Strona główna » Blog » 2. Podróż na afrykańską ziemię

2. Podróż na afrykańską ziemię

Afryka | Relacje z podróży
2. Podróż na afrykańską ziemię

Spis treści

Poczatek wyprawy

Nocna podróż na warszawskie Okęcie była męcząca, jazda pekaesem jest wciąż taka sama. Co górka to wrzucanie na „luz”, tak żeby po trasie Przemyśl – Warszawa zaoszczędzić kilka litrów do prywatnego diesla. Ale za drobną dopłatą kierowca podwiózł nas na samo lotnisko. To też bez zmian – da się załatwić. O 8:00 w kaplicy lotniska odprawiłem Mszę św., wszak niedziela nakazuje spełnić chrześcijański obowiązek, a potem płacąc słono za taksówkę pojechałem spełnić obywatelski obowiązek głosowania. W tym wypadku wyraźnie widać, że demokracja kosztuje. Ale mam nadzieję, że takie poświęcenie dla mojego kraju nie pozostanie niezauważone.
Na razie na lotnisku samolot podstawiony, czekamy na odprawę. Mam nadzieję, że odleci punktualnie, bo nie wiele mamy czasu na przesiadkę w Istambule. Raptem niecałą godzinkę. Wprawdzie z małym opóźnieniem, ale wystartował. Siedzenia samolotu to nie fotele w pokoju gościnnym, ale po nieprzespanej nocy sen jednak nadszedł, naturalnie upominając się o swoje. Po wylądowaniu w Istambule musieliśmy w 45 min przebiec całe lotnisko i znaleźć odpowiednią bramkę wejściową do następnego samolotu, tym razem w kierunku Nairobi. Udało się to na 5 min przed wejściem wszystkich do samolotu.Co prawda ten sam model samolotu, ale wygodniej i rząd trzech siedzeń mieliśmy dla siebie. Nocą nie wiele jest się w stanie zaobserwować, więc Morfeusz znów ogarnął nas opieką. Spanie skraca czas podróży, ale częste próby, by zapaść w sen na siedząco trochę go wydłużają.

 

Przylot  na Czarny Kontynent

Kiedy wylądowaliśmy po pierwszej w nocy czasu wschodnioafrykańskiego (godzina różnicy z Polską) dało się odczuć duży chłód. Czyżby Afryka tak mroziła w lipcu? Jeszcze nie wiedzieliśmy, że zaraz nas zmrozi zupełnie co innego. Uzupełniliśmy w samolocie jakieś wizowe karty, potem jeszcze powtórzyliśmy to na niebieskim blankiecie przed okienkiem urzędnika i podaliśmy paszport z 25 USD od osoby jako uiszczenie opłaty za wizę. Wszystko bez problemu, nawet nie musieliśmy przykładać palców i dłoni do pozostawienia linii papilarnych. Ale trwoga zaczęła się, kiedy zobaczyliśmy jeżdżące po taśmie bagaże z naszego samolotu – naszych tam nie było! Co prawda taka myśl przeszła mi przez głowę i nawet mówiłem o tym Zbyszkowi, że skoro w Istambule mają 40 minut na przepakowanie naszego bagażu, to mogą nie dać rady. Najgorsze przypuszczenia stały się rzeczywistością. Co najśmieszniejsze dotyczyło to prawie 20 pasażerów. Nasze bagaże po prostu nie dojechały. Mamy ze sobą tylko tyle, ile przy sobie i na sobie. Nie wiadomo czy śmiać się, czy kląć. Oczywiście zgłosiliśmy sprawę, ale biedny Pan o czekoladowym kolorze skóry nie mógł nam wyczarować naszych plecaków. Zatem postanowiliśmy zaczekać do rana i szukać noclegu, bo zmęczenie po dwóch kiepsko przespanych na siedząco nocach dawało się we znaki. Od razu pojawiło się sporo „przyjaciół” witających nas nawet polskim „Dzień dobry” albo: „Jak się masz?”, na pewno nie byli to potomkowie Mieszka I… Ale dla interesu zrobi się wszystko. Trudno było się opędzić, ale powoli jakoś się to udało. Lotnisko, jak na główny w tym kraju międzynarodowy port lotniczy, było niewielkie. Znalazłem sobie jakiś balkonik i rzuciłem się na podłogę próbując kimać. Po godzince błogiego odlotu, jeden z „przyjaciół” rozbudził mnie znowu pytając o plany wyjazdów do parków narodowych, bo on oczywiście wszystko jest w stanie nam załatwić. Niezbyt dobry moment sobie wybrał, ale nie będę go wyzywał, bo mój angielski nie jest tak mocny, by zdołał skutecznie przepędzić upartego natręta.
 

Copyright © 2026 Biuro Podróży Matteo Travel. Wszelkie prawa zastrzeżone.