Strona główna » Blog » 17. Kolorowe bransoletki, korale i inne wisiorki

17. Kolorowe bransoletki, korale i inne wisiorki

Afryka | Relacje z podróży
17. Kolorowe bransoletki, korale i  inne wisiorki

Spis treści

Woman market

Wieczorem spacerując po miasteczku, co chwilę natrafiałem na oferujących swoje usługi przewodników. Nie odpychałem ich od razu, ale dopytywałem o wiele spraw. W ten sposób dowiedziałem się, że jest możliwość pojechania wieczorem na ceremonię Samburu do ich wioski. No to pomysł rewelacyjny, bo o coś takiego mi właśnie chodziło, po to tutaj jechałem. Za radą naganiaczy kupiłem od nich tabakę, bo to dar dla gospodarza wioski, nająłem taksówkę i pojechałem w nieznane. Kierowca nie znał drogi, zabrałem więc za odpowiednią cenę przewodnika, który jak zapewniał wszystko wie i jest godny zaufania, a ja mam się niczym nie martwić. Ciekawa propozycja. Noc była ciemna, ja pełen nadziei, podekscytowany obietnicą, że to będzie piękne niezapomniane show, jechałem zdając się na moich dwóch rozmawiających w kiswahili przewodników. Nie wiele ujechaliśmy, kiedy kierowca zatrzymał się w ciemnościach sawanny pytając przechodniów z plemienia Samburu o wioskę, w której ma odbyć się zapowiadana uroczystość. Oni na to najspokojniej w świecie, że dzisiaj nie ma ceremonii, bo dzisiaj jest spotkanie starszyzny. Wytłumaczyli nam, w jakich wioskach jutro mają się odbyć obrzędowe tańce młodego pokolenia. Skoro mówił to sam Samburu, można by uznać, że to pewna informacja. Zatem come back do miasta. Nieźle, ale się naoglądałem…
Ale na drugi dzień pożegnałem kolegę i nie tracąc nadziei, w jak najlepszym humorze poszedłem na Market Samburu. Tym razem mniej było handlujących, ale jak się okazuje, tak jest codziennie, a największy targ jest w każdy poniedziałek. Kiedy wcześniej poprosiłem o wskazanie drogi, zapytano mnie gdzie chcę iść, czy na targ gdzie są sami mężczyźni, czy na woman market. Oczywiście chciałem zobaczyć jedno i drugie, ale męska solidarność skierowała mnie najpierw do handlujących facetów. Z daleka widać było, że sami kolorowi. Prawie wszyscy, którzy przyprowadzili ze sobą zwierzęta na handel byli tradycyjnie ubranymi Samburu. Wszyscy już z daleka zobaczyli, że zbliża się biały człowiek i zamiast pilnować swoich stad, pilnowali wzrokiem mnie. Usiadłem sobie na podeście na początku targowej zagrody i zamiast ja do nich, oni zaczęli podchodzić do mnie. Tak rozmawialiśmy o życiu, oni pytali skąd jestem i jak mi się żyje w Europie. Jak zawsze podchodzili też tacy, którzy wyciągali ręce i pokazywali, żebym im dał na jedzenie. To zjawisko jest bardzo powszechne i nie odstępuje białych, gdy tylko postawią nogę na Czarnym Lądzie. Ale magiczne „why?” powodowało dziwne miny i odejście. Gdyby było inaczej pewnie po pierwszym tygodniu pobytu pozbyłbym się swojego podróżnego budżetu.
Będąc na targu, rozmawiałem też z ubranym po „europejsku” młodym mieszkańcem wioski Samburu. Miał swoją jednośladową taksówkę i pomieszkiwał w mieście, dlatego coraz mniej łączyło go z jego plemieniem. Opowiadał mi o wioskach i życiu Samburu. Zapytałem zatem o ceremonię. Powiedział mi o niej i zaproponował, że możemy pojechać do jego wioski. Zapytałem czy w południe będzie ktoś w domu? Zadzwonił do swojej mamy i okazało się, że obecnie nikogo nie ma, bo albo poszli z bydłem na wypas albo są na Market Samburu. Umówiłem się z nim po południu przy moim hotelu. Mieliśmy z tabaką i cukierkami pojechać do wioski, gdzie odbywała się w tym dniu ceremonia. Jednak póki co, rozstaliśmy się, a ja poszedłem na drugą część miasta zobaczyć targ kobiet. Kiedy wędrowałem uliczkami, gdzie bez przerwy unosił się kurz, robiłem zdjęcia sklepom, budynkom, przebiegającym dzieciom. Głośno krzyczały do siebie albo do swoich mam, że idzie Muzungu, co mniejsze chowały się za spódnicą rodzicielki dodając tym sensacyjności wydarzeniu. Wzbudzało to śmiech i mój, i tych kobiet. W każdym przypadku kłanialiśmy się sobie, jeśli dziecko nie było tak bardzo bojaźliwe, próbowałem się z nim albo przywitać albo przynajmniej dotknąć jego głowy. Ten dotyk to gest przywitania małych dzieci przez starszych. Nie podają sobie ręki, ale starszyzna dotyka głowy, dlatego dzieci do większych od siebie podchodzą ze spuszczonymi głowami.
Wszyscy ludzie patrzyli na mnie, przerywając nawet swoje przyjacielskie konwersacje pod sklepem czy stojąc w grupie kolegów na ulicy. Jak mniemam, w mieście pewnie było tylko dwoje białych – ja i pewna kobieta, która chodziła za rękę z jakimś utrzymywanym przez siebie Samburu. Chyba taka ”Biała Masajka”, a raczej „Biała Samburu”, która nie wiadomo dlaczego akurat w tym miejscu szukała przygód, sponsorując jakiegoś chłopaka. Sponsorując to znaczy- przynajmniej tak wynika z mojej obserwacji – ubierając go w zachodnie ciuchy, a potem fundując wszystko w najlepszej restauracji w mieście. Na piętrze mieścił się również najlepszy hotel, do którego wieczorem razem się udali. On pewnie nie wiele po dwudziestce, a ona wyglądała mi na czterdziestoletnią kobietę. Miała długie włosy i trzeba przyznać, że byłą ładną kobietą. Ciekawe, ile takich „turystek” przewija się przez te tereny, szukając dla siebie przygód za względnie małe pieniądze.
Idąc, cały czas podnosiłem do patrzących na mnie rękę, zawsze spotykało się to z uśmiechem i tym samym gestem. Nagle podbiega do mnie młoda, ładnie ubrana dziewczyna i przedstawia mi się. „Mam na imię Liviera, a Ty?” – zapytała. Przedstawiłem się, a ona zaczęła opowiadać mi, że angażuje się w pracę Nomadic Community – kenijskiej organizacji, pomagającej w wielu sprawach tutejszym wspólnotom żyjącym w ścisłej tradycji. Chodzi do szkoły sprawdzać czy dzieci z wiosek Samburu i Kikuju przychodzą tam codziennie. Jeździ także z doraźną pomocą medyczną do tych wiosek. Tak opowiadała mi o tym wszystkim, że słuchałem z zaciekawieniem, dopytując się o to, czego nie mogłem zrozumieć. Po chwili rozmowy zaprosiła mnie do swojego domu, z przyjemnością przyjąłem zaproszenie. Poszliśmy do małego jednopiętrowego domku, zamieszkiwanego przez dwie rodziny. W tej części, do której weszliśmy, mieszkała ona ze swoją matką i rodzeństwem, ale siostry i bracia wyjechali się kształcić. Tutaj obowiązuje trzysemestralny system kształcenia, zapożyczony pewnie bądź pozostawiony przez Anglików. Liviera poczęstowała mnie herbatą i pokrojonym bananem. Zaproponowała wspólne odmówienie modlitwy przed jedzeniem. Nie znam prócz znaku krzyża żadnej modlitwy po angielsku, wymyśliłem więc, żeby ona modliła się w swoim ojczystym kiswahili, a ja po polsku i tak pobożnie rozpoczęliśmy herbaciano-bananową ucztę. Bardzo interesująco opowiadała o swojej rodzinie i o sobie. Miała 26 lat, była bardzo ładną i miłą Murzynką. Pokazała mi też album ze zdjęciami, widać na nich było jej matkę i rodzeństwo oraz zdjęcia z zakończenia jej rocznych studiów w Nairobi. Nie rozpoznając jej do końca na zdjęciach, delikatnie dopytywałem gdzie stoi. Miała tam krótkie włosy, teraz ma długie, a przecież zdjęcia pochodzą z tego miesiąca. Okazało się, że rozpuszczone włosy są o wiele krótsze, a splecione w tradycyjne afrykańskie warkoczyki wydłużają się. Dla mnie ciekawe doświadczenie z dziedziny fryzjerstwa. Gdy zapytałem ją o dalsze plany, powiedziała, że jutro wybiera się z pomocą medyczną w stronę jeziora Turkana, żeby odwiedzić wioski Kikuju. Pokazała też zdjęcia z wielu wcześniejszych takich odwiedzin. Trzeba przyznać, że jej domek był bardzo czysty i schludnie urządzony, nie przypominał baraków oglądanych w mieście czy na afrykańskich szlakach. Chociaż można było przypuszczać, że cywilizacja skończyła się wraz z asfaltem 120 km wcześniej, tutaj nie było to prawdą. Można żyć skromnie i schludnie, urządzając przy tym ładnie swoje mieszkanie. Jak zdradziła, myślała wiele razy o wyjeździe stąd do większego miasta np. do Nairobi, bo tutaj nie ma za wiele perspektyw, ale póki co, zaangażowała się w działalność wspomnianej organizacji i teraz ma co robić. Widać było, jak mocnym bodźcem jest dla niej ta praca i jak bardzo czuje się potrzebna robiąc tyle pożytecznych rzeczy dla tutejszej ludności. Opowiadała o tym w taki sposób, jakby chciała mnie od razu zapisać w szeregi swojej organizacji. Kiedy pytałem o fundusze na działalność fundacji, mówiła o Europie i Ameryce oraz niewielkich dotacjach rządowych. Wymieniając adresy pożegnaliśmy się uściskiem dłoni i miłym uśmiechem, który tutaj często towarzyszy ludziom.
Poszedłem kupić jeszcze cukierki i zobaczyć targ kobiet. Jak się okazało woman market to niewielkie stanowiska z ekspedientkami, które sprzedają towar własnej produkcji. Są tam kolorowe bransoletki, korale i różne inne wisiorki, będące ozdobą dla wszystkich Samburu. Kobiety chodzą przyozdobione w duże naszyjniki z kół w odcieniach wszystkich kolorów, poza tym ich stroje są w różnych odcieniach czerwieni. Panie siedziały i nawlekały wytrwale małe „perełki” na cieniutkie druciki. A potrafiły wiele zrobić z tych elementów, nawet flagi ościennych państw. Zachęcały mnie ostro do kupienia, ale szukałem wymówki, mówiłem, że jeśli jest flaga Polski, to kupuję od razu. Wszystkie się śmiały. Zresztą wzbudzić śmiech u tych ludzie nie jest trudno. Kiedy zaproponowałem jednej pani zrobienie zdjęcia, chętnie się zgodziła i dumnie pozowała przy swoim stoisku z ozdobami. Potem wybuchając śmiechem, oglądała siebie w aparacie.
Za ścianą tego targu w potężnej fabryce sandałów z opon siedzieli panowie. Było ich może z dziesięciu i jak w dobrze zorganizowanej manufakturze każdy robił swoje. Jeden obcinał podeszwy, drugi okrawał je nadając kształty, trzeci wycinał protektor przeciwślizgowy, czwarty ciął paski, piąty przybijał gwoździami te paski do podeszwy. Taki rozkład pracy w systemie taśmowym był zgrabnym zorganizowaniem produkcji najpopularniejszych butów Afryki. Dali sobie zrobić zdęcie i tak samo jak poprzedniczka oglądając siebie na ekranie aparatu śmiali się jeden z drugiego. Nawet pozwolili razem z nimi usiąść do zdjęcia i to było apogeum radości – Muzungu robi z nimi buty z wyjeżdżonych opon. Bardzo mili i życzliwi panowie. Oczywiście oferowali mi swój towar, ale nie dopatrzyłem się swojego numeru i zrezygnowałem z zakupu takich butów. Były jednego rodzaju, ale można było znaleźć rozmiary dla wszystkich mieszkańców, od małego dziecka po starszych. Zresztą dało się to zauważyć patrząc na nogi tubylców. Ogromna większość chodziła w tego typu sandałach. Mało kto miał jakieś inne buty. Mokasyny czy obuwie sportowe to domena bogatszych np. kierowców matatu. Wiele ludzi chodzi jeszcze na boso, nie wiem czy dlatego, że nie mają butów, czy dlatego, że tak lubią. To pozostanie zagadką, bo trudno pytać obcych o sprawy zamożności i budżetu. Tutaj jest lato cały rok, więc jedno gumowe obuwie wystarczy, jak zapewniali mężczyźni z fabryki, na trzy lata. Zatem i te obuwie miały swój okres gwarancji. Dodać należy, że często są to jedyne posiadane przez nich buty.
 

Copyright © 2026 Biuro Podróży Matteo Travel. Wszelkie prawa zastrzeżone.