

Indonezja to kraj liczący około 250 mln ludzi. Na kilku tysiącach wysp. Nie wszystkie są zamieszkałe i nie wszystkie zmieszczą się na mapie prezentującej nawet najmniejsza skalę. Tak liczba ludności jest spora. Co dowodzi, ze musza się gdzieś zmieścić. Jechaliśmy może 4 godziny do gejzeru i cały czas bardzo wąską drogą przez wioski. Czasami kierowca musiał przystawać żeby minąć się z samochodem jadącym z naprzeciwka. Poza tym ciekawa logika, u nas w Polsce buduje się drogi pod auta. Autostrady, bo są ciężkie samochody ciężarowe i coraz szybsze osobowe. Tutaj ten gąszcz wąskich dróg „powiatowych” i „wojewódzkich” wymusił, co innego, całkiem odwrotnego. Jeżdżą mniejsze samochody ciężarowe i mniejsze krótsze autobusy. Mówiąc mniejsze mam na myśli krótsze i węższe oraz niższe. Czasem zdezelowane toczą się z maksymalną prędkością do 40 km/h, ale jadą i wiozą towar to jest najważniejsze. Większy 50 osobowy autobus czy większa 20 tonowa ciężarówka nie miałaby szans zmieścić się na tej drodze i czasem w ogóle pokonać zwykłego zakrętu.
O nauce indonezyjskiego nie będę wspominał, bo trzeba mieć lepszą pamięć żeby opanować kilka trudnych słówek do wymówienia. Ale próbowaliśmy w samochodzie ćwiczyć z przewodniczka i kierowcą. Ale chyba im lepiej szło wymawiane słów po polsku niż nam po indonezyjsku. Na razie są wakacje i musimy poprzestać na angielskim. Trzeba powiedzieć, że znajduje on zastosowanie w większości miejsc. Co prawda nie koniecznie umie to rowerowy rikszarz, ale taksówkarz, jeśli zaczepia białego człowieka to na pewno zna. Biura gdzie się kupuje bilety i klimatyzowane restauracje mają obsługę w języku angielskim. Nie mówić o wieczornych spotkaniach turystów w miejscowych barach. Tam zdecydowanie króluje angielski. Jest to jedyny sposób, aby pogadać z obywatelami całego świata.
Niedzielę 7 sierpnia wcześnie rano pojechaliśmy na lotnisko, żeby kupić bilet i polecieć do Sarawaja. To jedynie godzina lotu małym ATRem. Jedno trzeba przyznać, ze lotnisko jest tak praktycznym miejscem a latanie między wyspami tak popularne i tanie jak u nas autobusy. Kupiliśmy bilet w kasie jak na autobus i poszliśmy na peron skąd miał odjechać w naszym kierunku. Można się śmiać, ale godzinny lot kosztował nas około 50 dolarów. Jazda samochodem podobnego dystansu zajęłaby nam jakieś 11 godzin i zapas benzyny kosztowałby tak samo. Po przylocie do Surawaja, szukaliśmy sposobności dostania się do Probolinggo.? Ostatniego większego miasteczka pod wulkanem Bromo. Oczywiście nie brakowało upartych naganiaczy chcących nas dowieść samochodem, ale nie można za szybą zwiedzać bez końca. Pojechaliśmy taksówka na dworzec kolejowy skąd w klasie ekonomicznej jedziemy do Probolinggo. A potem jeszcze jakimś busem lub taksówką pod sam wulkan. Potem już tylko spacer do samego krateru. Czy tak będzie ….? Na razie w punkcie sprzedaży biletów czekamy jak nadjedzie pociąg i otworzą wejście na peron, bo jest ono otwierane tylko jak nadjeżdża pociąg w innym czasie nie ma zastosowania spędzanie czasu na dworcu. Ludzie siedzą przed budynkiem dworca i cierpliwie czekają chroniąc się w cieniu przed ogromnym skwarem. Widać, że tutaj pogoda mniej łaskawa, bo słońce przypieka a wilgotność powietrza wzrasta, ale spokojnie da się wytrzymać te upały. Nie jest aż tak męcząco jakby się wydawało.
Pociąg był spóźniony o jakieś 45 min. Próbowałem na peronie zdrzemnąć się oparty o plecak, ale kiedy Morfeusz wodził mnie po łagodnych przestworzach świata snu, nagle zerwałem się. Przyczyną tego zrywu nie był słoń stojący na mojej nodze, jakby z reakcji wynikało, ale mała dziewczyna, która gładziła paluszkiem moje kolano wystawiając drobną rączkę w moim kierunku żebym jej coś dał. Na pewno na tym peronie byliśmy jak aktorzy na scenie. W dodatku w sztuce o dwóch białych z plecakami w obcym świecie, którzy nic nie mówią, a tak wielu zebranych aktorów przyszło przecież na sztukę, na teatr. Te uśmiechy dzieci w naszym kierunku dowodziły, że chcą nas poznać, bo jesteśmy inni, ale nie potrafią. Kiedy odpowiadaliśmy uśmiechem one speszone odwracały głowę, robiąc następne wzrokowe podchody. Kiedy wreszcie zapowiadali jakiś pociąg w języku w ogóle nam nie zrozumiałym, jedna Pani zapytała gdzie jedziemy. Odpowiedziałem, że do Probolinggo. Kiwnęła głową, że to ten. Spotkało nas jeszcze jedno zdziwienie, kiedy my bogaci biali pytamy czy to klasa ekonomiczna. Twierdząca odpowiedź i wsiadamy, ale spojrzenia bardzo wymowne. Oni tutaj?! Przeszliśmy kilka wagonów zanim znaleźliśmy wolne miejsce do siedzenia, a zdziwienia nie było końca. Ale zaczęła się pewnie prawdziwa Indonezja. Ludzie w wagonie gdzie siedliśmy obmówili nas rzucając ukradkiem spojrzenia w nasza stronę. Zawsze odpowiadaliśmy uśmiechem. Aż w pewnym momencie z sąsiedniego wagonu widać było jakiś jak jakiś Pan wstaje i poszukuje kogoś. Za chwilę siedział obok mnie i przedstawiał się oraz zapraszał do siebie do wioski oferując spanie bez płacenia. Jak zwykle wypytywał o podstawowe informacje o mnie i o Polsce. Sam zagadywał o naszą podróż i opowiadał o sobie do momentu, kiedy weszli konduktorzy. Nie miał przy sobie biletu i twierdził, że wraca na swoje miejsce.
My dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia i jak zwykle wpadliśmy w wszystko widzące łapy naganiaczy. Ale zawieźli nas pod agencję, która wysyła na wschód słońca na wulkan Bromo. Znaleźliśmy hotel odprawiliśmy niedzielny obowiązek Mszy świętej a potem odpoczynek, tym razem bardzo krótki, bo wyjazd o drugiej w nocy.



Ciasteczka na tej stronie
Używamy ciasteczek niezbędnych, żeby strona działała. Za Twoją zgodą włączymy też te, które pokazują mapę dojazdu i odcinki podcastu oraz pomagają nam liczyć odwiedziny. Zgodę możesz w każdej chwili zmienić. Szczegóły w polityce prywatności i na stronie o ciasteczkach.
Twoje zgody
Niezbędne
zawsze włączonePotrzebne, żeby strona działała: zapamiętanie tej decyzji, bezpieczeństwo formularzy, wydajność. Bez nich nie da się wysłać zapytania ani zgłoszenia rezerwacji.
Mapa dojazdu do biura (Google) i odcinki podcastu (Spotify). Te serwisy zapisują dane na Twoim urządzeniu i widzą, że oglądasz tę stronę.
Liczenie odwiedzin i tego, które wyjazdy oglądacie najczęściej. Pomaga nam układać ofertę. Nie używamy tego do reklam.