Strona główna » Blog » 3. Wyprawa do Probolinggo

3. Wyprawa do Probolinggo

Indonezja | Relacje z podróży
3. Wyprawa do Probolinggo

Spis treści

Domy z bambusa

Padło na to, że pojedziemy sobie jeszcze raz na wycieczkę jednodniową, ale tym razem zobaczyć Gejzer, małą świątynie Buddyjską. Małą, dlatego, że reszta uległa zniszczeniu. Jednym, powodem zniszczeń były liczne trzęsienia ziemi a drugim, co jest oczywistym założeniem wszystkich znających, choć trochę Indonezję nie wykorzystanie takich budowli od lat. Islam po swoim zakorzenieniu nie był tak łaskawy i tolerancyjny. Zatem te świątynie stały przez wieki puste i niewykorzystane. Niektórzy nawet twierdza, że społeczności konkretnych religii Indonezji zajęły jakby swoje tereny. I tak można, wypatrzeć na większości zamieszkałych wyspach muzułmanów, ale poza tym jakby w enklawach wyspowych na wyspie Flores znaleźć sporo chrześcijan. Oprócz tego są wyspy gdzie przeważają religie dalekiej Azji jak Buddyzm czy Hinduizm.

Widok gejzeru nie był bardzo imponujący. Gorące źródło średnicy 10 metrów, gdzie bulgotała szara woda jakby po umycia skał wewnątrz ziemi. Zapach siarki nie należy do najprzyjemniejszych, ale nie można mu odmówić zdrowotności. Nie ukrywam ze w tym przypadku nie było się, czym zachwycać.

 

W gościnie u Indonezyjczyków

Wracając kolejne kilka godzin do Yogyakarty wstąpiliśmy do jednego domu w przydrożnej wiosce. Jego wystrój był bardzo ubogi, ale pewnie charakterystyczny dla społeczności mieszkających tutaj ludzi. Wchodząc do kuchni na pierwszy rzut oka ukazywało się palenisko z kilkoma otworami na postawienie garków z obiadem. Gotował się tam ryż. Zresztą najczęstsze jedzenie Indonezyjczyków. A niestety nie zdążyliśmy na śledzenie procesu wyrobu cukru z trzciny cukrowej. Zostało nam tylko kilka kostek w garnku na palenisku żeby spróbować tego wyrobu. Rzeczywiście słodki i brązowy. Jak nam powiedziała gospodyni zrobienie 2 kg cukru schodzi dwa dni. Ale jak dokonuje się ten proces niestety nie jestem w stanie powiedzieć. Pewnie nie jest to skomplikowana technologia a jedynie wymagająca czasu. Gospodynią była bardzo miła i starsza Pani. Uśmiechała się ze swoim mężem, kiedy pokazywałem im zdjęcia zrobione w ich domu. Mieli ubaw patrząc na siebie w ekraniku aparatu. Mąż przywitał nas uśmiechem i charakterystycznym skłonieniem głowy przy złożonych rękach jak do modlitwy. Zresztą tak samo nas żegnał, kiedy opuszczaliśmy jego posiadłość.

Dom był zbudowany z bambusa, albo raczej z jakiejś trzciny bambusowej. Jego ściany to istna plecionka tego materiału. Ale też możliwość pokazania kunsztu mrówczej pracy, dzięki której przez specjalne wzory zaplatania tego materiału ściany domu były specjalnie ozdobione. Nie można powiedzieć żeby były szczelne, ale to nie jest najważniejsze w tutejszej architekturze. Bo przewiew jest wskazany a nawet konieczny. Dach to solidna konstrukcja, na której leżały dachówki. W tym przypadku nie można mówić o nieszczelności, bo pół roku w tym klimacie to pora deszczowa, gdzie na pewno nie pada lekki kapuśniaczek, ale jest to ściana deszczu powodującą od razu potoku w każdym możliwym miejscu. Domyślam się, że i ściany zagrożone zacinaniem deszczy są zabezpieczane. Ale to też można sprawdzić najlepiej zostając do pory deszczowej.

W innym miejscu, kiedy próbowaliśmy zaglądać do pobliskiego domu wyszła Pani z dwójką dzieci i przywitała jak zwykle szerokim uśmiechem. U dzieci wzbudziliśmy jakieś zażenowanie, bo chłopczyk chował się za mamą, a dziewczynka trzymana na rękach przez rodzicielkę wpatrywała się jakby widziała kosmitów. Nie ma się, co dziwić, jacyś inni pchają się do jej domu. Przecież nie można tego łatwo wytłumaczyć takiemu dziecku, gdzie poczucie bezpieczeństwa jest najważniejsze. Ale my z pokojowymi zamiarami pytaliśmy się czy ten dom z babusa to jej. Owszem – opowiedziała, ale obok stoi już nowy dom zbudowany z cegły. Rzeczywiście w tym podwórku w metrowej obecności stał nowo wybudowany dom. Chociaż na moje polskie oko wcale nie był on taki nowy. Cóż nasze poczucie estetyki bardzo się różni i na pewno nie można mówić, które jest lepsze a które gorsze. Byłoby to daleko idącą niesprawiedliwością.

Te odwiedziny, choć bardzo krótkie to jednak pokazujące jak żyją miejscowi ludzie. Po ich minach można było stwierdzić, że bieda według naszej europejskiej miary wcale im nie przeszkadza. Nie wstydzą się jej, bo nie konkurują ze sobą jak my biali cywilizowani Europejczycy. Jak dopytywaliśmy naszej przewodniczki Juny, ich zarobki to w przeliczeniu 100 dolarów amerykańskich. Można się złapać za głowę, jak się da przeżyć za taką kwotę. A tutaj ma się dowód liczony w setkach milionów mieszkańców Indonezji. I wcale nie jest to opinia skazująca tych ludzi, ale pokazująca ich dużą zaradność przy wesołym i bezpośrednim usposobieniu ułatwiającym kontakt z takimi obcymi jak my. Wcale nie wyciągali ręki po pieniądze do nas, kiedy pytaliśmy czy możemy zobaczyć jak żyją w domu i czy możemy im zrobić zdjęcie. Miłe doświadczenie tego spotkania. Nasza przewodniczka na ten dzień miała na imię, Juna. Studiowała turystykę i jakiś kierunek związany z pielęgniarstwem. Na wakacjach dorabiała oprowadzając turystów. Ale miałem okazje przypatrzeć się tej młodej 19 letniej dziewczynie, czasami jak dziewczynka machała rękami wchodząc pod górkę a przy tym opowiadała o zabytkach jak profesjonalistka. Bez skrępowania, ale z wielkim taktem pomagała nam poznawać tajniki historii świątyń i geologii gejzerów z Jawy. Ale co najbardziej zasługiwało na uznanie i pochwałę to konsekwencja religijna. Trwał ramadan i ona w pełni go zachowywała. Cały dzień nic nie jadła ani nie piła. A trzeba wspomnieć, że panował wielki upał. Jest usta były wyschnięte do białości. Widziałem jak tylko mogła chowała się w cieniu oblizując zaschnięte usta. Ale kiedy próbowałem delikatnie zapytać czy się napije z całą stanowczością odmawiała. Kiedy zajechaliśmy na obiad i zaproponowaliśmy jej wejście do restauracji i zjedzenie z nami ona również uśmiechając się odmówiła. Siedziała w samochodzie i czekała jak my i kierowca wrócimy z pysznego obiadku. Pełna poświecenia dla przekonań i radosna w swojej pracy. Zresztą na razie tak można opisać spotkanych ludzi w ogóle.

 Indonezja to kraj liczący około 250 mln ludzi. Na kilku tysiącach wysp. Nie wszystkie są zamieszkałe i nie wszystkie zmieszczą się na mapie prezentującej nawet najmniejsza skalę. Tak liczba ludności jest spora. Co dowodzi, ze musza się gdzieś zmieścić. Jechaliśmy może 4 godziny do gejzeru i cały czas bardzo wąską drogą przez wioski. Czasami kierowca musiał przystawać żeby minąć się z samochodem jadącym z naprzeciwka. Poza tym ciekawa logika, u nas w Polsce buduje się drogi pod auta. Autostrady, bo są ciężkie samochody ciężarowe i coraz szybsze osobowe. Tutaj ten gąszcz wąskich dróg „powiatowych” i „wojewódzkich” wymusił, co innego, całkiem odwrotnego. Jeżdżą mniejsze samochody ciężarowe i mniejsze krótsze autobusy. Mówiąc mniejsze mam na myśli krótsze i węższe oraz niższe. Czasem zdezelowane toczą się z maksymalną prędkością do 40 km/h, ale jadą i wiozą towar to jest najważniejsze. Większy 50 osobowy autobus czy większa 20 tonowa ciężarówka nie miałaby szans zmieścić się na tej drodze i czasem w ogóle pokonać zwykłego zakrętu.

O nauce indonezyjskiego nie będę wspominał, bo trzeba mieć lepszą pamięć żeby opanować kilka trudnych słówek do wymówienia. Ale próbowaliśmy w samochodzie ćwiczyć z przewodniczka i kierowcą. Ale chyba im lepiej szło wymawiane słów po polsku niż nam po indonezyjsku. Na razie są wakacje i musimy poprzestać na angielskim. Trzeba powiedzieć, że znajduje on zastosowanie w większości miejsc. Co prawda nie koniecznie umie to rowerowy rikszarz, ale taksówkarz, jeśli zaczepia białego człowieka to na pewno zna. Biura gdzie się kupuje bilety i klimatyzowane restauracje mają obsługę w języku angielskim. Nie mówić o wieczornych spotkaniach turystów w miejscowych barach. Tam zdecydowanie króluje angielski. Jest to jedyny sposób, aby pogadać z obywatelami całego świata.

 

Podróż do Probolinggo

Niedzielę 7 sierpnia wcześnie rano pojechaliśmy na lotnisko, żeby kupić bilet i polecieć do Sarawaja. To jedynie godzina lotu małym ATRem. Jedno trzeba przyznać, ze lotnisko jest tak praktycznym miejscem a latanie między wyspami tak popularne i tanie jak u nas autobusy. Kupiliśmy bilet w kasie jak na autobus i poszliśmy na peron skąd miał odjechać w naszym kierunku. Można się śmiać, ale godzinny lot kosztował nas około 50 dolarów. Jazda samochodem podobnego dystansu zajęłaby nam jakieś 11 godzin i zapas benzyny kosztowałby tak samo. Po przylocie do Surawaja, szukaliśmy sposobności dostania się do Probolinggo. Ostatniego większego miasteczka pod wulkanem Bromo. Oczywiście nie brakowało upartych naganiaczy chcących nas dowieść samochodem, ale nie można za szybą zwiedzać bez końca. Pojechaliśmy taksówka na dworzec kolejowy skąd w klasie ekonomicznej jedziemy do Probolinggo. A potem jeszcze jakimś busem lub taksówką pod sam wulkan. Potem już tylko spacer do samego krateru. Czy tak będzie ….? Na razie w punkcie sprzedaży biletów czekamy jak nadjedzie pociąg i otworzą wejście na peron, bo jest ono otwierane tylko jak nadjeżdża pociąg w innym czasie nie ma zastosowania spędzanie czasu na dworcu. Ludzie siedzą przed budynkiem dworca i cierpliwie czekają chroniąc się w cieniu przed ogromnym skwarem. Widać, że tutaj pogoda mniej łaskawa, bo słońce przypieka a wilgotność powietrza wzrasta, ale spokojnie da się wytrzymać te upały. Nie jest aż tak męcząco jakby się wydawało.

Pociąg był spóźniony o jakieś 45 min. Próbowałem na peronie zdrzemnąć się oparty o plecak, ale kiedy Morfeusz wodził mnie po łagodnych przestworzach świata snu, nagle zerwałem się. Przyczyną tego zrywu nie był słoń stojący na mojej nodze, jakby z reakcji wynikało, ale mała dziewczyna, która gładziła paluszkiem moje kolano wystawiając drobną rączkę w moim kierunku żebym jej coś dał. Na pewno na tym peronie byliśmy jak aktorzy na scenie. W dodatku w sztuce o dwóch białych z plecakami w obcym świecie, którzy nic nie mówią, a tak wielu zebranych aktorów przyszło przecież na sztukę, na teatr. Te uśmiechy dzieci w naszym kierunku dowodziły, że chcą nas poznać, bo jesteśmy inni, ale nie potrafią. Kiedy odpowiadaliśmy uśmiechem one speszone odwracały głowę, robiąc następne wzrokowe podchody. Kiedy wreszcie zapowiadali jakiś pociąg w języku w ogóle nam nie zrozumiałym, jedna Pani zapytała gdzie jedziemy. Odpowiedziałem, że do Probolinggo. Kiwnęła głową, że to ten. Spotkało nas jeszcze jedno zdziwienie, kiedy my bogaci biali pytamy czy to klasa ekonomiczna. Twierdząca odpowiedź i wsiadamy, ale spojrzenia bardzo wymowne. Oni tutaj?! Przeszliśmy kilka wagonów zanim znaleźliśmy wolne miejsce do siedzenia, a zdziwienia nie było końca. Ale zaczęła się pewnie prawdziwa Indonezja. Ludzie w wagonie gdzie siedliśmy obmówili nas rzucając ukradkiem spojrzenia w nasza stronę. Zawsze odpowiadaliśmy uśmiechem. Aż w pewnym momencie z sąsiedniego wagonu widać było jakiś jak jakiś Pan wstaje i poszukuje kogoś. Za chwilę siedział obok mnie i przedstawiał się oraz zapraszał do siebie do wioski oferując spanie bez płacenia. Jak zwykle wypytywał o podstawowe informacje o mnie i o Polsce. Sam zagadywał o naszą podróż i opowiadał o sobie do momentu, kiedy weszli konduktorzy. Nie miał przy sobie biletu i twierdził, że wraca na swoje miejsce.

My dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia i jak zwykle wpadliśmy w wszystko widzące łapy naganiaczy. Ale zawieźli nas pod agencję, która wysyła na wschód słońca na wulkan Bromo. Znaleźliśmy hotel odprawiliśmy niedzielny obowiązek Mszy świętej a potem odpoczynek, tym razem bardzo krótki, bo wyjazd o drugiej w nocy.

 

Copyright © 2026 Biuro Podróży Matteo Travel. Wszelkie prawa zastrzeżone.