

Rankiem po wypiciu dużej herbaty, omijając zaproszenia do taksówek, pojechaliśmy autobusem do centrum Nairobi. Niemałym zaskoczeniem dla odwiedzających to miasto po raz pierwszy było proste pytanie „naganiacza autobusowego”: „a gdzie dokładnie do centrum?”. Jako wolnym ludziom na włóczęgowskich wczasach było nam wszystko jedno. Wtedy jeszcze nie byliśmy w stanie tego sprecyzować. Jutro już pewnie będzie inaczej. Jechaliśmy przepychając się na krzyżówkach pomiędzy innymi samochodami, okrążając ronda z lewej strony, wszak ruch uliczny i przystosowanie samochodów jak w Anglii. To pewnie taki swoisty testament kolonizatora Kenii. Widok z autobusu dosłownie przerażał. Zadawałem sobie pytanie czy całe Nairobi jest w takiej biedzie i niezagospodarowaniu. Taki przedsionek centrum, który zewnętrznym wrażeniem może odebrać chęć wejścia do środka i zwiedzania miasta. Ale w końcu doczekaliśmy się takiej drogi, która rozbłysła potęgą nowoczesnych budowli i bezlikiem spacerujących ludzi. Znaleźliśmy hotel w warunkach jak z Indii, ale za dobrą cenę 1300 szylingów za noc w pokoju dwuosobowym. Okazało się, że był to najdroższy hotel jaki w ogóle mieliśmy podczas tej wyprawy. Po prostu potrzebny był nam spokojny sen. Dopiero odzyskane po nim siły dawały możliwość przejazdu kolejnym fantastycznym wynalazkiem komunikacji miejskiej, jakim są tutaj matatu, czyli marszrutki albo busy, jak kto woli. Jedno trzeba tylko zaznaczyć – są o wiele mniejsze niż te w Polsce, a ludzi pewnie tyle samo.
Tym razem „naganiacz matatutowy” obiecał pokazać, gdzie trzeba wysiąść, żeby odwiedzić Muzeum Narodowe zachwalane przez przewodnika, ale także przez naszych polskich informatorów. Muzeum wcale nie wielkie jak na afrykańskie możliwości. Zbiory etnograficzne czy antropologiczne nie spełniły moich oczekiwań, myślałem, że będą o wiele większe. Co prawda był taki jeden dziadek, u którego stwierdzono przeżycie miliona lat. Ale to tylko jeden niewielki obrazek udowadniający teorię Darwina. A skoro znaleziono coś takiego, to powinno być więcej o jego środowisku naturalnym sprzed wieków. Największą część zbiorów stanowiły wypchane ptaki. Jest ich tu chyba setki gatunków i rzeczywiście robią wrażenie. Poza tym węże, żmije, krokodyle i żółwie (te okazy żywe), kilka wypchanych słoni, żyraf i okapi. Te ostatnie to ta sama rodzina co żyrafa, ale ciekawe jest to, że żyje w dżungli i biały człowiek zobaczył to zwierzę po raz pierwszy dopiero w 1912 r. Wracaliśmy spacerkiem widząc campus uniwersytetu w Nairobi oraz katedrę św. Rodziny. Piękny widok wielu medytujących i modlących się ludzi. Potem spacer po rządowej ulicy, gdzie pałac prezydencki i budynki ministerstw przypominały raczej europejskie stolice niż centrum Afryki Wschodniej. Na kolację (to dziwne, ale jeszcze chyba nie czas zagłębić się w talerz afrykański) była pizza i niesamowicie słodki sok. Potem kolejne snucie planów, nadzieja na odzyskanie plecaków, dawka gripeksu i wędrówka pod cienką pościel. Na razie to nie Afryka, ale piękne wakacje z przygodami.



Ciasteczka na tej stronie
Używamy ciasteczek niezbędnych, żeby strona działała. Za Twoją zgodą włączymy też te, które pokazują mapę dojazdu i odcinki podcastu oraz pomagają nam liczyć odwiedziny. Zgodę możesz w każdej chwili zmienić. Szczegóły w polityce prywatności i na stronie o ciasteczkach.
Twoje zgody
Niezbędne
zawsze włączonePotrzebne, żeby strona działała: zapamiętanie tej decyzji, bezpieczeństwo formularzy, wydajność. Bez nich nie da się wysłać zapytania ani zgłoszenia rezerwacji.
Mapa dojazdu do biura (Google) i odcinki podcastu (Spotify). Te serwisy zapisują dane na Twoim urządzeniu i widzą, że oglądasz tę stronę.
Liczenie odwiedzin i tego, które wyjazdy oglądacie najczęściej. Pomaga nam układać ofertę. Nie używamy tego do reklam.