

Ciężko było podnieść się z łóżka po czwartej rano, ale skoro bilety zakupione, to nie było wyjścia. Zjedliśmy parę kromek miejscowego chleba z przemyską nutellą i poszliśmy ciemnymi ulicami na przystanek autobusowy. Nasz pojazd już grzał silnik. Jego widok nie napawał optymizmem. Wygoda i sprawność tak dalekiej podróży po bezdrożach Afryki stanęła pod znakiem zapytania. Wcześniej nie zauważyliśmy, że w obsłudze autokaru oprócz kierowcy i „naganiacza” usadzającego tym razem ludzi i sprawdzającego bilety, jechało jeszcze trzech mechaników. To dobry pomysł, są bardzo praktyczni i niebywale przewidujący. Kierowca nie żałował maszyny nawet, jeśli po jakiś 70 kilometrach skończył się asfalt i zaczęły afrykańskie wertepy.
Siedzieliśmy zaraz za szoferem i mogliśmy obserwować jego poczynania. Oprócz obrotomierza nie działał żaden inny wskaźnik. Wszystko na wyczucie. Poza tym szczelność autobusu też pozostawiała wiele do życzenia i wszyscy pasażerowie wdychali kurz. Zmieniał się tylko kolor tego prochu, raz czerwony, jakby z ceglanej ziemi, raz biały z wykruszonych skał, a niekiedy zwykły szary ziemny kurz. O smaku nie trzeba wiele pisać, bo mimo różnicy kolorów smakował tak samo. Po wyjściu z autobusu każdy był cięższy o kilogram, zbierając na ciele i ubraniach, co tylko można było wchłonąć. Świetnie to było widać na końcu podróży pod prysznicem. Pewnie każdy górnik tak ma po zmianie, z jedną różnicą wspominanych kolorów. Ciekło z człowieka jak z zardzewiałego żelastwa.
Zapytałem domniemanego kierownika autobusu, czyli człowieka, który siedział na pierwszym miejscu i najwięcej krzyczał, o przerwę. W Singidzie będzie postój na lunch – odpowiedział, czyli jeszcze prawie 100 kilometrów. Wspomniany postój na lunch zdarzył się jednak już w połowie tej drogi. Była to ponad dwugodzinna przerwa spowodowana pierwszą awarią autobusu. Znaleźliśmy się w niewielkim miasteczku, a raczej skupisku ludzi, dla których dwóch białych w miejscowym autobusie stanowiło nie lada sensację. Dookoła powiedzmy ryneczku jakieś coffee bary, ale kiedy podchodziliśmy po kolei do każdego pytając o kawę, wszyscy uśmiechali się i wzruszali ramionami mówiąc czarodziejskie „no” i pokazywali następny bar, gdzie rzekomo mieliśmy dostać kawę. Ale historia się powtarzała i takie ćwiczenie wykonaliśmy z pięć razy, po czym przyszło nam się poddać. Nie było człowieka w tym miasteczku, który nie przyszedłby zwabiony obecnością białych, żeby zobaczyć ludzi z kosmosu. Niektórzy uśmiechali się i mówili jedyny wyuczony zwrot po angielsku „how are you?”, chcąc w ten sposób powitać przybyszów, okazać radość i gościnność. Nie pozostawaliśmy dłużni i odpowiadaliśmy równie miłymi uśmiechami.
Kiedy chcąc coś przekąsić podeszliśmy do radosnych pań kupić banany, u sprzedających nastąpiła konsternacja, kilka ekspedientek skupiło na nas wzrok i patrzyło, które banany wybierzemy. My w uniwersalnym języku wskazując palcem na te wyglądające najbardziej smakowicie, chcieliśmy obsłużyć się sami i z dużej kiści urwać sobie tylko cztery Nie było to wcale takie łatwe i wzbudziło ogromną salwę radości. Nasza nieporadność zyskała dużą sympatię. Cóż się dziwić, przecież nie zrywamy bananów codziennie. Kobieta biorąc z mojej wyciągniętej ręki pieniądze, radośnie to komentowała do swoich koleżanek, ale co mówiła w języku przypuszczalnie kiswahili, nie mam pojęcia. Wiem jedno – nawet kupując banany można zyskać przyjaciół.
Mocniejszy ryk silnika wyraźnie oznajmił nam, że mamy wsiadać. Mechanicy wyczołgali się spod auta i zebrali narzędzia. Trzymając się mocno siedzenia kierowcy i obijając o nie kolana, zdobywaliśmy kolejne kilometry bezdroży. Asfalt leżał wyłącznie w granicach miasta Singida. Ale trzeba przyznać, wzdłuż całej naszej trasy było wiele zaawansowanych prac budowlanych. Za parę lat powinni mieć niezłe drogi. Ciężkiego sprzętu budowlanego było sporo tak w Kenii jak i Tanzanii oraz Ugandzie.
Późnym popołudniem dojechaliśmy do jakiegoś większego miasta. Ale ok. 10 kilometrów wcześniej kierowca zwrócił uwagę mechanikom, że nie może kręcić kierownicą. Rzeczywiście, koło sterowania kręciło się jeden stopień w prawo, jeden w lewo i nic więcej. Ale mechanik machał ręką, żeby jechać dalej. Nie mogłem tego zrozumieć i naprawdę zacząłem drżeć o swoje życie i los całego autobusu. A trzeba wiedzieć, że te pojazdy mają tylko jedne drzwi z przodu i przeważnie są przepełnione. Poza tym siedzenia są niezwykle wąskie, bo autobus ma pięć rzędów (trzy +dwa – jak w Boeingu). Dlatego planując kilkudziesięciogodzinną podróż można się obawiać nie tylko stanu dróg, ale siedzenia na tzw. półdupku. Nogi cierpną szybko, a darmowe kołysanie i podskoki na wybojach nie ułatwiają krążenia krwi. Poza tym ryk silnika jak za pamiętnych sentymentalnych czasów „ogórkowych”.
Kierowca z wadą układu kierowniczego jechał wytrwale dalej, dając innym znaki światłami, że ma jakieś problemy. Z trudem udawało mu się pokonywać zakręty i mijać z innymi pojazdami. Ale jakimś cudem zajechał na stację benzynową i mechanicy od razu zabrali się do roboty. My widząc bar ucieszyliśmy się z tej przerwy, bo basowy ryk silnika przeplatał się już od dawna z rytmicznym marszem naszych kiszek. Ryż, mięso i fasola -podstawowy afrykański zestaw fast food i coca cola były zbawienne. Okazało się, że oprócz popsutej kierownicy mieliśmy też kapcia na tylnym kole. Czasem warto wysiąść z autobusu, żeby zobaczyć co naprawdę mu dolega. Bo jeśli jedzie, co zdaje się tutaj najważniejsze, to nie ma problemu. Po tej naprawie mieliśmy szczęście jechać dość długo po asfalcie. To niebywała radość, kiedy kołysze i podrzuca o połowę mniej. Poza tym można było jechać szybciej i nadrobić stracony czas. I nasz drajwer rzeczywiście nadrabiał. Zrobiło się ciemno, miał przed sobą stromy zjazd i wtedy zobaczyłem, że zwalnia biegami starając się jechać coraz wolniej. Okazało się, że nie mamy hamulców, a mechanik znowu macha ręką, żeby jechać dalej. Zjazd jak się okazało jest za kilka kilometrów, a my powoli sapiemy z nerwów. Wreszcie na dole, mechanicy znowu pod samochód, a ludzie na papieroska (chociaż tutaj bardzo mało ludzi pali). Patrzyłem, że rozbierają hamulce z małą latarką w zębach i zrobiło mi się ich szkoda. Podszedłem i użyczyłem swojego czołowego Petzla, pod autem zrobiło się natychmiast o wiele jaśniej. Bardzo dziękowali uniwersalnie machając ręką. Na szczęście usuwanie tej awarii nie trwało długo, po jakiejś pół godzinie ruszyliśmy ze świeżymi i sprawnymi jak mniemam hamulcami. Około pierwszej w nocy dojechaliśmy do Kahamy, okazało się, że zostajemy tu do 6 rano. O zgrozo, gdyby nie nastawienie, że w Afryce wszystkiego się można spodziewać, to pewnie klątw nie byłoby końca. Cóż, znalazłem sobie z tyłu podwójne siedzenie i próbowałem jakimś cudem spać. Oczywiście zbolałe, obite, ścierpnięte kolana i nogi budziły skutecznie co kilkadziesiąt minut. Poza tym akurat siedzącym obok mnie chłopakom zebrało się na głośne pogawędki. Ale jednak zmęczenie zwyciężało i przewracając się z boku na bok udawało mi się zasypiać.



Ciasteczka na tej stronie
Używamy ciasteczek niezbędnych, żeby strona działała. Za Twoją zgodą włączymy też te, które pokazują mapę dojazdu i odcinki podcastu oraz pomagają nam liczyć odwiedziny. Zgodę możesz w każdej chwili zmienić. Szczegóły w polityce prywatności i na stronie o ciasteczkach.
Twoje zgody
Niezbędne
zawsze włączonePotrzebne, żeby strona działała: zapamiętanie tej decyzji, bezpieczeństwo formularzy, wydajność. Bez nich nie da się wysłać zapytania ani zgłoszenia rezerwacji.
Mapa dojazdu do biura (Google) i odcinki podcastu (Spotify). Te serwisy zapisują dane na Twoim urządzeniu i widzą, że oglądasz tę stronę.
Liczenie odwiedzin i tego, które wyjazdy oglądacie najczęściej. Pomaga nam układać ofertę. Nie używamy tego do reklam.