

O siódmej rano pojechaliśmy dalej. Dotarliśmy do urokliwego miejsca z kempingami, na których dało się zauważyć wiele europejskich rejestracji. Z zaciekawieniem i zdziwieniem oglądałem mijaną wcześniej terenową toyotę na holenderskiej rejestracji, jechała w stronę Maralal. Byłem pełen podziwu dla kierowcy i całej samochodowej ekspedycji po Afryce. Widzieliśmy też dużego ciężarowego mercedesa na niemieckich numerach przystosowanego do wyjazdów na Safari. Na campingu stała następna terenowa toyota. Przemierzanie bezdroży Afryki dwuśladem musi być bardzo ekscytujące. Może kiedyś i mnie uda się podróżować w ten sposób, mając wszystko co trzeba ze sobą.
Wybraliśmy się w to miejsce, żeby zobaczyć krokodyle. Co prawda, te mniejsze, bo właśnie ich brakowało nam jeszcze w kolekcji zdjęć. Wsiedliśmy do łódki, żeby płynąc brzegiem jeziora móc natknąć się na te gady. Byliśmy już kilkaset metrów od brzegu, ale żaden krokodyl nie chciał pozować do zdjęcia, schowały się chyba pod powierzchnią wody. Udało się nam je zobaczyć dopiero z innej strony. Trzy niewielkie okazy były bardziej łaskawe. Pytałem naszych przewodników czy zwierzęta są po śniadaniu i czy można śmiało stanąć obok nich, ale śmiejąc się i słusznie traktując moje słowa jako żart, odpowiadali, że lepiej nie. Krokodyle trudno dostrzec, bo potrafią być nieruchome w każdej pozycji. Czy to z paszczą otwartą, czy z zamkniętą, czy wyprostowane, czy ze zwiniętym ogonem. Mają krótkie nogi, ale są sprytne i czujne, każdy po pewnym czasie chowa się w wodę. Pewnie to dla nich dobry sposób na przetrwanie, ale my już zdążyliśmy uzupełnić swój atlas afrykańskich zdobyczy o krokodyla.
Pływając po jeziorze spotkaliśmy też rybaków, którzy na małych drewnianych łódeczkach, siedząc lekko zanurzeni w wodzie, łowili ryby. Łódki te były zrobione ze związanych cienkich belek najprawdopodobniej bambusa i przypominały wyglądem mini tratwy. Zgrabnie unosiły się na wodzie i wystarczyło kilka ruchów ręką, a właściwie trzymanymi w rękach płetwami zrobionymi z obciętego opakowania po oleju silnikowym, aby łódeczka nabrała prędkości, nie wspominając już o jej zwrotności. Przewodnicy odkupili od rybaków dwie rybki. Nie można było sobie wyobrazić nic innego, jak tylko to, że rybki staną się naszym drugim śniadaniem, ale oni pokazali nam sztuczkę. Wypatrzyli orła siedzącego na gałęzi drzewa, zaczęli gwizdać, aby zwrócić uwagę drapieżnika i wyrzucili rybę do wody. Skoro była już martwa, to nie mogła utonąć. Ptaszysko zerwało się natychmiast z drzewa i łapiąc ogromnymi skrzydłami wiatr, skierowało się prosto na rybę. Zniżyło lot i pazurami porwało swoją zdobycz z tafli jeziora. Nigdy wcześniej nie widziałem łowiącego tak ogromnego ptaka. Spróbowaliśmy później po raz drugi, ale w pobliżu nie było już żadnego orła.
Nieco dalej widać było duże skupiska traw wodnych. Wpłynęliśmy tam z nadzieją zobaczenia hipopotama. Jeśli jest on w wodzie, to od czasu do czasu widać mu tylko ślepia, niczym wystające reflektory do oświetlenia terenu. Tak było i tym razem – kilka widocznych łbów i ogromne ślepia ostrożnie obserwujące kogoś, kto nadpływa. Co ciekawe, wędrowały sobie w wodzie wynurzając się co ok. trzy minuty, nabierając powietrza, żeby z powrotem wrócić do zaciemnionej brązowej wody. Mają swój świat i naturę, swoje zwyczaje i możliwości. Nic na to nie można poradzić i żadne prośby o jedno małe zdjęcie nie pomogą. My tutaj jesteśmy gośćmi i to najczęściej nieproszonymi, bo zakłócającymi spokój hipopotama, więc albo cierpliwa obserwacja, albo pozostaje się poddać.
Wróciliśmy do brzegu obierając jeszcze za cel jedno ciekawe miejsce. Pojechaliśmy do Bogorii. Jest to malutka miejscowość nad jeziorem o tej samej nazwie. Jego niezwykłość polega na tym, że są tam ciepłe źródła. Biorą się stąd, że samo jezioro leży w ogromnym kraterze, a obok jest mniejszy karter wulkaniczny. Wrażanie jest ogromne, kiedy ogląda się tryskającą na 2 metry dużym strumieniem gorącą wodę, wydającą woń nieco przygniłych jajek. Podobnych źródeł jest kilka, poza tym jest wiele miejsc, gdzie widać wyraźnie, że tuż pod powierzchnią wrze woda podnosząc ziemię. Jakby całe to miejsce było podziemnym paleniskiem z gotującą się wodą. Jedno mniejsze i wąskie źródło, inne potężne wylewające wrzątek z półmetrowego kranu Ziemi.
Wjeżdżając na teren tego jeziora kupiliśmy kilka jajek i zrobiliśmy mały eksperyment. Nasze przypuszczenia sprawdziły się. Zostawiając jajka w tej wodzie na 10 minut odebraliśmy je ugotowane na twardo i ze smakiem zjedliśmy. Smakowało nieźle, bo świadomość ugotowania go w specjalnym garnku – źródle na kuchni Ziemi – była dodatkiem do smaku. Podobno tylko w tym jednym miejscu jest tyle energii naturalnej, że można byłoby jej użyć do oświetlenia całej Kenii. Ale na razie nie robi się nic, żeby wykorzystać dary Matki Natury. Jeszcze jednym walorem tego miejsca było mnóstwo flamingów, jeszcze więcej niż na jeziorze Nakuru, chyba miliony. Brzegi mieniły się w odcieniach czerwoności za sprawą tego wędrownego ptaka. Pojedyncze egzemplarze nie robią takiego wrażenia, za to kiedy są w wielkim skupisku, nadają odcień nawet wodzie. Dumnie chodzą mocząc swoje jaskrawe czerwone nogi w wodzie i skubiąc to, co próbuje wyrastać przy brzegu. Po powrocie do Nakuru wysłaliśmy kartki pocztowe i zrobiliśmy mały zakup pamiątek. Nazajutrz powrót do Nairobi i ostatni dzień na afrykańskiej ziemi.
Rano zapłaciliśmy za ostatnią noc po 500 szylingów i ruszyliśmy wygodnym matatu do Nairobi. To rzeczywiście wyjątkowe, że w tej kompanii przewozowej przestrzegany jest warunek, że zabiera się tylko 10 pasażerów. I co ważne, siedzenia były suche. W Nairobi zostawiliśmy plecaki w firmie przewozowej i pojechaliśmy jeszcze do dzielnicy Karen. Nazwa wzięła się od Karen Blixen. Kto oglądał „Pożegnanie z Afryką” wie, o kogo tutaj chodzi. Miejsce wyjątkowe, bo mieszkają tam w dużej mierze ludzie biali, biznesmeni, ambasadorzy, dlatego idąc kilka kilometrów pod budynek muzeum Karen, można było zauważyć w samochodach wielu Muzungu. Do środka muzeum nie wchodziłem, ale z zewnątrz prezentowało się ono jak zadbane hrabstwo. Wszystkie mijane po drodze wille miały ochronę, a świadczyły o tym tabliczki na bramach wjazdowych. Przy każdej bramie stała budka strażnika, który nie tylko pilnował, ale robił także za odźwiernego, gdy państwo albo ich goście zajeżdżali do domu. Przy recepcji muzeum była wystawa dużych czarno-białych starych zdjęć samej Karen Blixen, w ogródku zgromadzono zachowane maszyny rolnicze z początku XX wieku.
Wróciliśmy stamtąd do centrum miasta autobusem nr 24. Małe zakupy i ostatni posiłek. Zabraliśmy nasze rzeszy, gdy już zaczynało się zmierzchać. Wiedzieliśmy dobrze skąd odjeżdżają autobusy na lotnisko, bo na początku wyprawy musieliśmy tam pojechać po nasze odnalezione bagaże. Do portu lotniczego dojeżdża się numerem 34, ale wieczorem, kiedy wszyscy wracają po pracy z miasta do domów, nie wystarcza autobusów. Wszystkie podjeżdżające zabierają tylko tylu pasażerów, ile mają miejsc siedzących. Jak już wspominałem, nie ma tutaj czegoś takiego jak miejsca stojące i policja tego pilnuje. Ludzie chcący jechać konkretnym autobusem wiedzą dobrze, z którego miejsca on odjeżdża, mimo braku oznaczonych peronów czy stanowisk. Dokładnie w tym miejscu ustawiają się w kolejkę i po prostu czekają. Dopytując dokładnie skąd odjeżdża nasze 34, ustawiliśmy się w ogonku i oczekiwaliśmy swojego pojazdu.
Po jakichś 20 minutach przyjechał i byliśmy dokładnie ostatnimi pasażerami, których zabrał. Pani wsiadająca za nami został wyproszona i ze zrozumieniem przyjęła decyzję biletowego. W ogóle to ciekawa sprawa, Afrykańczycy ciągle na coś czekają i wcale o nic nie mają pretensji ani roszczeń. Czekają i już! Tak trzeba, to jest ich rozumienie. W ogóle mi to nie pasuje do podobnych sytuacji, mogących zdarzyć się w Polsce. Od razu byłyby pretensjonalne uwagi do kierowcy. Dlaczego nie można jechać? Dlaczego autobus za mały? Albo, że ma dzieci i śpieszy się do domu. Tutaj nikt nie mówi ani słowa, tylko czeka, czeka i jeszcze raz czeka. Nie ma żadnych godzin odjazdu, trudno nawet określić częstotliwość. Jak przyjedzie autobus albo matatu, to pojedziemy, a skoro nie ma, to trzeba czekać, aż się pojawi. Trudne do zrozumienia i do przyjęcia przez Polaka.
Tak wyglądał ostatni dzień naszej podróży po afrykańskiej ziemi. Nie ma łez, bo jest perspektywa powrotu. Może kiedyś w inne strony ogromnej Afryki, ale na pewno trzeba będzie tu wrócić i odwiedzić inne plemiona, zobaczyć jak ten kontynent się zmienia i jak się rozwija. Mam nadzieję, że te zmiany będą na lepsze i dotrą do wszystkich rejonów. Nie tylko do miast, które w pierwszej kolejności poznają i chłoną standardy zachodniego świata, ale także w jakiejś mierze na prowincję.



Ciasteczka na tej stronie
Używamy ciasteczek niezbędnych, żeby strona działała. Za Twoją zgodą włączymy też te, które pokazują mapę dojazdu i odcinki podcastu oraz pomagają nam liczyć odwiedziny. Zgodę możesz w każdej chwili zmienić. Szczegóły w polityce prywatności i na stronie o ciasteczkach.
Twoje zgody
Niezbędne
zawsze włączonePotrzebne, żeby strona działała: zapamiętanie tej decyzji, bezpieczeństwo formularzy, wydajność. Bez nich nie da się wysłać zapytania ani zgłoszenia rezerwacji.
Mapa dojazdu do biura (Google) i odcinki podcastu (Spotify). Te serwisy zapisują dane na Twoim urządzeniu i widzą, że oglądasz tę stronę.
Liczenie odwiedzin i tego, które wyjazdy oglądacie najczęściej. Pomaga nam układać ofertę. Nie używamy tego do reklam.