

autor: Teresa Kaciuba
Pielgrzymka do Ziemi Świętej – to czas wyjątkowy, można powiedzieć „dany” nielicznym. Dotąd mogłam jedynie wyobrazić sobie miejsca związane z życiem i nauczaniem Pana Jezusa, słuchając słów z Ewangelii, czy oglądając filmy o tematyce religijnej, których akcja rozgrywała się właśnie Tam. Wydawało mi się, że wyjazd do miejsc, które upamiętniają ślady Jezusa, jest poza moim zasięgiem. Nie brałam tego nawet pod uwagę. Wszystko zmieniło się, gdy ks. Witek zamieścił informację (w sierpniu), że poszukuje chętnych na pielgrzymkę do Ziemi Św. W jednej chwili niemożliwe stało się możliwym. Jeden telefon, kilka SMS-ów dwa spotkania z przedstawicielami biura Matteo Travel i data wyjazdu, a właściwie wylotu, zaczęła się przybliżać. Oczywiście należało dopiąć formalności, zaopatrzyć się w potrzebne rzeczy, ale co najbardziej istotne – nastawić się odpowiednio psychicznie. Na kilka dni przed planowaną datą wylotu pojawił się problem natury politycznej. Okazało się, jak podały nasze media, że Iran zaatakował bazy USA w Iraku i Izrael postawił swoje wojska w stan gotowości bojowej. Lecieć zatem, czy lepiej zostać w domu? Chyba każdy z uczestników stawiał sobie takie pytanie. Wyobrażam sobie, czego doświadczali w tych dniach pracownicy biura Matteo Travel. Linia telefoniczna była z pewnością gorąca. A pani Kasia i pani Ania cierpliwie i łagodnie tłumaczyły, że są w posiadaniu bieżących informacji z Betlejem, Jerozolimy i innych miejsc, które są bezpieczne i nic nie zagraża pielgrzymom. Zaufaliśmy. Powierzając wszystko Bożej Opatrzności, wyruszyliśmy do Ziemi świętej, by choć w części przemierzyć ścieżki, którymi przechodził nasz Zbawiciel.
Pierwszy dzień to czas podróży i zainstalowania się na miejscu. Gdy okazało się, że z jakichś względów nie możemy lecieć z lotniska w Jasionce tylko z Balic w Krakowie, Matteo Travel w ramach ceny zorganizował nam dowóz i odwóz na miejsce. Autokar zbierał nas zaczynając od najdalej położonych Ustrzyk Dolnych. Kolejne przystanki to Przemyśl i Jarosław. Wsiadałyśmy z Agatą i Anią, jako jedne z ostatnich w Jarosławiu zamykając tym samym listę uczestników. Pani Kasia z Matteo sprawdziła jeszcze dla pewności, czy wszyscy, którzy mieli jechać, są na pokładzie autokaru i ruszyliśmy zgodnie z planem o 6.15. Pani Kasia wręczyła każdemu śpiewnik i identyfikator w kolorze pomarańczowym. One miały ułatwić nam kontakt ze sobą, na razie wzrokowy, bo przecież nie znaliśmy się oraz przejście przez kontrole na lotniskach. Udzieliła również wskazówek jak poruszać się na lotnisku i jaką postawę przyjąć w trakcie kontroli. Drogę do Krakowa pokonaliśmy w czasie ok. 3 godzin.
Na lotnisku w Balicach skierowaliśmy pierwsze kroki do Kaplicy. Oprócz naszej grupy doszły jeszcze dwie inne – również z diecezji przemyskiej. Wspólnie uczestniczyliśmy we Mszy św. którą odprawiał ks. Witold i ks. Maciej – jak się później okazało nasz przewodnik. Funkcję ministranta sprawował p. Marcin – przewodnik jednej z grup. Stosując się do udzielnych wskazówek (p. Kasi i ks. Macieja) stanęliśmy w kolejce do odprawy bagażu. Wiedzieliśmy że bagaż główny ma się zmieścić w 20 kg, a podręczny w 5 kg. Poszło sprawie, choć była to szczegółowa kontrola przeprowadzana przez izraelski Mosad. Każdy był pytany o to kto organizuje wyjazd, skąd dowiedział się o takim wyjeździe, czy zna kogoś w Izraelu, czy ma dla kogoś tam mieszkającego jakąś przesyłkę, czy zamierza tam zostać. Oczywiście odpowiadaliśmy zgodnie z prawdą. Bagaż przeszedł, otrzymaliśmy karty pokładowe. Można było nawet poprosić o miejsca obok siebie, jeżeli ktoś miał takie życzenie. Została kontrola bagażu podręcznego i osobista. Emocje już trochę opadły i na spokojnie przeszliśmy i to. Do odlotu zostało ok.1.5 godz. więc po rozejrzeniu się po strefie bezcłowej, usiedliśmy przy kawie. Na 0,5 godz. przed stawiliśmy się przy odpowiednim wejściu. Po kontroli paszportów – bacznie obserwowani przez izraelskich członków Mosad zajęliśmy swoje miejsca w samolocie Izraelskich Linii Lotniczych (ok.170 osób: oprócz nas – pomarańczowych, grupa niebieskich i grupa białych). Wystartowaliśmy coś po 13.00. Lot trwał ok.3,5 godziny. W trakcie dokarmili nas kanapkami na ciepło i napoili wg życzenia wodą lub colą. W Tel Avivie na lotniku czekały na nas autobusy, które dowiozły nas do budynku głównego lotniska. Tam jeszcze każdy przeszedł kontrolę paszportową i otrzymał wizę turystyczną. Po czym przeszliśmy na parking i zapakowaliśmy się do autokaru. To był ten nasz, którym mieliśmy przemieszczać się w czasie całej pielgrzymki. Zajęliśmy miejsca. Trochę czasu zajęło nam uporanie się z walizkami przy wkładaniu ich do bagażnika, więc wsiadałyśmy na końcu. Agata znalazła miejsce w okolicach środka, a Ania dwa z przodu za kierowcą. Usiadłyśmy tam obie. Ks. Maciej poprosił byśmy już tak zostali do końca pielgrzymki i nie zmieniali miejsc. Na dworze zrobiło się już ciemno. Ruszyliśmy w kierunku Betlejem. Tam bowiem w „Star Hotel” mieliśmy przewidzianych 5 noclegów. Kiedy po przeszło godzinnej jeździe dotarliśmy na miejsce, było już późno. W recepcji odebraliśmy klucze do pokoi i windą wjechaliśmy na swoje piętra. Nasze było siódme. Nad nami znajdowała się restauracja. Przeszklone od połowy ściany umożliwiały wspaniały widok na miasto. By posiłek przebiegał sprawnie, hotel nastawiony na grupy pielgrzymkowe, stoły zostały oznakowane serwetkami w kolorze identyfikatorów każdej z grup. Nasze były pomarańczowe. Posiłki – śniadania i obiadokolacje w formie bufetu, czy jak kto woli szwedzkiego stołu. Jedzenie bardzo dobre, różnorodne i sycące. Smaczne zupki. Dużo warzyw. Nie zdarzyło się, by kiedyś czegoś brakło. Specjalnie dla pielgrzymów herbata, bo kawa to norma. Chyba nikt nie mógłby powiedzieć, że wyszedł z restauracji głodny. Obsługa sprawna i sympatyczna. W pokojach też wszystko co potrzeba. Wyposażenie proste, skromne, ale w pełni wystarczające. Ręczniki wymieniane każdego dnia. Początkowo dawał się odczuć chłód, ale po uruchomieniu klimatyzacji (zasługa w tym Ani, która przywołała gościa z obsługi i na migi wyjaśniła mu o co chodzi) druga noc i kolejne były już znacznie cieplejsze. Hotel posiadał dobre położenie. Stąd niedaleko było bo około 10 minut spacerem do Bazyliki Bożego Narodzenia i takiego w naszym rozumieniu rynku, stanowiącego centrum miasta. Przy recepcji mieścił się bar i część wypoczynkowa. Tu też wieczorem, dzienne godziny przeznaczone były na zwiedzanie, kto chciał, mógł spędzić czas. W recepcji na zmianę starszy pan ,może właściciel, i trochę młodszy służyli pomocą, a w każdym razie uśmiechem. Nie widziałam kobiet, które obsługiwałyby hotelowych gości. Ale to pewnie wynika z innej kultury. Obok naszego hotelu znajdował się sklepik z pamiątkami prowadzony przez Palestyńczyka, który znał język polski i można się było z nim dogadać, a nawet płacić w złotówkach. Nieco niżej, dosłownie kilka metrów prosperował spory sklep samoobsługowy z różnorodnym asortymentem. Sprzedawca Palestyńczyk też bardzo miły. Nawet bez znajomości języka angielskiego zaplanowane zakupy były tu możliwe do zrealizowania.



Ciasteczka na tej stronie
Używamy ciasteczek niezbędnych, żeby strona działała. Za Twoją zgodą włączymy też te, które pokazują mapę dojazdu i odcinki podcastu oraz pomagają nam liczyć odwiedziny. Zgodę możesz w każdej chwili zmienić. Szczegóły w polityce prywatności i na stronie o ciasteczkach.
Twoje zgody
Niezbędne
zawsze włączonePotrzebne, żeby strona działała: zapamiętanie tej decyzji, bezpieczeństwo formularzy, wydajność. Bez nich nie da się wysłać zapytania ani zgłoszenia rezerwacji.
Mapa dojazdu do biura (Google) i odcinki podcastu (Spotify). Te serwisy zapisują dane na Twoim urządzeniu i widzą, że oglądasz tę stronę.
Liczenie odwiedzin i tego, które wyjazdy oglądacie najczęściej. Pomaga nam układać ofertę. Nie używamy tego do reklam.