

Siedząc w Panorama Camping z widokiem na jezioro Maniara można o tym długo rozmyślać i zadziwiać się, pamiętając jednocześnie, że przyjdzie czas powrotu do siebie do domu i do pracy. Widząc jak niewiele tutejsi ludzie potrzebują do życia, kultywują tylko tradycje niezmienne od lat, można być dla nich pełnym podziwu. Buty z wyjeżdżonej opony i związane lekkim gumowym paskiem to widok bardzo częsty na nogach Masajów. Ich ozdoby powieszone na całym ciele, uszach, nosie, rękach i nogach wskazują na jakąś pozycję albo przywiązanie plemienne. Ale okrycie ciała jest bardzo podobne. Czerwone chusty z materiału przewieszone w pasie służą jako okrycie tułowia i nóg, natomiast podobna chusta przewieszona przez ramię służy jako okrycie piersi i brzucha. Czasem pod takim charakterystycznym czerwonym okryciem jest kurtka. Poza tym pewnie wielu z nich poszło z nurtem zachodniej cywilizacji ubierając dżinsy i krawaty. Widać to po dziurach w uszach. To niegdysiejszy Masaj, który ubierał ciężkie kolucha, a teraz próbuje to zakryć. Może da się, ale tylko operacyjnie. Natury nigdy się nie oszuka, a tęsknota do korzeni powraca.
Safari afrykańskie odkrywa wiele przed białym turystą, ale nie odkrywa nic nowego przed mieszkańcami Czarnego Lądu. Oni od wieków obcowali ze zwierzętami i uczyli się ich natury. Pewnie po obu stronach koszty były wielkie i skutki tragiczne, być może do dzisiaj tak pozostaje. Nam tylko czasem trudno zrozumieć, że dzikich zwierząt nie można uwiązać na łańcuchu albo zamknąć w klatce. Afryka w jakiejś mierze chce pozostać sobą i oby jej się to udało. Biały człowiek wiele zbudował w Afryce, ale także wiele zniszczył. Nie wiem co w tym bilansie było korzystniejsze. Czy próba upodobnienia tutejszych mieszkańców do reszty cywilizowanego świata w takich dziedzinach jak ubiór, styl życia, warunki mieszkalne i wygody z tym związane, czy pozostawienie wszystkiego harmonii natury tego kontynentu, ze zwierzętami, roślinami i ludźmi jako elementami łańcucha pokornie prezentującego miejsce człowieka w dziele stworzenia. Ludzie tutaj nie widzą tylu problemów co my. To nie znaczy, że ich nie mają. Wręcz przeciwnie, mają ich bardzo dużo. Gdyby jednak przejmowali się i brali udział w wyścigu o luksus, to pozabijaliby się nie ze względu na kulturę i tradycję, ale ze względu na wyraźne zróżnicowanie zamożności życia.
Kiedy wysiedliśmy z autobusu w Arushy dopadł nas Frank. Nie chcieliśmy żadnej pomocy, bo byliśmy pewni, że poradzimy sobie sami. Był jednak bardzo nachalny i prosił żebyśmy mu zaufali. Powtarzał to non stop, a my głusi na jego prośby chcieliśmy iść swoimi ścieżkami. Okazało się, że straciliśmy na tym. Jesteśmy tylko gośćmi, a chcieliśmy być gospodarzami. Tak się nie da. Pewnie w odwrotnej sytuacji, gdyby on przyjechał do Polski byłoby podobnie, tylko nie wiem, kto z Polaków powiedziałby: zaufaj mi! Po powrocie z safari spotkaliśmy go w naszej agencji turystycznej. Odprowadzał Klaudię i Grześka z Jarosławia, którzy korzystali z jego znajomości terenu i zwiedzali okolice Arushy. Znał cały rozkład jazdy autobusów i wszystkie ceny. Jedno pytanie i otrzymywaliśmy porównanie wszystkiego, co chcieliśmy się dowiedzieć.
Umówiliśmy się z nim na następny dzień, żeby pozwiedzać te tereny, postanawiając wcześniej, że zostaniemy jeden dzień dłużej w tym mieście. Wieczorem przy kolacji spotkaliśmy się z małżeństwem z Podkarpacia i wymieniliśmy doświadczenia podróży. Oni również byli na safari, a później objeżdżali południe Tanzanii. Opowiadali o tym, że ludzie w ogóle nie znają tam angielskiego i są problemy z porozumiewaniem się, co nie oznacza, że jest to kompletnie niemożliwe. W drodze do misji prowadzonej przez protestantów z Niemiec odwiedzili znajomych. Jechali wiele kilometrów drogą bez asfaltu, przez busz i niekiedy przez dżungle. Opowiadali też o Zanzibarze, wyspie Oceanu Indyjskiego, na której uprawianych jest wiele ziół będących przyprawami. Wokół niej poławiane są też wszelkiego rodzaju ryby i owoce morza.
Nasi rodacy podzielili się z nami smakiem ugali, typowej afrykańskiej potrawy z jakiejś mączki zbożowej podawanej z kurczakiem, żeberkiem lub rybą. Mieliśmy okazję spróbować tego na drugi dzień. Dla całej restauracji było nie lada atrakcją, gdy dwóch białych zabrało się do jedzenia ugali sztućcami. Kobieta z sąsiedniego stolika obróciła się nawet do nas i podnosząc swój talerz w naszą stronę pokazała nam jak mamy to jeść. Po prostu palcami, zostawiając sztućce w spokoju. Trzeba tę zbitą grudę ciasta odrywać, delikatnie dusić w dłoni, a potem maczać w podanych sosach oraz grochu. Dla nas było to wielkie wyzwanie, bo sprawność operowania pięcioma naturalnymi sztućcami, jakimi miały być nasze palce, jest u nas znikoma. Ale uśmiechy siedzących przy barze tubylców były jak kibicowanie, żebyśmy dali sobie radę. I nie mylili się. Człowiek głodny jest w stanie wszystkiego się nauczyć i to bardzo szybko. Wyszliśmy z tego starcia zwycięsko, brzuchy były pełne, a talerze prawie puste.
Zapytaliśmy Franka czy uda się pojechać na prawdziwy targ masajski, a jeszcze lepiej do masajskiej wioski. Dla niego oczywiście nie było żadnego problemu. Rano kupiliśmy bilety do Bukoby i zajęliśmy sobie dwa miejsca tuż za kierowcą. Potem miejscowym malutkim busikiem zwanym dala-dala pojechaliśmy na największą w Tanzanii plantację kawy. Jazda tym pojazdem to też nie lada przedstawienie krzyczących naganiaczy, kiedy pokazują, w którym kierunku jadą uderzając ręką w blachę auta. Najlepiej gdyby zabrali do swojego auta wszystkich przechodniów. Tylko nie każdy ma taki sam cel podróży. Odjeżdżają wtedy, gdy się naładują, więc i nam przyszło siedzieć w ścisku przez jakieś 10 min czekając, aż ściągną ludzi i zapełnią siedzenia. Nawet, choć trudno w to uwierzyć, znalazły się w tym busie jeszcze miejsca stojące. Na granicy miasta wsiadło jeszcze dwóch mężczyzn i zostały im właśnie takie miejsca. Stojąc nogami na podłodze, tułów musieli położyć na oparciach siedzeń, bo wzwyż nie było w ogóle miejsca. Ale rzeczy niemożliwe w Europie tutaj są oczywistością. I żadne dziwienie się tego nie zmieni.
Plantacja kawy to kilkadziesiąt hektarów bardzo dobrze zadbanych krzewów. Była tam możliwość kupienia świeżej kawy, zamykanej przy nas w próżniowe opakowania. Potem próbowaliśmy złapać dala-dala jadące na masajski targ, ale jak się okazało, wszystkie były przepełnione. Co ciekawe, mimo tego i tak się zatrzymywały chcąc upchać jeszcze jedną osobę, ale my trzymaliśmy się razem. Po kilku próbach została nam tyko jedna możliwość – autostop. I udało się. Pierwszym pojazdem jechaliśmy tylko kilka kilometrów, bo kierowca skręcał do swojej fabryki. Drugi dowiózł nas na miejsce. Machający ręką biały człowiek przy afrykańskiej drodze po prostu zatrzymuje auta w miejscu, ale nie wiem czy będziemy jeszcze powtarzać to doświadczenie.
Targ masajski to istna tęcza kolorowych ubrań tubylców. Handlują oni owocami, mięsem oraz ubraniami, jak łatwo się domyślić najtańszą chińszczyzną. Ale najlepsze stoisko, to sandały z opon we wszystkich rozmiarach i różnym bieżnikiem. Niektóre z wytartym zjeżdżonym bieżnikiem, a niektóre nawet nowe, półokrągłe z motoru. Jak popatrzeć na nogi większości Masajów, są to buty często noszone i pewnie bardzo trwałe. Kiedy podszedłem do takiego stoiska, czyli po prostu folii rozłożonej na ziemi, ekspedient od razu pokazał mi mój rozmiar z różnymi rodzajami bieżnika. Ale mnie nie bardzo to interesowało, nie miałem ochoty na zamianę obuwia.
Reszta tej strony bazaru była bardzo kolorowa, każdy miał swoje zajęcie. Jedni nawijali koraliki na żyłki, drudzy obierali i łupali orzechy, jeszcze inni układali owoce w małe fikuśnie wyglądające kupki, z tą samą ilością owoców, chcąc jakby tym sposobem zastąpić wagę. Po jednej stronie dało się zauważyć więcej kobiet, na przeciw nich natomiast kręciła się ogromna ilość mężczyzn. Okazało się, że tam jest targ zwierzęcy. Masajowie przygonili swoje zwierzęta na sprzedaż. Wszelkiej maści krowy, byki, cielaki i kozy, różnego wzrostu i wyglądu. Było oczywiste, że to męska sprawa. Masajowie chodzili, oglądali, targowali się, wielu witało się, jakby po długim czasie niewidzenia. Wszyscy byli podobnie ubrani, w czerwone materiały charakterystycznie przewinięte w pasie i przez ramię. Niezwykły obraz tego, czym masajscy chłopi zajmują się na co dzień, traktując posiadanie bydła jak wyznacznik pozycji społecznej. Jedni uśmiechali się do nas, inni wystawiali rękę, żeby im coś dać, ale na pytanie: „dlaczego mam ci dać?” nigdy nie uzyskałem odpowiedzi, wzruszali tylko ramionami. Nie była to ironia ani pogarda z mojej strony, ale chęć poznania uzasadnienia tych próśb o wsparcie. Temat tym sposobem urywał się, prośba okazywała się chęcią łatwego zdobycia kilku groszy. Wszyscy oczywiście dziwili się obecnością dwóch białych między tłumem Masajów. To jakby ich prywatny świat, gdzie oni tylko znają zwyczaje i szlaki poruszania się. Biały człowiek tego nie rozumie i może się tutaj czuć trochę zagubiony. Nie mieliśmy zamiaru zostać tam na dłużej, ale tylko zobaczyć i poczuć to, co było dla nas nieznane. Bo to nie jest tylko zwykły handel zwierzętami, ale część ich filozofii życia, kultury i statusu społecznego.
Wróciliśmy do Arushy robiąc zakupy na następny dzień, a raczej dni. Czeka nas dwudniowa podróż non stop do Bukoby leżącej nad jeziorem Wiktorii, blisko granicy z Ugandą. Jak powiedział nam mężczyzna sprzedający bilety, to dokładnie 1103 km i jakieś 36 godzin jazdy. Dla nas przerażające, ale konieczne, jeśli chcemy drogą dookoła Wiktoria Lake dostać się na powrót do Nairobi. Ta jazda powinna pokazać jeszcze wiele twarzy Afryki, których na razie nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić i przewidzieć. Bo cóż tutaj w Afryce może być do przewidzenia?



Ciasteczka na tej stronie
Używamy ciasteczek niezbędnych, żeby strona działała. Za Twoją zgodą włączymy też te, które pokazują mapę dojazdu i odcinki podcastu oraz pomagają nam liczyć odwiedziny. Zgodę możesz w każdej chwili zmienić. Szczegóły w polityce prywatności i na stronie o ciasteczkach.
Twoje zgody
Niezbędne
zawsze włączonePotrzebne, żeby strona działała: zapamiętanie tej decyzji, bezpieczeństwo formularzy, wydajność. Bez nich nie da się wysłać zapytania ani zgłoszenia rezerwacji.
Mapa dojazdu do biura (Google) i odcinki podcastu (Spotify). Te serwisy zapisują dane na Twoim urządzeniu i widzą, że oglądasz tę stronę.
Liczenie odwiedzin i tego, które wyjazdy oglądacie najczęściej. Pomaga nam układać ofertę. Nie używamy tego do reklam.