Strona główna » Blog » 4. Obiad na targu i urodzinowa nalewka

4. Obiad na targu i urodzinowa nalewka

Madagaskar | Relacje z podróży
4. Obiad na targu i urodzinowa nalewka

Spis treści

Miasto Fianarantsoa

Po wizycie, która było nieco przygnębiająca widokiem trędowatych i odwiedzinach w miejskim szpitalu, o. Jeremy odwiózł nas na miasto i zostawił. Chcieliśmy nieco sami pomyszkować po nieznanym mieście Fianarantsoa. Nasze doświadczenia spaceru okazały się potwierdzeniem, że Malgasze to ludzie niezwykle sympatyczni i radośni. Mający swoje poczucie wartości i jak nigdzie dotąd na świecie nie przeszkadzało im, że robimy zdjęcia, nakierowując obiektywy prosto w twarz. Musiało to być poprzedzone uśmiechem i jakimś żartem, np. powtarzając jakieś malgaskie słowa, które od nich usłyszeliśmy. U miejscowych wywoływało to salwy śmiechu, a dla nas okazja do robienia zdjęć. Zresztą niewielu vazahów – tak nazywa się biały człowiek w ich języku, spacerowało po mieście. A mówiąc dokładnie oprócz jednej pary w restauracji, do której zaglądnęliśmy, nie spotkaliśmy nikogo. Była już pora popołudniowa, więc zaczęliśmy szukać jakiegoś baru, żeby coś zjeść. Po drodze zaglądaliśmy, gdzie tylko można. A to pytając w napotkanym hotelu recepcjonistkę, czy przyjęłaby trzech Polaków do pokoju i za ile, ona oczywiście przyjmując nas z uśmiechem, otwierała szeroko ręce, że wszystko da się załatwić. Warunek nasz był taki, że wszystkie pokoje oddzielne i ona śpi z nami. Na to nie poszła, ale przysporzyło jej to tak wiele radości, że kiedy mijaliśmy jeszcze to miejsce, dwukrotnie machała z daleka i pokazywała, że jednak zaprasza. Jakby poczucie humoru było wpisane nie tylko w jej radosne serce, ale wszystkich Malgaszów.
Pozwoliliśmy sobie obserwować niewielki warsztat napraw telefonów komórkowych. Wyglądał on w ten sposób, że w otwartych do góry drzwiach niewielkiego busa, siedziało dwóch techników przed laptopami i wgrywało oprogramowania. Zasilaniem do tych komputerów była niewielka prądnica spalinowa. Przed wejściem do tego busa siedziało może pięciu speców z małymi śrubokrętami, którymi rozkręcali nieodgadnione wnętrzności małych telefonów komórkowych. Jak było widać, klientów im nie brakowało, można zatem wnioskować, że byli w tym najlepsi.

Mijając kolejne restauracje, poszliśmy wzdłuż drogi zaczynającej się od stadionu miejskiego. Cały chodnik dla pieszych był targowiskiem, a tutaj najprzeróżniejsze towary i gdyby nie przyjrzeć im się z bliska, to można pominąć coś, co jest niespotykane nigdzie na świecie. Po raz pierwszy spotkałem się z tym, że można jeszcze handlować pustymi butelkami, w Polsce mamy raczej kłopot, co z nimi zrobić, a tutaj wszystko ma swoje wtórne użycie. Nie mówiąc o tonach przeróżnej garderoby chińskiej, kocach, zabawkach. Można było zobaczyć takie wynalazki, jak niewielką deszczułkę długości trzech okrągłych baterii, a przy tym kabelki z wyłącznikiem doprowadzone do żarówki. Jednak z oryginału miała tylko szklaną część, bo w środku zlepione trzy małe diodowe lampeczki. To jest na pewno pomysł warty Nobla, że nawet żarówka ma swoje wtórne zastosowanie i po wyprodukowaniu, wyświeceniu swojego limitu, może jeszcze bardzo długo służyć swoim światłem.
Kolejną sprawą, która wzbudziła zainteresowanie, a według obserwacji jest bardzo powszechna na Madagaskarze, to drewniane wózki specjalnej konstrukcji. Niewielkie drewniane cztery kółka z gumową obwolutą, drewniana „paka” na towar. Przednia oś bardziej wysunięta, bo od niej prowadził drewniany patyk doprowadzony do drugiego pionowego z tyłu, zakończonego zwyczajną kierownicą. Na mieście na tych wózkach można było zobaczyć worki mąki, ryżu, blachy i wiele innych towarów do sklepów i miejscowych hurtowni. Droga obok stadionu wiodła na niewielkie wzniesienie, co wykorzystywali młodzi chłopcy, wyprowadzając taki wózek do góry i w kilku przy ruchu ulicznym, zjeżdżając z zatrważającą szybkością, co u miejscowych wzbudzało niebywałą radość.

Obiad zjedliśmy wreszcie niedaleko targowiska, wybierając w ciemno trzy różne malgaskie potrawy. Mnie dostał się miejscowy rosół – o ile mogę to tak nazwać – z ziołami i micha ryżu. Jak na  pierwszy eksperyment, to nie było tak źle. Mieliśmy jeszcze sporo czasu do godziny 17:00, bo tak byliśmy umówieni z o. Jerrym, że ma po nas przyjechać w umówione miejsce. Byliśmy niemałym zainteresowaniem, ale domyślam się, że nie wynikało to z braku białych ludzi w tym miejscu, ale bardziej z życzliwości miejscowych. Uśmiechając się do ludzi, próbowaliśmy zagadywać na ile tylko było to możliwe, podchodząc do dziewczyn grających w piłkę nożna na stadionie. One akuratnie były za bardzo zajęte sportem i nie zwracały zbytnio uwagi na trzech vazahów. Przy dużych stoiskach z owocami oglądaliśmy rzeczy, których nie ma w Polsce i dopytywaliśmy, jak się nazywa owoc o kształtach, widzianych przez nas po raz pierwszy w życiu. Oczywiście malgaskie nazwy były dla nas  nie do wypowiedzenia, co od razu wzbudzało śmiech nie tylko u handlarzy, ale i całego targowiska. Podobnie na rynku pirackich płyt DVD, próbowano znaleźć coś dla nas po angielsku, ale były to filmy z poprzednich epok, typu Bruce Lee, czy Rambo.

Zobaczyliśmy także targ mleka. Przywożone w dużych kanach, przelewane było do małych butelek po napojach i każdy kupował według swojego uznania. Mleko na pewno od miejscowych krów zebu. Przechodząc obok przedszkola, zainteresował nas bardzo miły wystrój. Jakby dowód globalizacji i jednolitego wystroju wszystkich przedszkoli świata, nawet tych w najbiedniejszych  krajach. Niestety dzieci już nie było, ale siedziały jeszcze cztery panie przedszkolanki ze swoją dyrektorką. Szefowa miała kosmetykami podkreślone usta, oczy i brwi, co rzadko się spotyka u miejscowych kobiet. Weszliśmy i usiedliśmy sobie w małych plastikowych dziecięcych krzesełkach, żeby chociaż z paniami porozmawiać. Trudno było się dogadać językowo, ale przy ilości żartów i śmiechu wszystko było jasne. Żegnając się mile, poszliśmy dalej, śmiejąc się do siebie nawzajem, że albo wszyscy nas już tutaj znają przez nasze bezpośrednie zachowanie, albo z drugiej strony, że zaraz ktoś może dać nam w zęby za naszą bezpośredniość. To drugie się nie spełniło, a niektórzy mijając nas, pokazywali palcem, jakby wskazując, że przy ich stoisku z mlekiem, pomidorami czy żarówkami już byliśmy.
Na koniec zawitaliśmy na małe piwo do baru, który prowadził człowiek przypominający bardziej Chińczyka, niż Malgasza. Nasze przeczucia nas nie myliły. Jego ojciec przyjechał z Chin na Madagaskar. On już tutaj się urodził. Ma dwie córki, które wyjechały na studia do Francji i musi na nie zarobić. O dziwo, poznał naszą narodowość po języku. Jak się okazało, często przychodził do niego jeden z Kamilianów Polaków, pracujących w niedalekim szpitalu.

Po powrocie do misji werbistowskiej, był jeszcze jeden akcent dnia, świętowanie urodzin jednego z księży, który z pochodzenia jest Malgaszem. Mały tort i dla nas zupełna nowość, kilka kieliszków malgaskiego narodowego napoju, jakim jest rum. O. Jeremy specjalizuje się w robieniu takich nalewek, a skoro nie ma za wielu amatorów na ten napój wśród Werbistów, korzystaliśmy jak tylko pozwalali, cmokając przy tym w zachwycie, że takie dobre nalewki. Może dlatego, że w środku w butelce były owoce, których nie spotkamy w Polsce i to nadawało im niebywale dobrego smaku. Pomiarkowaliśmy w momencie, kiedy powiedziano nam, że to ma 42 % alkoholu. Z niedowierzeniem odkładaliśmy kieliszki. Piło się to po prostu jak smakowity syrop.

Copyright © 2026 Biuro Podróży Matteo Travel. Wszelkie prawa zastrzeżone.