Strona główna » Blog » 16. Market Samburu

16. Market Samburu

Afryka | Relacje z podróży
16. Market Samburu

Spis treści

Spacer po targu

Rano o ósmej mieliśmy autobus do Nakuru. Z miejscówkami zajęliśmy swoje miejsca, zadowoleni, że jest trochę przestrzeni, po raz pierwszy nie ma pięciu rzędów, ale jak u nas cztery i szerokość siedzeń też jest odpowiednia. Do Nakuru jechaliśmy ponad trzy godziny. Stamtąd chcieliśmy udać się w stronę Rumuruti, a potem jeszcze dalej, do stolicy Samburu Maralal. Kiedy wysiedliśmy, już uśmiechał się do nas jakiś taksówkarz. Przyszedł pomysł, że może pojechalibyśmy taksówką. Wytargowaliśmy połowę z żądanych 6 tys. szylingów i wsiedliśmy do ładnej toyoty. Taki rarytas tylko dla szaleńców, ale skoro ostatnie dni były bardzo oszczędne, to można teraz pozwolić sobie na taksówkę. Droga długości 100 kilometrów prowadziła przez Rów Afrykański. Na polach prezentowała się niezwykle ciemna zieleń. Teren jak w Irlandii, obrazki naturalnej zieleni jak z bajki, aż niepasujące do Afryki. Za wzgórzem zamykającym zieloną krainę zaczęła się powoli sawanna, czyli teren typowy do zasiedlenia przez jakieś afrykańskie plemię. W tym wypadku Samburu.
W Rumuruti kończył się asfalt. Następne 100 kilometrów zostawiamy sobie na kolejny dzień. Poszukaliśmy hotelu, co w niewielkim mieście nie było takie łatwe. Znaleźliśmy podwórko z dwoma szeregami jednoosobowych pokoików w cenie 250 szylingów za noc. Cena adekwatna do warunków, ale nie na wygody przyjechaliśmy. Chociaż dojazd ładną taksówką do takiego hotelu nieco się z tym kłóci, ale kontrasty nadają barw przeżyciom. Po krótkiej drodze mieliśmy sporo czasu, więc poszliśmy na spacerek. Byliśmy zjawiskiem kosmicznym dla dorosłych i dla dzieci. Nawet jedno pokazując palcami i trzymając się spodni kogoś starszego, krzyczało za nami Muzungu, Muzungu! Pozostało jedynie uśmiechnąć się do dzieciaka, u starszych budziło to dużo radości. Ludzie byli bardzo życzliwi, wielu uśmiechało się do nas i machało ręką albo magicznie pytało „how are you”? Nie było człowieka, który nie wyszedłby ze sklepy albo baru, żeby zobaczyć dwóch „Białasów” na prowincji. Pewnie jasny kolor skóry rzadko tutaj widać i dlatego to taka atrakcja. Szczytem tego wszystkiego był moment, kiedy podeszliśmy pod szkołę, a dzieciaki właśnie skończyły lekcje. Mogliśmy czuć się jak na stadionie, gdzie kilka tysięcy par oczu spoczywa na bohaterach wydarzenia. Pewnie była to żywa lekcja geografii, etnologii albo i biologii. Być może jutro na zadanie domowe będą musiały opisać białego człowieka. Nie ma się co dziwić, dzieci jak dzieci. Kiedy zrobiłem im zdjęcie, zaczęły uciekać. Potem pokazałem im na ekranie jak to wyszło, więc nie bały się i same się ustawiały, chcąc się potem pooglądać w aparacie fotograficznym.
Wieczorkiem po kolacji w niedalekim barze, gdzie zaserwowano pokrojone chapati i jakąś baraninę, siedzieliśmy na „werandzie” naszych pokoików. Pierwszy raz mieliśmy oddzielne pokoje. Zaczął padać mocny deszcz i zastanawialiśmy się co będzie z drogą do stolicy Samburu. Rano trzeba wstać i jechać, mając nadzieję, że droga będzie przejezdna. Asfalt mamy już za sobą, a przed nami ponad 100 kilometrów wertepów.
Wertepy wertepami, ale dopiero rano okazało się, że nas pięknie okłamali. O siódmej rano nie ma żadnego matatu w stronę Maralal, są oczywiście, ale w przeciwną stronę do Nyahururu. Zatem pytam, czym i jak dostać się najszybciej do Maralal. Wszyscy informują nas, że dopiero o 14:00 odjeżdża matatu. Szkoda, że ta informacja ma jeden dzień opóźnienia. W taxi parku, gdzie stał jeden bus, pytam po kolei każdego kierowcę czy nie jedzie w „naszą” stronę. Wszyscy ładnie się uśmiechają i odpowiadają: „no”. Nie wiem czy te uśmiechy są bardziej z politowania wobec nieporadnego Muzungu, czy z radości, że widzą naiwniaka, która szuka rzeczy niemożliwej, tylko jeszcze o tym nie wie. Spotkałem chłopka, który dzień wcześniej zapewniał mnie o rannym busie do Maralal, tym razem skruszony mocno przepraszał. Ale jego przeprosiny na nic się zdały, zatem: „szukaj nam czegoś w naszym kierunku” – stanowczo mu nakazuję. „OK, nie ma problemu” – odpowiedział. Ale nie wiem czy mu nadal wierzyć. Natomiast umówiliśmy się z takim jednym, który jak podawał pracuje na poczcie i zapewniał, że około 10 pojedzie do Maralal samochód pocztowy. Może nas zabierze, mamy czekać w hotelu. Ale cóż mi z czekania…
Dowiedziałem się, że niedaleko jest dzisiaj targ, czyli Market Samburu. Nie trzeba było długo czekać, a przyczepiło się do nas dwóch przewodników, którzy mieli wiele lokalnych informacji. Ale jak to bywa z takimi przewodnikami, na końcu wyciągali rękę. Ale twardo stałem na stanowisku, że nie szukaliśmy przewodnika, a oni po prostu nam towarzyszyli, bo tak chcieli. Byli nawet przydatni, opowiadali różne historie, również o swojej rodzinie. Jeden miał 3 siostry w Europie, jedna w Szwecji, druga w Niemczech, a trzecia w Anglii. Ale kiedy pytałem o miasta, gdzie dokładnie żyją, nie potrafił odpowiedzieć. Pytałem też czy pomagają mu przysyłając pieniądze. On na to, że to niemożliwe, kobieta mężczyźnie? Nawet jeśli jest siostrą, to się nie godzi. No to nieźle, honorowy facet, ale to jego sprawa. Opowiadali nam też o tym gdzie i jak żyją Samburu, ile kosztują na targach te wszystkie kozy, krowy i owce. Np. kozę można kupić już za 2 tysiące szylingów kenijskich, czyli za 25 dolarów. Oczywiście największą atrakcją targu Samburu nie była okazja kupienia tanio zwierząt, ale zobaczenie dwóch wałęsających się Muzungu, i to według nich pewnie Bóg wie po co. Ale jak się napatoczyli, to niech pozostaną. Tylko trochę blado wyglądaliśmy przy ich kolorystyce. Rzeczywiście dało się tutaj zobaczyć wielu wojowników i pasterzy Samburu. Przepasani czerwonymi płótnami na piersi i na biodrach, niektórzy, ci najbardziej kolorowi, w ręku mieli włócznię. Pewnie była to oznaka wojowniczości lub stanu społecznego wojownika.
Spacer po targu był dobrą i ciekawą rozrywką skracającą czas czekania na cokolwiek w stronę Maralal. Kiedy wróciliśmy do domu, to znaczy hotelu, zagadywaliśmy wszystkich czy wiedzą już coś na temat pojazdu w naszą stronę. Jak się okazało, już cała wioska żyła naszym wyjazdem i wszyscy wiedzieli dokąd jedyni biali w wiosce chcą jechać. Przekazywali sobie tę wiadomość, a robili to głośno krzycząc z jednej strony ulicy na drugą, rozumiałem tylko jedno na pewno dotyczące nas słowo: „Muzungu”. Wreszcie przybiega kilku młodych chłopców i mówi, że mają pojazd do Maralal. I co widzę? Zwykłą taksówkę… Ale przecież nie chcemy jechać za kilka tysięcy. Okazało się, że dorwali mężczyznę, który pewnie tankował paliwo i jechał tam gdzie chcieliśmy w sprawie telefonizacji komórkowej. Zaproponował cenę jak za matatu – 500 szylingów za wygodną jazdę. No to OK. Pakujemy się i zajmujemy miejsca. Pojechał jeszcze z nami jeden mieszkaniec Maralal. Te 116 km jechaliśmy dokładnie cztery godziny, dwa razy przy tym musieliśmy bawić się w mechaników, przytwierdzając tylny zderzak do samochodu. Podwozie po tej trasie jest pewnie nieźle potłuczone, gdyż co chwilę odczuwało się mocne uderzenia w podłogę i ostre zgrzyty. Ale Toyota Corolla pewnie firmowa, więc kierowca specjalnie nad nią nie ubolewał. Chciał wracać jeszcze tego samego dnia, ale po drodze stwierdził, że on także poszuka hotelu i będzie spał w Maralal. Mając w pamięci tę drogę, wcale mu się nie dziwię. Kiedy szczęśliwie dojechaliśmy na miejsce, poczekaliśmy na niego przy banku, a potem poszliśmy do tego samego co on hotelu. Mój kolega, bardzo zrezygnowany, postanowił jeszcze w samochodzie, że wraca następnego dnia razem z naszym kierowcą. Ja absolutnie nie miałem zamiaru uciekać z tego dzikiego zachodu, bo w najbardziej oryginalnym wydaniu był tym, czego się spodziewałem w Afryce.
 

Copyright © 2026 Biuro Podróży Matteo Travel. Wszelkie prawa zastrzeżone.