

Mając przy sobie reklamówkę z tobacco i półtora kilograma cukierków, zobaczyłem swojego umówionego motocyklistę. Czekał pod kaplicą katolicką, gdzie jak się okazało pracują siostry Matki Teresy z Kalkuty. Uzgodniliśmy cenę, że dostanie 100 szylingów za godzinę, ale zawożąc mnie musi na mnie czekać. Pojechał jeszcze zatankować i ruszyliśmy w drogę. Byłem pełen podziwu dla niego, zresztą nie pierwszy raz. Tubylcy poruszają się po ścieżkach i drogach sawanny świetnie się orientując, jak dojechać do celu. Można mieć wątpliwości czy skręcają w dobrą stronę, ale jak się okazuje, po czasie zawsze znajdują cel. Mimo, że dla mnie każda droga jest taka sama, dla nich każda ma swój kierunek i swój koniec. Jeśli uzgodniliśmy cel w postaci konkretnej wioski, wystarczyło zaufać „człowiekowi stąd”, i czekać spokojnie, że się tam dotrze. Zresztą chłopak od początku nie sprawiał jak inni wrażenia naganiacza, ale chciał konkretnie zarobić, wiedząc co i gdzie ma pokazać. Dojechaliśmy do jakiegoś ogrodzenia, które wyglądało jak pozbierane i powbijane obok siebie tyki grodzące kilkadziesiąt metrów kwadratowych osady.
Byłem przekonany, że będzie to jedna wioska, w której wiele rodzin mieszka obok siebie. Ale myliłem się, każda rodzina ma tu swoją osadę i swój teren. Kiedy przyjechaliśmy, gospodarz wyszedł z powitaniem. Mój kierowca przedstawił mnie i wymieniając uprzejmości uścisnęliśmy sobie dłonie. Jak się okazało to, co chciałem zobaczyć, nie jest wielkim problem i uśmiał się, kiedy w kiswahili powiedziałem „hakuna matata” tzn. „nie ma problemu”. Za gospodarzem wyszli, jak się domyślam, jego goście. Siedliśmy w kręgu wykopanego dołka, jakby specjalnego małego amfiteatru przygotowanego do wstępnych obrad tzw. okrągłego stołu. Najpierw rozmawiali o mnie i tym co chcę robić, taka debata o człowieku, który chce poznać obcych na ich terenie. Poczęstowałem wszystkich papierosami i dałem swoje prezenty: tabakę i cukierki. Potem tłumaczyli mi po kolei, o co chodzi w tej ceremonii, jak ma ona wyglądać, kto jeszcze ma być z gości. Okazało się, że prawie wszyscy mówią świetni po angielsku i tylko ja byłem tym, który kaleczy i przerywa dopytując dla lepszego rozumienia. Ale ich cierpliwość znowu była godna podziwu. Powiedzieli jednak, że oprócz prezentów, powinienem też zapłacić. Tłumaczyłem, że powiedziano mi, że będę mógł pooglądać tę ceremonię tylko za ofiarowane prezenty. Oni na to, że młodzi tancerze będą się dopominać, jest to jakaś ofiara na rzecz Samburu, jak nie chcę nie muszę płacić, ale będą na mnie krzywo patrzeć. Nie oponowałem więc i ustalone 2000 szylingów obiecałem dać po skończonej ceremonii. Nie było problemu, teraz czy potem, to dla nich nie gra roli. Po tych rozmowach gospodarz zaprosił mnie do domu. Wchodząc musiałem przecisnąć się bokiem i schylić głowę.
Wejście było bardzo małe, a dom był oblepiony błotem, z zewnątrz i wewnątrz. Wchodziło się trzy kroki wąskim, niskim korytarzem, pierwsze pomieszczenie było pokojem gościnnym, wzdłuż ściany stała tam jedna ławka. Mogła zmieścić na moje oko około 5 osób, ale moje oko nie sprawdza się w Afryce i całkiem możliwe, że spotkałbym tam 15 osób siedzących w różnych pozycjach. Najważniejsze to być razem. Siedziało tam już kilka kobiet, ale na mój widok skomentowały coś w nie zrozumiały dla mnie sposób i wyszły na zewnątrz. Ja prowadzony przez gospodarza przeszedłem dalej przez wąski korytarz do kuchni i sypialni. Gospodyni gotowała na ogniu. Z dwóch stron paleniska była sypialnia, czyli półki wyścielone skórami. To tutaj spała razem cała rodzina. Ale zastanawiam się, czy czasem ktoś nie zaczadził się od tego dymu, bo mnie po kilku minutach już piekły oczy. Takich domów w zagrodzie było trzy. W każdym mieszkała jedna żona gospodarza Samburu, codziennie mógł on spać w innym domku z inną żoną. Dzieci jak gdzieś wcześniej słyszałem, mogły spać gdzie tylko chciały. Pomiędzy domkami były zagrody dla owiec, kóz i bydła. Wieczorem bydło zaganiane było z pastwisk do zagrody, małe zwierzaki ssały mleko matki z jednego dojka, a z drugiego gospodyni próbowała udoić coś dla siebie. W zagrodzie stała też ciężarówka z beczką czystej wody. Pytałem czy to własność gospodarza, ale on kręcił głową odpowiadając, że należy do państwa. Ktoś taki jak zarządca tego regionu, czyli nasz starosta albo wójt, dał im tę ciężarówkę, by mieli w czym trzymać wodę i co jakiś czas dowieźć nowy zapas.
Do zagrody wchodziło się dwoma furtkami rozmieszczonymi po przeciwległych stronach. Były bardzo wąskie, więc bydło rozpychało je wracając wieczorem do swojej zagrody. Zwierząt nie trzymają na mleko, bo z takiej suchej trawy pewnie niewiele by go było, chowają wszystkie te zwierzęta tylko na mięso. Liczebność stada świadczy o majętności. Na ma na to wpływu ilość samochodów, wille, drogie ogrodzenia ani konto w banku, ale właśnie ilość posiadanego pogłowia. Ciekawa miara w ogóle nieprzystająca do środowisk europejskich, gdzie pogłowie nie często się liczy, a nawet bywa powodem uśmieszków. Liczy się tylko kolorowy papierek nazywany pieniądzem. Taka jest podstawowa różnica w pojęciu majętności. Chociaż przyznać trzeba, że i tubylcy nie ustrzegli się przed chęcią posiadania pieniędzy (choćby zawołanie, żeby Muzungu zapłacił za fotografowanie). Nie są w tym namolni ani stanowczy, że jak nie płacisz nie wchodzisz, ale wyjaśniają, że tak naprawdę to jest forma wsparcia.



Ciasteczka na tej stronie
Używamy ciasteczek niezbędnych, żeby strona działała. Za Twoją zgodą włączymy też te, które pokazują mapę dojazdu i odcinki podcastu oraz pomagają nam liczyć odwiedziny. Zgodę możesz w każdej chwili zmienić. Szczegóły w polityce prywatności i na stronie o ciasteczkach.
Twoje zgody
Niezbędne
zawsze włączonePotrzebne, żeby strona działała: zapamiętanie tej decyzji, bezpieczeństwo formularzy, wydajność. Bez nich nie da się wysłać zapytania ani zgłoszenia rezerwacji.
Mapa dojazdu do biura (Google) i odcinki podcastu (Spotify). Te serwisy zapisują dane na Twoim urządzeniu i widzą, że oglądasz tę stronę.
Liczenie odwiedzin i tego, które wyjazdy oglądacie najczęściej. Pomaga nam układać ofertę. Nie używamy tego do reklam.