Strona główna » Blog » 7. Safari w pełnej okazałości

7. Safari w pełnej okazałości

Afryka | Relacje z podróży
7. Safari w pełnej okazałości

Spis treści

Zachwyt światem afrykańskich zwierząt

Bardzo wcześnie rano obudził mnie stukot rozkładanych straganów przy ulicy, przy której był nasz hostel. Jak się okazało nasz pokój miał okno, ale bez szyby. Dobra strona tego jest taka, że mieliśmy stałą wymianę powietrza, zła to odgłosy z ulicy. Wstałem z nieco bolącą po wieczorze urodzinowym głową, ale przecież nic w tym nadzwyczajnego. Pamiętam jeszcze, że wieczorem wyszliśmy jeszcze do hotelowej restauracji, skąd dochodziły odgłosy meczu Hiszpania – Niemcy. Jak się później okazało 1:0, a Hiszpania zmierzyła się później z Holandią w finale Mistrzostw Świata w niedalekiej Republice Południowej Afryki.
Tak jak byliśmy umówieni, samochód przyjechał po nas o dziewiątej, ale przy agencji turystycznej musieliśmy czekać na wyjazd jeszcze chyba z godzinę. Leciwa Toyota Land Cruiser została zapakowana, mieliśmy jeszcze zabrać nasze jedzonko oraz kupić sobie wodę w jakimś markecie, jak obiecywał kierowca. Mają się do nas dosiąść poznani wcześniej Rayan i Hanna z Londynu. Do składu na pięciodniowe Safari wchodził jeszcze sympatyczny kierowca i przewodnik w jednym – Omi oraz kucharz, który przedstawił się jako Mr. D. Do najbliższego planowanego punktu, czyli Campingu Panorama przy jeziorze Maniara mieliśmy jakieś 150 km. Droga zleciała bardzo szybko, bo nie było ruchu na tej trasie. Ale dla mnie najmilsze było to, że przejeżdżaliśmy przez ziemie Masajów. Zatem nie brakowało oryginalnie ubranych przedstawicieli tego plemienia ze stadami swoich kóz i krów. Było wśród nich wiele dzieci, bardzo małych jeszcze, a już trudniących się tym podstawowym masajskim zajęciem, tj. pasterstwem.
Mijane miejscowości przy trasie to wszystko wioski czy miasteczka masajskie. W niedużych odległościach od drogi widać było niewielkie skupiska bardzo nietypowych domów. Były to mieszkania Masajów – okrągłe, zbudowane z jakiegoś drewna domy ze słomianymi dachami. Wyglądało to bardzo skromnie, jeśli i to określenie nie będzie za dobre. Siedliska rozstawione wśród niewielkich zarośli afrykańskiej sawanny pokazywały, do kogo rzeczywiście ta ziemia należy i kto tutaj jest gospodarzem. Rozmieszczenia tych charakterystycznych zabudowań dokonano zgodnie z przemyślaną logistyką urbanistyczną.
Poza tym nie było tu innych oznak tzw. cywilizacji. To też dawało do myślenia na temat zagospodarowania tego terenu. Pisząc o skromności zabudowań wcale nie miałem na myśli jakiegoś zacofania. Ci ludzie kultywowali swoje odwieczne tradycje i styl życia w niezmiennej postaci. Nawet wybudowanie tutaj drogi nie wiele zmieniło. Chociaż pewnie znalazło się wielu i takich Masajów, którzy poszli za ciosem globalizacji. Mijaliśmy też szkoły masajskie, co dowodzi, że państwo musi i chce inwestować w przyszłe pokolenie Masajów jako obywateli Tanzanii.
Na wspomnianym campingu rozpakowaliśmy nasze bagaże i pojechaliśmy do parku otaczającego jezioro Maniara. Kiedy przekraczaliśmy granicę parku, powitało nas stado blue monkeys, czyli niebieskich małp. Chociaż nie znam się dokładnie na zwierzętach poza tym, że odróżnię małpę od żyrafy, to rzeczywiście miały one odcień niebieskawy. Jedne samotne, inne z małymi, a jeszcze inne potężne samce torowały sobie drogę rozpychając się szerokością własnego ciała. Małp nie brakowało w ciągu całej naszej kilkugodzinnej drogi po parku Maniara Lake, były niebieskie, szare, a nawet białe. Ale dla mnie było najważniejsze, żeby zobaczyć coś bardziej egzotycznego, coś ze świata zwierząt, czego jeszcze nie miałem okazji widzieć.
Nie musiałem długo czekać, bo obok nas stanęło spokojnie stado antylop. Piękne, jasnobrązowe z ogromnymi białymi dekoltami oraz czarnymi paskami na białym tle z dwóch stron ciała. Jakby śnieżnobiała koszula z gustownie dobranym krawatem. Małe, średnie i te największe samce z majestatycznymi rogami, czuwające nad bezpieczeństwem bezbronnych samic i małego potomstwa w swym stadzie. Wyjeżdżając z lasu zobaczyliśmy na roztaczającą się aż do samego jeziora ogromnej polanie, w odległości jakichś 20 m, kilka zebr. Niezwykle pomalowane na czarno-biało koniki, w swoim naturalnym stroju odważnie pozowały do zdjęć. Jak wyuczone modelki na wybiegu swojej dzikiej natury, którą człowiek ogrodził dla pokazania światu, że cuda natury mogą żyć godnie tylko tutaj, na wolności, a nie za kratami ogrodów zoologicznych.
Jadąc do brzegu jeziora, w odległości jakichś 500 m, zobaczyliśmy spacerujące sobie cudo o najdłuższej szyi świata. Była piękna i majestatyczna, poruszała się powoli zrywając co rusz jakiś listek z małego krzaczka lub drzewa. To najwyższe zwierzę świata oglądaliśmy jeszcze kilka razy i to nawet z odległości 10 m w towarzystwie całej rodziny. Tak blisko nie pozwoliła nam podejść już żadna żyrafia familia. Samiec miał ciemniejsze ubarwienie skóry, jego żona nieco jaśniejsze, jakby wyczuwając letnią porę i dobierając do tego ubiór. Ich małe kilkumetrowe dziecko nieźle sobie radziło z obgryzaniem drzewa, do którego nam przyszłoby przystawić sporą drabinę. Piękna żyrafa na pewno uszlachetnia i ubarwia Safari. Na Serengeti spotkaliśmy jeszcze wiele takich okazów, ale nie ukrywam, spodziewałem się więcej.
Gdy dojechaliśmy do jeziora, uderzył nas zaskakujący widok – wszędzie było biało. Okazało się, że to tysiące pelikanów – białych ptaków o ogromnych dziobach, które potrzebowały trochę pasa startowego, żeby wznieść się, a potem wylądować na ziemi albo na wodzie. Ta podwójna umiejętność na pewno pomaga im w zdobyciu pożywienia, a niekiedy ratuje od niebezpieczeństwa.
Jezioro Maniara ma to do siebie, że do kilkuset metrów od brzegu ma wodę słodką, a na środku słoną. Dlatego łatwo można było wypatrzeć przy brzegu wyspy leniwych hipopotamów, które zanurzone w wodzie wylegiwały się na słońcu. Na ich ogromnych cielskach przystawały czasem ptaki, jak na wyspie odpoczynku w czasie długiego rejsu. Nikt nikomu nie robił żadnej krzywdy. Hipopotamy tylko wzdychały głośno nabierając albo wypuszczając powietrze po kilkuminutowym zanurzeniu w wodzie. Nieopodal biegały czarne niewielkie dziki zwane guźcami. Jak świnki wypuszczone z chlewka ryły nosem w ziemi w poszukiwaniu jakiegoś kąska dla siebie. Na skraj lasu wyszło stado zebr. Kilka kilometrów dalej na brzegu stało stado bawołów, a pośrodku równinnej polany samotna gnu. Nie powinna być w tym miejscu sama, tylko ze swym stadem, bezpiecznie, razem z rodziną szukać pożywienia.
Kiedy przyjdzie pora będzie wędrować jak natura nakazała, kolejne setki kilometrów przenosząc się w lepszy i znośniejszy klimat, gwarantujący zdrowie i możliwość rozmnażania. Można było długo stać i patrzeć. Wierzcie albo nie, dookoła widziałem to wszystko, co wcześniej oglądałem tylko na obrazkach. To, co było dla mnie egzotyką teraz stało się rzeczywistością. Zwierzęta świata, dalekie i niespotykane w Polsce, widziałem z tak bliska w ich naturalnym środowisku.
Ten świat puszczy nie mając wyjścia, musiał udostępnić siebie dla człowieka, żeby ten, który ma władzę nad wszystkim stworzeniem widział, cenił i uczył się od natury zależności na miarę potrzeb, a nie potężnego i niszczącego bogactwa, które nigdy nie jest nasycone.
Aparat pstrykał kolejne zdjęcia chcąc zatrzymać święty niedostępny świat na wiele lat, żeby pokazać innym i zachęcić do zobaczenia egzotyki w naturze, a nie tylko na ekranie bądź w książkach. Śmialiśmy się, że do szczęścia jeszcze brakuje nam tylko widoku lwa. Skoro tyle zwierząt dało się podziwiać i sfotografować, to potrzebny jest jeszcze król. Przecież ten teren to jego królestwo.
Po kilku godzinach objeżdżania parku, stojąc z głową wystawioną przez dach samochodu, zobaczyłem wreszcie przed nami spacerującą lwicę. Kiedy krzyknąłem do kierowcy, że przed nami Lion, ten dodał gazu, ale lwica też przyspieszyła. Udało mi się uchwycić jej chowający się zadek. Królewskie zwierzę schowało się w zaroślach 10 m od nas. Widać było tylko głowę. Niestety aparat fotograficzny nie dał rady. Przez kilka dobrych minut nikt nie wypowiedział ani słowa. Staliśmy na samochodzie patrząc w zarośla, gdzie lśniły oczy naszej lwicy. Ona jakby wyreżyserowała to spotkanie. Królowej nie można tak łatwo sfotografować dla prywatnych potrzeb. Patrzyła na nasze miny, mówiły one bardzo wiele. Jakby ludzie zapominając, kogo widzą, nie pamiętali o pałacowych manierach. Mam nadzieję, że objeżdżając jej królestwo, dane nam będzie jeszcze zobaczyć samego króla. Po takim spotkaniu już mało istotne było zobaczenie z odległości 3 metrów ogromnej rodziny słoni i pięknej dostojnej żyrafy. Najważniejsza była chwila z Królową.
Wracaliśmy umęczeni, ale zauroczeni krajobrazami i pełni wrażeń. Rozpakowaliśmy się w przydzielonym namiocie z widokiem na jezioro Maniara i całą dolinę odwiedzanej puszczy. Cudownie! Na kolację jedliśmy, jak raczył sobie kierowca żartować, zupę z żyrafy, a na drugie ryż z mięsem i warzywami polany sosem. Wszystko bardzo dobre i syte. Po kolacji zaczęto wynosić instrumenty. Zapowiedziano, że teraz będzie występował Black Tigers Acrobatic Group. Kilku tubylców o niezwykłej sprawności akrobatycznej pokazało w iście afrykańskim stylu swoje umiejętności. Było na co popatrzeć. Poza tym bardzo rytmiczna lokalna muzyka kazała klaskać, a co najmniej ruszać sobie nogą do taktu wystukiwanego na bongosach i bambusowych cymbałach.
Na koniec nawet udało im się zaciągnąć mnie do tańca, oni sami pokazywali jak się ruszać, a my wciągnięci w tę zabawę musieliśmy ich naśladować. Przyznam szczerze, że wcale nie jest to takie proste jak się wydaje. Zawsze jakiś element ruchu ucieknie, ale pewnie jak na pierwszy raz nie było wcale tak źle.
Teraz kończąc opis dzisiejszego dnia, siedzę nad urwiskiem, nie mam już widoku na dolinę jeziora Maniara, wieje zimny wiatr, a w oddali migoczą sztuczne światłą. Słychać grające koniki polne i sapiące ciężarówki, które wspinają się pod górę krętymi serpentynami. A dzień jakby z innego świata.
 

Copyright © 2026 Biuro Podróży Matteo Travel. Wszelkie prawa zastrzeżone.