

Rano nie spieszyliśmy się ze wstawaniem, bo umówiliśmy się na telefon na lotnisko około 10:00. Przed 9:00 zapukano do pokoju przynosząc śniadanie. To bardzo miłe zaskoczenie i wielka gościnność. Omlet jajeczny, dwie lekkie kromeczki z masłem i herbata, a do tego dwa dzbanuszki mleka, niestety niewykorzystane przez nas. Oczywiście ze smakiem skonsumowaliśmy to jedzonko. Gdy poszedłem zadzwonić na lotnisko, miły pan w recepcji wybrał w swojej komórce podany numer i podał mi telefon. Tego obawiałem się najbardziej, bo co niby miałbym usłyszeć mając po jednej stronie ucha ogromny hałas z ulicy, a po drugiej ścieranie ścian przez trzech tynkarzy. Jednak rozmówca podał mi moje nazwisko i powiedział, że jest OK. Radośnie pośpieszyłem do Zbyszka z informacją, że jedziemy na lotnisko, gdzie o ile dobrze zrozumiałem, czekają na nas bagaże. Autobus był już na przystanku. Wiele ludzi bardzo się zdziwiło, widząc dwóch białych jadących autobusem, a nie taksówką. No cóż, już nie raz spotkałem się z taką reakcją. Jechałem na lotnisko z wielką wiarą, że udało mi się dobrze zrozumieć pana informującego o przybyciu naszych bagaży. Wejście na halę przylotów to cała procedura. Przepustką była zamiana paszportu na identyfikator i zarejestrowanie się w Security Office. Czekała tam już młodziutka kobieta ze Szwajcarii w tej samej sprawie. Kiedy weszliśmy pobiegłem do taśmy wyprowadzającej bagaże i podnosząc ręce do góry z wielkiej radości oznajmiłem, że dobrze zrozumiałem po angielsku, a może nawet w języku suahili, nieważne w jakim. Nasze bagaże były już blisko. Jeszcze chwila oczekiwania na człowieka, który był władny wydać nam naszą własność. Marzenia o paście do zębów i świeżej bieliźnie ziściły się. W takich okolicznościach to naprawdę wielka sprawa.
Zostawiliśmy bagaże i poszliśmy zorientować się skąd odjeżdża autobus do Arushy w Tanzanii. Nie było to trudne i nie było wcale daleko. Kupiliśmy bilety rezerwując sobie dla lepszych widoków miejsca obok kierowcy. Potem naprawa stłuczonych okularów Zbyszka i kolejny cud – Zbyszek widzi i czyta. Dzień cudów! Niedaleko naszego hotelu było Archiwum Państwowe, a tam według przewodnika, niezła wystawa. Okazało się, że nawet ciekawsza niż w Muzeum Narodowym. Poza różnymi maskami ludów afrykańskich i poza wszelakimi przyrządami codziennego użytku, wiele malowideł kultury ludów plemiennych, rzeźby jakichś bożków, zwierząt afrykańskich, kuchnia domowa w lepiance afrykańskiej i wiele innych ciekawych eksponatów pokazujących dawne i w jakiejś mierze obecne życie Czarnego Kontynentu. Na pierwszym piętrze bogata wystawa zdjęć najnowszej historii niepodległej Kenii oraz zdjęcia z wizyty królowej angielskiej, a po drugiej stronie balkonu wystawa pocztówek i znaczków z wielu krajów Afryki. Nie powiem, wrażenie bardzo duże. A poza tym kobieta sprzedająca bilety zaczęła nas uczyć języka suahili, a my sprawdzaliśmy jej przyswajalność polskiego. To nawet ciekawa wymiana umiejętności wymowy.Potem spacer na Masai Market. Niby współczesna nazwa, a było to niewielkie ogrodzone drutem kolczastym targowisko ręcznych robótek murzyńskich. Liczyłem na spotkanie jakiegoś Masaja, ale poza trzema starszymi paniami z ogromnymi kolczykami plemiennymi, nie było nawet żadnego przebierańca. Ale to dopiero pierwsze zetknięcie się z kulturą Masajów, co prawda jedynie namiastka, ale daje jakieś wyobrażenie. Reszta przed nami. Utrapieniem byli kolejni naganiacze zapraszający na swój biznes, jak to określali, czyli małe stanowisko z wyłożoną folią, a na nich koraliki, bransoletki, rzeźby, dzidy, strzały, ubiory masajskie, malowidła plemienne itd. Ale dało się odczuć w tym miejscu, że to najbardziej afrykańskie miejsce z dotychczas odwiedzanych. Jak niektórzy opowiadali po cichu, przyjechali z daleka i to ich jedyny sposób utrzymania rodziny. Wierzyć czy nie, myślę, że wiele w tym prawdy. Targ to najprawdopodobniej miejsce pracy i utrzymania dla wielu ludzi w tym kraju. Jednak trzeba tutaj odróżniać życzliwość od nagabywania do kupienia czegoś. A szkoda, bo w ciągu dwóch dni pobytu nie da się poznać kim jest Kenijczyk albo lepiej kim jest Afrykańczyk. Mi właśnie o to najbardziej chodzi w tej podróży, dlatego chciałem zaglądnąć w to miejsce.



Ciasteczka na tej stronie
Używamy ciasteczek niezbędnych, żeby strona działała. Za Twoją zgodą włączymy też te, które pokazują mapę dojazdu i odcinki podcastu oraz pomagają nam liczyć odwiedziny. Zgodę możesz w każdej chwili zmienić. Szczegóły w polityce prywatności i na stronie o ciasteczkach.
Twoje zgody
Niezbędne
zawsze włączonePotrzebne, żeby strona działała: zapamiętanie tej decyzji, bezpieczeństwo formularzy, wydajność. Bez nich nie da się wysłać zapytania ani zgłoszenia rezerwacji.
Mapa dojazdu do biura (Google) i odcinki podcastu (Spotify). Te serwisy zapisują dane na Twoim urządzeniu i widzą, że oglądasz tę stronę.
Liczenie odwiedzin i tego, które wyjazdy oglądacie najczęściej. Pomaga nam układać ofertę. Nie używamy tego do reklam.