaczał się tym, że na niewielkim skrawku ziemi był dość gęsty busz, a tam bez żadnych problemów można było zobaczyć kilka gatunków lemurów i kameleony. Skorzystaliśmy z okazji i rzeczywiście, przewodnicy umieli nakrzykiwać w taki sposób, że lemury zbiegały się, żeby dostać od nich kawałek banana. Moja wiedza nie pozwalała nazwać tych gatunków, ale wszystkie były piękne i odznaczały się niemałym sprytem wspinania i biegania po drzewach. Jedna odmiana wyglądem zbliżona do misia koali, która żyje około 90 lat, to lemury indri indri. Chyba największe z tych, które widzieliśmy. Znaleźć kameleona, to dopiero sztuka, ale udało się zobaczyć nawet dwa. Jeden długości może pół metra, wielki i bardzo piękny, drugi malutki, idąc po krzewie, drżącym ciałem przesuwał się do przodu. Mała wycieczka, ale dała okazję dopełnić całości prezentowanej przez Madagaskar. Aby dotrzeć do tego parku, przepłynęliśmy przez kanał niewielką pirogą, a że fale okazały się niebezpieczne dla naszej łódeczki, musieliśmy obejść całe jezioro dookoła. Spacerek dobrze zrobił, natomiast kolory wody spływającej z dżungli, pokazywały barwne możliwości, które kryją się w gęstwinie buszu malgaskiego. Przeważnie był to odcień brązu, jakby woda przepływała po składowisku zardzewiałego złomu.

               Nie mając pewnego powrotu z naszej wioski, umówiliśmy się w parku na to, że przewodnicy zabiorą nas przy okazji kursu ze swoimi turystami. Sporo to kosztowało, ale nie mieliśmy innego wyjścia. Tak dotarliśmy z powrotem do Tamatave. Tam nocleg w naszym hoteliku „Maeva” z cholernym kogutem, który o 4:00 rano piał z częstotliwością co minutę, nie dając spokojnie spać do rana. Nawet w wiosce nad kanałem było o wiele spokojniej. Kolejnego dnia taxi broussem wróciliśmy do stolicy Antananarywy, żeby na koniec podsumować wyjazd i poczekać na samolot do Paryża. Kiedy jechaliśmy ostatnią trasą z Tamatave, padał mocny deszcz, droga była bardzo śliska i pierwszy raz dało się zauważyć tak sporą ilość wypadków, jakie tam mają miejsce, do tego stopnia, że jedna ciężarówka z kontenerem spadła w ogromną przepaść. Z samochodu widać było jedynie kontener, zapewne tir leżał gdzieś o wiele niżej. Mała ostrożność i wyprzedzanie na licznych zakrętach, powodowały takie niebezpieczeństwa.

 

ZAKOŃCZENIE

 

              To tylko mała cześć Madagaskaru, którą można odwiedzić w miesiąc. Odległości sprawiają, że wydłuża się czas podróżowania po tej ogromnej wyspie. Wielkość Madagaskaru to dwukrotność Polski. Sieć dróg z asfaltem to zaledwie 2 czy 3 tysiące kilometrów. Nie brakuje prywatnej komunikacji i można wszędzie dojechać. Kwestia tylko czasu i znoszenia ogromu kilometrów. W większości lądu Madagaskar nie ma elektryfikacji. Na pewno do sieci nie są podłączone małe wioseczki rozsiane w różnych odległościach od szos, czy miasteczek. Ludzie mają jedną potęgę w sobie, są całkowicie samowystarczalni. Pewnie dlatego, gdy dotyka ich Cyklon częściej niż wybrzeża bogatej Ameryki Północnej nie maja się komu poskarżyć i sami naprawiają zniszczenia sił natury.  Dookoła mają Ocean, który ich żywi i utrzymuje, w środku lądu uprawiają ryż i niewielkie ilości zbóż, kukurydzy czy jakiś ziół potrzebnych do codziennego życia. Bieda nauczyła ich nie tylko samowystarczalności, ale niezwykłej zapobiegliwości. Może długość życia jest krótsza, ale nie poddają się i mają siłę ducha i zadowolenie z życia. Cieszą ich małe rzeczy, o czym my w bogatym świecie zapominamy i karminy się ekscesami wystąpień celebryckich a nie zwykłym życiem sąsieckim. Telewizor i komputer nie jest tak popularny jak u nas i pewnie dlatego bardziej żyją dla siebie, a nie dla sztucznych tworów aktorskich czy marketingowych.

Wpływy świata zachodniego są jednak ogromne. Bo skoro gospodarczo niezaradny kraj, to dlatego musi być wciągnięty w jakaś satelitę gospodarczego funkcjonowania. Przetargi o Madagaskar trwają, pomiędzy postkolonialną Francją, ekspansywnymi Chinami czy z innej strony wieloma bogatymi koncernami wydobywczymi szukającymi taniego surowca na Czerwonej wyspie. Takim przykładem może być kopalnia aluminium w Tamatave. Ogromna Kanadyjska firma wybudowała z rozmachem zakład, stworzyła całość infrastruktury potrzebnej do funkcjonowania. Od elektrowni po masarnie i piekarnie aby produkować jedzenie dla pracowników. Jednego tylko nie zrobiono, nie zadbano o ochronę środowiska. Wszystkie chemikalia potrzebne do wydobycia zostają w ziemi i przenikają wody gruntowe. Co będzie za kilka lat i czy są świadomi mieszkańcy tego co piją gasząc swoje pragnienie? Tego akuratnie nie wiemy bo i polityka informacyjna może być bardzo zafałszowana.

              Madagaskar miał być Polską wyspą. Przynajmniej mieliśmy taką ofertę kupna tego lądu od Francuzów. Polska delegacja rządowa w okresie – jak się nie mylę –  międzywojennym stwierdziła, że nadaje się i kupujemy. Ale polski podróżnik Arkady Fiedler stwierdził, że Polski chłop nie  nadaje się do tego. W wielu opowieściach krąży także plotka, że miało być to miejsce dla przesiedlenia polskich Żydów, ale ile w tym prawdy, trudno dzisiaj stwierdzić. W każdym bądź razie do zakupu nie doszło i nikt na wsypie oprócz polskich misjonarzy nie mówi po polsku.

 

 

              Madagaskar ma jeszcze jeden ogromny biologiczny skarb. Większość zwierząt i roślin jest endemiczna. To wyjątkowość na skalę światową. Botanicy i zoologowie mają tutaj po prostu raj. Dla laika wszystko jest podobne do jakiś rodzin roślinnych znajdujących się w Polsce, ale według fachowców to ogromne różnice. W dużej mierze, ten Sarb ginie bo Malgasze wypalają swoje lasy co dało się zauważyć w niejednym miejscu podczas naszego przemierzania lądu.

Objechaliśmy dokładnie połowę wyspy, jej część południową. Gdybym miał polecić to każdemu z czystym sercem rekomenduję przygodę z Madagaskarem. Trzeba tylko zabrać z Europy otwarte serce i nie być naiwny. Bo cwaniactwo przychodzi razem z chęcią zarobienia. Tam gdzie trzeba kogoś włożyć do taksówki albo busa i dostać za to parę gorsze tam jest skupisko cwaniaków znanych z europejskich ulic. Tam gdzie te pieniądze nie są tak potrzebne, bo jest przestrzeń, pole, stajnia i uboga chatka, tam szczerość jest ogromna.

             Z Madagaskarem można się zaprzyjaźnić, zostaje na długo w sercu i pamięci. Powracają nie tylko widoki i smaki, ale powracają konkretne twarze ludzkie, które najwięcej są w stanie powiedzieć o wyspie i o życiu na niej. Pozostaje teraz tylko czekać na jakaś okazję powrotu na Madagaskar.

 

 

Maciej Gierula 

 

P.S. Wszelkie prawa do przedruku są zastrzeżone. Relacja tylko do prywatnej lektury co bardzo serdecznie polecamy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

newsletter

newsletter

syberia

" Drugiego dnia podróży, do naszego wagonu wsiadła spora ekipa rosyjskich poborowych. Oprócz tego, że w mundurach i z wiktem i oprzyrządowaniem wojskowym, to niewiele się wyróżniali. Oczywiście..."

więcej

syberia

"Jedziemy, jedziemy (...) . Nikt się za specjalnie nie integruje, turystów nie ma w naszym wagonie w ogóle. Za to klimat robią rosyjskie hity ludowe lecące z nieściszanego głośnika. Wziąłem ze sobą swoją muzykę, ale w tym pociągu chyba jej nie posłucham..."

więcej

SONY DSC

"Idąc do kolejnych świątyń, przyłączyli się do nas tubylcy, oferując pomoc w oprowadzaniu. To bardzo powszechne...Jeden chłopiec jednak zrobił na mnie wrażenie. Nie wiem, ile mógł mieć lat, może 10-12, świetnie mówił po angielsku i francusku...."

więcej

zdjęcia45

System szkoły togijskiej różni się bardzo od systemu polskiego szkolnictwa. Jest on na pewno na dużo niższym poziomie, ale na tyle, na ile „potrafi”, tak sobie radzi. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, by dzieci w Afryce miały dostęp do szkoły...

więcej

afryka2

Wyprawa do Afryki - czyli Muzungu wokół Jeziora Wiktorii - CZĘŚĆ II. Kolorowy kurz dalej wdzierał się przez brakujące szyby i malował wszystkich pasażerów, zwłaszcza tych siedzących z przodu. Zęby od tego zgrzytały, a ślina przybierała gęstość czekolady...

więcej