

autor: Teresa Kaciuba
Kolejny dzień. O 7.50 wyjechaliśmy spod hotelu. Skierowaliśmy się do Betanii. Tu znajdował się dom Marty, Marii i Łazarza. Jezus często tu bywał. Nocował. Łazarz był jego przyjacielem. Obok grobu Łazarza (wg tradycji ) znajduje się kościół. Ma kształt krzyża jerozolimskiego (równe ramiona) pochodzi z początków XX w. Zaprojektowany został przez Antonia Barluzziego. Wiadomo, że w V w. był już tu kult Łazarza. Pisali o tym św. Hieronim i św. Euzebiusz. Wewnątrz znajdują się obrazy (mozaiki), które upamiętniają czyny Pana Jezusa w Betanii. Jednym z nich jest wskrzeszenie Łazarza. Jezus wskrzesił Łazarza i pokazał tym czynem chwałę Bożą. Postać, która wyszła z grobowca, to na pewno Łazarz – poznali go. Jest coś jeszcze: skoro Łazarz wrócił, to znaczy, że miał skąd wracać – z innego świata. Jezus łączy te dwa światy. Jest panem obu. Łazarz musiał zatem umrzeć jeszcze drugi raz. Ale już nie bał się śmierci. Nikogo też nią nie straszył – nie ma na ten temat żadnych przekazów. Kiedy Jezus przybył do Betanii, Maria usiadła obok Niego: namaściła mu nogi olejkiem i otarła swoimi włosami. Wtedy odezwał się Judasz stwierdzając, że olejek ten jest bardzo drogi (można dostać za niego 300 denarów, czyli tyle ile wynosi przeciętna roczna wypłata). Lepiej by więc go sprzedać, a uzyskane w ten sposób pieniądze rozdać ubogim. Jezus odpowiedział na to: „ubogich zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze macie”. To namaszczenie było tez zapowiedzią namaszczenia Jezusa po śmierci. Jezus pochwalił Marię, że usiadła przy nim. Stąd i my winniśmy kierować się w życiu zasadą: ”gdzie Bóg, tam ja.” Betania pokazuje postawy ludzkie, dokonuje połączenia między dwoma światami, porusza kwestię wolności. Betania przywitała nas piękną, słoneczną pogodą. Odpoczęliśmy trochę na ławeczce, podziwiając kwitnące krzewy. U nas zima – szaro, tu też co prawda zima, ale taka trochę inna. W okolicy autokaru czekała na nas egzotyczna atrakcja – wielbłąd. Za 5 dolarów, można było na niego wsiąść i ujechać kilka metrów. Ponieważ co niektórzy są strachliwi (myślę o sobie), to zadowolili się fotką obok wielbłąda za „one dollar”. Ale znaleźli się również „poskramiacze” zwierząt i własnego strachu, którzy nie przepuścili takiej okazji i z radosnym okrzykiem sadowili się na wielbłądzie, zmieniając trochę ton tego okrzyku, gdy wielbłąd wstawał. Trudno było opędzić się od sprzedających różności, którzy wchodzili za nami do autokaru proponując pocztówki z Jerozolimy, różańce, zakładki – a wszystko po „one dollar”. Nawet po polsku potrafili czasem coś powiedzieć. Stamtąd ruszyliśmy w kierunku kanionu Wadi Quelt. Jadąc podziwialiśmy krajobraz. Wokół Pustynia Judzka. Teraz była zielona, ale od kwietnia, kiedy wzrasta temperatura, wszystko usycha. Mijaliśmy też piękne, bogate osiedla żydowskie (akcja osiedleńcza na terenie Autonomii Palestyńskiej) i skromne, kontrastujące z nimi arabskie. Autokar zatrzymał się na czymś w rodzaju parkingu, a my ujrzeliśmy przed sobą wzniesienie. Jego szczyt wieńczył krzyż. Wspięliśmy się tam i oczom naszym ukazała się dolina, jedyna tutaj zielona przez cały rok. Za nią ujrzeliśmy „przyklejony” do skały klasztor Jerzego Koziby. Sprawiał wrażenie jakby został wykuty w skale. Ten mnich Koziba (czy Kosiba) prawdopodobnie przybył w te strony z Cypru i został przeorem klasztoru. Jedna z legend głosi, ze obronił klasztor przed najazdem Persów. W pewnym momencie zauważyliśmy, że mamy towarzystwo. To Beduini, którzy dosłownie wciskali nam swoje towary. Jeden z nich coś tam mówiąc z prędkością błyskawicy i mocno gestykulując, zawiązał nam na głowie chustki. No cóż – chustka przymierzona, potrzebna czy nie, znaczy sprzedana – trzeba było zachować się honorowo i uiścić 5 dolarów. Dobiliśmy jeszcze targu: kupujemy, ale robimy wspólne zdjęcie. Nie było problemu. Powiedziałabym, że zgoda wyrażona z widocznym zadowoleniem i szerokim uśmiechem. Trudno było również przejść obojętnie obok małego chłopca (ok. 10 lat), który też handlował. A że wyglądał jak „siedem nieszczęść razem wziętych” kupowaliśmy od niego różne drobnostki. Panie obdarowały go jeszcze słodyczami i inną „spożywką” – czym która mogła. Na koniec kubek soku ze świeżo wyciskanych granatów uzupełnił naszą energię i wyzwolił chęć dalszego podróżowania. A przed nami leżało najstarsze miasto świata – Jerycho. Zatrzymaliśmy się na parkingu przed sklepem za miastem. Właściciel wybiegł ze środka i serdecznie zapraszał nas na zakupy. Jak tu nie skorzystać z takiego szczerego zaproszenia? A to wszystko wiąże się z czasem. Na zewnątrz też znajdowały się stragany, głównie z owocami. Więc jeszcze jeden kubek soku z granatów, kilka fig, fotka ze sprzedawcą – i w drogę. Przed nami rozciągał się widok na Qarantal – Górę Kuszenia. (Nie wiadomo jednak na pewno, czy to ta góra, mówi o niej tylko tradycja). Mogliśmy wjechać kolejka linową do Klasztoru Kuszenia, ale zgodziliśmy się z księdzem Maciejem, że to bez sensu. Pogoda była bardzo ładna, więc ruszyliśmy piechotą i dotarliśmy na miejsce bez problemu. Tu poza połową góry usytuowany jest klasztor prawosławny (powiewa flaga grecka), który podobnie jak klasztor Jerzego Koziby, sprawia wrażenie, że zwiesza się z półki skalnej. Wrażenie robi niesamowite. Przeszliśmy przez wąski korytarz, którego jedną ściana była po prostu skała. Po drugiej stronie kilka drzwi (zamkniętych) i wyjście na balkonik, skąd rozciąga się widok na górę. Weszliśmy również do groty, która przypominała kaplicę. Nazwa Qarantal oznacza czterdzieści. To tutaj Pan Jezus pościł przez 40 dni i był kuszony przez szatana. 40 to liczba, która ma bogatą symbolikę. Mojżesz przebywał na górze Synaj przez 40 dni, zanim otrzymał 10 Przykazań, Izraelici wędrowali przez 40 lat przez pustynię. Z góry Nebo (która jest naprzeciwko góry Kuszenia), Mojżesz widział Jerycho i Ziemię Obiecaną – Kanaan. Nie dane mu było jednak do niej wejść. Zmarł na górze Nebo. Jozue z Izraelitami poszli do Jerycha. Zawarli umowę z pewną kobietą (lekkich obyczajów, bo mieszkała za miastem)że im pomoże, oni zaś po zdobyciu miasta nie zrobią krzywdy jej i jej bliskim. Tak też się stało. Nie jednak odgłos trąb, w które dęli Izraelici obchodząc miasto- zburzył mury Jerycha. Zostało ono po prostu zdobyte. W Jerychu Jezus bywał wielokrotnie. Miasto leżało blisko Jerozolimy, na skrzyżowaniu dróg z Galilei i Persji. Wszyscy tędy chodzili do Jerozolimy. Omijali Samarię – nie lubili się z jej mieszkańcami i woleli unikać niebezpieczeństwa. Tu znajduje się sykomora. To właśnie na sykomorę wspiął się Zacheusz, aby zobaczyć przechodzącego Jezusa. Ewangelia mówi, że był to człowiek niskiego wzrostu, zwierzchnik celników, znienawidzony przez ludzi. Nikt nie był mu życzliwy, nikt nie pozwoliłby mu wejść do swego domu. Ale on też, tak jak inni, chciał widzieć Jezusa. Pan Jezus powiedział, aby zszedł z drzewa, bo chce u niego spożyć ucztę. Po raz pierwszy ktoś zobaczył w Zacheuszu człowieka. Pod wpływem tego spotkania Zacheusz zmienia się. Rozdaje część swego majątku ubogim, wynagradza poczwórnie tych, których skrzywdził. Sykomora rośnie w Jerychu do dzisiaj. Ale nie jest tą Zacheusza, to znów tylko tradycja. Przejechaliśmy obok, podziwiając to drzewo z okien autokaru. W dodatku rozpadał się deszcz i nie bardzo mieliśmy ochotę moknąć. Naszym celem był teraz Kacar El Jahud – prawdziwe miejsce chrztu Pana Jezusa.
Jechaliśmy szosą, po obu stronach ciągnęła się pustynia – sam piasek w dodatku zasieki z drutu kolczastego i napis, że teren zaminowany. Wywołało to dziwne uczucie- może nie strachu, ale jakiejś niepewności. Szczęśliwie dotarliśmy na miejsce. Na parkingu przeszliśmy obok budynku wojskowego, samochodów wojskowych i kilku uzbrojonych żołnierzy. Teraz widok był zupełnie inny już. Przed nami wiła się rzeka Jordan (niezbyt czysta). Wokół dużo zieleni. Wysokie palmy. Przez rzekę przebiega granica z Jordanią. Ponieważ pogoda się wyklarowała, przejrzystość była dobra, widzieliśmy piękną panoramę (nie wiem czy prawobrzeżnej czy lewobrzeżnej) Jordanii. Zeszliśmy niżej, na taki szeroki deptak i tam odnowiliśmy swój chrzest. Odbyło się to w ten sposób, że podchodziliśmy kolejno, a ksiądz Witold polewał nasze głowy wodą z Jordanu, wypowiadając przy tym słowa: „Ja ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna I Ducha św. Amen”.
Po sesji zdjęciowej i zachłyśnięciu się urokiem tego miejsca, przyszedł czas na chwilę refleksji. Usiedliśmy pod czymś w rodzaju wiaty i wsłuchaliśmy się w słowa księdza Macieja. W tym miejscu głosił naukę św. Jan. Dlaczego właśnie tu? Otóż św. Jan wybrał to miejsce ze względów strategicznych, wszyscy bowiem tamtędy przechodzili. A więc zatrzymywali się, odpoczywali i słuchali. Jan ubrany był w skórę wielbłąda. Jadł szarańczę i miód z daktyli (nie tai jaki robią pszczoły). To co mówił wcielał w życie. Tutaj też przyszedł Jezus, aby dać się ochrzcić. Naszą uwagę zwróciła dość liczna grupa. Ci ludzie (w różnym wieku) ubrani w białe szaty zanurzali się całkowicie w wodzie (razem z głową). Wypowiadali przy tym jakieś słowa- pewnie modlitwy i śpiewali.
Stamtąd pojechaliśmy nad Morze Martwe. Pogoda się wyklarowała, przygrzewało słoneczko, nie chciało się wierzyć, że jest środek zimy. Mieliśmy do dyspozycji prywatną plażę na czas 2,5 godz. Teren wokół pięknie zagospodarowany: palmy , kwiaty, ławeczki ….. . Ale najpierw skierowaliśmy się do przebieralni. Każdy miał ze sobą strój kąpielowy i buty typu trampki. Jak się później okazało, były one zbawienne, gdyż trudno było stanąć bosą nogą w morzu pełnym grudek soli, żeby nie zranić stopy. Aha – przed wejściem na plażę „leżakował” wielbłąd – można było skorzystać z jego usług i popróbować jazdy na jego grzbiecie – oczywiście za określoną opłatą. Nie wiem, czy ktoś z naszej grupy dosiadał wielbłąda, gdyż zapakowaliśmy swoje ubrania do toreb i poszliśmy na plażę. Okazało się, że nie wszyscy chcieli czy mogli zażywać kąpieli wodnej, więc automatycznie stali się strażnikami naszych rzeczy, które złożyliśmy obok nich. No i do morza! Najpierw nieśmiało, potem coraz odważniej i głębiej. Z podziwem i odrobiną zazdrości patrzyłam na tych, którzy swobodnie unosili się na falach leżąc jedynie i nie wykonując żadnych ruchów. Woda utrzymywała ich na powierzchni. I tu z pomocą przyszli nam panowie, a właściwie jeden – nasz Rysio. Całkiem po prostu poinstruował nas i położył na wodzie. Nie powiem, żebym się nie bala, bo w ogóle gdy wchodzę do wody, to ona nie ma prawa sięgać mi powyżej kolan. A położyć się na wodzie? – to wyczyn niemal na światową skalę. Ale dokonałam tego – oczywiście nie samodzielnie. Nie tylko ja jedna, więcej było takich jak ja strachów. Powiem, że to bardzo miłe doświadczenie być unoszonym przez wodę. Ale odetchnęłam spokojnie dopiero wtedy, kiedy ponownie twardo stanęłam na nogach. Potem było trochę jak u dzieci – smarowanie się błotem (ma to wiele zalet – odmładza ponoć!) bieganie po wodzie i zbieranie grudek soli. A wszystko z okrzykami radości. Dobrze, że w widocznym miejscu był zegar, bo jakoś straciliśmy poczucie czasu. Ale zdyscyplinowanie ważna sprawa! Z odrobiną niedosytu i z grudką soli na pamiątkę opuszczaliśmy to urocze miejsce.
Mieliśmy jeszcze dotrzeć do Qumran. Z okien autokaru przyjrzeliśmy się widokowi na groty, w których znaleziono zwoje Pisma św. Zwoje te (chodzi o Stary Testament) znajdują się obecnie w Jerozolimie. Odkrycia dokonał przypadkowo w1947 r. jeden z Beduinów, który szukał zaginionej kozy. Rzucił kamieniem i do jego uszu dotarł dziwny dźwięk. Okazało się, że kamień uderzył o dzban. To właśnie w dzbanach znajdowały się zwoje ze skóry zapisane pismem starohebrajskim. Wyjął więc część z nich i zaniósł na targ. Kupił je handlarz staroci. Przeczuwał on, że może to być coś wartościowego i nie mylił się. Poszedł z nimi do profesora Uniwersytetu Hebrajskiego, który stwierdził, że są to wyjątkowo cenne znaleziska. A datuje się je na ok. II -I wiek przed Chrystusem. Połknąwszy taka dawkę niesamowitych informacji, pojechaliśmy już prosto do Betlejem na obiadokolację i nocleg.



Ciasteczka na tej stronie
Używamy ciasteczek niezbędnych, żeby strona działała. Za Twoją zgodą włączymy też te, które pokazują mapę dojazdu i odcinki podcastu oraz pomagają nam liczyć odwiedziny. Zgodę możesz w każdej chwili zmienić. Szczegóły w polityce prywatności i na stronie o ciasteczkach.
Twoje zgody
Niezbędne
zawsze włączonePotrzebne, żeby strona działała: zapamiętanie tej decyzji, bezpieczeństwo formularzy, wydajność. Bez nich nie da się wysłać zapytania ani zgłoszenia rezerwacji.
Mapa dojazdu do biura (Google) i odcinki podcastu (Spotify). Te serwisy zapisują dane na Twoim urządzeniu i widzą, że oglądasz tę stronę.
Liczenie odwiedzin i tego, które wyjazdy oglądacie najczęściej. Pomaga nam układać ofertę. Nie używamy tego do reklam.