Strona główna » Blog » 3. Port Moresby

3. Port Moresby

Papua Nowa Gwinea | Relacje z podróży
3. Port Moresby

Spis treści

Festiwal kulturowy Papuasów – o to chodziło!

Po nocnym locie Papuaskimi liniami Air Niugini wylądowaliśmy o 5 rano na niewielkim międzynarodowym lotnisku Jacksona w Port Moresby stolicy Papui Nowej Gwinei. Po przejściu odpraw i przybiciu pieczątki wjazdowej na naszej wizie załatwianej w ostatniej chwili niekontrolowani przez lotniskowy rentgen wyszliśmy na zewnątrz. Czekał na nas o. Zdzisław. Swoim malutkim Nissanem Micrą zabrał nas do siebie. Kilka oczywistych dla niego pytań z naszej strony nie było żadnym wyzwaniem, a dla nas pierwszymi wiarygodnymi informacjami o Papule. Tym razem nie pytaliśmy wyszukiwarki w internecie, ale człowieka, który od 35 lat żyje na Papule.

         Po porannym prysznicu ciąg dalszy pytań weryfikujących nasze zdobyte informacje, albo wyobrażenia o Papule, jako zakątku świata mierzonym egzotyką w najwyższej skali. Port Moresby to miasto liczące sobie około 700 tysięcy mieszkańców. Kiedy dowiedzieliśmy się o tej liczbie jadąc przez skromne biznesowe zabudowania sami siebie pytaliśmy, gdzie ci ludzie mieszkają. Okazało się, że omijamy mieszkalne osiedla, ale i tak miasto tej wielkości wydawało się niewielkim małym prowincjonalnym miasteczkiem ułożonym w tym miejscu tylko ze względu na port. Nie było nic, co robiło większego wrażenia poza pytaniem gdzie ci ludzie mieszkają skoro tutaj tylko kilka budynków. Poszarpane wybrzeże skutecznie ukrywało domostwa mieszkańców. Jeden pagórek krył odpowiedzi naszych wątpliwości ukrytych za swoją zasłoną. Musieliśmy bardziej wierzyć na słowo nic przekonywać się osobiście. Jednym słowem miasto nie zachwyciło i nie powaliło człowieka, który pierwszy raz zaczął zwiedzanie i odkrywanie Nowej Gwinei od stolicy.

Największą radością, jaka nas spotkała w sposób całkowicie nieświadomy i nieplanowany po małym objeździe stolicy był festiwal kulturowy niedaleko budynków rządowych. Marzyłem, żeby trafić na taką imprezę, gdzie zjeżdżają się przedstawiciele wielu plemion zamieszkujących Papuę, którzy w czasie festiwali prezentują swoje stroje i tańce związane ściśle ze swoim plemieniem. Dość szybko ziściły się marzenia podając nam w pigułce całość kulturową Nowej Gwinei. Wrażenie było ogromne i pewnie misjonarze zapatrywali się na to jak na zwykły folklor prezentowany w czasie Dni Pogórza Dynowskiego, ale dla nas była to powitalna prezentacja bogactwa kulturowego Nowej Gwinei. Zresztą bardzo dobrze zachowanego i prezentowanego w całości oryginalnie. Poza tym zaangażowanie tancerzy wyrażało ogromną chęć oddania tego, co tworzy kulturową tożsamość ich samych, ich ojców, a co tworzone było przez kilkaset jak nie tysięcy lat. Całość tej imprezy to duży ogrodzony plac, gdzie stało wiele prowizorycznych domków prezentujących architekturę innych plemion. Pokazuje to, że analfabetyczna zdolność inżynierska wcale nie jest pozbawiona sensu. Nad każdym domem powiewała dumnie flaga prezentowanego plemienia oraz była tabliczka mówiąca, z jakiego regionu pochodzi prezentowane plemię. Choć nie jeden region się powtarzał to na pewno flaga i symbole nigdy się nie powtórzyły nie mówiąc o najwyższym stopniu oryginalności strojów.  Regiony, co ciekawe to nie tylko teren Papuy Nowej Gwinei sąsiadujący z Indonezją, ale reprezentanci plemion ściągnęli także z okolicznych wysp Fidżi, Salomona, Samoa i wielu innych wysepek pokazując bogactwo Pacyfiku.

Dwie sceny na całym placu miały, co robić non stop goszcząc zmieniające się drużyny. Aż trudno było wybierać, co pierwsze oglądać.  Każdy był w pełni egzotyczny i ze względu na stroje albo ich brak lub ze względu na układ taneczny rozbawiający zgromadzoną publiczność. Kilka zespołów da się opisać choćby ze strojów, bo to rodziło reakcje publiczności. Pierwszy, na jaki trafiliśmy to taniec nie na scenietylko  podchody tanecznym krokiem. Co dokładnie wyrażały to trudno powiedzieć, ale można się domyślać, że był to jakiś zalotny taniec.  Dwie młode dziewczyny szły na przedzie gromadki tancerzy i specjalnym tanecznym krokiem wachlowały koc w dwóch rękach odchylając i zasłaniając własne nagie piersi. Za nimi mężczyźni ubrani w słomiane spódniczki z wymalowanymi znakami na twarzy i nagim torsie. Jeden z nich biegał wokół tej grupki z napiętą dzidą, coś w ramach ochroniarza, albo prowokatora.

Kolejne zespoły zmieniały się kolorami strojów albo malowideł na twarzach lub swoich ciałach. To jakieś symbole paski, kreski, kropki i inne znaki, który tylko po kształcie mogę odczytać. Wszystko bardzo skomponowane dający jakiś sens wyrazu i na pewno dla prezentujących, jest to wyraźnym znakiem i wyraźną komunikacją. Kilka zespołów gościło z Indonezji, przeważnie młodzi aktorzy, którym trzeba przyznać dobrego głosu. Jeden zespół zrobił największe show. Już samym wejściem powodował falę braw i gwizdów zachwytu. Było to 10 młodych mężczyzn i 4 dziewczyny. Tańczyli bardzo żywiołowo i widać było wyraźne dwa akcenty tańca wojenny i zalotny. Ten drugi bardziej rozbudowany. Jednak tym, co wzbudziło największą ciekawość albo podziw był strój mężczyzn. Praktycznie składał się on tylko z niewielkiej rurki z rogu jakiegoś zwierzęcia, albo specjalnej muszli, do której włożony był sam penis. Natomiast jądra męskie były prezentowane na zewnątrz. Zwisając obok zaokrąglonych rogów czy muszli. Wzbudziło to ogromny aplauz zwłaszcza u kobiet, co dało się słyszeć od licznie zgromadzonej publiczności. Poza tym panowie podskakując w swych tańcach musieli sobie trzymać ręką zaokrąglony róg, żeby „co nieco” nie wypadło. Chociaż nie obyło się bez takiego wypadku, ale reakcja publiczności i tak ten mały wypadek nagrodziła wielkimi brawami. Wśród tych tancerzy był jeden obdarowany niezwykłą charyzmą tańca prezentował swój układ taneczny nie raz wychodząc z ułożonego układu i poruszając niezwykle intensywnie każdą częścią ciała, co pozwoliło mu najbardziej zaprezentować  swe męskie wdzięki najbardziej okazale. Robił to bez żadnego skrępowania, jakby prezentowana kultura swojego plemienia była najważniejszym przesłaniem jego wizyty na tym festiwalu. Niewątpliwie gdyby odbywały się wybory najlepszego tancerzy zwyciężyłby w przedbiegach. Generalnie to on był królem sceny i mimo całej grupy on zbierał najwięcej uśmiechów pań i gwizdów od mężczyzn. Trzeba zaznaczyć, że gwizdy nie wyrażały pogardy, ale zdecydowane zadowolenie. O tego typu strojach można wiele poczytać w internecie i zobaczyć zdjęcia, co dowodzi, że prezentowali w sposób najbardziej oryginalny i prawdziwy coś, co należało do jednego z plemion Nowej Gwinei.

Copyright © 2026 Biuro Podróży Matteo Travel. Wszelkie prawa zastrzeżone.