

Ciężko było wstać w środku nocy, ale skoro takie plany i byliśmy umówieni z kierowcą to nie było wyjścia. Punktualnie o drugiej w nocy zapukał kierowca żeby zabrać nas na wschód słońca w okolicach wulkanu Bromo. Do miejscowości Camorro jechaliśmy niewiele ponad godzinkę. Ale jazda w nocy w wąskiej krętej drodze zdezelowanym busem odebrała chęć snu. To lepsze rozbudzenie niż wypicie kilku kaw albo napojów energetyzujących. Adrenalina była w pakiecie transportowym. Tego nie wiedzieliśmy płacąc za wycieczkę, ale jazda całkowicie uświadomiła nam takie podejście. Na miejsce przyjechaliśmy przed godziną 4 rano. Było zupełnie ciemno i bardzo zimno. Nie pomagały koszulki i sweter oraz kurtka, którą miałem w zapasie. Ale business w naszych czasach jest na wszystko przygotowany. W restauracji zapytali nas czy potrzebujemy cieplejszej kurtki. Myśleliśmy, że są tak mili, ze aż sprawa staje się podejrzana. Nie można się było mylić. Za chwilę wystawili rachunek za kurtkę. Która jak się okazało na miejscu widokowym i na wulkanie nie była w ogóle potrzeba. Bo im wyżej tym było cieplej. Zatem wypiliśmy ciepłą herbatkę, muzułmanie zjedli swoje śniadanie i obiad o 4 rano, bo później bezwzględny ramadan zabraniał im spożywać czegokolwiek przez cały upalny dzień. Pojechaliśmy na punkt widokowy starą, ale nieźle prezentującą się terenową Toyotą Land Cruiser. Mała, Toyotka, ale weszło śmiało dwóch polaków i czterech francuzów. Pewnie jazda na większej ilości kilometrów byłaby niemożliwa ze względu na ścisk, ale tutaj nie było daleko. Była zupełna noc a my w ogromnym kurzy z pyłów wulkanicznych wspinaliśmy się na punkt widokowy żeby zobaczyć dolinę wulkanów.
Po chwili było tam sporo ludzi z całego świata. Widać ze w każdym przewodniku zamieszczają jako radę turystyczna przyjechać na Bromo. Kolory nieba przy wschodzącym słońcu były jak zwykle bardzo piękne. Chociaż nie było widać samego słońca z tego miejsca. Najbardziej dokuczliwy był kurz, nie był to zwykły proch biorący się z wydeptania szlaków, ale usypywane przez wieki warstwowo pył z wulkanów. Kiedy takie ilości ludzi wędrowało szurając butami w świetle latarki unosił się sam kurz. Trzeba do tego dodać, koniki niosące leniwych turystów. To wszystko podnosiło ten pył do góry, jakby mała erupcja pochodząca z zadeptywania miejsc wulkanicznych.
Po zachwytach nad kolorami nieba i niezwykłym widoku odsłoniętej światłem wschodzącego słońca doliny z wulkanami, gdzie rosło tylko kilka odpornych na wulkany drzew, pojechaliśmy wspinać się na krawędź słynnego i ciągle czynnego Wulkanu Bromo. Czterdziestominutowa wspinaczka w mozole wbijających się butów w lekkość pyłu wulkanicznego opłaciła się. Wulkan odwdzięczył się wybuchami pary i odzewami charakterystycznych dźwięków z głębin swojej potęgi. Stając na jego krawędzi nie koniecznie wpada się w zachwyt wielkością, bo każdy turysta będący na kraterze Wezuwiusza w Neapolu widział o wiele większy stożek wulkaniczny. Ale najciekawsza była chmura ciepłej pary unosząca się z przerwami do góry i przykuwając wzrok stojących tam ludzi. W takich momentach wyobraźnia mogła zadziałać jak najbardziej próbując sobie narysować nie parę, ale tryskające kamienie i lawę. Krawędzie tego stożka wulkanu to duża warstwa pyłu, ale sam środek to ogromna i tajemnicza dziura skalna, skąd dochodziły do nas odgłosy drzemiącego lekko wulkanu i pokazywała się para oznajmiająca, że ciągle Bromo jest czynny. Do ostatniej niewielkiej erupcji doszło w lutym 2011 roku, o czym mówił nam przewodnik. Ale ten wulkan ma coś w sobie, co mieszkańcy pobliskiej wioski musieli pokochać. Trzeba racjonalnie przyznać, ze żyją z jego aktywności. Brzmi to niezwykle paradoksalnie, bo przecież jest to cykliczne zagrożenie dla ich życia i pozbywanie się perspektyw. Tymczasem turystyka w wiosce kwitnie. Ale nie tylko, bo jak dało się zauważyć ludzie w pyle wulkanicznym mają swoje pola uprawne hodując tam choćby cebulę i kapustę i pewnie inne warzywa. Teren, co prawda nie sprzyja rolniczej pracy, bo strome wzniesienia nie ułatwiają wysiłku rolnikom. A co warto dodać, tutaj w żadnej wiosce – przynajmniej na wyspie Jawa – nie dało się zauważyć ciągnika. Ludzie cała pracę wykonują ręcznie, czy jest to kopanie rowów nawadniających pola ryżowe, czy jest to orka po kolana w błocie żeby przygotować następną uprawę ryżu, czy jest to jak wspominałem uprawa cebuli na stromych wulkanicznych górkach. Najczęściej używanym narzędziem była wygięta łopata. Coś jakby motyka tylko w kształcie sztychówki. I jeszcze jedno pola są bardzo czyste i zadbane. Raczej nie znajdzie się tam chwastów i innych pasożytniczych roślin, a przypomnijmy wszystko jest pracą bezpośrednią rąk ludzkich.



Ciasteczka na tej stronie
Używamy ciasteczek niezbędnych, żeby strona działała. Za Twoją zgodą włączymy też te, które pokazują mapę dojazdu i odcinki podcastu oraz pomagają nam liczyć odwiedziny. Zgodę możesz w każdej chwili zmienić. Szczegóły w polityce prywatności i na stronie o ciasteczkach.
Twoje zgody
Niezbędne
zawsze włączonePotrzebne, żeby strona działała: zapamiętanie tej decyzji, bezpieczeństwo formularzy, wydajność. Bez nich nie da się wysłać zapytania ani zgłoszenia rezerwacji.
Mapa dojazdu do biura (Google) i odcinki podcastu (Spotify). Te serwisy zapisują dane na Twoim urządzeniu i widzą, że oglądasz tę stronę.
Liczenie odwiedzin i tego, które wyjazdy oglądacie najczęściej. Pomaga nam układać ofertę. Nie używamy tego do reklam.