Strona główna » Blog » 14. Wieczorny rejs po Jeziorze Galilejskim

14. Wieczorny rejs po Jeziorze Galilejskim

Relacje z podróży | Ziemia Święta
14. Wieczorny rejs po Jeziorze Galilejskim

Spis treści

autor: Teresa Kaciuba

Swojska atmosfera na tafli jeziora

Dzień chylił się już ku zachodowi i mogliśmy jechać do Tyberiady na kolację i nocleg. Ksiądz Maciej pomyślał jednak, że może będzie dobrze, jeżeli odbędziemy jeszcze rejs po Jeziorze Galilejskim (funkcjonuje też nazwa Jezioro Genezaret i jezioro Tyberiadzkie). Sam też jeszcze nie płynął nocą, więc może warto spróbować. Nie mieliśmy nic przeciw temu. Pomysł bardzo nam się spodobał. Przy brzegu czekała na nas łódź. Była ona wykonana na wzór łodzi, której używało się w czasach Jezusa. Weszliśmy na pokład, wraz z nami grupa pana Marcina. Usadowiliśmy się, gdzie kto mógł. Po bokach bowiem znajdowały się ławki, a na środku krzesła. Trochę wiało, więc założyłam kaptur na głowę, ci którzy mieli kurtki z kapturem, zrobili to samo.  Taki wiaterek nam nie przeszkadzał, ale ponoć nad jeziorem często mocno wieje i wtedy nie można odbyć rejsu. Mieliśmy to szczęście, że mogliśmy wypłynąć. Załoga powitała nas miłą niespodzianką. Puścili bowiem Hymn Polski i wciągali w trakcie flagę polską na maszt. Gdy tylko zabrzmiały pierwsze wersy Hymnu, zerwaliśmy się na nogi, stanęliśmy na baczność i pełną piersią odśpiewaliśmy Mazurka Dąbrowskiego. I jakoś tak od razu zrobiło się ciepło i słodko na sercu. Potem pan Marcin wyjaśnił, że jezioro przypomina swoim kształtem harfę lub cytrę (stąd jego hebrajska nazwa znaczy właśnie „Harfa”) i że zasilają go wody Jordanu. Jest najważniejszym zbiornikiem wodnym w Izraelu, ponieważ woda z niego rozprowadzana jest po całym kraju. Dalej przedstawiał dane geograficzne i hydrologiczne, opowiadał historię i jeziora i okolic od czasów starożytnych po współczesne. Zwrócił też uwagę na okazy roślin, które można tu spotkać, oraz gatunki ryb. To właśnie duża ich ilość spowodowała, że w okolicach jeziora powstało wiele osad rybackich. My znamy Jezioro Galilejskie głównie z Ewangelii. Tutaj Jezus powołał pierwszych apostołów, którzy byli rybakami. Tu miał miejsce cudowny połów ryb, uciszenie burzy. W tej okolicy  Jezus często przebywał i nauczał dokonując tu wielu cudów. Cudownie było tak płynąć. Nasza łódź szybko posuwała się po granatowej tafli jeziora. Wokół na wzgórzach migotały światła osiedli, miasteczek, które wpisały się w tutejszy krajobraz.
Ksiądz Maciej zacytował słowa, które wypowiedział Jezus: „Nie może się ukryć miasto położone na górze” – tu stają się one w pełni zrozumiałe. Nasz przewoźnik – starszy pan całkiem dobrze mówił po polsku. Włączył nam taśmę z żydowską muzyką regionalną i zaprosił do pląsów. Większość na to chętnie przystała, ale zrobiło się tłoczno. Potem pokazał kroki do Hevenu shalom alechem i tańczyliśmy: każdy jak potrafił i jak mu pozwalały warunki na łodzi. Rejs nie miałby z pewnością swojej wymowy, gdybyśmy  nie zaśpiewali Barki. Słowa tej pieśni, zwłaszcza początkowe, sprawiły, że niemalże przeniosłam się w czasy Jezusa, by zobaczyć oczyma duszy, wydarzenia, które tu nad jeziorem i na jego falach miały miejsce ponad 2 tysiące lat temu. Nie sposób opisać słowami wrażeń i myśli, które się nasuwały. Słowa nie potrafią ich oddać. Są zbyt małe… Załoga przygotowała również dla nas na pamiątkę rejsu certyfikaty tej treści:
„To jest zaświadczenie i upominek z Morza Galilejskiego, że Ja……………….. spacerowałem (am)  dzisiaj po tych samych miejscach, po których Jezus chodził dwa tysiące lat temu” data: 16.01.2020 r. (Francis Jordan Sailing LTD).
To bardzo sympatyczny gest z ich strony w moim odczuciu, choć dla nich pewnie bardziej biznesowy. Każdy bowiem kto odbierał certyfikat zostawiał przysłowiowy „one dollar”.
Godzina przeznaczona na rejs minęła nie wiadomo kiedy. Dobijaliśmy ponownie do brzegu. Z głową pełną wrażeń, tanecznym krokiem opuściliśmy pokład łodzi, by zająć miejsca w czekającym na nas na parkingu autokarze. Nasz kierowca obrał  kierunek na Tyberiadę (miejscowość założoną za czasów cesarza Tyberiusza), gdzie w hotelu Bali mieliśmy zaplanowane dwa noclegi. Budynek sprawiał pozytywne wrażenie. Wydawał  się zadbany, uroku dodawała mu ciekawa roślinność i oświetlenie zewnętrzne. Był prowadzony przez rodzinę żydowską. Otrzymaliśmy w recepcji koperty z nazwiskami i kartę magnetyczną do drzwi.  Nasz pokój oznaczony był numerem nr 274. Na miejscu okazało się, że były to dwa pokoje i łazienka. Ania zajęła mniejszy pokój, a my z Agatą ulokowałyśmy się w większym – z podwójnym łóżkiem. Do naszej dyspozycji był tu telewizor, dzbanek elektryczny, kilka sztuk kawy, herbaty i cukru. Zaraz po wejściu okazało się, że jest włączone ogrzewanie na maxa, co dało się wyraźnie odczuć. Trochę je zmniejszyłyśmy, otworzyłyśmy drzwi balkonowe i od razu zrobiło się trochę lepiej. Po zainstalowaniu  się, udaliśmy się wszyscy na kolację. Stołówka była sporym pomieszczeniem, ale nie robiła jakiegoś rewelacyjnego wrażenia, raczej surowe. Tylko część stolików została przygotowana i na miejsca musieliśmy czekać. Obsługa jakoś się nie kwapiła, żeby w czymkolwiek nam pomóc. Dwie dziewczyny – nastolatki (może córki właściciela) stały przy wejściu i pewnie miały za zadanie ogarnąć salę i pielgrzymów, ale były bardziej zajęte sobą.  Brakowało sztućców i talerzyków, trzeba się było o nie upominać. Jedzenia sporo, ale inne niż w Betlejem. Szczerze mówiąc tam było przyjemniej,  smaczniej i jakoś tak sympatyczniej. Tutaj inne  potrawy – bardziej na słodko i chyba mniej różnorodnie. Do picia woda. Odniosłam wrażenie, że nie byliśmy dla nich atrakcyjnymi gośćmi i jakby czekali, żebyśmy już sobie poszli. Wyszliśmy więc przed hotel i po krótkim spacerze wróciliśmy do swoich pokoi. Prysznic, gorąca herbata i „dobranoc”.
 

Copyright © 2026 Biuro Podróży Matteo Travel. Wszelkie prawa zastrzeżone.