

Po wizycie, która było nieco przygnębiająca widokiem trędowatych i odwiedzinach w miejskim szpitalu, o. Jeremy odwiózł nas na miasto i zostawił. Chcieliśmy nieco sami pomyszkować po nieznanym mieście Fianarantsoa. Nasze doświadczenia spaceru okazały się potwierdzeniem, że Malgasze to ludzie niezwykle sympatyczni i radośni. Mający swoje poczucie wartości i jak nigdzie dotąd na świecie nie przeszkadzało im, że robimy zdjęcia, nakierowując obiektywy prosto w twarz. Musiało to być poprzedzone uśmiechem i jakimś żartem, np. powtarzając jakieś malgaskie słowa, które od nich usłyszeliśmy. U miejscowych wywoływało to salwy śmiechu, a dla nas okazja do robienia zdjęć. Zresztą niewielu vazahów – tak nazywa się biały człowiek w ich języku, spacerowało po mieście. A mówiąc dokładnie oprócz jednej pary w restauracji, do której zaglądnęliśmy, nie spotkaliśmy nikogo. Była już pora popołudniowa, więc zaczęliśmy szukać jakiegoś baru, żeby coś zjeść. Po drodze zaglądaliśmy, gdzie tylko można. A to pytając w napotkanym hotelu recepcjonistkę, czy przyjęłaby trzech Polaków do pokoju i za ile, ona oczywiście przyjmując nas z uśmiechem, otwierała szeroko ręce, że wszystko da się załatwić. Warunek nasz był taki, że wszystkie pokoje oddzielne i ona śpi z nami. Na to nie poszła, ale przysporzyło jej to tak wiele radości, że kiedy mijaliśmy jeszcze to miejsce, dwukrotnie machała z daleka i pokazywała, że jednak zaprasza. Jakby poczucie humoru było wpisane nie tylko w jej radosne serce, ale wszystkich Malgaszów.
Pozwoliliśmy sobie obserwować niewielki warsztat napraw telefonów komórkowych. Wyglądał on w ten sposób, że w otwartych do góry drzwiach niewielkiego busa, siedziało dwóch techników przed laptopami i wgrywało oprogramowania. Zasilaniem do tych komputerów była niewielka prądnica spalinowa. Przed wejściem do tego busa siedziało może pięciu speców z małymi śrubokrętami, którymi rozkręcali nieodgadnione wnętrzności małych telefonów komórkowych. Jak było widać, klientów im nie brakowało, można zatem wnioskować, że byli w tym najlepsi.
Mijając kolejne restauracje, poszliśmy wzdłuż drogi zaczynającej się od stadionu miejskiego. Cały chodnik dla pieszych był targowiskiem, a tutaj najprzeróżniejsze towary i gdyby nie przyjrzeć im się z bliska, to można pominąć coś, co jest niespotykane nigdzie na świecie. Po raz pierwszy spotkałem się z tym, że można jeszcze handlować pustymi butelkami, w Polsce mamy raczej kłopot, co z nimi zrobić, a tutaj wszystko ma swoje wtórne użycie. Nie mówiąc o tonach przeróżnej garderoby chińskiej, kocach, zabawkach. Można było zobaczyć takie wynalazki, jak niewielką deszczułkę długości trzech okrągłych baterii, a przy tym kabelki z wyłącznikiem doprowadzone do żarówki. Jednak z oryginału miała tylko szklaną część, bo w środku zlepione trzy małe diodowe lampeczki. To jest na pewno pomysł warty Nobla, że nawet żarówka ma swoje wtórne zastosowanie i po wyprodukowaniu, wyświeceniu swojego limitu, może jeszcze bardzo długo służyć swoim światłem.
Kolejną sprawą, która wzbudziła zainteresowanie, a według obserwacji jest bardzo powszechna na Madagaskarze, to drewniane wózki specjalnej konstrukcji. Niewielkie drewniane cztery kółka z gumową obwolutą, drewniana „paka” na towar. Przednia oś bardziej wysunięta, bo od niej prowadził drewniany patyk doprowadzony do drugiego pionowego z tyłu, zakończonego zwyczajną kierownicą. Na mieście na tych wózkach można było zobaczyć worki mąki, ryżu, blachy i wiele innych towarów do sklepów i miejscowych hurtowni. Droga obok stadionu wiodła na niewielkie wzniesienie, co wykorzystywali młodzi chłopcy, wyprowadzając taki wózek do góry i w kilku przy ruchu ulicznym, zjeżdżając z zatrważającą szybkością, co u miejscowych wzbudzało niebywałą radość.
Obiad zjedliśmy wreszcie niedaleko targowiska, wybierając w ciemno trzy różne malgaskie potrawy. Mnie dostał się miejscowy rosół – o ile mogę to tak nazwać – z ziołami i micha ryżu. Jak na pierwszy eksperyment, to nie było tak źle. Mieliśmy jeszcze sporo czasu do godziny 17:00, bo tak byliśmy umówieni z o. Jerrym, że ma po nas przyjechać w umówione miejsce. Byliśmy niemałym zainteresowaniem, ale domyślam się, że nie wynikało to z braku białych ludzi w tym miejscu, ale bardziej z życzliwości miejscowych. Uśmiechając się do ludzi, próbowaliśmy zagadywać na ile tylko było to możliwe, podchodząc do dziewczyn grających w piłkę nożna na stadionie. One akuratnie były za bardzo zajęte sportem i nie zwracały zbytnio uwagi na trzech vazahów. Przy dużych stoiskach z owocami oglądaliśmy rzeczy, których nie ma w Polsce i dopytywaliśmy, jak się nazywa owoc o kształtach, widzianych przez nas po raz pierwszy w życiu. Oczywiście malgaskie nazwy były dla nas nie do wypowiedzenia, co od razu wzbudzało śmiech nie tylko u handlarzy, ale i całego targowiska. Podobnie na rynku pirackich płyt DVD, próbowano znaleźć coś dla nas po angielsku, ale były to filmy z poprzednich epok, typu Bruce Lee, czy Rambo.
Zobaczyliśmy także targ mleka. Przywożone w dużych kanach, przelewane było do małych butelek po napojach i każdy kupował według swojego uznania. Mleko na pewno od miejscowych krów zebu. Przechodząc obok przedszkola, zainteresował nas bardzo miły wystrój. Jakby dowód globalizacji i jednolitego wystroju wszystkich przedszkoli świata, nawet tych w najbiedniejszych krajach. Niestety dzieci już nie było, ale siedziały jeszcze cztery panie przedszkolanki ze swoją dyrektorką. Szefowa miała kosmetykami podkreślone usta, oczy i brwi, co rzadko się spotyka u miejscowych kobiet. Weszliśmy i usiedliśmy sobie w małych plastikowych dziecięcych krzesełkach, żeby chociaż z paniami porozmawiać. Trudno było się dogadać językowo, ale przy ilości żartów i śmiechu wszystko było jasne. Żegnając się mile, poszliśmy dalej, śmiejąc się do siebie nawzajem, że albo wszyscy nas już tutaj znają przez nasze bezpośrednie zachowanie, albo z drugiej strony, że zaraz ktoś może dać nam w zęby za naszą bezpośredniość. To drugie się nie spełniło, a niektórzy mijając nas, pokazywali palcem, jakby wskazując, że przy ich stoisku z mlekiem, pomidorami czy żarówkami już byliśmy.
Na koniec zawitaliśmy na małe piwo do baru, który prowadził człowiek przypominający bardziej Chińczyka, niż Malgasza. Nasze przeczucia nas nie myliły. Jego ojciec przyjechał z Chin na Madagaskar. On już tutaj się urodził. Ma dwie córki, które wyjechały na studia do Francji i musi na nie zarobić. O dziwo, poznał naszą narodowość po języku. Jak się okazało, często przychodził do niego jeden z Kamilianów Polaków, pracujących w niedalekim szpitalu.
Po powrocie do misji werbistowskiej, był jeszcze jeden akcent dnia, świętowanie urodzin jednego z księży, który z pochodzenia jest Malgaszem. Mały tort i dla nas zupełna nowość, kilka kieliszków malgaskiego narodowego napoju, jakim jest rum. O. Jeremy specjalizuje się w robieniu takich nalewek, a skoro nie ma za wielu amatorów na ten napój wśród Werbistów, korzystaliśmy jak tylko pozwalali, cmokając przy tym w zachwycie, że takie dobre nalewki. Może dlatego, że w środku w butelce były owoce, których nie spotkamy w Polsce i to nadawało im niebywale dobrego smaku. Pomiarkowaliśmy w momencie, kiedy powiedziano nam, że to ma 42 % alkoholu. Z niedowierzeniem odkładaliśmy kieliszki. Piło się to po prostu jak smakowity syrop.



Ciasteczka na tej stronie
Używamy ciasteczek niezbędnych, żeby strona działała. Za Twoją zgodą włączymy też te, które pokazują mapę dojazdu i odcinki podcastu oraz pomagają nam liczyć odwiedziny. Zgodę możesz w każdej chwili zmienić. Szczegóły w polityce prywatności i na stronie o ciasteczkach.
Twoje zgody
Niezbędne
zawsze włączonePotrzebne, żeby strona działała: zapamiętanie tej decyzji, bezpieczeństwo formularzy, wydajność. Bez nich nie da się wysłać zapytania ani zgłoszenia rezerwacji.
Mapa dojazdu do biura (Google) i odcinki podcastu (Spotify). Te serwisy zapisują dane na Twoim urządzeniu i widzą, że oglądasz tę stronę.
Liczenie odwiedzin i tego, które wyjazdy oglądacie najczęściej. Pomaga nam układać ofertę. Nie używamy tego do reklam.