

O piątej rano w zajezdni zaczął się już spory ruch. Mimo ciemności zjeżdżali się ludzie, którzy o 6 mieli swoje autobusy w różne strony świata, ruszyliśmy i my. Mieliśmy za sobą 24 godziny jazdy, a przed nami wciąż jeszcze było kilkaset kilometrów.
Kolorowy kurz dalej wdzierał się przez brakujące szyby i malował wszystkich pasażerów, zwłaszcza tych siedzących z przodu. Zęby od tego zgrzytały, a ślina przybierała gęstość czekolady. Około godziny 2 po południu minęliśmy skrzyżowanie na Bukobę, zabraliśmy kolejnych pasażerów i znów pojawił się optymistyczny widok asfaltu. Ale szczęście nie trwało długo. Jakieś 10 min dobrej drogi i kierowca siepiąc lewarkiem od biegów nie może żadnego znaleźć. No to jeszcze skrzynia biegów nie nawaliła – powiedziałem do siebie, zgrzytając zębami tym razem w duchu.
Autobus siłą rzeczy zatrzymał się i mechanicy pod auto – to już norma. Coś klepią w kole, a tu wypada ukręcona półośka. Jeden z nich macha ręka, że to koniec podróży, że trzeba czekać na kolejny pojazd. A my z wytrzeszczonymi oczami nic z tego nie rozumiemy. Jedna życzliwa Pani tłumaczy nam, że dalej nie możemy jechać, bo muszą tym razem ściągnąć część z daleka. Pytam ile to potrwa, a ona, że obsługa nie jest w stanie powiedzieć. To co robimy? Czekamy na autobus? „A ile” – pytam? Ona reagując na pytanie Europejczyka z iście afrykańskim spokojem oznajmia, że nie wiadomo. Ja dalej pytam uparcie: godzinę? dwie? A ona – „maybe”. No to ładnie, a gdzie my jesteśmy, próbujemy dopytywać rozkładając mapę, ale wielu stając nad naszą mapą pokazuje palcami i wszyscy naraz jakby w trwającym przetargu o trafność geograficzną strzelają, że może tu, ale chyba tu, na pewno tutaj… No to lepiej schować tę mapę i zająć się machaniem na drodze. Entuzjastów przymuszonego autostopu jest jednak wielu – wszyscy pasażerowie w liczbie jakichś 65 osób. Jedno jest pewne – od Afrykańczyka nigdy nie usłyszałem odpowiedzi „nie wiem”. Jakiekolwiek pytanie by zadać, nikt nie odpowie, że się nie orientuje. Nawet, jeśli tak jest. Każdy tutaj daje potwierdzające odpowiedzi, tak było z mapą i tak było wielokrotnie, kiedy błądząc po jakimś mieście pytaliśmy o coś. Jedni pokazywali w prawo, inni w lewo i na końcu trzeba było wziąć taksówkę, powiedzieć gdzie się chce dotrzeć i ustalić cenę. Gdyby polegać na wskazaniach przechodniów, to człowiek chodziłby tam i z powrotem, a nie zawsze jest na to czas i ochota.
Nie do porównania z niczym na świecie, jeśli chodzi o ludzkie reakcje, jest opanowanie tubylców. Nie słyszałem ani jednego słowa skargi, gdy po raz kolejny musieliśmy wysiadać z popsutego autokaru. Nawet, kiedy musieliśmy sobie szukać na własną rękę pojazdu na dokończenie drogi, bo w końcu awarii nie dało się naprawić. Siła spokoju jakoś się udzielała. To naprawdę godne podziwu, ale pewnie wynika z częstego podróżowania w ten sposób. Ich świadomość, że wszystko może się zdarzyć wcale ich nie zniechęca do pokonywania dużych odległości w niemałej Tanzanii. Ale domyślam się, że tak pewnie jest w całej Afryce. Niezwykły jest ten stoicki spokój. Wyobrażam sobie jakie pretensje i skargi sypałyby się w jeżdżących po dobrych drogach, wygodnych autobusach Europy. Reakcja Afrykańczyków każe stwierdzić, że są wielcy w tym opanowaniu. Tutaj nikt nie odezwał się ani słowem pod adresem kierowcy czy mechanika. Przyjmowali informacje o awarii, nawet tej nie do naprawienia, jak coś oczywistego, jakby każdy wkalkulował taką sytuację w swoją podróż. Skoro jedziesz, to sam decydujesz się na ryzyko. Poza tym autobusy to jedyny środek lokomocji na tak długich trasach, nie ma tu pociągów. Lotniska owszem są, ale bilety za drogie jak na kieszeń tubylców. Zostaje jeszcze samochód, ale po ich ilości na drogach, można sądzić, że niewielu posiada własny pojazd.
O dwóch biednych nieporadnych białych zatroszczono się bardzo szybko. Następny autobus do Bukoby miał kilka wolnych miejsc, kazano nam tam wsiąść w pierwszej kolejności, torując przy tym drogę do obleganego wejścia. Trochę nam było głupio, ale dziękowaliśmy za życzliwą gościnność. Zajęliśmy miejsca z tyłu, bo tak wskazał kierownik autobusu. Kiedy wszyscy wytargowali się, wsiedli i zajęli miejsca, rozpoczęliśmy kolejny etap podróży, z wielką nadzieją, że nie będzie już przymusowych postojów. W tych autobusach nie ma miejsc stojących, maksymalnie jedzie tyle osób, ile jest miejsc siedzących. Często są kontrole policji. Wsiada taki mundurowy i tylko zerka czy wszystko w porządku, mniejsza z tym, że nie wiele może zobaczyć, ale stojące osoby na pewno zobaczy. Czasami w sposób bardzo dyskretny dostanie coś za taką kontrolę, ale za co, to nie mam pojęcia.
Droga asfaltowa znów szybko się skończyła. Auto było chyba bardzo sprawne, bo kierowca miał ciężką nogę na pedale gazu. Najbardziej dało się to odczuć, gdy nie wyhamował na czas przed dużym progiem zwalniającym. Wtedy wszyscy jak siedzieli, siłą podskoku dostali skrzydeł, ale nie ulecieli daleko, bo dach boleśnie zatrzymał. Wtedy dało się zobaczyć, że opanowanie i spokój Afrykanerów ma swoje granice. Pewnie dobrze, że nie rozumiem tego języka, bo byłaby okazja nauczyć się kilku kur… i innych podobnych słów w kiswahili albo luganda. Ja spokojnie odmawiałem sobie różaniec, ale pomiędzy „Zdrowaś” a „Maryjo” też wcisnęło się słowo obwieszające bolesne zetknięcie z dachem autobusu. Jak ja ich, tak oni mnie nie zrozumieli. Ale ból w szyi odczuwałem jeszcze długą chwilę. Tył autobusu podrzucało jak na regularnych drgawkach i gdyby przyszło jeszcze jechać 100 kilometrów pewnie w złości opuściłbym busa bez względu na odludne miejsce.
Pewnie gdzieś koło czwartej po południu byliśmy w Bukobie. Czyli jak nam obiecywali 36 godzin jazdy, tak też prawie było. Tylko nie obiecywali dwóch autobusów i zderzeń z dachem pojazdu, ale na przyszłość i to weźmiemy pod uwagę. Poszliśmy szukać jakiegoś hotelu. Pierwszy guest house nie pasował, bo nie miał łazienki, a my znów o kilka kilogramów ciężsi (kurz). Ale w handlowej uliczce przy banku spotkaliśmy chłopaka, który jechał z nami w autobusie. Zaprowadził nas do drogiego hotelu, pewnie w sam raz jak dla białych. Ale nie dla nas. Obok był tańszy prowadzony przez Hindusa i ten cenowo pasował. Po prysznicu i małym praniu uczucie świeżości i lekkości było prawdziwym spełnieniem marzeń z ostatnich godzin podróży. W łazience wprawdzie woda nie spływała i mieliśmy nie małą powódź pokojową, ale poprosiliśmy o pomoc i w kilka minut awaria został usunięta. Skuteczność obsługi jest jak widać na poziomie. Mała kolacja z karty indyjskiej oraz zmrożone piwko Kilimandżaro postawiło nas na nogi. Potem spacer nad Jezioro Wiktorii – drugie co do wielkości jezioro świata. Woda była dość wzburzona i fale mocno rozbijały się o brzeg, ale bardzo przyjemna piaszczysta plaża zachęcała do wylegiwania się. Zrobiliśmy sobie zdjęcia z trzema braćmi z Mwanzy. Wymieniliśmy adresy i obiecałem przysłać zdjęcia. Mam nadzieję, że głowa pomoże dotrzymać słowa.
Na rano mieliśmy kupione bilety do Kampali. Właściciel hotelu zaproponował w cenie hotelu taksówkę, więc z przyjemnością skorzystaliśmy. Tak jak kazano o 6:30 byliśmy na dworcu. Autobus zapełniony jak każdy poprzedni odjechał punktualnie. W tym też były ciasne siedzenia i pięć rzędów. Miał jednak coś więcej, czego nie miały poprzednie autobusy – w niektórych miejscach widać było ziemię. Poza tym wszyscy wsiadający zahaczali o odstającą z przodu dodatkową blachę nieporadnie przykręconą do podłogi.



Ciasteczka na tej stronie
Używamy ciasteczek niezbędnych, żeby strona działała. Za Twoją zgodą włączymy też te, które pokazują mapę dojazdu i odcinki podcastu oraz pomagają nam liczyć odwiedziny. Zgodę możesz w każdej chwili zmienić. Szczegóły w polityce prywatności i na stronie o ciasteczkach.
Twoje zgody
Niezbędne
zawsze włączonePotrzebne, żeby strona działała: zapamiętanie tej decyzji, bezpieczeństwo formularzy, wydajność. Bez nich nie da się wysłać zapytania ani zgłoszenia rezerwacji.
Mapa dojazdu do biura (Google) i odcinki podcastu (Spotify). Te serwisy zapisują dane na Twoim urządzeniu i widzą, że oglądasz tę stronę.
Liczenie odwiedzin i tego, które wyjazdy oglądacie najczęściej. Pomaga nam układać ofertę. Nie używamy tego do reklam.