Strona główna » Blog » 1. Spełnienie marzeń o Indonezji

1. Spełnienie marzeń o Indonezji

Indonezja | Relacje z podróży
1. Spełnienie marzeń o Indonezji

Spis treści

Najwięcej czasu mają marzenia….

Bo potrafią cierpliwie czekać na realizacje do samej śmierci człowieka. I choć czasami nie są zrealizowane to i tak, nadają jakiś smak życiu. O tym najbardziej poszatkowanym na wyspy kraju świata marzyłem od 4 lat, kiedy to, wracałem z Mongolii i w pociągu z Ułan Bator do Irkucka słuchałem opowieści o wybujałej przyrodzie i przygodach z przedostawaniem się z wyspy na wyspę. Od razu zaplanowałem, że w mojej osobistej wędrówce przez świat kiedyś Indonezja stanie w konkretnych planach. Skoro jest tak bardzo atrakcyjna to nie można jej pominąć. Ale co zaprezentuje to jeszcze zobaczymy. Kupiony słownik angielsko – indonezyjski i przewodnik Lonely Planet w języku angielskim, bo niestety w polskim wydaniu nie doczekał się jeszcze druku, ale to tylko dowodzi, że mało tam naszych rodaków. Zostały strony internetowe do penetrowania żeby tylko zdobyć jakieś informacje, które muszą wystarczyć jako drogowskazy, Okazało się, że nie brakuje zapaleńców zakochanych w Indonezji i służących praktycznymi radami jak zwiedzać najbardziej wyspowy kraj świata.

 

Podróży czas START!

Kupiliśmy bilety przez Singapur, gdzie zatrzymaliśmy się na dwie noce i jeden pełny dzień żeby, choć z „grubsza” pooglądać to państwo – miasto. Z Krzyśkiem Capigą omawialiśmy ten wyjazd wielokrotnie każdy wygrzebywał inne informacje. Ale im więcej treści tym bardziej zaciekawienie rosło. Z moim kompanem poznaliśmy się w Peru 3 lata wcześniej. Podróżowaliśmy tam dzięki jednemu z biur polskich, ale dzisiaj zgodni, że nie ma to jak samodzielna wędrówka dla wytrwałych. I trzeba przyznać, że nie dla wielu jest ona do zniesienia. Bo trzeba się zgodzić na warunki nie do przyjęcia dla każdego.
Tak jak było to przepowiadane ciepłe powietrze przy wyjściu z lotniska obezwładniło. Dało się odczuć zmianę pogody, zwłaszcza, że w Polsce żegnał nas deszcz. Poza tym kilkanaście godzin w klimatyzacjach lotniskowych i w samolocie robi swoje. Oprócz ściany ciepłego powietrza, trzeba było od samego początku odszyfrowywać możliwości poruszania się po Singapurze. Niby nic wielkiego, różne rodzaje kolejek z metrem włącznie i autobusy. Nie było to łatwe na początek, bo trzeba było kolejką dojechać do stacji metra potem dwie stacje do następnej i dalej do wyboru. Patrząc na mapę, która otrzymaliśmy na lotnisku wybór padł na chińską dzielnicę. Bo pewnie nie jest drogo i wszystkiego pod dostatkiem. Taka logika okazała się trafiona. Nie myliliśmy się. Hotele różnej klasy i o różnej rozpiętości cenowej. Na początku nie zrozumieliśmy się z recepcjonistą i kiedy Krzysiek poszedł płacić za hotel na dwie noce ja udałem się pod upragniony prysznic. Ale zachwyt komfortem prysł w bardzo śmieszny sposób chcieli od nas drugie tyle. A jak na nasz budżet była to cena nie do zaakceptowania nawet na pierwszy raz. Nie zrozumieliśmy się z recepcjonistą, on myślał, że na jedną noc my, że na dwie. Czyli my dwa razy taniej on, że dwa razy drożej. Zatem prysznic miałem w lepszym hotelu przez niezrozumienie recepcjonisty.

Godzina 18 w tamtej części świata to już początek nocy, zatem przyspieszyliśmy szukanie hotelu żeby zrzucić bagaże i odetchnąć po prawie 13 godzinach lotu z Amsterdamu. Wieczorne piwko dopełniło oddechu, ale nocny wypoczynek nie był wcale taki błogi jak planowaliśmy. Zasnąłem bardzo szybko, ale jeszcze szybciej rozbudziłem się i nocowanie przyszło mi spędzić licząc baranki na suficie. Niestety różnica 6 godzin przyśpieszenia czasowego w stosunku do polski była bez litości. Kiedy kładliśmy się spać w Polsce było popołudnie, a poobiednie drzemki nie trwają 10 godzin a jedynie może jedną. Zatem tak się odbiło. Mimo zmęczenia trzeba było pogodzić się z męczącą bezsennością. Zawsze trzeba zapłacić cenę jednej nocy w trakcie takiego skoku czasowego.
Dzień zwiedzania rozpoczęliśmy dość późno, bo nad ranem odwiedził nas Morfeusz z darem snu. Po śniadaniu gdzie próbowałem testować swoje umiejętności jedzenia chińskimi patyczkami, gdzie zdecydowanie oblałem ten egzamin z dwóch względów. Było to pierwszy raz a głód nie pozwalał rezerwować tyle czasu na naukę. Szeroka łyżka była o wiele praktyczniejsza.

Pojechaliśmy metrem do centrum podziwiać las wieżowców. Robią wrażenie niewątpliwie. Ta architektura oparta na betonie i szkle nie jest estetyczna, ale na pewno ma coś z praktyki. Nasze podróżowanie autobusami miejskimi było bardzo śmieszne, bo wsiadaliśmy do nich ze względu na kierunek a jazdy a nie przeznaczenie. Bo trudno odczytać gdzie się chce jechać skoro nie ma się przewodnika po Singapurze. Bilet całodniowy na to pozwalał. Pojechaliśmy do ciekawego hotelu Marines. Jego budowla jest imponująca i ma następujący wygląd. Trzy wieżowce, które łączy jakby łódka, która staje się wspólnym dachem dla tych trzech wysokich budowli. Na tejże „łódce” jest sky park, czyli bary, baseny, jacuzzi i wiele innych atrakcji dla gości hotelowych. Ale co najważniejsze. Stamtąd był piękny widok na cały Singapur. Na miasto, które prezentowało swoją wyjątkowość złożoną z wieżowców przeplataną kolonialnymi budynkami. Co niewątpliwie dawało pewnie urok nowoczesności, ale nie pozwalało zapomnieć o historii angielskiej koloni. Rozpościerający się widok na port i zatokę, gdzie ogromna kolejka oczekujących statków dawała obraz liczącego się w świecie Singapurskiego portu. I pewnie rodziła autorytet tego miejsca dla handlu w tej części Azji.

Ludzie jacyś zabiegani zapracowani i chyba bez radości. Kiedy próbowałem popatrzeć specjalnie i ostentacyjnie na jednego człowieka w oczy po prostu nie dało się. Ludzie wpatrzeni w ziemię. Przerażające! Jakby trzeba było tam zostać Jeszce kilka dni pewni męczyłoby to bardzo. Kiedy dzisiaj siedzę sobie na werandzie pokoju hotelowego w Jogyokarcie w Indonezji z humorem całkiem innym, ale przede wszystkim z doświadczeniem kilku godzin pobytu tutaj o wiele milszym ze względu na ludzi. Wystarczyło przespacerować się główną ulicą handlową Jogyakarty żeby zobaczyć wiele spojrzeń prosto w oczy. Doświadczyć wiele zaczepień ludzkich z pytaniem skąd pochodzisz? I czy przyjechałeś tutaj na wakacje? Człowiek odżywa i chcę się tutaj być. Indonezja sprawia, wrażeni kraju o wiele uboższego i tak jest, co stwierdza się po wyglądzie i braku porządku. Po uboższych domach i wszechobecności rowerowych rikszy. Po ubiorze ludzi i śmieciach na ulicy. Ale na pewno nikt nie wsiada do autobusu wpatrzony w najnowszy telefon komórkowy i 90% ludzi nie ma w uszach słuchawek zagłuszających innych tam obecnych. Niecałe dwie godziny lotu i inny świat cywilizacyjnie i technicznie uboższy, ale o wiele bogatszy w bezpośrednie kontakty choćby tylko wzrokowe. Zagadkowa pozostaje rzeczywistość dusz ludzi w ogromnie dostępności nowinek technicznych, ale nierozmawiających ze sobą. W całym Singapurze mieszka 3 mln ludzi a na Indonezji 250 mln. Jogyakarta to miasto 3 mln, bez metra i bez profesjonalnie zorganizowanej komunikacji. Ale riksze pozwalają na spotkania. Tutaj ludzie siedzą ze sobą i śmieją się, rozmawiają. Jakby bieda była kapitałem kontaktów i zabezpieczeniem przed ślepymi ucieczkami serc i dusz. Jakby była wychowawcą i nauczycielką siebie nawzajem. Technika może to skutecznie odebrać. To może wniosek nad wyraz, ale to moje bezpośrednie wrażenie nie tylko z porównania południowo – wschodniej Azji, ale porównanie wielu centrów i prowincji. Europy i Afryki.

Samolot z Singapuru był zapełniony tylko w połowie. W czasie lotu przeżywał spore turbulencje, co dało się słyszeć u jednej z pasażerek w głośnych piskach. Chyba udzieliło się każdemu. Po wylądowaniu na bardzo małym lotnisku w Jogyokarcie i zakupie wiz wynajęliśmy taksówkę i pojechaliśmy do hotelu „Gloria Amanda”. Wydaje się, że samo centrum tego miasta. Wylatując w te strony świata obawiałem się wielkich temperatur, ale póki, co pogoda jest wyśmienita i sprzyjająca. Wcale nie praży słońce i nie daje się odczuć dużej wilgotności powietrza, jakie zazwyczaj tutaj panuje. Jest pochmurno, co stanowi ochronny parasol przed upałem.
Indonezja jak wspominałem zaprezentowała się ubogo, ale bardzo klimatycznie. Rozumując to słowo ze wszechmiar. Mały spacer po mieście był bardzo przyjemny, czego największym atutem byli spotkani ludzie. Można tak sobie przysiąść przy nie jednym straganie i zostać do wieczora gawędząc ze sprzedawcą o najprostszych sprawach jak pochodzenie czy zamiary pobytu. Witali i żegnali zawsze z uśmiechem jakby chcieli powiedzieć: „czuj się jak u siebie”.
W informacji turystycznej udało nam się zamówić wyjazd do jutro jedziemy do Prambanan, Porobudur i na wulkan Mount Merapi. A wieczorem jak zwykle degustacja lokalnego piwa i odpoczynek od całego roku intensywnej pracy.
 

Copyright © 2026 Biuro Podróży Matteo Travel. Wszelkie prawa zastrzeżone.