Strona główna » Blog » 2. Poranek i pierwsze wrażenia

2. Poranek i pierwsze wrażenia

Madagaskar | Relacje z podróży
2. Poranek i pierwsze wrażenia

Spis treści

Trasa pełna niespodzianek

Rankiem wszystko było widać jak na dłoni, niewielki dom z małym zapleczem duszpasterskim, to pozostałość po jednej z organizacji charytatywnych, wyjeżdżających z Madagaskaru i za niewielką sumę odsprzedających posiadłość. To, co stanowiło prawdziwą perełkę misji o. Zdzisława to ogród, bardzo duży i niesamowicie zadbany. O każdym posadzonym przez siebie drzewie wiele opowiadał. Jeśli dobrze zapamiętałem, to było kilka bananowców, nie mówiąc o drzewach, czy krzewach ozdobnych. Cały ogród przekopany niewielkimi kanałami melioracyjnymi, bo w porze deszczowej jest tutaj bardzo dużo wody. Dwa doły głębokości może dwóch metrów sporo jej zbierały, także z tym nie miał najmniejszych problemów.
Kiedy usiedliśmy przed mapą, żeby zaplanować dokładnie trasę, okazało się, że praktyczne informacje gospodarza weryfikują niejedną czerwoną kreskę wskazującą drogę. My ambitnie kreśliliśmy plany, a on tylko uśmiechając się, mówił, że tędy nie ma przejazdu, albo to droga przez busz, albo jeszcze, że to trasa na trzy dni, a nam wychodziło z odległości może kilka godzin. Sami nie wiedzieliśmy co robić, czy śmiać się, czy płakać, bo plany według przewodników i relacji tych, którzy gościli tutaj przed nami, nie pokrywały się z ponad dwudziestoma latami pracy o. Zdzisława Grada. Jednak trzeba było coś ustalić. Wstępny plan powstał na jakieś dwadzieścia dni, potem krótka weryfikacja przed Internetem, co do funkcjonowania komunikacji. Busy jeżdżą codziennie i wszędzie, ale z jedną linią kolejową bywa już różnie, to samo z wewnętrznym samolotem. Jak widać znowu nie da się dokładnie zaplanować. My, Europejczycy mamy zegarki, a ludzie w Afryce mają czas, jak zwykło się mawiać na taką rzeczywistość. My tylko miesiąc urlopu, a chciałoby się zobaczyć jak najwięcej.
Po południu współpracownicy o. Grada zabrali nas, żeby nam pokazać miasto. Pierwszą sprawą był zakup biletów na busa do Fianarantsoa. Jadąc na specjalny dworzec busowy, odsłaniała się nam stolica Madagaskaru z ogromnymi sprzecznościami. Kilka eleganckich samochodów z czarnymi szybami i ludzie pchający wózki z różnorodnym towarem. Jakieś ogrodzone wille i ogrom domów oblepionych jedynie gliną, albo zbudowanych z poskładanej, niewypalonej glinianej cegły. Zresztą produkcja tego budulca trwała w najlepsze na obrzeżach miasta, a nawet sięgała do centrum, gdzie tylko można było wydobyć jakąś glinę. Ten widok produkcji cegły będzie nam towarzyszył przez wiele dni podróży przez Madagaskar.
Na ogromnie zatłoczonym dworcu, gdzie można było kupić wszystko i wszystko przetransportować na dachach niewielkich busów, kupiono nam bilety. Pewnie dobrze, że zrobili to przyjaciele o. Zdzisława, a nie my, bo dla białych cena byłaby o wiele wyższa za ten sam standard, co wszystkich. Jak się okazało później, Antananarywa wcale nie miała wiele do zaoferowania. Co prawda pobieżnie, ale objechaliśmy samochodem miasto. Na zobaczenie zachwycających pokolonialnych budynków, albo innych zabytków, nie było co liczyć. Poza jednym zamkiem na wzgórzu, który wzniosła królowa Madagaskaru. Ogromna konstrukcja niedawno temu odbudowana po pożarze sprzed kilku lat. Wytargowany przewodnik opowiadał  jego historię oraz historię Madagaskaru, że sama nazwa państwa oznacza „miasto tysiąca wojowników”. Nie ukrywam, że nie powaliło mnie to, ale za to z miejsca na wzgórzu, gdzie stoi zamek, rozpościerał się piękny widok na całą stolicę. Można było podpytać naszych towarzyszy, gdzie mieszczą się jej strategiczne budynki. Potem małe samochodowe tournee, dla przybliżenia, jak funkcjonuje wszystko widziane z daleka.
Bilet na busa wykupiliśmy na godzinę 6:00, ale według wskazówek o. Zdzisława, spokojnie mieliśmy o tej godzinie dopiero podnieść się z łóżek, żeby tak koło 7:00  na niego wyjechać. Dzieląca nas odległość drogi zajmowała około pół godziny, ale według niego wszystko działa po afrykańsku, mimo, że Madagaskar według wielu to nie Afryka, i spokojnie wyjedziemy o 9:00.  Tak nas zapewniał. Dokładnie co do minuty tak się stało. Po przyjeździe na stację busa gdzieś przed 8:00, czekaliśmy i tak ponad godzinę, żeby zebrać pełen stan i dopiero wtedy mogliśmy wyjechać.
Miejsca mieliśmy zaraz za kierowcą i pewnie dla długości naszych nóg, to spore szczęście. Żadne inne nie gwarantowało takiego komfortu, z tym, że tego pojęcia używam w całkiem innym znaczeniu, niż jakikolwiek komfort europejski. Niewielki Hyundai dawał sobie radę nie tylko z piętnastoma pasażerami, ale i z całym dachem bagażów. Jechaliśmy już pewnie ze trzy, czy cztery godziny, a kierowca ani myślał zatrzymywać się nawet na toaletę. Nie wytrzymując już sam, zaproponowałem postój, z którego w przydrożnym lesie wszyscy skorzystali. Droga na całej trasie nie była najgorsza. To w miarę zachowujący swą jakość asfalt, po którym najczęściej poruszały się busiki i co jakiś czas większa ciężarówka.  Pasażerami busa oprócz nas był jeszcze jeden mężczyzna, a reszta to cztery kobiety i dzieci. Nawet na późniejszych kilku przystankach udało się jakoś zabawiać te dzieciaki, maluchy bez skrępowania wyciągały ręce, żeby choć trochę je ponosić. Mamy bez oporów oddawały swoje pociechy w ręce białych, mając przy tym niesamowity ubaw. Mała Szu Szu bawiła się z nami, łapiąc nas za ręce. Była to ciemnoskóra dziewczynka o rozczochranych włosach, w zupełności pasujących do jej imienia.
Cała droga miała 500 km odległości, liczone na jakieś dziesięć godzin jazdy. Ale ze względu na nasze przygody, jechaliśmy dokładnie dwanaście. Pierwszy przystanek zaproponowany przez kierowcę był w przydrożnym barze, gdzie odważyliśmy się zjeść po dwie kanapki i malgaską czekoladę. Następne były wymuszone przez uciekające powietrze z tylnego koła. Kierowca uparł się, żeby jechać na kapciu. Kiedy zaczął przyśpieszać, w pewnym momencie na zakręcie tak zarzuciło samochodem, że mało co się nie przewrócił i pewnie moglibyśmy spaść w przepaść pod drogą. Zatrzymał się, próbował nawet zmienić koła, ale poddał się i dalej jechaliśmy na kapciu do momentu, kiedy zjeżdżając z niewielkiej górki całkowicie rozerwało oponę. Ostatecznie został zmuszony do zmiany, ale jak się po chwili okazało, zapasówka też nie miała za wiele powietrza i była w takim stanie, że o jakimkolwiek bezpieczeństwie mówiło się w kontekście ryzyka. Jadąc jakieś 20 km/h, dojechaliśmy do pierwszej wulkanizacji. To mała przydrożna buda zbita z desek, gdzie kilku stojących mężczyzn świetnie się bawiło swoją obecnością. Dobiliśmy powietrza, ale okazało się, że ono nadal uchodzi. Nie mając wyjścia, snuliśmy się przed siebie ze ślimaczą prędkością. W najbliższym miasteczku zaliczaliśmy każdy zakład wulkaniczny i sklep z oponami, ale nie wiadomo dlaczego, kierowca ani nic nie kupił, mimo dostępności towaru, ani nie dopompował opony, która była na kole. Wreszcie przy wyjeździe z miasteczka, targował się o zupełnie łysą oponę. Jedyny jej plus był taki, że nie miała widocznych drutów, a poza tym była kompletnie bez bieżnika. Widać, że nawet taki towar jest bardzo chodliwy i nadaje się jeszcze do sprzedaży. Pewnie coś takiego jak badania techniczne pojazdów tutaj nie istnieje. Inaczej pracę straciłoby wielu przewoźników, a podejrzewam, że ponad połowa samochodów przewożących ludzi, nie byłaby dopuszczona do ruchu.
Nagle nasz kierowca zatrzymał jakiegoś busa, który podarował mu zapasowa oponę. Ruszyliśmy wtedy z całym impetem do celu, próbując nadrobić stracony czas. Jednak z przygód z trzęsącym się Hyundaiem to nie wszystko. Było już zupełnie ciemno, kiedy słyszymy w samochodzie ogromny syk. Wszyscy westchnęli z rezygnacją stwierdzając, że to kolejna opona, ale tym razem chodziło o przegotowaną wodę w chłodnicy. Jakimś szalikiem koloru białego, kierowca próbował zatamować wyciekającą wodę przez jej wlew. To może by mu się udało, ale mu jej brakowało, żeby uzupełnić zapasy do chłodzenia silnika. Świeciłem kierowcy latarką i po kolei odstępowaliśmy butelki wody do picia, żeby tylko można było jechać dalej. To na szczęście była ostatnia usterka.
Dojechaliśmy dokładnie na godzinę 21:00, czyli po dwunastu godzinach. Na miejscu w Fianarantsoa byliśmy umówieni z o. Marcelem, pochodzącym z Popradu na Słowacji, że zabierze nas na nocleg do siebie. Czekał na nas o godzinie planowanego przyjazdu, ale nie mogąc się doczekać, pojechał z powrotem do domu. Po godzinie 21:00 wracał się po nas. O. Marcel jest wykładowcą teologii dogmatycznej w tamtejszym Interdiecezjalnym Seminarium Duchownym. Jest Werbistą i mieszka na misji tego zakonu, gdzie przy okazji prowadzony jest dom formacyjny dla kandydatów do najbardziej misyjnego katolickiego zgromadzenia.
 

Copyright © 2026 Biuro Podróży Matteo Travel. Wszelkie prawa zastrzeżone.