Strona główna » Blog » 19. Prawdziwie afrykański dzień na środku świata

19. Prawdziwie afrykański dzień na środku świata

Afryka | Relacje z podróży
19. Prawdziwie afrykański dzień na środku świata

Spis treści

Freedom is good idea

Gdy jechaliśmy na pokaz, mijaliśmy podążające na ceremonię grupki ludzi. Widać było tylko ich głowy znad krzaków, szli w ciszy, nie zamieniając ze sobą ani słowa. Nie widziałem czegoś takiego u nas, żeby młodzież idąca razem gdziekolwiek szła cicho w skupieniu, z powodu wagi uroczystości. Oni szli dumnie w swoich charakterystycznych tradycyjnych strojach. Szli żeby pokazać i odtańczyć to, co z pokolenia na pokolenie tańczy każdy Samburu zanim się nie ożeni. To sprawa najwyższej wagi, honoru, zachowania tradycji i kultury. Wychodząc ze zwiedzanej zagrody, słyszeliśmy już jednotonowe dźwięki wydawane przez zgromadzonych. Zaczęli swój rytuał. Zebrani w silnej zwartej grupie, nie używali instrumentów, kołysali się do swojej muzyki, angażując w to całe ciało, od głowy do stóp. Stali jeden przy drugim, jakby zlepieni w całość, chcąc pokazać swoją siłę, kulturę, a jednocześnie odrębność. Specyficznie wydawane dźwięki towarzyszyły im przez cały czas. Zmieniała się nieco tonacja, raz wyżej raz niżej albo zmieniała się moc dźwięku, raz głośniej raz ciszej. Co jakiś czas, w wiadomy sobie sposób, zmieniali ruchy. Może nie była to duża różnica, ale każdy ruch coś oznaczał i miał swoją interpretację. Poza tym wychodzili przed grupę po kilku wykonując podskoki i figury taneczne. Po chwili dopiero dało się zauważyć, że te podskoki nie są takie zwyczajne. Każdy był inny, połączony ze zgięciem głowy lub tułowia. Ponadto za każdym razem dawało się zaobserwować inne ułożenie nóg przy podskokach, albo w rozkroku wykonywanym w powietrzu czy w kształcie nożyc. Oczywiście nie były to duże odchylenia, gdyż strój w postaci spódnicy nie pozwalał na akrobatyczną swobodę.
Jednak dla widza było to bardzo absorbujące i nawet takie szczegóły jak rozłożenie nóg, po dłuższej obserwacji zwracały uwagę. Choćby dlatego, że całość układała się w wymowne figury. Mężczyźni, którzy brali udział w tym obrzędzie, to kawalerowie w wieku od 15 do 30 lat, ubrani w różnobarwne stroje, co w zlepku wszystkich stanowiło ciekawą paletę barw. Mieli swoje kolorowe „spódnice” i kolorowe naszyjniki, poza tym każdy miał włosy w kolorze czerwonym. Jest to kolor ich ziemi. Farbę na ten cel robią tak, że olej kuchenny mieszają z ziemią i tym potem barwią sobie głowy. Niektórzy mieli długie włosy, a od nich plecy zabarwione również na czerwono.
Fryzury innych były bardzo krótkie, ale równie lepiące od farby. Gdy tylko stanęli poza grupą taneczną, żeby nieco odpocząć, do ich głów lepiły się muchy. Oprócz tego na głowie wielu z nich lśniły jakieś ozdoby, czy to kolorowe pióra papug, czy różnobarwne naszyjniki. W uszach mieli zawieszone kolczyki również w jakichś jaskrawych kolorach. Niektórzy mieli złote lub srebrne łańcuszki zawinięte za jedno ucho, opuszczone na wysokość ust lub nosa i z powrotem zawinięte za drugie ucho. Oczywiście, jak wspominałem, wszyscy mieli wiele naszyjników chyba we wszystkich możliwych jaskrawościach. Na nogach większości widać było sandały z opon, nieliczni mieli białe, plastikowe, jakby uroczyste buty specjalnie na ceremonię, niektórzy byli w butach sportowych. Nie brakowało też tańczących na bosaka. Wielu z nich miało swoje dzidy, zawieszali na nich flagi. Ale jak się domyślam, niekoniecznie były to ich reprezentacyjne barwy plemienne, bo dała się tam zauważyć np. flaga Wielkiej Brytanii. Patrząc z boku można mieć wrażenie, że zasada jest jedna: jak najbardziej kolorowo. Ubarwienie nie może jednak odbiegać od tradycji i zwyczajów, które przejęli od swoich przodków.
W uroczystej ceremonii uczestniczyło też kilkanaście dziewcząt w wieku od 12 do 20 lat, odgrywały one swoją rolę w niektórych momentach tańca. O ile młodzi mężczyźni tańczyli non stop ponad dwie godziny, tak dziewczyny wchodziły tylko od czasu do czasu. Poza tym stały w oddali obserwując przebieg ceremonii i czekając na swoje wejścia. Była taka chwila, kiedy chłopcy w rytmicznych ruchach ustawiali się gęsiego, dziewczyny podchodziły wtedy do nich i po dwie brały za rękę tancerzy. Wykonując te same ruchy podążali razem. Był też moment, kiedy stojące twarzą do siebie w okręgu dziewczęta śpiewały wysokim głosem, a zgromadzeni wokół mężczyźni jak mantrę powtarzali niższym głosem swoje dźwięki. Robili to nieco ciszej, bo jak się domyślam, ta chwila śpiewu należała do młodych kobiet. W kolejnym elemencie ceremonii stali na przeciw siebie. Dziewczyny stały w miejscu i poruszały się do muzyki, jakby wprawione w ruch przez jej dźwięki, a chłopcy podchodzili do nich również w rytmie wydawanych odgłosów. Kiedy prowadzący dawał znak do odwrotu cofali się może z 5 kroków i za chwilę w ten sam sposób podchodzili, trwało to około 15 min. Jak się później dowiedziałem, był to taniec małżeński.
Ciekawym i mocnym przykładem siły ich śpiewu czy raczej wydawanych rytmicznie dźwięków było to, że w ciągu ponad dwóch godzin ceremonii kilku mężczyzn doznało takiego duchowego uniesienia, że jakby w letargu albo raczej opętaniu zostali wyprowadzeni przez kolegów. Z zamkniętymi oczami siłowali się z nimi, usztywniając ciało, chcąc się wyrwać i bezmyślnie na oślep biec, nie mając świadomości co się wokół nich dzieje. Wydawali przy tym z siebie dziwne dźwięki sapiąc, chrapiąc i dysząc. To akurat było bardzo przerażające. Kiedy pytałem czy nie uważają tego za niebezpieczne uśmiechali się z właściwym dla siebie spokojem mówiąc, że to normalne.
Obok mnie stał jeden z wojowników Samburu. Wyglądał, na przygotowanego do uroczystości, więc zapytałem dlaczego nie bierze w niej udziału. Okazało się, że jest studentem collegu dla Samburu. Uczelnia taka jest zorganizowana w Maralal i kształci młodych Samburu, którzy potem są nauczycielami dzieci swego plemienia. Państwo opłaca ich kształcenie, a potem konsekwentnie finansuje szkoły dla dzieci, chociaż nie brakuje też szkół prowadzonych przez fundacje. Jego brat również był tylko widzem uroczystości, wcześniej był 3 lata w Hamburgu w Niemczech, gdzie studiował na uczelni prowadzonej przez jakąś katolicką organizację.
Po zakończeniu ceremonii zebrała się rada starszych. Najstarsi Samburu, ubrani już nie tak odświętnie jak tańczący wojownicy, usiedli razem z jednej strony, a młodzi, którzy tańczyli usiedli 50 metrów dalej. W ciągu 20 minut obrad kolejno ktoś przemawiał do zebranych. Pozostali siedzieli na ziemi i słuchali. Nie było tam przekrzykiwania się ani ostrych dyskusji. W obu grupach dyscyplina godna podziwu, a przecież rozmawiali o polityce. Takie tematy i przemówienia bez kłótni są rzadko spotykane wśród polityków czy działaczy samorządowych. Pewnie zgodność i jedność oraz troska o tradycję i kulturę tworzy jednomyślność w ich prywatnej polityce. Kobiety nie brały w tym udziału. W ogóle kobiety nie przyszły oglądać tej ceremonii, poza tymi kilkoma biorącymi w niej bezpośredni udział oraz kobietami mieszkającymi w domu, w którym odbywało się to kolorowe taneczne wydarzenie.
Po skończonych uroczystościach był poczęstunek dla starszych. Zasiedli na ziemi wzdłuż płotu i dostali po misce ryżu z mięsem i grochem. Oczywiście za sztućce służyły własne palce. Mi udało się jakoś wymówić od czynnego uczestniczenia w tej uczcie. Trzeba przyznać, gościnności nie można im odmówić i pewnie gdybym nieco dłużej był w Afryce, dałbym się skusić. Widząc jednak przygotowanie tego pożywienia, starałem się delikatnie odmówić. Skosztowałem tylko, biorąc sobie trochę ciepłego ryżu z talerza kierowcy. Spotkało się to z dużą aprobatą. Żegnając się uściskałem dłonie wszystkim starszym, a oni zapraszali mnie ponownie wraz ze znajomymi, których zachęcę pokazując zdjęcia. Okazali tym sposobem swoją otwartość i gościnność. Takie wrażenie wyniosłem z tego niezwykłego, pięknego, tradycyjnego afrykańskiego spotkania. Było to widowisko godne największej areny. Widzem byłem tylko ja, aktorów łącznie ze starszymi około setka. A tak myślę sobie, że może było odwrotnie, może to ja byłem aktorem na ich ziemi, w ich kulturowej przestrzeni, a oni widzami. Oni robili swoje bez żadnej kalkulacji, kto patrzy i jak ocenia, czy zostanie to sprzedane w tysiącach egzemplarzy. Czy będą sławni i znani, czy pozostaną nadal sobą na swojej czerwonej afrykańskiej ziemi. Byli sobą i mam nadzieję, że z tą piękną tradycją i kulturą pozostaną tacy nadal. Wielu na pewno zweryfikuje czas. Wielu cywilizacja zachodu wciągnie i już nie odda, ale zostaną ci, którzy zawsze cenić będą swoją odrębność, którzy zawsze będą tańczyć jak kiedyś. Byli piękni, autentyczni i przyjaźni. Byli oryginalni i niepowtarzalni. Byli kolorowi, jakby chcą tymi barwami pokazać odrębność i otwarte serce. Otwarte, ale zarazem waleczne jak na wojownika przystało, bo duma i honor żołnierza Samburu jest sprawą ponad życie i śmierć.
Może warto dopowiedzieć, że dopuszczanie się do stan uniesienia spirytualistycznego, czasem może okazać się niebezpieczne, ale oni nic sobie z tego nie robią. Dla nich to nie jest ani przerażające, ani straszne, mówią, że to normalne. Mam nadzieję, że taką normalnością to pozostanie. Nawet, jeśli przyjdą kolejni kolonizatorzy, kulturowi tym razem. Oni będą mocni swą jednością, jak rada starszych. Mimo, że pewnie i u nich jest wielu liberałów każących zdejmować oryginalne stroje i zakładać dżinsy. Zamiast lepić domy z błota, to budować je w miastach i tam przenosić wolnych Samburu. Nie brakuje jednak wiernych konserwatystów, kochających swoją odrębność i chcących ją zachować dla kolejnych pokoleń. Odrębność, która nie tylko będzie się odznaczać strojem, tańcem i śpiewem, ale za którą idzie mentalność dająca poczucie honoru i dumy. Nawet, jeśli wobec świata staną się bezsilni nie mając żadnej armii, to ich orężem będzie tradycja i kultura, ich jedność i otwartość. Ich trzymanie się razem i pozytywne myślenie, że Samburu to bracia. Nawet, jeśli feminizm każe kobietom buntować się wobec władzy i dominacji mężczyzn, to one będą mądre tym czym były mądre ich matki.
Moje doświadczenie ceremonii pozostanie na długo w sercu i pamięci, chyba był to najlepszy prawdziwie afrykański dzień na środku świata (Maralal leży jakieś 150 kilometrów od równika). Że środek będzie sobą, po prostu sobą, a nie sztucznie pod dyktando tych, którzy najlepiej na tym wychodzą. Czyli niby wolności, ale zniewoleniu wobec niewidzialnych manipulatorów. Tutaj w tej kulturze każdy jest sobą i to jest największa wolność. Gdy wchodziłem do zagrody jeden ze starszych powiedział do mnie: Muzungu, najważniejsze to żyć jako wolny. „Freedom is good idea” – tak mi powiedział.
 

Copyright © 2026 Biuro Podróży Matteo Travel. Wszelkie prawa zastrzeżone.