

Rano nie spieszyliśmy się z wyjazdem, co niestety szybko się na nas zemściło. Autobus w stronę Kenii odjechał o siódmej, a nam pozostało tylko poszukać taxi busa i udać się nim do granicy. To niewiele ponad 200 kilometrów. Ale w ciasnocie zapakowanego po dach ludzkimi głowami busa dało się odczuć kość ogonową i cierpnące pośladki. Jednak trzeba było wytrzymać, nawet gdy droga przez ból tak się dłużyła. Siedząc z przodu i co chwila przesuwając nogę, gdy kierowca chciał zmienić bieg, oglądałem przydrożne domostwa i typowe afrykańskie sklepiki. Wszystkie takie same w trzech zwiedzanych przez nas krajach. Zrobione prowizorycznie, jakby tylko na chwilę, a stoją już pewnie dobrych kilka lat i służą jako utrzymanie niejednej rodzinie. Często mienią się kolorami firmującymi jakąś sieć komórkową albo inną korporację. Te drewniane małe kioski zbite chyba ze znalezionych przygodnie desek, przytwierdzone do ziemi ciężarem sprzedawcy lub rozstawionego towaru, są najwyższej klasy prowizorką pozbawioną jakiegokolwiek gustu. Ma to być praktyczne, a nie estetyczne. Pewnie taka myśl przyświecała swoistym inżynierom.
Granicę przeszliśmy pieszo, wpierw wracając się po pieczątkę wyjazdową z Ugandy, a potem uzupełniając kolejną niebieską deklarację i oczekując przy okienku na pieczątkę wjazdową do Kenii. Wiza ta sama, na miesiąc wystarcza, ilekroć opuszczałoby się ten kraj. Oczywiście mnóstwo zaczepiających, chętnych do przewiezienia rowerem przez granicę, a potem do wymiany pieniędzy. Biznes taksówek rowerowych, przypominających nasze dawne ciężkie „Ukrainy”, jest tutaj bardzo dobrze rozwinięty. Miejsce dla pasażera wygląda tak, że z tyłu jest przyczepiony kolorowy bagażnik. Pewnie to „siodło” jest bardzo wygodne, bo jak się okazuje, ma wielu zwolenników. Wracając do naganiaczy, jest zawsze pewien plus korzystania z ich usług: oni wiedzą gdzie i co załatwić. Podwiozą pod samo okienko z odprawą graniczną, a nawet pomogą wypełnić formularze. Poza tym ich rowery w wielu wypadkach robiły za transport cargo, przewożąc duże bagaże, albo inne dziwne rzeczy na ciężkich metalach kończąc.
Czasami towar był o wiele większy od roweru i „taksiarza”, ale jak widać nie stanowiło to żadnego problemu, ani przeszkody. Wszystko mieli przetestowane i wiedzieli jak każdą rzecz umieścić na bagażniku, żeby uzyskała transportową stabilność. Poza tym już w wioskach dało się zauważyć, że rowery mogą też robić za ciągniki. Szczytem był widok ogromnej kopy siana przywiązanej do roweru, na którym jeszcze było miejsce, żeby siedzieć i pedałować. Pewnie nie jeden traktor miałby co ciągnąć, a tutaj rower dawał sobie radę nienajgorzej. A zatem afrykańskie gospodarstwo wyposażone w rower spełnia już wymogi farmerskie, poza tym nie musi ubiegać się o dopłaty do paliwa rolniczego.
Gdy przekroczyliśmy granicę, natychmiast zjawił się „naganiacz”, który zapewniał, że do pół godziny jego znajomy będzie jechał autobusem i zabierze nas do Kakamegi. Potem jednak stwierdził, że kolega ma już „full”, bo oprócz pasażerów ma sporo bagaży. No więc poszliśmy na poszukiwania matatu… Jeden busik właśnie odjeżdżał i nie miał dwóch miejsc, a drugi dopiero zaczynał zbierać pasażerów, więc my byliśmy pierwsi. Na pytanie „kiedy pojedziemy?” odpowiedź jest zawsze ta sama: za 10, góra 20 min. I już wypisuje bilety, i zabiera bagaże, pokazuje nam miejsca. Upewniam się, pytając czy na pewno? Tak, nie ma żadnych wątpliwości. Jak powiedział, tak było. Odjechaliśmy dokładnie półtorej godziny później. Czyli po afrykańsku słowo pozostało cenne, ale na pewno nie po europejsku. To nie lada ćwiczenie, albo człowiek wejdzie w to i zda się na nich, albo nerwica niepunktualności zje układ nerwowy w ciągu kilku dni. Zapewnienia, że jedziemy do jakiegoś miasteczka, skąd mamy się przesiąść do Kakamegi, też okazały afrykańską obietnicą. Otóż po 30 min zatrzymuje się i mówi, że ten stojący obok samochód podwiezie nas do miasteczka, skąd będziemy mieli matatu do Kakamegi. Protestując mówię, że umówiliśmy się, że to Pan nas dowiezie. On na to, że nie musimy płacić, bo on już z naszej ceny zapłacił i auto jest podstawione. No to przełykając wrzącą ślinę z powodu kolejnego wyrolowania wsiedliśmy do malutkiego suzuki. Rzeczywiście dowiózł nas do miasteczka, gdzie zaczepili nas prywaciarze mówiący, że jadą do Kakamegi. Za ile minut odjazd, pytam, a on prosi, żeby zamknąć drzwi, bo już jedziemy. Ale przecież nie ma nikogo – czy tylko we dwóch? Nic na to nie odpowiedział, tylko zrobił rundkę wokół stacji benzynowej znajdującej się tuż obok, po czym stanął niemal w tym samym miejscu. Czy już dojechaliśmy? – pytam. – Nie, musimy jeszcze zabrać ludzi do pełna. Tutaj nastąpiło głośne nawoływanie ludzi. Tak podjeżdżaliśmy co 3 minuty po 10 metrów, wołając kolejnych ludzi. Kiedy po jakiejś pół godzinie bus był załadowany, ruszyliśmy. Wtedy zaczął się rajd wyścigowy. Tutaj jest to bardzo częsta praktyka, kto pierwszy dojedzie na przystanek i zabierz kolejnych ludzi. Nieważne są dziury, nieważna wygoda pasażerów, nieważne obijanie samochodu i wyprzedzanie na wąskiej drodze na tzw. trzeciego.
Ważny jest nowy klient, a zwłaszcza jego pieniądze. Prawo ekonomiczne bierze górę i jest naprawdę praktykowane, klient jest najważniejszy, bez żadnej dyskusji. Może nie skończyli studiów ekonomicznych, ale ekonomię mają w paluszku. Mieliśmy tym matatu dojechać do samego Kakamegi, więc siedzimy spokojnie myśląc, że już nie będziemy przedmiotem targów i obędzie się bez przesiadki. Nic bardziej mylnego. W połowie drogi do celu w mieście Mumias, dowiedzieliśmy się, że do Kakamegi pojedziemy następnym matatu i też jest to już zapłacone. Ślina wciąż wrzała, krew krążyła z szybkością światłą, a my z aktorskim uśmiechem przesiadaliśmy się do kolejnego busa i znowu chwila oczekiwania na napełnienie pojazdu. Już po ósmej wieczorem, czyli głęboką nocą dotarliśmy do Kakamegi.
„Naganiacz” spytał nas co chcemy, my, że taksówkę, bo jeszcze musimy podjechać do lasu. No to dopadł przy stacji benzynowej pierwszą taksówkę, mówiąc nam, że to jego dobry przyjaciel i na pewno dowiezie nas, gdzie tylko będziemy chcieli. To było po angielsku, a już w niezrozumiałym dla nas kiswahili zażądał od swojego rzekomego przyjaciela pieniędzy za nagonienie mu klientów. Jak widać tamten nie ugiął się i nie dał, bo i my wcale nie byliśmy takimi pewnymi klientami. Pojechaliśmy z nim do Forest First Stationes przez 10 kilometrów leśnych bezdroży. Dało się odczuć łyse opony samochodu, kiedy w błocie tył chciał nas wyprzedzać, ale dotarliśmy do ciemnego leśnego hoteliku. Bez prądu, bez światła, jedna latarka nikłym blaskiem obwieściła, że jest tutaj jakaś żywa dusza. Wzięliśmy pokój na górze i zapytaliśmy o jutrzejszy spacer po puszczy. Jak zwykle z niczym nie ma problemu, bo niby cóż to dla tubylca, kiedy łapie Muzungu (biały człowiek w języku kiswahili) i jego możliwości płatnicze. Pytamy czy ludzie z Polski tutaj przyjeżdżają, a on, że oczywiście, to bardzo dobrzy ludzie.
Znaleźliśmy kilka osób zapisanych w ciągu ostatniego roku w księdze pamiątkowej. Dowiedzieliśmy się też, że obok palą ognisko i przygotowują sobie kolację Czesi. No jak już odkryliśmy swoich sąsiadów, to poszliśmy ich odwiedzić. Jak się okazało, była to mała ekspedycja naukowa. Pochodzili z Ostrawy, a przyjechali tu łapać myszy do swoich uniwersyteckich zbiorów i badań. Dzień wcześniej nałapali ich 320. Dobrze rozumieli polski, bo jak się przyznali, oglądali polską telewizję z Katowic. Według ich opinii jest lepsza niż ich własna. Pogadaliśmy chwilę i poszliśmy spać. Nad ranem nie miałem spania, więc leżąc jeszcze w ciemnościach słuchałem nocnych głosów ptaków i małp. Cisza była zupełna, tylko las dawał o sobie znać charakterystycznymi odgłosami. To świat dżungli zachowany w jakimś wymiarze, o niego ma właśnie dbać organizacja mająca siedzibę w tym miejscu. Uprawiają sadzonki i organizują jakiś zastępcze formy pomocy mieszkańcom okolicznych wiosek, gdyż ci wcześniej korzystali ze wszystkiego w tym lesie. Przekazują im drewno, zioła i wiele innych rzeczy.



Ciasteczka na tej stronie
Używamy ciasteczek niezbędnych, żeby strona działała. Za Twoją zgodą włączymy też te, które pokazują mapę dojazdu i odcinki podcastu oraz pomagają nam liczyć odwiedziny. Zgodę możesz w każdej chwili zmienić. Szczegóły w polityce prywatności i na stronie o ciasteczkach.
Twoje zgody
Niezbędne
zawsze włączonePotrzebne, żeby strona działała: zapamiętanie tej decyzji, bezpieczeństwo formularzy, wydajność. Bez nich nie da się wysłać zapytania ani zgłoszenia rezerwacji.
Mapa dojazdu do biura (Google) i odcinki podcastu (Spotify). Te serwisy zapisują dane na Twoim urządzeniu i widzą, że oglądasz tę stronę.
Liczenie odwiedzin i tego, które wyjazdy oglądacie najczęściej. Pomaga nam układać ofertę. Nie używamy tego do reklam.