

To nieco dziwna sprawa na środku afrykańskiej sawanny siadać i otwierać komputer. Ale trzeba jakoś się zmierzyć z tym pisarstwem reportażowym albo raczej własnym dziennikiem podróży. Dzisiaj po śniadaniu z jedną parówką i wegetariańskim omletem, pojechaliśmy na istny car cross. Jak przy tych szybkościach po kamienistych drogach przeżyło auto, to tylko dobry mechanik może wiedzieć. Jechaliśmy kilka dobrych godzin takimi drogami w kurzu i pyle, w afrykańskim upale. Okno niekoniecznie warto otwierać, bo każdy samochód zostawia gąszcz podniesionej własną siłą ziemi, powietrze staje się gęste i cały kurz zostałby w samochodzie na nas.
Drogi przez Ngorongoro i Serengeti są raz czerwone, raz białe, a jeszcze gdzie indziej brązowe. Paleta barw zachwyca. Pewnie jeszcze spora gama odcieni tych kolorów pokazuje, jaka jest ziemia afrykańska. Nie ma tu tylko tak u nas cenionych czarnoziemów.
Mijając wiele masajskich wiosek zauważyliśmy, że niektóre z nich są nawet na swój sposób skomercjalizowane. To znaczy, wioska jest jak najbardziej prymitywna, ale za zdjęcie chcą jak słyszałem 50 dolarów. Ale nie jest to ich jedyne źródło utrzymania. Oczywiście za podstawę swojego życia, rzec by można sprawę honoru, uważają hodowlę zwierząt. Widać jak wielu spaceruje po rozległych terenach tanzańskiej sawanny wlokąc za sobą swoją trzódkę – kilkadziesiąt owiec czy kóz. Czasami widać było jak z hodowlanymi stadami mieszały się dzikie zebry, bawoły czy zagubione gnu. Nikt ich jednak nie rozganiał. One same umiały się oddzielić. Jedne zależne od swojej wolności, a drugie od człowieka.
Wjeżdżając do Parku Serengeti mijaliśmy lotnisko z czerwonym pasem startowym. Nie był on wcale pomalowany, wynikał z naturalnego koloru ziemi. Nie wiem co tutaj startuje, ale pewnie jakieś samoloty służbowe. Co chwila zatrzymywaliśmy się mijając jakieś zwierzęta. Często trudno było o ich nazwę, bo trudno było zrozumieć co mówi kierowca-przewodnik w języku angielskim albo kiswahili. Pierwsze dały się zobaczyć strusie, wysokie i nieco tęższe niż te australijskie. Nie widać było żadnego w biegu, wszystkie skubały coś spokojnie na ziemi. Nigdy nie stały pojedynczo, zawsze w małym stadzie. To zresztą, warto zauważyć, zasada zachowania chyba wszystkich zwierząt na sawannie, rzadko można było spotkać samotne osobniki. Nie oznacza to, że nie zdarzały się wyjątki.
Opisałem wcześniej pierwsze spotkanie z lwicą. Bardzo niewyraźnie było ją widać. Niedługo potem, kiedy minęliśmy granice parku, znów udało się wypatrzeć jakieś głowy wystające z bujnej trawy. Trawa i głowy w tym samym kolorze. Kierowca od razu krzyknął pokazując palcem, że to Simbu czyli lew. Podjechaliśmy nieco bliżej, każdy podniecony, że wreszcie po raz pierwszy zobaczy Króla w całej okazałości. Naliczyliśmy ich trzy sztuki, ale to nie był koniec. Co chwilę jakaś głowa podnosiła się z trawy, jakby chcąc nas zobaczyć. Taka wymiana atrakcji. Nie mogliśmy się napatrzyć podziwiając przez obiektyw podniesione lwie głowy. Emocje po polsku i angielsku brzmiały tak samo: ech, och, mmmm. Nagle kierowca ruszył. Żal, że tak szybko odjeżdża. Aż tu nagle skręcił w trawy i powoli podjeżdża do leżących lwów. Teraz to już nie zachwyt, ale przerażenie pojawiło się w naszych oczach, czy aby nie jest niebezpiecznie. Ale pewnie wie co robi… No to pstrykamy zdjęcia z dwóch metrów, mając głowy wystawione z samochodu i uciekamy. Przecież one mogą się na nas rzucić. To kilka dorosłych osobników, jeden duży samiec i parę małych lwiątek. Ale kierowca stoi i sam podziwia. No to chyba tak można, emocje zelżały, ale gotowość instynktowej ucieczki tkwiła w nas cały czas podnosząc ciśnienie. W końcu to pierwsze spotkanie z takiej odległości. Jedno jest pewne, są piękne i nie można wyjść z podziwu widząc je z bliska. Można patrzeć i patrzeć, z gotowymi do ucieczki mięśniami, chociaż wiadomo, że nie ma się najmniejszych szans. Jednak logiczne myślenie wyłącza się, kiedy wpada się w zachwyt, okupiony jak się okazuje dużym niebezpieczeństwem. Nigdy nie myślałem, że takie zwierzęta mogą nie reagować, kiedy podjeżdża do nich kilka samochodów. Nic sobie z tego nie robią, a są przecież groźne, dzikie i pewnie niejednemu człowiekowi zrobiły krzywdę. Być może pobyt w parku i ich częste obcowanie z turystami są następstwem jakiejś tresury. Na pewno w dżungli byłoby inaczej.
Nie ujechaliśmy daleko, kiedy kierowca patrząc chwilę przez lornetkę, oznajmił nam, że cień siedzący na kopcu insektów to leopard. Wytężając wzrok niewiele dostrzegliśmy, ale ustawiając na maksimum zoom aparatu coś jednak było widać. Był to duży kociak kręcący głową, ale nie widać ani jego koloru, ani wzrostu. Trzeba uwierzyć na słowo. Ale w takich chwilach, nawet jeśli nie jest się dwa metry od dzikiego zwierza, jak w przypadku wcześniej spotkanego lwa, czuje się dużą ekscytację. Spotkaliśmy stworzenia bardzo rzadkie, cenione za swój spryt, należące do ścisłej elity reprezentującej świat zwierząt. Nawet jeśli to przeżycie ma się opierać tylko na doświadczeniu kierowcy – przewodnika i wierze w jego słowa.
Jedziemy kilka dni sawanną, cały czas drogę przebiegają gazele i antylopy, jakby grały w rosyjską ruletkę: przebiegnie albo nie. Tych zwierząt nie jest najwięcej. Ale wskazuje to na proste równanie w świecie animalsów: kiedy jest dużo chętnie przez nas podziwianych drapieżników, na pewno nie jest to spokojny czas dla innych czworonogów takich, jak gazele, antylopy czy zebry. Żyją one poniekąd jako pożywienie dla drapieżników. I tak co pokolenie, powiedzielibyśmy w świecie ludzi. Ale rzeczywiście, kiedy więcej jest spokojnej zwierzyny, jak wspominane gazele czy antylopy, wtedy szybciej rozmnażają się drapieżniki. To przykre, ale nieuniknione prawo. Tak wygląda życie na sawannie, ona rządzi się swoimi prawami. Nawet jeśli to obserwujemy, to i tak nie możemy wkroczyć z ingerencją, gdyż nie doprowadzi ona do niczego dobrego.
Człowiek nie potrafi zatrzymać się na naturalnych potrzebach, odkrył coś takiego jak luksus, czyli gromadzone rzeczy ponad codzienne potrzeby. Tłumaczy to na tysiąc sposobów i ma to jakieś uzasadnienie, ale jedno jest pewne, wykraczać poza naturalne potrzeby to przywilej i już nawet nie jakaś potrzeba człowieka, ale nie oddanie ostatecznego głosu naturze jest przegraną. Spryt i inteligencja oraz ślepa wierność postępowi ludzkiemu to nie wszystko jakby się wydawało dzisiaj. Piękne są stada malowanych biało-czarnych koni, są bardzo czyste i czujne. Piękna jest pani o długiej szyi, zwykle w towarzystwie dwóch czy trzech osobników.
Można wiele minut patrzeć na kąpiące się hipopotamy. Wychodzą z wody, kiedy jest chłodno, jedzą trawę, potem odpoczywają godzinami w słońcu, chłodząc w wodzie kilkutonowe cielska. Piękne i ciekawe są wszystkie ptaki, ale jest ich tak wiele, że nie sposób zapamiętać ich nazwy. Tak jak w Muzeum Narodowym w Nairobi, gdzie zgromadzono ich tysiące. Ogromna wystawa dumie prezentuje pewnie większość bogactwa ornitologicznego Kenii.
Warte obserwacji na sawannie były też hieny i sępy. To nierozłączni towarzysze, ponieważ te obydwa gatunki żywią się padliną. Hiena nie może wyczuć ani dostrzec na ogromnej przestrzeni sawanny żadnej padliny. Natomiast sępy z wysokości swojego lotu potrafią dużo więcej. Dlatego to szare cętkowane zwierze porusza się patrząc w niebo, gdzie gromadzą się sępy. To zawsze jest kierunek wędrówki hieny. Dopada łupu i sama żywi się pierwsza, rozganiając sępy. Ale cierpliwość tych ptaków i świadomość, że ten wyrośnięty pies w cętki nie jest w stanie wszystkiego pożreć ani zabrać ze sobą, każe stać dumnie i czekać cierpliwie na swoją kolej. Natura potrafi wszystko wyczyścić. Kolejka do każdego padniętego zwierzęcia jest spora. W ten sposób widać współpracę w rodzinie padlinożerców – zależność polowania z ziemi i z powietrza, ale również inteligencję i dużą zaradność.
Kolejnym ciekawym zwierzęciem jest słoń. To potężne zwierzę również żyje w stadach. Ale nie obcy jest też widok samotników. Nie koniecznie jest to stary osobnik, skazany na bezwarunkowe oddzielenie się od stada i doczekanie samotnie śmierci. Słonie żyją ok. 60 lat, trudno powiedzieć ile z tego przypada na starość. Taki potężny samotny osobnik podchodził przez dwa dni do campingu w Ngorongoro. Pierwszy raz wieczorem dał się zauważyć jako spragniony, bo zanurzył swoją długą trąbę w ogromnej beczce z wodą i kilka razy pompując wodę popijał sobie. Był nie lada atrakcją wśród białych turystów. Ogromne pożółkłe kły i on sam ogromny. Pewnie łatwiej mu było podejść i zabrać trochę wody białym goszczącym na jego terenie niż fatygować się do pobliskiej rzeki. Okazał się trafionym obiektem do zdjęć dla wszystkich. Widać jednak, że biali ludzie nie są do końca świadomi niebezpieczeństwa, jakie im grozi ze strony słonia. Od razu potraktowali go jak swojego przyjaznego kolegę. Ale każdy Tanzańczyk krzyczał głośno, żeby nie podchodzić za blisko, bo reakcja tak ogromnego zwierza jest nie od przewidzenia. Jeśli nie siedzi się w samochodzie z odkrytym dachem, to już nie jest bezpośrednia część safari.
Wcześniej w parku nad jeziorem Maniara udało się przeciąć słoniom ich trasę rodzinnej wędrówki. Było tam jakieś 10 dorosłych sztuk i kilka małych słoniątek. Prezentowały się bardzo okazale jako największe zwierzęta lądowe. Powoli wychodziły z zarośli, coraz to większe, jakby najmocniejsi mieli za zadanie obstawiać i chronić całe stado dając tym samym poczucie bezpieczeństwa. Powoli i ociężale, nie zważając na zatrzymujące się pojazdy, przechodziły kilka metrów od nas. Widok bardzo piękny. Był czas nie tylko na robienie zdjęć, ale na podziwianie ich potęgi, na bezpośredni kontakt pewnie nikt z obserwatorów nie odważyłby się.
Jak zapewniał nas Omi (przewodnik), gnu – typowe zwierzęta stadne, odbywają w październiku swoje wędrówki z południa na północ. Potem odwrotnie, więc pewnie nie narzekają na nudę. Dlatego trudno nam było wypatrzeć kilkutysięcznych stad, ale jednak spotkaliśmy kilkaset osobników pasących się razem na wysuszonej trawie. W czasie naszego pobytu na Serengeti w Tanzanii jest pora, gdzie opady deszczu są najmniejsze w roku. Dlatego być może trawa miała wygląd siana, a większość gnu najprawdopodobniej była na północy czy w parku Masaj Mara w Kenii.
W przedostatni dzień, objeżdżając ogromny krater wulkanu Ngorongoro w Tanzanii, udało nam się zobaczyć ponad tysiąc gnu w jednym stadzie. Ale jak się domyśliliśmy, do tego krateru raczej nie ma wędrówek, bo trzeba byłoby pokonać w pionie jakiś 300 m dzielące krater i resztę świata. Gnu jest bardzo wrażliwe, ale w tak dużym stadzie nie do pokonania jako całość. Drapieżniki atakując ich stada mogą jednak łatwo złapać pojedyncze osobniki. Poza tym w czasie wędrówek tych antylop wiele, próbując przedostać się przez rzekę lub inny zbiornik wody, pada ofiarą np. krokodyli. Nie mówiąc już o takich drapieżnikach jak lew, gepard, lampart, pantera i pewnie jeszcze wiele innych. Poza tym zawsze wokół stada kręci się kilka zebr. Tym sposobem ratują siebie, a wystawiają o wiele mniej sprytne gnu. Antylopa gnu wygląda jak większy osioł obrośnięty zwisającą sierścią na szyi i ma charakterystyczne ciemnobrązowe paski na szyi. Każdy powtarza, że jest to najgłupsze zwierzę, bo nie potrafi działać samodzielnie i nawet instynkt nie wiele ma tutaj do powiedzenia, reaguje tak jak każdy poprzedzający go osobnik w stadzie.
Długo polowaliśmy, żeby zobaczyć jednego z największych ssaków, tego z rogiem na nosie. Widzieliśmy dwie sztuki z oddali, w Ngorongoro. Jak mówił przewodnik była to matka z małym. Na moje oko mały nie był wcale o wiele mniejszy od rodzicielki. Ogromne czarne cielska nosorożców przewalały się przez ponad półmetrowe trawy podążając w stronę jeziorka. Czasami dało się widzieć jedynie czarne punkty wystające z traw. Jak widzi się taką niespotykaną w Europie atrakcję, podziwia się i stwierdza ponad wszelka wątpliwość, że te zwierzęta są wspaniałe. Mimo, że jakieś standardy estetyki każą twierdzić, że ani hipopotam ani nosorożec to nic pięknego, kiedy widzi się je w dzikiej naturze kryteria estetyczne się zmieniają.
Gady to rzadkość na sawannie. Nie ma tutaj wiele wody, a przecież one wszystkie kochają wilgoć. Są jednak małe i na pewno mają możliwość szybkiego chowania się w zaroślach i trawach. Gdyby powoli spacerować nocą i wczesnym rankiem, dałoby się zobaczyć wiele odmian węży czy jaszczurek. Udało się nam spotkać tylko jednego jadowitego węża, przy asfaltowej drodze poza parkiem. Przewodnik wspomniał nazwę, ale po angielsku, dlatego trudno o zapamiętanie. Był to wąż, od którego jadu człowiek strasznie puchnie i do trzech dni umiera. Jadu wprowadzonego do organizmu nie da się zatrzymać. Toksyny zatruwają organizm z szybkością krwiobiegu i, jak twierdził Omi, albo zdąży się odciąć miejsce ukąszeni pozbawiając ręki lub nogi, albo wyrok jest oczywisty. Żeby zobaczyć gady na sawannie, trzeba przygotować specjalne polowanie, bo ich czujność, spryt oraz niewielki kształt są najlepszą ochroną tych zwierząt.
W suchych terenach sawanny jest też wiele gryzoni. I one odgrywają ważną rolę w ekosystemie, nie tylko dlatego, że są pożywieniem dla większych i mocniejszych zwierząt, ale zjadając korzenie i szkodliwe owady ograniczają wiele epidemii groźnych nie tylko dla człowieka, ale i zwierząt.
Przez kilka dni wędrówki po parkach Tanzanii towarzyszyły nam guźce. Przeważnie na kolanach, ryły swoim nosem w ziemi szukając pożywienia. Podobne są do świni albo dzika, ale o wiele mniejsze. W tym miejscu jest też wiele odmian gazeli – gazele Thomsona, Granta oraz antylopy topi, impala, dik-dik i gnu. Ich stada są wszędzie i jest ich niewątpliwie najwięcej. One zapewniają przetrwanie drapieżnikom i w widoczny sposób „zaludniają” pustkowia sawanny. Rzadko kiedy są w samotności, przeważnie żyją w stadach, łączy ich podobny styl życia, wszystkie to zwierzęta kopytne i roślinożerne. Czasem potrzeba dobrego specjalisty, żeby odróżnić te wszystkie rodzaje antylop.
Stadność to szczególny styl życia na sawannie. To przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa powodowane zaostrzoną czujnością zewnętrznej części stada. Widząc rozbiegające się stada gnu można od razu domyślić się, że coś je atakuje. Poza tym widać podniesione głowy wszystkich najbliższych zwierząt. W stadzie łatwiej je upolować, ale z drugiej strony też łatwiej tam przeżyć nawet najsłabszemu osobnikowi. Zachowania te są tutaj przekazywane z mlekiem każdej samicy. Każde zwierzę instynktownie wie, co go wcześniej czy później czeka, kiedy oddali się od stada. Chyba, że jest się potężnym słoniem. Widząc leniwego lwa, który chętnie pozuje do zdjęć leżąc w cieniu drzew, łatwo można określić, że ma już wiele lat. Dla nas był lwem nadal groźnym, ale swoim braciom nie był już potrzebny. Bezdyskusyjne i straszne jest prawo przyrody skazując takie osobniki na samotność, ale w tym wymiarze jak widać liczy się tylko siła. Albo gwarantujesz przeżycie albo giniesz w samotności. Ciekawe, ile z tego bierze człowiek. Wpisany w prawa przyrody podobne zachowania ma w swoim instynkcie. Albo przyjmie postawę egoistyczną, albo z przewagą rozumu i wrażliwości zachowa się lojalnie do końca. Często obserwujemy tego typu zjawiska w swoim otoczeniu.



Ciasteczka na tej stronie
Używamy ciasteczek niezbędnych, żeby strona działała. Za Twoją zgodą włączymy też te, które pokazują mapę dojazdu i odcinki podcastu oraz pomagają nam liczyć odwiedziny. Zgodę możesz w każdej chwili zmienić. Szczegóły w polityce prywatności i na stronie o ciasteczkach.
Twoje zgody
Niezbędne
zawsze włączonePotrzebne, żeby strona działała: zapamiętanie tej decyzji, bezpieczeństwo formularzy, wydajność. Bez nich nie da się wysłać zapytania ani zgłoszenia rezerwacji.
Mapa dojazdu do biura (Google) i odcinki podcastu (Spotify). Te serwisy zapisują dane na Twoim urządzeniu i widzą, że oglądasz tę stronę.
Liczenie odwiedzin i tego, które wyjazdy oglądacie najczęściej. Pomaga nam układać ofertę. Nie używamy tego do reklam.